środa, 31 marca 2010

STUD w wersji komiksowej...

Wygląda tak:


Co prawda anglojęzyczni wydawcy stosują wobec takich publikacji raczej termin "graphic novel", czyli "powieść graficzna", żeby odróżnić je od zwykłych komiksów, ale jako że Sherlockista niczego deprecjonującego w określeniu "komiks" nie widzi, to takim właśnie tagiem notkę tę opatrzy.

STUD opracowali  INJ Culbard (ilustracje) i Ian Edginton (tekst), ci sami, którzy wydali już HOUN.
Autorka zachęcającej recenzji, Rachel Cooke z "The Observer", twierdzi, że mimo oczywistych skrótów, treść powieści pozostaje zrozumiała, chwali też ilustracje - na ten temat Sherlockiście trudno się, jako niefachowcy, wypowiedzieć. "Pies" wygląda jednak lepiej niż konkurencyjna graphic novel na podstawie tej powieści ACD:
 - autorstwa Pereza i Daniela. Komiksy na temat SH pozostają jednym z tych obszarów holmesologii, który ku ubolewaniu Sherlockisty nie jest mu zbyt dobrze znany, jednak jeśli rosnąca popularność obrazkowych wersji klasyków przyczyni się do rosnącej popularności powieści i opowiadań sir Arthura Conan Doyle'a to na zdrowie ;)
Sherlockista przypomina tylko, że również na podstawie komiksu  - Lionela Wigrama  - powstał scenariusz do Sherlocka Holmesa Ritchiego (którego autorem był również Wigram), co w swoim czasie wzbudziło prawdziwe wzburzenie wśród ortodoksów. Wywiad z Wigramem, Joelem Silverem i Susan Downey można przeczytać tu. Rezultaty ich pracy były jednak na tyle zaskakujące i zadawalające, że Sherlockista chętnie by komiks Wigrama przeczytał. Niestety, mimo zapowiedzi, które można znaleźć w wywiadzie, sądząc po recenzjach, nie ma go na DVD, przynajmniej w wersji podstawowej. Ktoś widział, ktoś coś wie?

niedziela, 28 marca 2010

Znów z cyklu: zakupy...

i znów oby było to prorocze, Sherlockista z pewną goryczą pragnie polecić dość już starą stronę, na której można znaleźć długą listę pastiszów. Naturalnie, nie wyczerpuje ona oceanu publikacji, choćby dlatego, że niestety urywa się na ok. 2003-2004 roku, ale, co najważniejsze, segreguje różne pastisze i zbiera je w grupy tematyczne - np. SH spotyka słynnych sobie współczesnych, SH się żeni, etc. Sherlockista pragnie szczerze pewnego dnia odfajkować chociaż część tej listy... Ale, one step at a time ;),  licząc po trzy książki na jedną przesyłkę z Amazona i przy założeniu, że Sherlockista będzie jechał chronologicznie, za jakieś 10 lat powinien dobić do lat 2000 ;)

piątek, 26 marca 2010

Młody Sherlock Holmes raz jeszcze i kolejna gra...

Sherlockistę chyba czytają jakieś grube ryby, które wyłowiły, że w SH Guya Ritchiego można znaleźć wyraźne ślady inspiracji "Młodym Sherlockiem Holmesem" i że był to w opinii wielu holmesistów strasznie fajny film (notka poświęcona w większości "Young SH" tu), a w dodatku SH 2009 zarobił dzikie miliony - postanowiły wydać DVD z młodym Sherlockiem w Kanadzie i w USA, które to DVD, mimo że ewidentnie wydane w pośpiechu i bez fajerwerków, budzi dość entuzjastyczne recenzje.
W tej podlinkowanej wyżej, pochodzącej z Kansas City Star, autor wyzłośliwia się nawet, że ten stary film produkcji Spielberga jest znacznie lepszy niż SH 2009. Z tym twierdzeniem Sherlockista nie jest skłonny się zgodzić, i prawdę mówiąc młodzieżowo-przygodowe aspekty "Młodego Sherlocka" w "Starym Sherlocku" trochę go momentami drażniły.

***

Nowa gra to sequel gry z 2008 roku, ma całkiem dobre recenzje - i tak poza tym to Sherlockista niestety, z powodu swojego upośledzenia, do którego przyznał się w poprzedniej notce na temat gier, niewiele potrafi o niej powiedzieć.
Gra polega na rozwiązywaniu zagadek i należy do gier typu HOG, czyli hidden object games, co z pomocą tego artykułu Sherlockista zrozumiał jako grę w której trzeba wyszukiwać poukrywane na planszach przedmioty.
Na koniec jeszcze jedna grafika, która Sherlockisty raczej nie zachęca do przełamywania growej ignorancji akurat z pomocą tego wydawnictwa...:

czwartek, 25 marca 2010

No, powiedzmy, że coś się jednak też działo...

a przynajmniej w niusletterach Sherlockisty jakieś informacje się pojawiały.

Po pierwsze, coraz więcej plotek o nowym BBC-Sherlocku. Ponoć widziano Watsona - Martina Freemana - w Cardiff!


 Na stronach BBC można już śledzić napływające informacje; poza tym dokopał się Sherlockista do oficjalnego komunikatu. Żadnych rewelacji się nie naczytał, ale serdecznie rozbawiło go połączenie wypowiedzi Moffata, który twierdzi, że "wszystko, co ważne w SH i JW zostało zachowane" i producenta, który obiecuje nam "dynamicznego, superbohatera współczesnego świata, którego arogancja i geniusz każe mu pokazać, że jest lepszy zarówno od przestępcy, jak i od policji - właściwie od wszystkich". No cóż, Ritchiemu się w sumie udało ;) Pocieszające jest kolejne zapewnienie o tym, że Moffat i Gatiss są wiernymi fanami ACD.

Po drugie, liczne plotki o tym, że film zarobił straszną górę pieniędzy (mówi się o ponad 500 milionach), co Sherlockistę interesuje bardzo o tyle, że zwiększa szanse na rychłe zrobienie sequelu.

A po trzecie i ostatnie, zjawiły się pierwsze, kiepskie recenzje DVD z Sherlockiem Holmesem Ritchiego, które to DVD jest krytykowane głównie za to, że nie ma żadnych super dodatków. Sherlockista też dla 14minutowego filmiku na temat powstawania dzieła raczej nie pokusiłby się na kupowanie płyty.

Z cyklu: lista zakupów albo Sherlockista się chwali

ale zanim się pochwali, to najserdeczniej przeprasza za rzadkość wpisów w tym tygodniu. Nawet nie tyle wynikła ona z sezonu ogórkowego - już w następnej notce naprawdę krótkie podsumowanie ostatnich doniesień - ile z nad wyraz bolesnego braku kontaktu z rzeczywistością wirtualną. Sherlockiście udało się w ostatnich dniach włamać do Sieci zaledwie dwa razy, z czego raz wykorzystał, oczywiście, na zakupy w Amazonie.
Już za... miesiąc? dwa miesiące? pół roku?... w każdym razie kiedyś, a to w porównaniu do "nigdy" postęp, dojdą do niego trzy książki, o których nie omieszka napisać szczegółowo.

Po pierwsze, wspominana tu w notce pod jakże szczęśliwie profetycznym tytułem "lista zakupów" pozycja Sherlock Holmes for Dummies - bo Sherlockista po prostu umiera z ciekawości, co też Steven Doyle uznał za podstawowe podstawy holmesologii, a także to jak to w prosty sposób wyłożył. Sherlockista, prawdę mówiąc, zdecydowanie lepiej radzi sobie z tłumaczeniem studentom, co to jest transcendentalna jedność apercepcji niż z tłumaczeniem najżyczliwszym nawet przyjaciołom, czemu to ważne, czy babcia Holmesa naprawdę miała brata malarza.

Po drugie, zamówił Sherlockista legendarną niemal książkę Williama Baring-Goulda (kto nie lubi suchej WIki niech zerknie na stronę typowo fandomową) - czyli Sherlock Holmes of Baker Street, która prezentuje się tak:

I podobnie jak Annotated Sherlock Holmes  pod redakcją Baring-Goulda było pierwszą biblią holmesologii i na zawsze niezapomnianą poprzedniczką wielkiego Klingera, tak biografia, a zwłaszcza założona w niej chronologia Baring Goulda stała się wzorcem dla wszystkich, które nastąpiły potem.
Sherlockista tłumaczy mętnie nieznajomość tej pozycji - podobnie jak wydania krytycznego BG - wyłącznie skromnością funduszy. Teraz jednak rozważa, czy nie zaczekać z pisaniem obiecanej recenzji z Rennisona dopiero do momentu otrzymania materiału do porównania.

Trzecia książka, na którą czeka Sherlockista z niemniejszą niecierpliwością jest najbardziej bodaj oryginalna. Otóż, wierzcie mu lub nie, podobnie jak nasz Chopin, tak i brytyjski Sherlock Holmes cieszy się niezwykłą estymą w Japonii, gdzie kwitną nie tylko wiśnie, ale i holmesologiczne stowarzyszenia, które liczą ponoć tysiące członków. Chociaż w samym Kanonie niełatwo znaleźć - poza sławnym baritsu i wizytą jednego z bohaterów w Chinach, którą zdradza bodaj tatuaż (REDH) - jakiekolwiek bezpośrednie wzmianki o którymkolwiek z krajów Dalekiego Wschodu, Japończyków to nie zniechęca. Książka Sherlock Holmes in Japan prezentuje się niezwykle stosownie:

A na podlinkowanej wyżej stronie obiecują, że wewnątrz znajdzie Sherlockista nie tylko japońskie tytuły opowiadań i kulturowo-tłumaczeniowe smaczki (Rudowłosych z REDH trzeba było zamienić na łysych), ale także sporo budzących wielką zazdrość informacji na temat struktur imponującego japońskiego fandomu, który wydaje własne czasopisma, organizuje liczne spotkania - jednym słowem wszystko jak w Anglii, Wielkiej Brytanii, czy Francji (Sherlockista już dawno miał polecić wspaniałą stronę Francuzów). Tyle że po japońsku... co budzi oczywiście pewne ambicje lingwistyczne Sherlockisty, ale buduje raczej dalekosiężne perspektywy... ;) Po angielsku znalazł natomiast Sherlockista znakomitą wprost japońską recenzję Sherlocka Holmesa Ritchiego, który na ekrany kin w Japonii wszedł z dużym opóźnieniem.

Sherlockista szczerze, serdecznie, gorąco wręcz wierzy, że Poczta Polska go nie zawiedzie...

poniedziałek, 22 marca 2010

Kolejne informacje o nowym Sherlocku BBC

Zainteresowanym produkcją BBC z Benedictem Cumberbatchem w roli Sherlocka Holmesa Sherlockista poleca artykuł w The Guardian.
Jak Sherlockista już informował, jest to uwspółcześniony miniserial o Sherlocku, który ma się dziać w Londynie XXI wieku. Autorzy - Gatiss i Moffat - starają się jednak maksymalnie trzymać w tradycji, w związku z czym zachowują cenne bardzo dla Holmesistów okruchy oryginalnego Kanonu. (Gatiss chwali się, że z książkami Conan Doyle'a nigdy się nie rozstaje).
Ponoć Holmes wciąż wita Watsona stwierdzeniem "You have been in Afghanistan, I perceive", tyle tylko, że nasz poczciwy doktor tym razem opiekował się w owym Afganistanie żołnierzami, którzy walczyli z talibami. Możemy się też spodziewać 21-wiecznych wersji Moriarty'ego oraz inspektora Lestrade'a, nie ma pewności co do skrzypiec i kokainy. Sherlockista może tylko wyrazić najszczerszą nadzieję, że mimo demoralizującego wpływu na młodzież pozwolą Holmesowi palić ;)

piątek, 19 marca 2010

Komunikat techniczny - komentarze

Sherlockista otrzymał drogą mailową doniesienie - za które jeszcze raz serdecznie dziękuje - że jest problem z komentowaniem postów. Pogmerał w ustawieniach i teraz sam jest już w stanie komentować, ale że ewentualne własne komentarze interesują go jednak daleko mniej niż głosy Czytelników (na które bardzo liczy), to bardzo prosi o wszelkie sygnały dotyczące ewentualnych trudności (mail Sherlockisty można wydobyć z profilu google).

Kto ma prawo do Sherlocka?

Jest taka tajemnica dotycząca Kanonu, która wydaje się Sherlockiście bardziej nieprzenikniona niż to, co robił Holmes w czasie 3 lat The Great Hiatus oraz czemu Mary woła na Johna "James" razem wzięte.
Tajemnica ta wiąże się z prawami autorskimi. Już kiedy Sherlockista beztrosko dość określił Andreę Plunket chlubnym mianem dysponentki owymi prawami, miał świadomość, że dotyka jakiejś sprawy smutnej i trudnej, ale postanowił się wówczas w to nie wdawać. Najkrócej rzecz ujmując, opinia, jakoby pani Plunket,  miała cokolwiek do powiedzenia w kwestii postaci sir Arthura Conan Doyle'a nie jest opinią powszechną. Głównym kontrkandydatem jest Jon Lellenberg, tytułujący się zarządcą majątku Dame Jean Conan Doyle, związany z potomkami Conan Doyle'a i sam zaangażowany w opracowywanie spuścizny ACD (redagował m. in. wybór listów ACD). Na dowód okładka poniżej:

Zazwyczaj w takich wypadkach o tym, co ma się stać opinią powszechną decyduje sąd. Tu jednak mamy do czynienia z ciekawą sytuacją, w której mimo licznych procesów - i wyroków - żadna ze stron nie wydaje się przekonana. Andrea Plunket bardzo stanowczo twierdzi, że Lellenberg jest oszustem i wylicza wszystkie uchybienia formalne, których - rzekomo? - się dopuścił. Lellenberg raczej stara się udawać, że ją lekceważy, handluje prawami jak gdyby nigdy nic, ale podkreśla, że gdyby ktoś zapłacił za owe prawa jednak Andrei Plunket, to on, Lellenberg, się wkurzy.
Sherlockista w ogóle pomija tu taką subtelność, że w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii Sherlock Holmes w ogóle nie jest już chroniony prawem autorskim, w związku z czym ani Plunket ani Lellenberg nic do gadania nie mają. Skoncentrujmy się na Zaoceanie.
W obliczu ciężkich pieniędzy do zgarnięcia w związku z wyglądanym przez Sherlockistę sequelem Warner Bros., sprawa jest jednak boleśnie aktualna i można tylko mieć nadzieję, że przepychanki nie opóźnią filmowania. Przedstawiciele WB, jak podkreślają autorzy równie asekurancko bezstronnych doniesień, starają się na razie nie zająć żadnej pozycji.
Dlatego zatem, kiedy Sherlockista trafił na styczniowy artykuł w Timesie poświęcony tej zawikładnej sprawie, odetchnął z ulgą, pewny, że teraz w końcu zrozumie, o co tu chodzi.
Artykuł - nareszcie! - dość jednoznacznie opowiada się po stronie Lellenberga, najcenniejsze jednak jest precyzyjne odtworzenie dziejów owego sporu.
Po śmierci Conan Doyle'a - rok 1930 - prawa do jego dzieł przejąła kolejno trójka dzieci, które miał z drugą żoną, Jean: Denis, Adrian (skądinąd autor bardzo sympatycznych apokryfów, takich jak ten) i wreszcie, od roku 1970, najmłodsza córka, po mamie nazwana również Jean, która w chwili śmierci ojca miała 17 lat. Wdowa po Denisie, Nina zdołała jednak wywalczyć prawo do praw dla siebie, ufundowała spółkę o nader stosownej nazwie Baskervilles Investments Ltd. - i popadła w długi. W 1976 roku prawa do dzieł Conan Doyle'a zostały sprzedane amerykańskiemu producentowi Sheldonowi Reynoldsowi, który w 1954 roku nakręcił uroczą skądinąd serię telewizyjnych Sherlocków z Ronaldem Howardem (Sherlockista ma nadzieję jeszcze o tej serii tu napisać - w kontekście może tylko napomknąć, że mimo wszelkich zalet owej serii trudno ją nazwać ściśle kanoniczną ;).
W 1980 roku w Wielkiej Brytanii Sherlock Holmes wszedł do "public domain", natomiast w 1981 Jean Conan Doyle udało się "odbić" prawa do Sherlocków. A przynajmniej tak twierdzi Times i Lellenberg. Dame Jean umarła w roku 1997, przekazując owe prawa Royal National Institute of Blind People, od którego odkupili je młodsi Doyle'owie.
Plunket twierdzi jednak, że to ona, a nie Reynolds, odkupiła prawa do Sherlocka Holmesa po bankructwie spółki Niny i tytułuje się zarządczynią majątku Conan Doyle'a. Na linkowanej już stronie wskazuje na szereg uchybień formalnych, których dopuścili się Dame Jean i Jon Lellenberg (problem polega na tym, że aby przejęcie praw było ważne należało jej przesłać w odpowiedni sposób "Notice of Termination", czego nie dopełniono - skądinąd Plunket poczyniła wszelkie kroki, by to uniemożliwić).
Plunket wskazuje, nie bez racji, że powiązania między Lellenbergiem a osobami, które wprawdzie nie są potomkami wielkiego ACD w linii prostej, ale noszą to samo nazwisko, sprawiają, że brzmi wiarygodniej.
Lellenberg dość beztrosko opowiada o planach do roku 2023 i Plunket traktuje z lekceważeniem i irytacją.

A Sherlockista może tylko powiedzieć, że skoro Plunket nie pozwala Downeyowi grać Holmesa-geja, to może niech te prawa lepiej ma ten Lellenberg ;)
Swoją drogą, Sherlockista może sobie tylko wyobrazić, jak wściekły jest Lellenberg, gdy czyta podobne doniesienia, które zupełnie nieświadomie i jednoznacznie wskazują Plunket jako właścicielkę praw autorskich...

środa, 17 marca 2010

"Młody Sherlock Holmes...

...i Piramida Strachu" z 1985 roku to był strasznie fajny film. Młody Holmes (bardzo przystojny Nicholas Rowe) poznał młodego Watsona (Alan Cox) w szkole i razem wplątali się w poważne kłopoty z pewną sektą. Miał ten film swoje zalety (Holmes elegancko dedukował, Watson był jego inteligentnym i sprawnym towarzyszem boju), miał też i wady (och, ten tragicznie zakończony romans, po którym nasz biedny Sherlock już nigdy w dorosłym życiu się nie pozbierał - błeeee, takie coś wyszło tylko raz, i to w legendarnym PLOSH i wymagało połączonych geniuszów Wildera, Stephensa i Rozsy; o tym ostatnim filmie na pewno jeszcze Sherlockista napisze szczegółowo). W sumie: udana hollywoodzka rozrywka.
Sherlockista nie może jednak powiedzieć, by zachwycał go pomysł całej książkowej serii o przygodach młodego (czternastoletniego) Sherlocka, której napisanie zostało oficjalnie (bo przez Conan Doyle Estate, czyli opiekunów spuścizny po ACD) zlecone Andrew Lane'owi. Pierwsza powieść z cyklu ma się ukazać wiosną, nakładem wydawnictwa Macmillan (w serii książek dla dzieci).
Garść szczegółów w The Guardian, a dlaczego Sherlockisty to nie zachwyca najlepiej wyjaśni trailer (?) owych książek:

Najważniejsza bitwa w historii (holmesologicznego) świata...

i najgorszy poeta języka angielskiego...

Ta pierwsza, to oczywiście bitwa pod Maiwand. 27 sierpnia 1880. Jedna z ważniejszych bitew drugiej wojny angielsko-afgańskiej. George Burrows haniebnie przegrywa z Ayub Khanem. Afgańczycy krwawo okupili zwycięstwo (wg. szacunków prawdopodobnie ponad 2500 żołnierzy zginęło), jednak zadali też spore straty wojskom brytyjsko-indyjskim. Czytelników ciekawych szczegółowego przebiegu i niejako pobocznego, historycznego znaczenia bitwy odsyła Sherlockista do niezawodnej Wiki, nas interesują bowiem tu jedynie ofiary po stronie brytyjskiej. A konkretnie - 177 rannych. Jeszcze konkretniej - ranny w owej bitwie lekarz z 66 pułku Strzelców Berkshirskich, John H. Watson.
Gdyby kula z takiej oto strzelby:

afgański muszkiet zwany "jezail". Gdyby ktoś z drogich Czytelników pragnął nabyć coś podobnego - Sherlockista radzi szukać na allegro pod "kawaleryjska afgańska strzelba skałkowa" albo "afganka" ;)

...gdyby zatem kula z wyżej przedstawionej strzelby nie trafiła Watsona w ramię lub udo*, nasz doktor prawdopodobnie nie wróciłby do Londynu w tym jednym, najwłaściwszym momencie, gdy dziwny znajomy jego przyjaciela Stamforda z przyszpitalnego laboratorium poszukiwał współlokatora do mieszkania.
Z tego właśnie powodu jest to bitwa, którą Sherlockiści wszelkiej maści obdarzają najwyższym zainteresowaniem, a 12 marca The Sherlock Holmes Society of London zorganizowało nawet specjalne spotkanie poświęcone losom Berkshirskich Strzelców. na którym wystąpił szef muzeum poświęconego strzelcom z Berkshire i Wiltshire.

Natomiast drugi bohater dzisiejszego wpisu to William McGonagall, którego wstrząsającą poezją poświęconą owej bitwie zamierza Sherlockista Czytelników uraczyć. I to w dwóch wersjach językowych.
Sherlockista ma coś na kształt wyrzutów sumienia, ale z drugiej strony ma też łzy śmiechu w oczach. Poza tym, może szlachetne oburzenie, że najważniejsze wydarzenie w historii Anglii doczekało się takiego właśnie upamiętnienia, obudzi w którymś z Czytelników poetyckiego tygrysa?

Złaknionych szczegółowej wiedzy na temat życia i dzieła Poety odsyła Sherlockista na poświęconą mu stronę, gdzie wyjątkowi masochiści mogą nawet zapisać się do niuslettera, by codziennie otrzymywać tak zwaną Poetycką Perłę Dnia.
Zainteresował się nim Sherlock dzięki wspomnianej tu książce Nicka Rennisona, którą pracowicie czyta, przygotowując się do napisania recenzji. Znalazł tam taki oto, jakże zachęcający fragment:

A wtedy Ayoub na ataku na Berkshirski Pułk się skoncentrował.
Czym bez wątpienia ich niezadowolenie spowodował.
Grenadierzy i Strzelcy Jacoba stracili wprost głowę.
O nieba! Co za widok!
Żadne nie opiszą go słowa!

I postanowił sprawdzić, czy aby jego bolesne doznania nie są winą tłumaczki polskiego wydania, Anny Bartkowicz...

Nie są. Przekład ten można nawet uznać za wyjątkowo wiernie oddający wszystkie walory estetyczne oryginału. Ale tu Sherlockista zamilknie, oddając głos Wieszczowi:


'Twas at the disastrous battle of Maiwand, in Afghanistan,

Where the Berkshires were massacred to the last man;
On the morning of July the 27th, in the year eighteen eighty,
Which I'm sorry to relate was a pitiful sight to see.

Ayoub Khan's army amounted to twelve thousand in all,
And honestly speaking it wasn't very small,
And by such a great force the Berkshires were killed to the last man,
By a murderous rebel horde under the command of Ayoub Khan.

The British force amounted to about 2000 strong in all,
But although their numbers were but few it didn't them appal;
They were commanded by General Burrows, a man of courage bold,
But, alas! the British army was defeated be it told.

The 66th Berkshire Regiment stood as firm as a wall,
Determined to conquer or die whatever would befall,
But in the face of overwhelming odds, and covered to the last,
The broken and disordered Sepoys were flying fast

Before the victorious Afghan soldiers, whose cheers on the air arose,
But the gallant band poured in deadly volleys on their foes;
And, outnumbered and surrounded, they fell in sections like ripe grain;
Still the heroes held their ground, charging with might and main.

The British force, alas! were shut up like sheep in a pen,
Owing to the bad position General Burrows had chosen for his men;
But Colonel Galbraith with the Berkshires held the enemy at bay,
And had the Sepoys been rallied the Afghans would not have won the day.

But on the Berkshires fell the brunt of the battle,
For by the Afghan artillery they fell like slaughtered cattle;
Yet the wild horsemen were met with ringing volleys of musketry,
Which emptied many a saddle; still the Afghans fought right manfully.

And on came the white cloud like a whirlwind;
But the gallant Berkshires, alas! no help could find,
While their blood flowed like water on every side around,
And they fell in scores, but the men rallied and held their ground

The brave Berkshires under Colonel Galbraith stood firm in the centre there,
Whilst the shouts of the wild Ghazis rent the air;
But still the Berkshires held them at bay,
At the charge of the bayonet, without dismay.

Then the Ghazis, with increased numbers, made another desperate charge
On that red line of British bayonets, which wasn't very large;
And the wild horsemen were met again with ringing volleys of musketry,
Which was most inspiring and frightful to see.

Then Ayoub concentrated his whole attack on the Berkshire Regiment,
Which made them no doubt feel rather discontent,
And Jacob's Rifles and the Grenadiers were a confused and struggling mass,
Oh heaven! such a confused scene, nothing could it surpass.

But the Berkshires stood firm, replying to the fire of the musketry,
While they were surrounded on all sides by masses of cavalry;
Still that gallant band resolved to fight for their Queen and country,
Their motto being death before dishonour, rather than flee.

At last the gallant British soldiers made a grand stand,
While most of the officers were killed fighting hand to hand,
And at length the Sepoys fled from the enclosure, panic-stricken and irate,
Alas! leaving behind their European comrades to their fate.

The Berkshires were now reduced to little more than one hundred men,
Who were huddled together like sheep in a pen;
But they broke loose from the enclosure, and back to back,
Poured volley after volley in the midst of the enemy, who weren't slack.

And one by one they fell, still the men fought without dismay,
And the regimental pet dog stuck to the heroes throughout the day;
And their cartridge pouches were empty, and of shot they were bereft,
And eleven men, most of them wounded, were all that were left.

And they broke from the enclosure, and followed by the little dog,
And with excitement it was barking savagely, and leaping like a frog;
And from the field the last eleven refused to retire,
And with fixed bayonets they charged on the enemy in that sea of fire.

Oh, heaven! it was a fearful scene the horrors of that day,
When I think of so many innocent lives that were taken away;
Alas! the British force were massacred in cold blood,
And their blood ran like a little rivulet in full flood.

And the Ghazis were afraid to encounter that gallant little band
At the charge of the bayonet : Oh! the scene was most grand;
And the noble and heroic eleven fought on without dismay,
Until the last man in the arms of death stiff and stark lay.


***

*to, gdzie właściwie Watson był ranny, jest sprawą problematyczną. W STUD wspomina o ramieniu. W SIGN o udzie. W NOBL nie precyzuje, a Holmes, ilekroć do rany się odnosi, traci swą zwykłą precyzję. Szkic popularnego rozwiązania (kula przebiła i ramię i udo) mogą Czytelnicy znaleźć m. in. tu.

A w przerwie między doniesieniami...

(bo w Sherlockistycznym świecie ewidentnie tydzień ogórkowy i tylko plotki o tym, jakim złym ojcem jest Jude Law - ale do rozpowszechnienia tych plotek i faktu, że chce się widywać z córką tylko dwa razy w roku (!) oczywiście Sherlockista się nie zniży. Skąd.)...
Otóż w przerwie między doniesieniami zgodnie z zasadą że dwa zdjęcia robią za 1000 argumentów, dlaczego ekranizacje z Jeremym Brettem są dobre :

SILV, Sidney Paget, szczegóły na temat ryciny można znaleźć na tej wspaniałej stronie




a tu kadr z filmu, przedstawiający naturalnie Jeremy'ego Bretta i Davida Burke'a, jego pierwszego Watsona



Garść informacji na temat Sidneya Pageta, rysownika z czasopisma The Strand najsłynniejszego (obok Dorra Steele'a z Collier's Weekly) rysownika ilustrującego opowiadania ACD, oraz jego ilustracje można znaleźć między innymi tu, a także tu, gdzie szczegółowo opowiedziana jest słynna historia, jak to Paget został słynnym Pagetem od Holmesa tylko przez przypadek. Zlecenie zostało zaadresowane do jego brata Waltera, jednak ostatecznie brat posłużył Sidneyowi tylko jako model do szkiców jednego z najsłynniejszych profili świata.

poniedziałek, 15 marca 2010

sobota, 13 marca 2010

Spotkanie sir Arthura Conan Doyle'a z Oscarem Wilde'em...

...odbyło się już jakiś czas temu, bo 30 sierpnia 1889 w hotelu Langham w Londynie, ale teraz dopiero (a konkretnie 19 marca) zostanie upamiętnione specjalną tabliczką. Sherlockista dowiedział się tego z pierwszej ręki, bo od jednego z inicjatorów owego wydarzenia, Sherlock Holmes Society of London (pozostali to Oscar Wilde Society i City of Westminster).
Spotkanie Wilde'a i Doyle'a zorganizował natomiast J M Stoddart, który przypłynął do Londynu z Filadelfii, by zamówić u dwóch utalentowanych autorów opowiadania do czasopisma Lippincott's. To w wyniku tamtej właśnie kolacji, Oscar Wilde napisał "Portret Doriana Graya", a ACD został przekonany, by nie przejmować się umiarkowanym jedynie sukcesem swojej pierwszej powieści o dziwacznym detektywie i jego przyjacielu doktorze, tylko spróbować pociągnąć jakoś ten wątek.
Czy spotkanie, któremu zawdzięczamy SIGN - a może i całą resztę Kanonu także - nie jest warte zielonej tabliczki przed hotelem? ;)


Sherlockista najserdeczniej poleca wywiad ze Stephenem Fryem, który jest nie tylko najmłodszym w historii członkiem Sherlock Holmes Society of London ale również, o czym napomknięte było w recenzji filmu z Lawem, grał kiedyś i to grał wspaniale samego Oscara Wilde'a.

piątek, 12 marca 2010

Dlaczego warto czytać Newsweeka...

...bo nawet tam można najzupełniejszym przypadkiem natknąć się na ekscytującą holmesologiczną informację.
Sherlockista wyczytał w bieżącym numerze, w skądinąd przerażającym artykule na temat żałosnej kondycji współczesnych służb specjalnych, że aby podnieść wątłe kwalifikacje agentów MI6 wymyślono dla nich specjalne szkolenie w zakresie sztuki dedukcji.
Szkolenie odbywa się w King's College i tak, analizowane są przypadki oraz metody Sherlocka Holmesa. Sherlockista serdecznie, szczerze i głęboko ucieszył się i wzruszył.
Plotki niestety, z braku dojść do szefostwa MI6, sprawdzić nie może, ale znalazł ją również w anglojęzycznym necie (punkt 2). Ponoć - ale cytuje to Sherlockista tylko za autorem z linka, a ten za, ukhm, Daily Mail - przypadkiem obowiązkowym w programie jest SCAN. Ciekawy wybór, zważywszy na fakt, że tam akurat, jak wiemy, Holmes ponosi spektakularną klęskę... Może ktoś powinien zasugerować prowadzącym, żeby doczytali zakończenie  ;) ?

Z cyklu: lista zakupów

Sherlockista z mieszanymi uczuciami wita wieści o kolejnych publikacjach, które musi, ale to absolutnie musi chociaż obejrzeć ;)


Książka Davida Granna, mimo zwodniczego tytułu - Diabeł i Sherlock Holmes, opowieści o morderstwie, szaleństwie i obsesji - nie jest kolejnym pastiszem czy apokryfem, a serią artykułów, w których dziennikarz bada różne ekscytujące zagadki z ostatnich lat. Sherlock Holmes w tytule pojawił się nie tylko po to, by książkę lepiej sprzedać (sam ten fakt odnotowuje Sherlockista nie tyle z irytacją, co z pewnym rodzajem radości ;) ), ale dlatego, że jedną z opisywanych zagadek jest głośna i tajemnicza śmierć znanego Holmesisty, Lancelyna Greena, jednego z największych kolekcjonerów Sherlockianów a także autora licznych publikacji, zarówno pastiszy i przeróbek jak i artykułów.
W marcu 2004 Green został znaleziony martwy w łóżku w towarzystwie butelki dżinu i zabawek erotycznych. Śmierć nastąpiła przez uduszenie. Jak donosił między innymi The Guardian, przed śmiercią Green interesował się zbliżającą aukcją kolekcji papierów Conan Doyle'a i mówił niepokojące rzeczy na temat zagrożenia swojej reputacji przez jakiegoś Amerykanina.
Jego śmierć pozostała niewyjaśniona, choć wiele okoliczności wskazuje na samobójstwo. Wspaniała kolekcja Sherlockianów Greena została przekazana muzeum w Porstmouth.
Jako że nie był to jedyny wypadek tego rodzaju w środowisku Holmesistów, po raz kolejny pojawiły się doniesienia o istnieniu "klątwy Arthura Conan Doyle'a"...
... i dlatego między innymi Sherlockista naprawdę bardzo chciały kiązkę Granna przeczytać ;)

***
A na deser nowy uczciwy apokryf, zatytułowany klasycznie "Further Adventures", a konkretnie "The Man from Hell", czyli "Człowiek z piekieł". Obszerną  - i zachęcającą - recenzję można przeczytać tu. Sherlockiście, który do książki na razie dostępu nie ma, pozostaje jedynie zachęcić "tak ogólnie", bo przecież dowolna książka o Sherlocku Holmesie jest statystycznie lepsza od dowolnej książki bez Sherlocka ;)
Autor, Barrie Roberts, ma już na koncie sporo innych podobnych publikacji, a jego najnowsze dzieło, trzeba przyznać, ma niezwykle efektowną okładkę:





czwartek, 11 marca 2010

Z cyklu: teaser trailer ;)

Sherlockista właśnie odkrył, że we własnej jego ojczyźnie ukazała się dość ekscytująca pozycja - i ma nadzieję już wkrótce zamieścić jej sążnistą recenzję!







Pozycja wygąda tak:







Opis znajdziecie tu:


A fragment dyskusji nt. oryginału tu:

środa, 10 marca 2010

Jeszcze w tym roku będą kręcić Sherlocka Holmesa 2?

Donieśli Sherlockiście, że Jude Law puszcza już jakieś plotki na temat sequela ekranizacji Ritchiego. Wypowiada się z pewną nonszalancją, ale niezobowiązująco przyznaje, że chyba on, chyba Watsona i chyba zdjęcia jeszcze w tym roku. To, że ciąg dalszy był planowany nie jest tajemnicą - scenariusz został zamówiony zanim jeszcze SH 2009 wszedł na ekrany kin.
Czy nie miło pomyśleć nad tym, że ktoś pewnie właśnie biedzi się nad intrygą dla filmu o Sherlocku (a nie zapomninajmy, że w nowym filmie prawie na pewno będzie zasygnalizowany tylko w "jedynce" profesor Moriarty) ?
Sherlockista, który sequelowi, jak wyznał, kibicuje,  na podobne plotki czeka z największą niecierpliwością. Kręćcie, tylko ogólcie Downeya!

Z cyklu: w blogach napisali

Wdzięczny blog Scaryduck(nie jest to blog holmesologiczny) na dobry poranek wywleka stary dowcip o Holmesie. Sherlockista musi wyznać, że jest dowcipów o Holmesie kolekcjonerem, ubolewa tylko nad faktem, że 80% nie daje się przetłumaczyć.
Tak jak i ten obrabiany przez StrasznąKaczkę:

Q. What's Sherlock Holmes' favourite magazine?

A. What's On

:)
Sherlockista obiecuje w niedalekiej przyszłości cały dział pod tytułem Holmes-humor, bo ma już na oku wiele stron, które by można tam podlinkować...

wtorek, 9 marca 2010

Fani sir Arthura Conan Doyle'a chcą ratować jego dom...

Trzeba przyznać, że najlepiej nie wygląda:
Jak Sherlockista dowiedział się z artykułu na stronach BBC, odkąd w byłym domu Doyle'a w Surrey zamknięto hotel, grozi mu rozbicie na trzy posesje. Jak można orzec nawet z zewnątrz, dom wymaga potężnych remontów instalacji. Fani Doyle'a napomykają coś o zrobieniu tam muzeum, co Sherlockiście się wybitnie nie podoba, bo o ileż fajniej jest spać w hotelu zrobionym w domu Doyle'a niż oglądać przez szybki jego pantalony?
Ponoć Doyle mieszkał tam między 37 a 47 rokiem życia, co oznaczałoby, jeśli Sherlockista dobrze liczy, lata 1859+37=1896-1906 a to są lata, gdy albo Doyle zajmował się bardzo bliskimi naszemu sercu tekstami Watsona (teoria agenta literackiego) - HOUN i zbiorem The Return of Sherlock Holmes albo też, zgodnie z innymi teoriami, sam je pisał przywracając życiu Sherlocka Holmesa po upadku z wodospadu Reichenbach.

poniedziałek, 8 marca 2010

A Hans Zimmer nie dostał Oscara za muzykę do SH 2009...

bo dostał go człowiek o trudnym włoskim nazwisku za "Up". Ah, well.

Czy Sherlock H. był gejem? - każdy Sherlockista musi na to pytanie odpowiedzieć. Co najmniej 9 razy.

Sherlockista jakiś czas temu podlinkował jedno ze swoich ciekawszych znalezisk w zbiorze "Inne tropy", jednak nie miał wcześniej chwili, by je przedstawić i wyjaśnić, czemu właściwie uważa je za znalezisko ciekawe.
Autorzy tego bloga tropią wszelkie wzmianki/interpretacje/fanfiki/slashe, w których Holmes lub* Watson byli gejami.
Jako że Sherlockista w ogóle za slashami nie przepada (bowiem w wersji łagodnej są to przeważnie żałośnie słabe romansidła, a w wersji hard jeszcze żałośniej słabe porno), sam nie czytał tego więcej niż nakazywał reporterski obowiązek, przypomina sobie jednak co najmniej jedno takie dzieło, w którym akcja rozpoczęła się w punkcie oczywistym, czyli pewną słynną sceną z 3GAR, a nastęnie potoczyła się w sposób jeszcze bardziej oczywisty, jeśli zważyć, że we wspomnianej scenie Holmes rozcina Watsonowi spodnie.

Niezwykle wdzięcznym materiałem dla wspomnianych bloggerów jest omówiony tu film, bowiem nie tylko roi się w nim od różnego rodzaju sugestii i aluzji (Holmes i Watson kłócą się jak stare małżeństwo, a Downey spoziera na Law wzrokiem zazdrosnym i pożądliwym - nie sposób też uniknąć skojarzeń ze słynną rolą Law jako wielkiego kusiciela, który uwiódł Oscara Wilde'a), ale i sami twórcy filmu wypowiadają się na temat ewentualnego homoseksualizmu Holmesa z przymrużeniem oka. Nawet jeśli nie chcą jednoznacznej intepretacji ich bohatera jako geja, to nigdzie nie zamykają do takiej interpretacji drogi i to, jak się wydaje, raczej nie z powodu poprawności politycznej, a po prostu dlatego, że trochę tak istotnie została pomyślana ta postać, mimo stereotypowo hetero-męskiej skłonności do walk wręcz i romansu z Irene Adler. Niestety, sugestie Downeya nie spodobały się dysponentce prawami autorskimi do postaci Sherlocka Holmesa na terenie Stanów Zjednoczonych, Andrei Plunket, która zagroziła, że jeśli w sequelu wątek homoseksualizmu Holmesa zostanie wyeksponowany/pociągnięty, to ona za żadne pieniądze się na to nie zgodzi.

I z tej okazji Sherlockista zadał sobie pytanie, czy Plunket miała rację? ShK nie zamierza się tu wdawać w interpretacje jej zachowania (być może jest po prostu kretynką, która uznała przedstawienie Holmesa jako geja za uwłaczające a być może nie toleruje dopisywania do postaci czegoś, czego eksplicite nie ma w Kanonie, a gdy Ritchie kręcił pierwszy film po prostu jej się przysnęło) ani dyskutować tego, na ile twórcom adaptacji wolno ingerować w tekst etc. - zakłada tylko, że cokolwiek Plunket zrobiła, zrobiła to ponieważ wierzy mocno, że Holmes gejem nie był. Sherlockista zamierza zatem rozważyć publicznie kwestię, o którą pyta go ok. 80% rozmówców w czasie do 3 min. 20 sek. od dowiedzenia się, że Sherlockista jest Sherlockistą.**

Przeżyjmy to jeszcze raz - jedyna eksplicytna scena, w której napisane jest wielkimi literami, że Holmes kocha Watsona. Oddajmy głos owemu słynnemu 3GAR.

I felt a sudden hot sear as if a red-hot iron had been pressed to my thigh. There was a crash as Holmes's pistol came down on the man's head. I had a vision of him sprawling upon the floor with blood running down his face while Holmes rummaged him for weapons. Then my friend's wiry arms were round me, and he was leading me to a chair.
"You're not hurt, Watson? For God's sake, say that you are not hurt!"
It was worth a wound -- it was worth many wounds -- to know the depth of loyalty and love which lay behind that cold mask. The clear, hard eyes were dimmed for a moment, and the firm lips were shaking. For the one and only time I caught a glimpse of a great heart as well as of a great brain. All my years of humble but single-minded service culminated in that moment of revelation.
"It's nothing, Holmes. It's a mere scratch."
He had ripped up my trousers with his pocket-knife.
"You are right," he cried with an immense sigh of relief. "It is quite superficial." His face set like flint as he glared at our prisoner, who was sitting up with a dazed face. "By the Lord, it is as well for you. If you had killed Watson, you would not have got out of this room alive. Now, sir, what have you to say for yourself?"


"For the one and only time" nie jest prawdą - bardzo nasycona emocjami scena ma również miejsce w DEVI, co znamienne, obaj panowie znów leżą na sobie, ale tym razem to Watson wyciąga Holmesa z opałów, a właściwie oparów trucizny. 
Drobne gesty i uwagi rozsiane są naturalnie po całym cyklu, na czele ze słynnym momentem w EMPT, kiedy to Watson - twardy żołnierz - mdleje z radości na widok powracającego Holmesa.
Że Watson Holmesa momentami ubóstwia - to dla każdego czytelnika jest jasne. Detektyw jest "najlepszym i najmądrzejszym człowiekiem", jakiego Watson zna (FINA), pokazuje mu nowe, ekscytujące życie, sprawia, że ranny, emerytowany lekarz znów czuje się potrzebny (what would I do without my Boswell?), fascynuje go pięknym umysłem i niecodziennymi nawykami, a zarazem sprawia, że i Watson, człowiek zgoła nieszablonowy, hazardzista, kobieciarz, artysta i wielbiciel zagadek czuje się bardziej wolny. Wspomniany już niegdyś w tym blogu Bert Coules z BBC, sam pisarz, tworząc radiowe adaptacje opowiadań genialnie wprost uwypukił w całym cyklu fakt, że Watson tworzy - przygody przeżywane z Holmesem są dla niego czymś więcej niż tylko inspiracją do uprawiania hobby.
Dla Holmesa przyjaźń - związek? - z Watsonem jest prawdopodobnie najważniejszą rzeczą w życiu. Watson, że się tak Sherlockista postmodernistycznie wyrazi, tworzy narrację o życiu Holmesa. Dzięki Watsonowi Holmes widzi swoje poczynania w nowym świetle, nie tylko banalnie zyskuje sławę, ale w pewnym sensie zyskuje samoświadomość. Tu znów ukłon w pas dla Coulesa za scenę, w której Holmes cytuje opowiadanie Watsona (SCAN) i przyznaje się, że regularnie dzieła doktora czytuje. Podobne motywy obecne są zresztą w każdej dobrej adaptacji Holmesa.
Watson to oczywiście niezawodny i zaopatrzony w wojskową broń towarzysz przygód, bez którego niejedna z ryzykownych wypraw mogłaby się zakończyć gorzej. Ale rola ta jest zupełnie nieistotna w porównaniu z faktem, że - nie licząc może Mycrofta - Watson jest jedyną osobą, wobec której Holmes żywi ciepłe uczucia. Wprawdzie zdarza mu się pisać o Watsonie z lekceważeniem, że był dla niego jak fajka czy inne akcesoria (CREE), ale przywołane wyżej fragmenty wyraźnie przeczą tej teorii. Watson też otwierał przed Holmesem nieznany mu egzotyczny świat - świat domu i rodziny, który daje ciepło i serdeczność, a nie wiąże się z mrocznymi uczuciami, przemocą i ukrytymi przed wzrokiem postronnych okrucieństwami. Niezależnie od tego jak wyglądało dzieciństwo detektywa, sama kariera Holmesa wystarcza, by zacząć na instytucję rodziny patrzeć co najmniej podejrzliwie (IDEN, BOSC, COPP). Watson, ze swoją tęsknotą za ciepłym kominkiem był pewnie w oczach Holmesa naiwnym kosmitą. Jednocześnie, ile razy by detektyw nie odmawiał ze zniecierpliwieniem kolejnego posiłku albo chwili odpoczynku, rodzinne i opiekuńcze odruchy Watsona najprawdopodobniej uratowały mu resztki zdrowia i życie. W serii Granady z powodu zadziwiającego zbiegnięcia się fabuły Sherlocków z historią życia odtwórcy głównej roli, szczególnie dobitnie pokazano, jak starzejący się, chorujący Holmes coraz bardziej potrzebuje opieki, a nawet lekarskiej pomocy Watsona. Jeśli Holmes istotnie chorował na ChAD (nt. tej hipotezy patrz jedna z poprzednich notek), to tylko Watson potrafił odróżnić znudzenie bezczynnością od depresji, na którą nawet najlepsza zagadka nie byłaby lekarstwem, ekscytację z powodu interesującej zagadki, od niezdrowego, wyczerpującego pobudzenia. Watson wie, kiedy odradzić Holmesowi branie następnej sprawy, kiedy przymusem niemal wysłać go na wakacje (DEVI), kiedy wyciągnąć na spacer (YELL). Watson kontroluje przyjmowane przez Holmesa dawki narkotyków (najlepsze dialogi na ten temat mają miejsce nie w Kanonie a w "The Private Life of Sherlock Holmes", niestety część znajduje się we fragmentach zachowanych tylko w scenariuszu...).
Watson powstrzymuje ten piękny, delikatny umysł przed niszczeniem samego siebie. I w zamian otrzymuje kawał Holmesowego serca.

I dlatego na pytanie czy Sherlock H. był gejem, odpowiada Sherlockista niezmiennie "ale co za różnica"...

Bo pytanie to mieści w sobie wprawdzie aż trzy różne kwestie, ale żadna z nich nijak tej powyżej przedstawionej, najistotniejszej o relacjach SH i JW prawdy nie tyka. 

Pierwsza kwestia to zwyczajnie orientacja obu panów. Z Kanonu wiemy, że Watson miał co najmniej jedną żonę, ale to mogła być, oczywiście, przykrywka, więc tak naprawdę na pewno nie wiemy nic - roboczo można uznać jedynie, że na razie nic nas nie zmusza do trzymania się tezy, jakoby byli hetero.

Po drugie, można zatem przez to rozumieć trywialne pytanie o to, czy uprawiali seks. A cholera ich wie. W obliczu tak kosmicznego związku dwóch potężnych indywidualności jest to po prostu sprawa drugorzędna. Niektórzy ludzie trochę po hipisowsku przez seks wyrażają po prostu bliskość, nawet w związkach z przyjaciółmi. Dla innych seks i przyjaźń to dwa światy, którym z jakichś powodów przeciąć się nie wolno, bo przyjaźń stanie się "brudna". Naprawdę trudno by było określić, do którego rodzaju należeli Holmes i Watson, chociaż zważywszy na to, jak oryginalnie zachowywali się na co dzień (jak na surowe realia późnowiktoriańskiej Anglii), można wiele pikantnych rzeczy wnioskować na temat ich podejścia do seksu.

Po trzecie wreszcie, można zapytać, czy oprócz tego, że się kochali jak przyjaciele, byli w sobie zakochani? Czy oprócz ciepła i sympatii czuli czasem na swój widok jakieś szarpiące porywy namiętności, czy w finale SIGN, gdy Watson wyprowadza się do żony, Holmes pragnie oprócz żalu, smutku i przygnębienia wyrazić jeszcze potężniejsze uczucia, czy w scenie z 3GAR, gdyby Watson zginął, to Holmes zabiłby jego mordercę a na koniec sam pchnął się nożem w zdławioną bólem pierś?
Szczerze, to myśli Sherlockista, że raczej nie, ale... czy nie mamy po tym wszystkim już zupełnie dość poszlak, żeby zrobić dobry, holmesologiczny blog o gej-Sherlocku ;)? 

---
*Sherlockista obiecał sobie, że w tym blogu filozoficznie wyżywać się nie będzie, ale wspomni tylko, że alternatywy używa zawsze w klasycznym sensie logicznym: możliwe, że zachodzi tylko jeden człon, ale możliwe też, że zachodzą oba człony na raz.
**Naprawdę wierni Czytelnicy być może pamiętają pierwszy wpis na ten temat na starym angielskim blogu ShK.

sobota, 6 marca 2010

Asylum... Z cyklu: que?

Może to dowód ignorancji i nieznajomości świata poza rokiem 1895... ale Sherlockista był dość zdziwiony, że istnieje studio, które produkuje niskobudżetowe wersje kinowych przebojów (Amerykanie nazywają to mockbusters). Nie, nie parodie, tylko takie filmy "prim". Instytucja ta nazywa się, bardzo stosownie, Asylum.
Chętni i odważni zechcą zapewne zbadać sprawę przeróbki "Sherlocka Holmesa"... trailer poniżej...

Z cyklu: Sherlockista poleca

Dla wielbicieli cudownego filmu  "Without a Clue" (polskie tłumaczenie "Bez śladu" lub "Po kłębku do nitki") - reż. Thom Eberhardt, rok 1988, w roli Sherlocka Holmesa, zapijaczonego, tchórzliwego aktorzyny, wystąpił sam Michael Caine...
...a pamiętacie cudownego wprost niedoszłego "Doktora Zbrodni" Watsona, czyli Bena Kingsleya, który nie dość, że musiał walczyć z bandytami wszelkiej maści oraz samym profesorem Moriarty'm, to w dodatku musiał bezustannie radzić sobie z wybrykami wynajętego przez siebie Sherlocka?
Tu znajdziecie długi wywiad z sir Benem, który grał wszystko i wszystkich, od Gandhiego (Oscar), przez Icchaka Sterna po Ottona Franka, z epizodami w rodzaju komedia o Holmesie i Watsonie po drodze....

Z tej okazji Sherlockista najgoręcej zachęca do obejrzenia samego filmu - guilty pleasure wszystkich, ale to absolutnie wszystkich znanych mu Holmesistów :) Jest to absolutnie urocza, bezpretensjonalna komedia, Kingsley jako wiecznie zniecierpliwiony Watson, więzień swojej własnej literackiej kreacji, powala i śmieszy, Caine jako nieudacznik Holmes rozczula i wzrusza. Dialogi na temat liczenia okien kamienicy przy Baker Street oraz dyktowanie Holmesowi dedukcji - bezcenne.

***
A tu coś dla, hm... desperatów? znudzonych? Um, wielbicieli kreskówek z dzieciństwa? W każdym razie tekst o Sherlocku Holmesie i, ukhm, Scooby Doo...

piątek, 5 marca 2010

Z cyklu: Sherlockista poleca

Wywiad Jima Svejdy z Hansem Zimmerem w formie podcastu. Tematem jest naturalnie muzyka z filmu Sherlock Holmes 2009 - tu Sherlockista przypomina, że muzyka ta jest nominowana do Oscara i że w niedzielę trzeba trzymać kciuki ;)

Zimmer opisuje, rzecz jasna, jak wyglądała jego współpraca z Guyem Ritchie, wyjaśnia, skąd wzięły się charakterystyczne egzotyczne motywy i rozstrojone pianina (Guy też lubi irlandzką muzykę ludową i banjo ;) i chciał, żeby muzyka była jednym z bohaterów filmu ), a także podaje kilka ciekawostek warsztatowych. Na przykład, że motyw lorda Blackwooda to po prostu muzyka dzwonów Big Bena w wersji moll  - albo jak zrobić, żeby ostinato nie było nudne.
Cały wywiad jest naturalnie znakomicie zilustrowany fragmentami muzyki.

Zimmer wspomina także o tym, jak postrzega samą postać Holmesa - a postrzega detektywa jako wielkiego oryginała, geniusza, który na zmianę to wpada w depresję, to w stan manii. Teorii o tym, jaką chorobę daje się zdiagnozować u Holmesa jest sporo. Leslie Klinger, słynny holmesolog i autor nowego bezcennego wydania krytycznego broni tezy, że Holmes był chory na chorobę afektywną dwubiegunową, istnieją jednak inne hipotezy - na przykład, że był to zespół Aspergera. Do tej sprawy Sherlockista jeszcze z pewnością wróci.

Zimmer zaprasza także na stronę poświęconą muzykom Sherlocka Holmesa 2009.

Dwa niusy: książka i... no właśnie... co z tym filmem?

Sherlockista z pewnym bólem musi podzielić się z Czytelnikami informacją, że Laurie King wyprodukowała nową książkę o Sherlocku Holmesie i Mary Russell, książka nosi tytuł "God of the Hive", czyli w roboczym przekładzie "Bóg ula" (takiego pszczelego).
Wygląda to tak:

Sherlockista wyzna, że o ile kibicuje wszelkim autorom pastiszów, apokryfów, komedii, horrorów, filmów, radiowych inscenizacji i książek o Holmesie i doktorze Freudzie, o tyle Laurie King, mimo, że zapraszają ją na swoje spotkania nawet Baker Street Irregulars, kibicować nie potrafi.
Cykl King, który zaczął się od "The Beekeeper's Apprentice" poświęcony jest działalności Holmesa na emeryturze, już po tym, jak wyniósł się do Sussex, by tam zostać pszczelarzem. Problem naturalnie nie w tym, że Holmes jest na emeryturze, i nie w tym, że zagadki są takie sobie średnie, a w tym, że zamiast Watsona, towarzyszy mu żona (!). Żona jest młodsza od niego o prawie dwa pokolenia, niesympatyczna, kreowana na stereotypowo "męski" umysł, w kwestii umiłowania do logiki, porządku i metody oraz pogardy dla uczuć pobożniejsza od papieża (Holmesa) i... no... Sherlockista może zamilknie. Jeżeli ktoś naprawdę ma ochotę, może śledzić fikcyjnego bloga Mary Russell Holmes.
 Nie jest tak, że żadnego tomu nie da się nawet przez chwilę czytać bez przyjemności (bo zawszeć to historia o Sherlocku Holmesie). Ale ogólna koncepcja jest jednak odpychająca, a autorce zdarza się przyznawać w wywiadach, że Holmesa traktuje głównie zarobkowo. I to widać.  Ma natomiast sympatyczną stronę internetową, na której zdarzają się nawet zagadki do rozwiązywania.

***

Druga wiadomość dnia jest taka, że Sherlockista usłyszał plotki jakoby Guy Ritchie miał kręcić film pod tytułem Excalibur (ponoć skrzyżowanie króla Artura i "Gwiezdnych Wojen"). Sherlockista kocha StarWarsy nad życie, ale wolałby, żeby Ritchie zajął się w pierwszym rzędzie ekranizacją sequela Sherlocka Holmesa... Na szczęście zarówno autor podlinkowanego doniesienia, jak i autor tego są zgodni, że Excalibur się opóźni właśnie z uwagi na zaangażowanie Ritchiego w projekt SH 2. Trzymajmy kciuki, by tak było!

czwartek, 4 marca 2010

Nowy Sherlock Holmes na przenośną konsolę

Sherlockista musi poczynić pewne wyznanie. Otóż nie ma pojęcia o grach komputerowych i mimo, że od lat zamierzał pojęcia nabrać (tak, wyłącznie z uwagi na gry o SH, które go omijały, a z których jedną - Przebudzenie - nawet zaposiadł), to... no to wciąż jakoś się nie złożyło.

Z kronikarskiego obowiązku zatem i bez szczegółów specjalnych donosi, że donoszą mu coraz częściej o nowej grze "Sherlock Holmes and the Mystery of Osborne House". Brakujące szczegóły można doczytać tu albo jeszcze lepiej, bo jakoś obszerniej i z obrazkami tu.
A malutki obrazek od Sherlockisty tu ;) :

środa, 3 marca 2010

Uwaga! DWA KONKURSY! I z tej okazji słów parę o Grze.

Sherlockista nie wie, dlaczego teraz dotarły do niego wieści o niezwykle ekscytującym konkursie ogłoszonym przez czasopismo, w którym marzyłby o opublikowaniu choćby ogłoszenia drobnego.
Baker Street Journal, bo tak się ono nazywa, świętuje stulecie od powstania słynnego eseju Ronalda Knoxa, który zapoczątkował całą wielką Grę toczoną przez Holmesistów do dziś. Gra, w skrócie, opiera się na dwóch założeniach.

(1) Holmes i Watson istnieli naprawdę.
(2) Conan Doyle był agentem literackim Watsona.

No i teraz postarajmy się cały ten Watsonowy niespójny bałagan uzgodnić między sobą oraz z faktami historycznymi... :) Jakim cudem Holmes zdołał wyliczyć prędkość jazdy pociągu na podstawie słupków telegraficznych i czy rzeczywiście takowe w takich odległościach rozstawione na trasie mogły się znajdować? Czemu w FINA potajemnie opuścił dom Watsona, chociaż chciał uwolnić go od niebezpieczeństwa? Co naprawdę robił przez trzy lata The Great Hiatus? Jakie papierosy palił? Kiedy miała miejsce sprawa psa Baskerville'ów i czemu agent Watsona puścił ją do druku akurat wówczas, gdy Holmes udawał, że nie żyje? Co to jest "swamp adder" i czemu zoolodzy twierdzą, że nie ma takiego węża?
Oto typowe pytania stawiane sobie przez graczy. Wygrywa naturalnie ten, kto opublikuje bardziej pasjonujący i naukowo lepiej opracowany artykuł w BSJ lub innym prestiżowym periodyku ;)

I taki właśnie artykuł - wyjaśniający jakąś niedostatecznie jeszcze przez Holmesistów rozpracowaną zagadkę - należy nadesłać do BSJ, jeśli chce się wziąć udział we wspomnianym konkursie (dokładny regulamin tu). Do  1.10.2010 - jest jeszcze czas, zakasać rękawy i do roboty!

A drugi konkurs ogłasza sam Sherlockista - w eseju pojawia się tajemniczy "M. Minsk, the Polish critic". Najprawdopodobniej jest to niestety tylko żart, kpina, drwina i ściema. Ale... Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, ktokolwiek coś na ten temat użytecznego w komentarzach powie, ten otrzyma nagrodę - kopię wybranej pozycji z sherlockistycznej biblioteki Sherlockisty.

Z cyklu: w blogach napisali

Dostał dziś Sherlockista w niusletterze bardzo ciekawą notkę na temat nowego wydania VALL w kontekście filmu Ritchiego. Notka jest ciekawa nie tyle sama w sobie (nic odkrywczego dla Holmesologa tam nie uświadczycie) ile właśnie z uwagi na stężenie stereotypów w treści. Autor podkreśla, jak to Ritchie "rozruszał" detektywa i "odświeżył jego markę", odkrywa Amerykę w postaci faktu, że Holmes nie należy tylko do wieku gazowych latarni, który odszedł już w dal, a nawet kiedyś walczył z nazistami i, generalnie rzecz biorąc, doprowadza Sherlockistę do pasji ;)
Linkuje też własną recenzję filmu Ritchiego, w której, naturalnie, przejęty nowoczesnym podejściem, nie zauważa żadnej z subtelnych zalet filmu, a jego umocowanie w Holmesowej tradycji zamiast na plus liczy na minus. Sherlockistę skłoniło to do zastanowienia, czy aby nie jest tak, że maniacy tacy jak on nadmiernie wzruszają się nawiązaniami do tego, co już widzieli, a normalni widzowie nie traktują powracających motywów jako nawiązania tylko jako plagiat i po raz kolejny oglądać ich już nie chcą...

Ciekawe natomiast autentycznie jest podejście autora do samej powieści, którą uważa, być może słusznie, za niedocenianą, sam natomiast usprawiedliwia ją z wielu rzeczy, które Holmesistów przeważnie irytują. Głównym problemem z VALL jest oczywiście fakt, że oprócz śledztwa Holmesa, opisana jest tam rozwlekle długa historia, w której Holmes nie bierze udziału. Sherlockista jest osobiście przekonany, że dla większości maniaków, którzy Doyle'a czytają nie dla uroków jego prozy a dla jego dwóch genialnych postaci (i jeszcze garści postaci pobocznych), jest to problem nie do przeskoczenia. Można te nudy z poczucia obowiązku przeczytać, nie da się pokochać ;) Ma tu jednak Sherlockista zastrzeżenie - obfitujące w opisy przydługie fragmenty bez Holmesa, które irytują w lekturze i ekranizacjach (zwłaszcza powieści, bo podobna sytuacja ma miejce w różnym stopniu we wszystkich czterech dłuższych utworach Doyle'a), wspaniale ubarwiają natomiast wszelkie adaptacje dźwiękowe. Być może to kwestia magii radia i atmosfery "czytania przy kominku", jaką stwarzają przeważnie znakomite Holmesowe audiobooki - jedno i drugie pobudza wyobraźnię znacznie bardziej niż suche słowa czy obrazy, więc opisy Doliny Strachu, czy moczarów wokół Baskerville Hall zaczynają być nie mniej atrakcyjne niż ukochane przez Holmesistów sceny i dialogi. Ale o Holmesie w wersji audio będzie jeszcze nie raz.
Na koniec poleca Sherlockista link do recenzji komiksu o "wiktoriańskich nieumarłych", bo, jak się wydaje, jest to przedsięwzięcie nader oryginalne ;)

poniedziałek, 1 marca 2010

Bardzo nowy Holmes BBC

 Już od dłuższego czasu krążyły plotki o planowanej nowej telewizyjnej wersji Sherlocka Holmesa, robionej przez BBC. Wiadomość dobra jest taka, że autorzy dramatyzacji, Steven Moffat i Mark Gattis budzą zaufanie Holmesistów, zwłaszcza zaś tych, którzy spółkę tę pamiętają z serii Doctor Who. Wiadomość, która Sherlockiście przynajmniej się nie podoba jest taka, że ekranizacja ma być robiona we współczesnych realiach. Pomysł ryzykowny, ale po wpadce z Ritchiem nic już Sherlockista nie będzie przedwcześnie a pochopnie skreślał.
Z kolejnych komunikatów wynika, że w rolach głównych wystąpią Benedict Cumberbatch jako SH (jak podsumował to pewien Holmesista, jakże stosowne imię ;) ) i Martin Freeman jako JW. Można ich podejrzeć na zdjęciu z planu:
 

Sherlockista, prawdę mówiąc, nie jest zupełnie do tego widoku przekonany, zwłaszcza zaś do niezbyt na pierwszy rzut oka inteligentnego wejrzenia Cumberbatcha, ale, well, we shall see, it is a capital mistake to theorize before one has data (SCAN) :)
Zdjęcia rozpoczeły się ponoć w styczniu, kręcą się trzy 90-minutowe odcinki, a jeszcze garść informacji można znaleźć tu. 
Czekamy!

Jeremy Brett: FINA/EMPT, cz 1.: FINA

Jeśli ktoś z Czytelników oczekuje krótkiej i jednoznacznej odpowiedzi na wspomniane w poprzedniej notce pytanie o to, jak zrobić dobrą ekranizację Holmesa, to Sherlockista służy. Nie, nie będzie wykręcania się i dywagacji, że a bo trudno uchwycić ducha Kanonu a bo tamto, siamto i kim była w końcu Irene Adler. 


Odpowiedzią jest początek tytułu dzisiejszej notki: Jeremy Brett.


A na ewentualne dalsze pytanie o to, dlaczego właśnie Jeremy Brett odpowiada naturalnie druga część tytułu. Jeremy Brett - bo "Final Problem" i "Empty House". Równie dobrze poradziłby sobie w tej roli (prawie*) każdy inny tytuł ekranizacji z legendarnej serii Granady - i Sherlockista nie zamierza kryć się z planem, by tak właśnie po kolei owymi tytułami tu odpowiadać. Sherlockista jest bowiem Jeremy'ego Bretta już nie wielbicielem, ale zgoła szalikowcem i w tym miejscu pozwoli sobie podlinkować swój pierwszy sherlockistyczny blogowy wpis ze starego, prywatnego bloga. Nie tylko dlatego, że w notce tej opowiedział o początkach swojego niezwykle ognistego z Brettem romansu, ale również z uwagi na różne o Bretcie informacje i spostrzeżenia, których nie chciałby tu powtarzać z uwagi na "stałych klientów" wśród swoich Czytelników:

Skoro odpowiedź na pytania i wprowadzenie w Brettologię stosowaną ma już Sherlockista załatwione, pozostaje mu oddać się rekreacyjnej części notki i napisać słów parę o ekranizacjach opowiadań, które z całego cyklu o Holmesie miały największego pecha.


FINA - bohaterska śmierć bohatera w starciu z jego największym wrogiem, wymarzony punkt kulminacyjny każdej epickiej historii. EMPT - triumfalny powrót z zaświatów, po symbolicznych trzech latach. Takie części opowieści o herosach zawsze czytane są najchętniej, takie strony mają najmocniej pozaginane rogi, a nawet tłuste plamy na marginesach i gdzieniegdzie ślady łez uronionych przez czytelników o co czulszych serduszkach. I te właśnie opowiadania w wykonaniu sir Arthura Conan Doyle'a są najbardziej bylejakie, najbardziej kontrowersyjne, miejscami niezrozumiałe, podejrzane z punktu widzenia logiki i elementarnych psychologicznych intuicji. Szczegółowo o tym, czemu tak się stało i na czym usterki polegają - oraz jak sobie z nimi holmesolodzy radzą - będzie przy innej okazji, bo jest to temat, który pochłonął Ocean Spokojny atramentu i puszczę amazońską papieru. Dziś wystarczy nam wiedzieć, że o ile dobre opowiadanie o Sherlocku, z żywą akcją i ciekawą zagadką nakręcić jest bardzo trudno, o tyle FINA i EMPT same w sobie śnią się zapewne reżyserom po nocy w koszmarach.


A scenarzyści Granady dali radę. Tak, głównie dlatego, że pisali dla Jeremy'ego Bretta - który potrafi zagrać nawet jajko w majonezie tak, że będzie to widok przyprawiający o ciarki na plecach. Również dlatego, że pisali dla Davida Burke'a i Edwarda Hardwicke'a, znakomitych Watsonów Bretta. Z tym pierwszym -  młodszym, żwawszym, (o tyleż bardziej kanonicznym niż niesławny dziadzio Bruce, partner Basila Rathbone'a), godnym zaufania, gdy trzeba upolować śmiertelnie groźnego nakrapianego węża (SPEC)** i równie niezawodnym partnerem w FINA, gdy ściga Sherlocka H. wróg niecętkowany, ale jeszcze groźniejszy i pozostaje tylko uciekać w szwajcarskie Alpy - z tym pierwszym zatem Watsonem połączyła Bretta prawdziwa chemia. I ta chemia właśnie ratuje ekranizację opowiadania, w którym w zasadzie nie ma intrygi. Rozpaczliwej próby scenarzystów, by jakoś wypełnić treścią ogólnikowe wzmianki Doyle'a na temat "ważnej sprawy prowadzonej na zlecenie francuskiego rządu" przez litość nie wspominam. 


Ta chemia jest w twarzy Burke'a, gdy ten słyszy od pani Hudson o niepokojącej wizycie dziwnego, wysokiego dżentelmenta o szarych oczach. Jest w twarzy  Bretta, gdy mówi o planowanej wyprawie na kontynent, wiedząc dobrze, że być może to jego ostatnie dni. Holmes chce je spędzić z Watsonem. Brett chce je spędzić z Burke'iem. Burke jest prostoduszny, żołnierski. Nie opuści Holmesa w kłopotach, bo tak się nie robi. Gdy zobaczy porzuconą laskę i domyśli się, że przyjaciel zginął w czeluści z poruszającą mieszaniną naiwności i rozpaczy będzie go nawoływał, a potem usiądzie i zwyczajnie zapłacze. Brett bije sam siebie na głowę (to dopiero koniec drugiej serii "Adventures..." nikt jeszcze nie wie, na jakie wyżyny i głębie wyprawi się Jeremy w filmach następnych). Holmes trochę się cieszy, że ma okazję zginąć w chwale, w walce z godnym przeciwnikiem, u szczytu kariery - jest to niewątpliwie echo zamysłu Doyle'a, który ponoć śmierć swojego znienawidzonego detektywa wymyślił zainspirowany widokiem efektownego wodospadu Reichenbach*** i starał się zabić go jak najgodniej. Ale pozostaje sobą. Po ludzku przejęty zamachami na swoje życie, ale nieodmiennie afektowany w gestach i w tonie. Wzruszony postawą Watsona, chociaż zarazem bezwzględny w swoich zamiarach. Zadowolony ze swojej przenikliwości, triumfujący - i jednocześnie lekko wystraszony, gdy Moriarty (wspaniały Eric Porter) nachodzi go w jego własnym mieszkaniu. Scena między tymi dwoma, z kanonicznym dialogiem, z nieregularnymi, nieoczekiwanymi akcentami Bretta i jego urywanym oddechem, porywa, chociaż nie pokazuje nawet grama więcej niż Doyle w opowiadaniu. 


Wierność, jak uczą nas psychologowie, nierzadko popłaca. Seria Granady jest często wierna w zupełnie dosłownym, klasycznym, banalnym sensie - jednak rzadko bezmyślnie i rzadko tylko z przyzwyczajenia. Wielkim darem scenarzystów Granady było zachowywanie oryginalnych tekstów i scen wówczas, gdy naprawdę miały one szansę one wybrzmieć, a Brett potrafił podać kanoniczne frazy w kompletnie niespodziewany, a zarazem dziwacznie naturalny sposób. 


Taki kolorowy, jedyny w swoim rodzaju ptak jak Holmes tak właśnie musiał mówić. Takie kosmiczne dźwięki, powarkiwania, krzyki, świsty, wydawać. Burke, przeciwnie, jest przewidywalny, czasem nawet sprawia wrażenie lekko tępawego, ale tego właśnie oczekujemy po "the good doctor". W jego pełnych podziwu oczach Holmes ma się przeglądać, lekkie przygany nigdy nie stają się zbyt stanowcze, a przestrach czy zaskoczenie (jak w scenie ze spotkaniem w pociągu) są lekko przesadzone, tak, by widz mógł się z odczuciami Watsona zidentyfikować, ale zarazem poczuć odrobinkę lepszym. Ilekroć jednak przychodzi nam do głowy, by nadmiernie wywyższać się nad Burke'a-Watsona, wystarczy jedno pełne szacunku i sympatii spojrzenie Holmesa-Bretta, byśmy przypomnieli sobie, gdzie nasze miejsce. O tak, między Brettem a Burke'iem jest prawdziwa chemia.


I dlatego to, co dzieje się między Brettem a Hardwicke'iem wypada nazwać jedynie alchemią.


Ale o tym już w następnym odcinku - EMPT :) 

---
*Ze smutnym wyjątkiem MAZA, który kręcony był w czasie, gdy Brett znów ciężko chorował, w związku z czym scen z samym Holmesem nie ma tam wcale, z wyjątkiem króciutkiej sekwencji z innego filmu. Nie można jednak przemilczeć, że również niektóre inne tytuły Granady budzą - nierzadko uzasadnione - kontrowersje - ale wszelkie zastrzeżenia mam nadzieję sprawiedliwie tu przedstawić.


**Wąż ten co gorsza, wbrew wszelkim prawom biologii, miał uszy!


***Sherlockista słyszał wszelako od osoby, która miała szczęście wodospad ten oglądać na własne oczy, że nie jest to nic szczególnego i niczym się z krajobrazu nie wyróżnia...