piątek, 28 maja 2010

SHERLOCK HOLMES 2 - ZNAMY DATĘ PREMIERY :) !!!

Sherlockista z pewnością nie pisałby akurat dziś w nocy recenzji z nawet najfajniejszej gry (poniżej), gdyby wiedział jaka wiadomość miesiąca dosięgnie go nad ranem. Otóż Warner Bros ustaliło datę premiery filmu Ritchiego na 16 grudnia 2011. Z jednej strony, to aż półtora roku, z drugiej - przecież jakoś to minie, a nowy Holmes będzie akurat na Boże Narodzenie i w dwa lata po poprzednim. I w dodatku zdąży przed końcem świata.
Pozostałe dobre wiadomości (z wywiadu Sci Fi Wire z Joelem Silverem, producentem SH 2) są takie, że o ile Rachel McAdams wróci, to nie jako postać pierwszoplanowa. W nowym filmie najwyraźniej zabłyśnie kto inny (i ShK da się pokroić, żeby był to Moriarty, choćby i w wykonaniu Brada Pitta).
Czas rozpocząć odliczanie!

Sherlock Holmes versus Kuba Rozpruwacz

Sherlockista z ogromną dumą rozpoczyna tę notkę, bowiem, jak wielokrotnie przyznawał, gry komputerowe z Sherlockiem Holmesem od lat stanowiły jego sherlockistyczną piętę achillesową i były wiecznym wyrzutem sumienia. Doniesienia o nowych grach, czy wersjach na konsolę traktował Sherlockista z należnym szacunkiem, ale choć wiernie zamieszczał je w blogu (patrz etykieta Gry), to jednak były to dla wieści z odległego i zamkniętego świata, a w dodatku pisane niezbyt zrozumiałym językiem.
Tymczasem teraz nareszcie i ShK odwiedził te niedostępne krainy - co więcej, przeszedł samodzielnie całą przygodówkę "Sherlock Holmes versus Jack the Ripper", co dla takiego leszcza jak Sherlockista stanowiło momentami wyzwanie frustrujące, by nie rzec: ponad siły.
Nie ośmieliłby się Sherlockista pisać z tej gry recenzji w zwykłym tego słowa znaczeniu - jak już podkreśla, nie tylko nie ma pojęcia o grach, ale w dodatku kompletnie nie ma z czym tej swojej pierwszej zaliczonej porównać. Żeby w ogóle zrozumieć, gdzie się ta gra mieści i sprawdzić, czy aby wszyscy prawdziwi gracze się z niej nie śmieją - albo na odwrót, czy przypadkiem nie przeszła z jakichś powodów do legendy - musiał Sherlockista zajrzeć na portale profesjonalne, jak gaminator.pl (podlinkowany jest opis gry). Nie jest, by tak rzec, ani ani. W tej sytuacji Sherlockista odetchnął spokojniej i pozwoli sobie jednak napisać parę słów o "SHvsJR" z czysto sherlockistycznego punktu widzenia.

Jakość grafiki - przeciętna - nie pozwala poważnie oceniać wyglądu i mimiki głównych bohaterów, ale nie rażą. Holmes jest wyższy, ciemnowłosy, szczupły, z orlim nosem - Watson nie za stary, z wąsem, obaj stereotypowo eleganccy, jak na wiktoriańskich dżentelmenów przystało. W niektórych momentach, Holmes przechodzi wspaniałą metamorfozę i prowadzi dyskretne śledztwo pod przebraniem niedomytego gazownika.
Wielkim atutem gry są dialogi, utrzymane w nieskazitelnym, chłodnym choć zarazem niezwykle barwnym i elokwentnym stylu Watsona. Kiedy trzeba, w mrocznych, cuchnących zaułkach dzielnicy Whitechapel, język również się zmienia i znów wydaje się dość realistyczny.
Dużo jest zadań, kilka inteligentnych (dedukcje, rzeczy, których trzeba się domyślić, żeby pójść we właściwym kierunku, zadania w rodzaju zrób drabinę z tego co masz pod ręką), kilka dość, prawdę mówiąc, nużących (koszmarne zadanie polegające na przesuwaniu obiektów w celu wyciągnięcia ze szpary pewnego amuletu i nieco łatwiejsze, ale równie infantylne poruszanie magnesami za szybką). Dla Sherlockisty-leszcza nawet bardzo proste wyzwania potrafiły stanowić poważną przeszkodę, czasem można bowiem w tej grze nieźle utknąć, jeśli nie uświadomimy sobie, że trzeba było wrócić do okna albo odkroić kawałek szmaty nożem. Jednak wszystkie te trudności mają w sobie wiele uroku. Łatwo było czytać w wygodnym fotelu o nadludzkiej spostrzegawczości Holmesa i przyjemnie było śledzić leniwie, jak pięknie wyciąga wnioski, a teraz, chociaż autorzy gry nie mają polotu Doyle'a, to jednak potrafili dać nam chociaż namiastkę szansy, by zrobić coś podobnego w praktyce. Smutne tylko, że najtrudniejsze fragmenty układanki rozpisali za nas - i nie wyszła im z tego szczególnie zaskakująca intryga. Sherlockista podejrzewa jednak, że od zwykłej gry trudno byłoby wymagać czegoś więcej - nie miało to być wyzwanie dla najwybitniejszych intelektów epoki.

Znakomita jest atmosfera gry i to nie tylko z uwagi na to, jak realistycznie oddana została ponurość biednych dzielnic Londynu (to przeważnie nie jest takie trudne). W tekstach Holmesa umiejętnie wyważono nieludzki chłód, bardzo ludzkie rozgoryczenie otaczającym go mrocznym światem i cierpkie poczucie humoru. Watson, niestety, jest sztampowy i nijaki; rzadko zdarza mu się choćby w minimalnym stopniu dać wyraz swojej indywidualności. Może dziwnie to brzmi, kiedy mówię o "indywidualności" garstki zaprogramowanych pikseli, ale niektóre postaci w "SHvsJR" są wyjątkowo wręcz wyraziste (jak sprzedawca karmy dla zwierząt czy dziennikarz Bulling). Za drugi plan przyznaje Sherlockista grze sześć na sześć holmesologicznych gwiazdek - jest zajmujący, zgodny z realiami epoki i niejednorodny, taki, jaki zazwyczaj bywa w opowiadaniach ACD. Znalazło się nawet miejsce dla odrobiny ludzkiego dramatu - także jak w prawdziwym Sherlocku.
W ogóle sporo jest w tej grze ukłonów w stronę Kanonu. Sherlock nie tylko gra na skrzypcach, ale i trzyma tytoń w perskim kapciu, ma VR wystrzelone na ścianie i - uwaga! - kpi sobie z powszechnego przekonania, jakoby chodził w czapce deerstalker. Korzysta z pomocy Baker Street Irregulars (chociaż wątek, w którym pomaga im uratować kotka jest przy całej swojej słodyczy pewną poetycką przesadą ;) i potrafi się porozumieć z przedstawicielem każdej klasy społecznej (w przeciwieństwie do Watsona, który jest w pewnych sytuacjach standardowo nieudolny). Kroi świnie (to jeden z najbardziej makabrycznych, ale i zarazem najśmieszniejszych fragmentów gry) i lepi ludzkie wnętrzności z gliny nie bacząc na zdumienie swojego przyjaciela. Wreszcie, na koniec, zachowuje się dokładnie tak, jak zapewne zachowałby się sam Sherlock Holmes, sądząc po kanonicznych opowadaniach. Za postać Holmesa należą się twórcom gry może nie gromkie, ale zachęcające oklaski.
Podsumowując, Sherlockista uważa swoje pierwsze kroki w świecie holmesowych gier za niezwykle udane, rozrywkę wszystkim maniakom Holmesa poleca (chociaż trzeba mieć odrobinę tolerancji dla infantylnych często zadań)
A Sherlockista zabiera się za "Sherlocka Holmesa i Arsene'a Lupin"...

Sherlock Holmes wygrywa!

A przynajmniej jego wersja autorstwa Guya Ritchiego wygrała Britain's National Movie Awards w kategorii Best Action Movie Thriller. Sherlockista gratuluje i cieszy się, bo pokonaliśmy (patrz: "Bohunaśmy usiekli") Martina Scorsese (Wyspa tajemnicShutter Island) i Quentina Tarantino (Bękarty wojnyInglourious Basterds). Ma też nadzieję, że Ritchie czuje presję, żeby sequel nie zawiódł nie tylko w box office'ach.

                                                         A oto i laureat.

czwartek, 27 maja 2010

Nowy Sherlock BBC - dobra i zła wiadomość

Na początek zła: mimo, że zarówno sam pomysł, jak i szczegóły nowej telewizyjnej produkcji BBC autorstwa spóki Moffat - Gatiss, z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem w rolach Holmesa i Watsona wydawały się dość atrakcyjne, plotki donoszą, że pilot poniósł sromotną klęskę. Kosztująca 800.000 funtów produkcja nigdy nie ujrzy światła naszych domostw. Komentarz osoby 'z wewnątrz': "It must have been a real stinker" nie jest do końca przetłumaczalny, ale Czytelnicy z pewnością i tak rozumieją, co może oznaczać.
A Sherlockista uważa, że oznacza w istocie dobrą wiadomość :) BBC ponoć nie zrezygnowało z projektu, jednak zleciło znaczne poprawki. I to wydaje się wspaniałą nowiną - ktoś najwyraźniej zadbał o poziom i jakość wykonania. Podobno poprawki dotyczą w dużej mierze fabuły, komplikują ją i wysubtelniają, co samo w sobie brzmi zachęcająco. Może nowy Sherlock będzie trochę później, ale bardziej dopracowany, a jego producenci (Jay Hunt i Ben Stephenson), o ile plotki są prawdziwe, położyli nacisk nie na efekty specjalne tylko na pomysł i mimo tendencji do uwspółcześniania Holmesa może nie usiłują naśladować Ritchiego. Trzymajmy kciuki, Sherlockista ma przeczucie, że to wyjdzie nowej produkcji tylko na dobre.
"The stories are now more intricate and detailed" - well, oby tak było ;)

wtorek, 25 maja 2010

Jeśli ktoś z Czytelników nie wie co ma zrobić...

...z wolnymi 400.000 funtów szterlingów, to Sherlockista ma dla niego wspaniałą propozycję. Jak donoszą m. in. Scotsman i Telegraph, 15 lipca w domu aukcyjnym Sotheby's (aukcja z kategorii English Literature, History, Childrens' Books and Illustrations)  zostanie wystawiony egzemplarz "A Study in Scarlet" z inskrypcją i autografem samego ACD. "Moja pierwsza samodzielna książka", jak głosi dumny wpis Doyle'a, pierwsza powieść o Holmesie, ta, w której padają słowa "You come from Afghanistan I perceive", ta, w której Watson zostaje biografem detektywa, ta, w której...
... w każdym razie Powieść, która po wielu niepowodzeniach u wydawców i zmianie tytułu z "A Tangled Skein" po raz pierwszy ukazała się w 1887 roku w Beeton's Christmas Annual (piśmie znanym dziś głównie z faktu, że miało ten zaszczyt ;) ), a w całości, oddzielnie w 1888 roku (dzięki wydawnictwu Ward Lock&Co., z ilustracjami autorstwa ojca Doyle'a, Charlesa).







Sherlockista długo nie mógł dojść, które z tych wydań zostanie wystawione na aukcji, bo zapewnieniom o tym, że ksiażka pochodzi z 1887 roku nie ufał ;), jednak ta strona wskazuje jednoznacznie, że chodzi o egzemplarz Beeton's. A tak wygląda owa inskrypcja:



Jeśli w najbliższym czasie ktoś napadnie na bank, przekopując się od spodu i ukradnie "250 do 400" tysięcy funtów, to Sherlockista będzie wiedział, że to Wy. Ale nikomu nie doniesie, sam jeszcze nie wie, do czego się posunie by wziąć w tej aukcji udział... ;)

niedziela, 23 maja 2010

Sherlockista nie wie, jak to się mogło stać...

... ale przegapił wczorajsze 151 urodziny sir Arthura Conan Doyle'a!
22 maja 1859 roku przyszedł na świat w Edynburgu Brytyjczyk o irlandzkich korzeniach, który, um, jak to dyplomatycznie ująć ;)... miał wiele wspólnego z opowiadaniami Watsona. Ci z Czytelników, którzy wierzą, że był tylko jego agentem literackim, ci, którzy wierzą, że sam to wszystko napisał, ci, którzy nienawidzą go, za niechęć, z którą przywrócił Holmesa życiu po zabiciu go w odmętach wodospadu Reichenbach, ci, którzy kochają go za wszystkie te chwile, które dzięki niemu spędzili w fotelach z książką czy przed ekranem, a nawet przed głośnikiem radia, wszystkim wypadało szarpnąć się wczoraj chociaż na torcik wedlowski.
Sir Arthur ani nie przewidział ani nigdy nie chciał, żeby jego historie komercyjne przyćmiły powieści historyczne, przeraziłby się pewnie sławą, jaką się okrył i popularnością swojego bohatera, która jeszcze za jego życia zaczynała być ogromna (Doyle umarł w roku 1930, już wkrótce, 7 czerwca będziemy obchodzić smutną rocznicę), Holmes pojawiał się w teatrze i w pierwszych filmach z Ellie Norwoodem (1912!) i Arhturem Wontnerem (i jeszcze paroma innymi aktorami). Co się działo w wieku XX - i co nas czeka w XXI - o tym Sherlockista pisze tego bloga, chociaż same książki na temat fenomenu Holmesa i historii jego kolejnych wcieleń we wszlekich możliwych mediach, a także dociekań naukowych  i życia Holmeoswej spoleczności mogłyby wypełnić bibliotekę.
Niech żyje dziecko sir Arthura! Dwieście lat (na początek :) ).
P.S. A Sherlockista zamierza wprowadzić kroki, by podobnych zaniedbań nigdy się nie dopuścić - oraz w przyszłości poświęcić ACD nieco więcej uwagi.

sobota, 22 maja 2010

MIstrzostwa świata w rzeźbie plażowej w Moskwie

Tak, Sherlockista jest bardzo dumny z poziomu absurdu, który osiąga ten tytuł ;) W każdym razie, to, co nieco złośliwie nazwał "rzeźbą plażową" to w rzeczywistości po prostu rzeźba w piasku. 16 najlepszych na świecie rzeźbiarzy zaprezentowało swoje dzieła, które prędko spłynęły z wiosennym deszczem, ale wciąż można je podziwiać na zdjęciach - tu, tu, a najfajniejsze tu.
Wszyscy piszą, że gdzieś tam jest Sherlock Holmes... Problem w tym, że Sherlockista kompletnie go między hrabią Draculą, rosyjską kinematografią i, um, tym:
...nie umie wypatrzeć. Ktokolwiek widzi, ktokolwiek wie, ktokolwiek znalazł jeszcze jakąś galerię, na której Sherlocka z piasku widać wyraźnie, niech koniecznie da znać...

czwartek, 20 maja 2010

Sherlock intymnie - PLOSH

Tytułowy PLOSH to dla wielu Sherlockistów akronim niemal kanoniczny, jak FINA czy NAVA, a ShK zachęca do pogmerania w podlinkowanych wątkach, albowiem pochodzą one ze zdecydowanie najlepszego holmesologicznego forum i sama ich ilość wskazuje na to, jak ważną rolę odgrywa PLOSH wśród niezliczonych ekranizacji i apokryfów. Nic więc dziwnego, że The Private Life of Sherlock Holmes Billy'ego Wildera wielokrotnie już sam wpychał się do różnych notek Sherlockisty (zwłaszcza gdy dało się pod jakimś pretekstem napomknąć o Robercie Stephensie).
PLOSH to film-cud, film-szczęściarz i film-pechowiec zarazem. Film, który nie ma prawa się nikomu podobać, a jednak podoba się większości ortodoksów, tym samym, którzy nie trawią Downeya, uważają, że Brett był zbyt osobisty, Rathbone miał złego Watsona, Plummer był za stary, Wilmer zbyt wyniosły, Merrison zbyt piskliwy, Gielgud za drętwy a Cushing nijaki i chudy.

PLOSH to film o romansie Holmesa (!), Watson (nienajwspanialszy Colin Blakely) zachowuje się cokolwiek histerycznie (!), całość okrasza targająca za serce muzyka (obrosły już legendą koncert skrzypcowy Miklosa Rozsy) (!), która ponoć zainspirowała Wildera do napisania scenariusza, pełnego uprowadzonych karłów (!), martwych kanarków, potworów z Loch Ness, podstarzałych baletnic (!!), pięknych niemieckich szpiegiń (?) i sentymentalnych bredni.  Jednym słowem: wielki skandal. A jednak... na sam początek, zanim zdążycie się drodzy Czytelnicy zniechęcić i zaprzestać dalszej lektury, Sherlockista spróbuje Was zniewolić tą właśnie słynną muzyką z pomocą Jaschy Heifetza. (Dlaczego jeszcze film Wildera jest wielki, o tym za chwilę.)



Koncert ten miał w zamierzeniu wyrażać zawiłości duszy Sherlocka Holmesa i cel ten osiągnięty został z wielkim sukcesem, a Robert Stephens zagrał Sherlocka równie wspaniale jak Heifetz melodie Rozsy. Jest chłodny i kruchy, flegmatyczny i energiczny, zgorzkniały i romantyczny, pewny siebie i płochliwy, gdy wkracza na tereny, na których nie jest ekspertem (uwaga ta nie dotyczy, co ciekawe, romansów). Stephens, podobnie jak Brett, wygrywając Holmesowe melancholie i manie, grał trochę samego siebie. Nie miał szczęścia.  Gdy otrzymał rolę w filmie Billy'ego Wildera* - rolę, którą, co wierni Czytelnicy tego bloga pewnie pamiętają, miał grać sam Peter O'Toole, czuł się tak, jakby złapał przyjazne bóstwo za nogi. Bóstwo tymczasem okazało się Freddiem z Ulicy Wiązów. Metody Wildera, jak wspominał potem sam Stephens, były trudne do zniesienia i bardziej niż instruowanie aktorów przypominały torturowanie jeńców. Trzecia (z czterech) żona nieżyjącego już Stephensa, Dame Maggie Smith zdradziła w wywiadzie, że doprowadzony do ostateczności aktor usiłował nawet popełnić samobójstwo. Co gorsza, kariera Stephensa mimo tych wszystkich mąk nie nabrała oczekiwanego rozpędu, niedługo później aktor rozpił się i stoczył, a sam film czekał nielepszy los.

Prawie każdy fandom ma swoją legendę o Zaginionym Dziele - wielbiciele Schulza poszukują jego "Mesjasza", prawdziwi fani "Gwiezdnych Wojen" wciąż czekają na "prawdziwe" zakończenie (bo Epizod VI z miśkami rzekomo się nie liczy*), a holmesiści marzą o tym, by ktoś odnalazł powycinane sceny z The Private Life of Sherlock Holmes. Naturalnie każdy film chudnie w montażu i często wychodzi mu to na dobre, jednak PLOSH potraktowany został wyjątkowo okrutnie. Początkowo trwał bodaj trzy i pół godziny i zawierał cztery głóne wątki oraz flashbacki i flashforwardy (uniwersytecka kariera Holmesa i potomkowie Watsona). Zostały z niego dwie przeplecione historie, a i te są pocięte. Nawet scenariusz dostępny w sieci nie jest kompletny - ale można w nim przynajmniej znaleźć jedną cudowną scenę, w której Watson usiłuje się wyprowadzić oraz finał z Lestrade'em, który próbuje namówić Holmesa do podjęcia pewnej sprawy. Krążą pogłoski, jakoby jeszcze jedną scenę i trochę zdjęć z planu wraz ze ścieżką dźwiękową dodano do wydania DVD - Sherlockista nie miał jeszcze funduszy, by to zweryfikować.

To, jak bardzo bolejemy nad utratą zaginionych scen świadczy tylko o tym, jakie dobre jest to, co się ostało. Jak kłuje cierpki i absurdalny humor. Jak rozczula potęga podskórnych emocji, które w tak wzruszający sposób wychodzą z ukrycia w finale. Mimo szarżującego Blakely'ego, zachwyca w tym filmie dynamika relacji Holmesa z Watsonem, który jest - jak i w każdej dobrej ekranizacji być powinien - oparciem, lekarzem, przyjacielem, dostawcą kokainy ;), ale i pisarzem, artystą, człowiekiem z własnym życiem i własnymi wadami. Momentami wykończony ekscesami Holmesa, momentami wściekły, momentami pakujący manatki, choć zawsze niezawodny, wystarczająco inteligentny, żeby być pomocny i wystarczająco wrażliwy, żeby wyczuwać, jak to robić.
A sam Holmes... Wilder, jako holmesolog, chociaż poszalał przy tworzeniu intryg i wątków romansowych, umiał z bolesną celnością wydobyć wszystko, co w tej postaci ważne. Holmes Wildera jest zmanierowanym geniuszem i narkomanem, słabym, nieodpornym na załamania, zamkniętym w sobie ekstrawagantem, który tonie we własnej frustracji, bo ani przestępcy ani kobiety nie dorastają do jego potrzeb i wymagań. Dla Holmesa nie ma w społeczeństwie wiktoriańskim dobrego miejsca. To (uwaga, spojler!) człowiek, którego otacza taka aura absurdu, że starzejąca się rosyjska gwiazda baletu może go wybrać na ojca swoich dzieci, dyrektor cyrku bez żenady poprosi go o odnalezienie sześciu zbiegłych karłów, a Watson będzie na zmianę niańczył jak nieodpowidzialne dziecko i usiłował zamordować. Holmes Wildera jest bez wątpienia wspaniałym detektywem - ale zbyt dobrym, by zająć uwagę badaniem popiołów z fajek czy kradzieżami kanarków a zbyt słabym, by przeniknąć intrygi własnego brata (w roli szarej eminencji Wielkiej Brytanii, Mycrofta, znakomity Christopher Lee). Ma w sobie jakieś tragiczne piętno, które sprawia, że, trawestując słynny slogan Mefistofelesa, dobra pragnąc wiecznie zło czyni - ale to na niego samego spadają wszystkie zła tego owoce. Wszystko mu się udaje, wie wszystko, wszystko potrafi wydedukować i przewidzieć, a wtedy, gdy umiejętności te przydałyby się mu najbardziej, zawodzi, ponosząc sromotną klęskę. A pokazany jest ten Holmes, jak w tytule - intymnie, z nieskończoną czułością i ciepłem, którego Wilderowi zabrakło dla żywych ludzi na planie. Widać Sherlock bardziej potrzebował odrobiny delikatności.
Niewiele jest równie smutnych toposów, jak geniusz, który się myli - a te Holmesiana, które potrafiły Sherlocka pokazać w chwili jego upadku należą do najlepszych. Tak jak PLOSH.

Na koniec wreszcie, chociaż Sherlockista nie poleca oglądania tego poranionego filmu w wersji rozczłonkowanej jeszcze przez youtube'a, lepsze to niż nic :)





---
* Dla Czytelników ceniących źródła ;) - można to wyczytać m. in. tu.
* Disclaimer offtopic: Sherlockista stanowczo NIE należy do osób, które mają jakikolwiek problem z miśkami z szóstki ;)

środa, 19 maja 2010

Ciuchy...

...no... nie są pasją Sherlockisty. Kostiumy do nowego Sherlocka interesowały go tylko o tyle, że wzbudziły powszechne oburzenie (zwłaszcza stroje samego Holmesa). Sherlockista tymczasem od początku podejrzewał, że stroje te, podobnie jak i wszystko inne w tym filmie, maksymalnie naciągają normy, których przy produkcji filmu "z epoki" przekroczyć się nie dało, ale jednak w dziewiętnastowiecznych regułach gry jakoś się mieszczą. Holmes nie jest ubrany tak klasycznie jak w niektórych "wiernych" produkcjach, gdzie nie zapomina się nawet o obowiązkowym ukryciu muszki pod kołnierzem na znak żałoby po Nelsonie - ale i na szczęście nie tak idiotycznie jak na niektórych rycinach Pageta i w zdecydowanej większości ekranizacji, których reżyserzy przeoczyli fakt, że inverness i deerstalker są stosownym strojem dla późnowiktoriańskiego dżentelmena wyłącznie w czasie wiejskiej wycieczki.
Sherlockista argumentował nawet, że stroje nas zadziwiają nie dlatego, że mają wyglądać "nowocześnie", jak na komiksowego Holmesa XXI wieku przystało, tylko dlatego, że mają wyglądać ekstrawagancko, jak przystało na najbardziej ekstrawaganckiego dżentelmena z epoki późnowiktoriańskiej.
W wywiadzie z Jenny Beavan, autorką kostiumów do SH 2009, znaleźć można szczegółowe omówienie kreacji głównych bohaterów z kilku pierwszych sekwencji filmu (kolejne, jak przypuszcza Sherlockista, w drugiej części wywiadu). Sherlockista nawet nie śmiałby się podjąć tłumaczenia wszystkich tych skomplikowanych rodzajów frocków i innych licznych rodzajów wizytowej i niewizytowej odzieży męskiej. Sam, jak już wyznał, znawcą garderoby nie jest nawet po polsku, jednak zainteresowanym poleca linkowany wyżej wywiad najserdczniej.
Przy okazji, pragnie podkreślić, że Beavan w zupełności potwierdza jego intuicje. Zarówno garderoba Irene Adler, jak i Sherlocka Holmesa z premedytacją łączy to co klasyczne (kroje spodni czy wizytowej sukni) z tym, co niebanalne (kolory, rozchełstanie, kompozycje). Holmes strojem podkreśla to, jak bardzo nie pasuje do żadnej ze ściśle wydzielonych klas wiktoriańskiego społeczeństwa, nie nosi "mundurka" żadnego  zawodu, sam przekracza wszelkie granice i bariery i tak samo nie mieści się w żadnych kategoriach jego codzienne ubranie.
Sherlockista osobiście najbardziej jest wdzięczny z Jenny Beavan za cudowny szlafrok, w którym Holmes przeżywa swoje gorsze dni - i który okazuje się szczególnie użyteczny jako przebranie.

(To zapewne nie jest ten "mouse-coloured dressing gown Sherlocka" tylko raczej ten drugi ;) ).

czwartek, 13 maja 2010

Szkice węglem


Ukazała się specjalna seria szkiców z planu SH 2009, którą można podziwiać m. in. tu, na stronach Empire Online. Stworzenie mrocznego nastroju przy użyciu węgla nie jest bardzo trudne, ale takie obrazki jak powyższe i poniższe to już wyższa szkoła jazdy.

Tego typu szkice są zazwyczaj wykorzystywane na planie, jako artystyczne wizje poszczególnych scen. Fakt, że pojawiają się dalece po premierze (choć, co też znaczące, tuż przed premierą na DVD i Blu-Ray) budzi pewne wątpliwości co do tego, czy faktycznie pełniły tę funkcję.






Wiadomo natomiast, że na etapie sprzedawania Holmesa wytwórni Warner Bros (jak to strasznie brzmi...), Wigram przedstawił obrazki, których wykonanie zlecił Jonowi Watkissowi. Znakomite porównanie szkiców poszczególnych bohaterów z portretami aktorów, którzy potem ich zagrali można znaleźć m. in. tu.

Na przykład:










Same grafiki były natomiast wystawione w Gallery Nucleus, gdzie można je było nawet nabyć. Tytuł wystawy: The Art of of the Motion Picture. "Sherlock Holmes" by Jon Watkiss.
Tu smakowity kąsek na zachętę:

wtorek, 11 maja 2010

The curious incident of the dog in the night time...

każdy szanujący się sherlockista kocha ten dialog z SILV. "The dog did nothing in the night-time! - That was the curious incident." Jak donosi Daily Telegraph, właśnie dzięki tej frazie niejaki Scott Baldwin wydedukował, kto dopuścił się kradzieży w jego domu. W SILV z faktu, że pies nie szczekał, Holmes wywnioskował, że sprawcą zbrodni był ktoś, kogo pies znał. Podobnie postąpił Baldwin, a jego bratanek, który ukradł mu konsolę do gier i kilkaset funtów, zdemaskowany właśnie przez podejrzane milczenie psa, prawdopodobnie nie zostanie fanem opowiadań ACD. Z drugiej strony, po raz kolejny przekonujemy się, dlaczego ich uważna lektura może przynosić korzyści stróżom prawa.

A tu owa legendarna rozmowa z SILV :)

sobota, 8 maja 2010

Zaległe doniesienie

które Sherlockista zawdzięcza swojej Czytelniczce - dzięki za linka prowadzącego do strony o nowej grze z serii przygodówek o SH. Tym razem mamy grać w Testament detektywa i zarówno sam ten pomysł, jak i zwiastun wzbudza pewne zdziwienie (zarówno Czytelniczki jak i różnych forumowiczów z growej otchłani Sieci). Gra ma się ukazać w wersji na PC i na Xbox jesienią i niespecjalnie wiele o niej wiadomo. Na jednej z angielskich stron  wyczytał tylko ShK, że producenci zapowiadają, że w grze tej Sherlock Holmes będzie się musiał zmierzyć z najniebezpieczniejszym wyzwaniem w swojej karierze. Czyli, zasadniczo, ple ple ple ;)
W każdym razie, ani trailerowa grafika ani horrorowate dzieci ani Watson, który wygląda jak laleczka Chucky, Sherlockisty specjalnie nie zachwycają, ale, jak już wyznawał wielokrotnie, Sherlockista dopiero nad swoim growym upośledzeniem pracuje.

A oto i owa "iffy" zapowiedź:

środa, 5 maja 2010

Sherlockista wrócił z dzikiej głuszy i czekały go same miłe wiadomości :)

Po pierwsze, mnóstwo, mnóstwo plotek (od Pereza Hiltona po samo ich źródło czyli MTV movies blog) o tym, jaką parę puścił z ust Robert Downey Jr. na temat kręconego Sherlocka.
Otóż, po pierwsze, podobno akcja ma się toczyć nie tylko w Londynie, ale i w Szwajcarii (w Szwajcarii!!! czyżby... czyżby jakieś pod koniec miały być wodospady ;) ?) i w Paryżu (to już w ogóle brzmi jak FINA!).
Po drugie, 3D dość prawdopodobne, ponieważ kręcenie czegoś bez takiej opcji w dzisiejszych czasach to praktycznie strata kasy.
Po trzecie, nie wiadomo jeszcze na pewno, kto z obsady wróci - co Sherlockistę bardzo cieszy, bo o ile nie miał nic  bardzo przeciwko Irene Adler, to jednak Downey ma rację, że ona występuje tylko w jednym opowiadaniu i może nie ma sensu pani Rachel McAdams znowu wciągać ;) (Sherlockiście wciąż marzy się taki prawdziwy ortoholmesyjny męski Sherlock bez bab...).

Zresztą niech sobie Czytelnicy posłuchają sami, podziwiając lyla-róż okularki naszego niekonwencjonalnego acz nieodparcie sympatycznego Sherlocka: