sobota, 28 sierpnia 2010

SHERLOCK BBC WRACA i wiadomo kiedy :)

Jesienią 2011 (za ROK... ah well... - z drugiej strony, zważywszy, że na gwiazdkę 2011 szykuje się nowy Sherlock Ritchiego, to czeka nas naprawdę piękna jesień i zima :) ). BBC zamówiło kolejne trzy odcinki, znów będą trwały 90 minut, a Gatiss i Moffat zapowiadają same wspaniałości. Sherlockista po prostu pozwoli sobie ich wypowiedź przetłumaczyć:
"Jesteśmy wzruszeni i onieśmieleni tak ciepłą reakcją widzów na naszych nowych Sherlocka Holmesa i Johna Watsona i nie możemy się doczekać, by zafundować im trzy nowe przygody w przyszłym roku. Czekają na nich zdumiewające zagadki, starzy przyjaciele i nowi wrogowie - czy to na dwóch czy na czterech nogach. Możliwe też, że chłodny mistrz logiki niespodziewanie wpadnie po uszy... Ale w kłopoty miłosne? Czy w jakąś przepaść? Kto to wie?"


I co, myślicie, drodzy Czytelnicy, że będzie pies Baskerville'ów, będzie, będzie, będzie???
Bo że nam Moffat z Gatissem zafundują romans Holmesa to po prostu nie wierzę, za dobrzy są na to, już prędzej Reichenbach... ach...

środa, 25 sierpnia 2010

The Giant Rat of Sumatra - odnaleziony!

 Pamiętacie tajemniczą sprawę, która dręczy wszystkich sherlockistów i holmesistów, a która nigdy nie została spisana, ponieważ zdaniem Holmesa "świat nie był na nią gotowy"? Okazuje się, że gigantyczne szczury istnieją, jeden, jak twierdzi the Sun, miał 76 cm (!), dwa kolejne giganty zostały właśnie odnalezione. Takiej treści  doniesienie BBC podlinkował właśnie na twitterze @Markgatiss (czyli jeden z twórców Sherlocka BBC). Ponoć szczury mogą osiągnąć takie potworne rozmiary, jeśli tylko mają dostęp do nadmiernych ilości pożywienia.
Naukowcy twierdzą też, że znalezione okazy nie należą do innego gatunku gryzoni - pomarańczowozębych nutrii. Co ciekawe, nutrie zostały wymienione w Wiki jako jedne ze zwierząt określanych mianem "giant rats" czyli szczury-olbrzymy (nie trzeba dodawać, że większość wpisu o tym tytule została poświęcona Wielkiemu Szczurowi z Sumatry ;) )
Wprawdzie autor artykułu twierdzi, że nutrii podobno nie wolno hodować na prywatny użytek (przynajmniej w Wielkiej Brytanii), ale gdyby ktoś z Czytelników miał ochotę zbadać, czy aby to on nie jest pierwowzorem "wielkiego szczura z Sumatry", to dozwolone jest przeprowadzanie na nutriach badań naukowych... Sherlockista, oczywiście, zachęca!
To zdjęcie może mniej...



poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Twitter! Sherlock BBC!

W komentarzach do tego bloga pojawiła się już raz dyskusja na temat dwóch tajemniczych kont BBC-Watsona na twitterze. Wygląda na to, że za oba konta odpowiedzialni są ci sami nieznani sprawcy ;) (Watson z konta @WatsonJW twierdzi, że ktoś mu się włamał na stare konto, więc założył nowe. a stare faktycznie milczy) the BBC game is on na twitterze!
Sherlockista nie natknął się (może: jeszcze) na żadną oficjalną BBC-zachętę by śledzić to konto, ale prawdopodobnie to tylko ma dodawać sytuacji tego cudownego realizmu, który zachwalał już w recenzji.

Warto śledzić nie tylko konta WatsonaJW i SherlockaSH (trzeba zwrócić uwagę na dokładny zapis, bo fikcyjnych kont Watsona i Holmesa jest na Twitterze oczywiście z tysiąc), ale także @LestradeGL., @SarahSawyer (dziewczyna Watsona), @MoriartyJM i @MycroftMH. Istnieje nawet konto @AndersonSY (to ten antypatyczny patolog, który nie chce współpracować z Sherlockiem).
Chociaż momentami może troszkę trudno jest uwierzyć, że dorośli ludzie mieszkający razem porozumiewają się w najdrobniejszych sprawach za pomocą twittera, to z rozmów między tymi postaciami można dowiedzieć się sporo na temat losów Sherlocka PO pamiętnej scenie nad basenem w The Great Game. Zabawa jest przednia!
Przy okazji, konto Sherlockisty nazywa się po prostu @Sherlockista, ale ShK musi się z góry przyznać, że chociaż fejsbuka jest maniakiem, to twitter nigdy wcześniej jakoś go nie przekonał. Sam fakt, że tam ostatnio przesiaduje to kolejny triumf ekipy BBC... 

niedziela, 22 sierpnia 2010

I jeszcze tylko krótko o Sherlocku - DVD

Wygląda tak:

I zawiera ponoć niepokazanego w telewizji pilota serialu. Sherlockista nie wie, czy chodzi o tę wersję pilota, która, jak pamiętamy , entuzjazmu producentów BBC nie wzbudziła, ale i tak chce to zobaczyć.
Na ogół Sherlockista Amazona, a zwłaszcza tego droższego brytyjskiego upiora, stara się nie reklamować, bo ma z nim na pieńku (uwaga na polskie adresy! są dyskryminowane!), jednak tym razem zrobi wyjątek.
Na wyjątek zasługują te cudne entuzjastyczne recenzje widzów, które można w Amazonie poczytać.
"Ignore the haters, this is brilliant" - nawołują i słusznie.
 Sherlockista wzruszył się o tyle, że sam po pierwszym nowym Sherlocku powiedział tylko "This is fucking brilliant" :)

Sezon jest ogórkowy... bardzo niedobre dialogi i nic się nie dzieje...

W związku z czym skrzynkę Sherlockiście zapychają doniesienia o tym, że ponoć producenci Sherlocka 2 (podobnie jak producenci Mission Impossible IV) chcą zatrudnić Noomi Rapace, która dała się poznać w Dziewczynie z tatuażem w kształcie smoka, filmie opartym na podstawie książki Larssona (więcej o nim można poczytać tu).
No ale kogo właściwie ważnego miałaby grać Noomi w Sherlocku? Mamy już Rachel McAdams, która wróci do roli Irene Adler, może Moriarty była kobietą?
Bo do roli arystokratki w opałach czy innej samotnej cyklistki nie pasuje jakoś szczególnie, zobaczcie sami, drodzy Czytelnicy ;)

środa, 11 sierpnia 2010

O rany... To znaczy, The Great Game

To znaczy, Wielki Finał.
Sherlockista z niecierpliwością ściągał ostatni odcinek pierwszej serii nowych BBC-Sherlocków, ale ociągał się z obejrzeniem (to znaczy całe dziesięć godzin się ociągał). Po pierwsze, bo przeczuwał, że jak zacznie oglądać to czeka go hop siup 90 minut sherlockistycznego szczęścia a potem szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???
Po drugie, bo Moriarty musi być wspaniały i zarazem Moriarty'ego - po którego sięga 3/4 autorów ekranizacji (pozostała 1/4 zamiast Moriarty'ego bierze Kubę Rozpruwacza) - schrzanić prawie najłatwiej (łatwiej jest schrzanić Irene Adler, która w tym serialu może jeszcze wystąpi, może nawet w męskiej postaci?). O geniuszu zła i Napoleonie Zbrodni, nie wolno po prostu powiedzieć (a tak trochę zrobił Doyle): uhaha to jest geniusz zła i Napoleon Zbrodni, jest strasznie groźny, wysoki i szarooki, publiczności lękajcie się. To zło ma od Moriarty'ego bić, a ponadto jego intrygi mają usprawiedliwiać użycie słowa geniusz i wytłumaczyć, czemu Holmes praktycznie się w Moriartym zakochuje.

Za intrygi, za pomysł na wielką grę, za relacje między Holmesem a Moriartym, skwitowane komentarzem Watsona, że "pasowaliby do siebie", za odurzającą mieszankę BRUC, VALL, 3GAR, FINA (oczywiście), FINA z wersji Granady (!!! :)), a nawet podejrzewa Sherlockista w więcej niż jednym miejscu inspirację Further Adventures Berta Coulesa, za napięcie i natężenie zagadek, dedukcji i akcji w tym ostatnim Sherlocku zasługują twórcy na 5 (nie 6 bo troszkę brakuje tym w takim pośpiechu przedstawianym historiom prawdziwego zaangażowania - to taka typowa zabawa dla Sherlocka, nie zaś dla wielbiącego romantyzm pracy detektywa Watsona).

Za samego Moriarty'ego, o którym Sherlockista naprawdę nie chce pisać za wiele, by nie zepsuć Czytelnikom napięcia i ekscytacji związanej z oczekiwaniem na Napoleona*, mocne db z plusem. W gust Sherlockisty zupełnie nie utrafił, ale nie da się nie docenić tego, co najbardziej charakterystyczne dla całej tej produkcji: połączenia oryginalności z rygorystycznym trzymaniem się Kanonu.

Za pogłębienie, skomplikowanie, zburzenie i odbudowanie relacji między Holmesem a Watsonem - 7 z wyróżnieniem. Twórcy nareszcie zaczęli rozwijać skrzydła przy konstrukcji postaci Sherlocka - pokazali obowiązkowe w każdej adaptacji Holmesa sceny czarnej desperacji w szlafroku ze skrzypcami,  te, które tak często rodziły pytania o ChAD, pokazali też równie obowiązkowe sceny świadczące o skrajnym braku sentymentalizmu , który we współczesnym świecie skłania jego znajomych, a nawet Watsona do diagnozowania u detektywa psychopatii. Pokazali, jak Watson traci w końcu cierpliwość, jak boi się zarazem Sherlocka i o Sherlocka.
I wreszcie, pokazali skrawek serca Holmesa i za tę króciutką scenę, pożyczoną wprost od Doyle'a, ale doskonale XXI-wieczną, Sherlockista Cumberbatcha i Freemana pokochał.

Tak naprawdę, to pewnie pokochał ich już wcześniej, bo zagrany jest ten epizod popisowo, wszystkie postaci czują się pewnie w swoich rolach, a Cumberbatch "tańczący" (wyrażenie Moriarty'ego) w swoim zachwycającym płaszczu został już nawet obwołany arbitrem elegancji dla Brytyjczyków XXI wieku (patrz: Guardian). Co więcej, Sherlockista musi wycofać trochę pomyj, którymi obrzucił dwa damskie blogi stworzone na potrzeby promocji serialu. Jednak dobrze, że dowiedzieliśmy się czegoś więcej o Connie Price ;) I nawet blog z kotkami ostatecznie może okazać się interesujący.
Martwią tylko te wszystkie wpisy o zaginięciu Johna i Sherlocka, kwiecień to bardzo niebezpieczny miesiąc dla Holmesa, miejmy nadzieję, że nie włóczy się nigdzie po górach. Bo jeśli tak, to po tych trzech cudownych filmach czeka nas trzy lata Wielkiego Hiatusu...
Czyli szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???

***
*Napoleona oczywiście, podobnie jak Nelsona i Boswella być w Sherlocku XXI wieku już nie mogło... Ale "I am lost without my blogger" zabrzmiało uroczo :)

niedziela, 8 sierpnia 2010

A Study in Pink i The Blind Banker czyli nowy Sherlock, odcinki 1-2

Sherlockista długo wyliczał sobie w myślach plusy nowej produkcji BBC, żeby zaprezentować Czytelnikom tak efektowną listę, że sama jej długość przekona wszystkich, dlaczego to jest taki fajny nowy Sherlock. Właściwie to nie porzucił tego planu, ale dopiero pisząc poprzednią notkę o stronach BBC przyszło mu do głowy, co tak naprawdę najbardziej go w tym nowym "Sherlocku" ujęło.
Otóż dzięki współczesnej stylizacji, dzięki tym wszystkim blogom i gadżetom, dzięki temu, że nowy Sherlock żyje w takim Londynie, jaki w każdej chwili możemy sobie zobaczyć na żywo, a nie w baśniowym Londynie gazowych latarni, który nie dość, że już nie istnieje, to tak naprawdę nigdy go w ogóle poza wyidealizowanymi wspomnieniami ACD nie było... - dzięki temu wszystkiemu możemy poczuć się choć odrobinę tak, jak tamci czytelnicy sprzed stu lat. Kto z Czytelników nie marzył, by być takim londyńczykiem przełomu minionych wieków, kupować każdy nowy numer Strandu i z rozczulającą nas dziś naiwnością wierzyć, że ten wspaniały detektyw jest postacią rzeczywistą. Kto nie chciał lamentować po jego śmierci w wodospadzie Reichenbach i przysyłać mu listów z prośbą o rozwiązanie zagadki zaginionej cioci (jak głoszą legendy, listy do Holmesa przychodzą do dziś pod adres muzeum i spotykają się z uprzejmą odpowiedzią, że Mr Holmes jest już na emeryturze i hoduje pszczoły).

Wróćmy jednak do naszej listy.
Przede wszystkim, jest to jedna z najwierniejszych ekranizacji, jakie ShK kiedykolwiek miał przyjemność oglądać  i to samo w sobie stanowi rozczulający paradoks. Moffat i Gatiss zdecydowanie nie są holmesologicznymi dyletantami i zawodowymi łowcami kasy, którzy obejrzeli dwa Rathbone'y w dzieciństwie i zapamiętali, że Holmes to gość z taką wielką fajką. To ewidentnie holmesiści pełną gębą, którzy przede wszystkim znakomicie czują klimat tych opowieści, niepowtarzalną mieszankę brytyjskiego chłodu i równie brytyjskiego humoru, a przy tym (tak znienawidzony przez Holmesa!) koktajl romantyzmu i żelaznej logiki.
W scenariuszach obu części "Sherlocka" pełno jest zabawnych dialogów, mnóstwo wręcz mrugnięć oka do holmesologicznie zorientowanego widza - ale przy tym wszystkim zachowana jest jednak dostateczna powaga, tak, że film w żadnym momencie nie staje się parodią czy pastiszem. To ważne, bo wzmaga ochotę, żeby jednak napisać do tego Holmesa w sprawie nękających nas seryjnych kradzieży różowych skarpetek (no, Mr Holmes, to byłoby takie A Study in Pink - 2).

Krwiste postaci zarysowane są zarówno przez scenarzystów, jak i przez aktorów śmiało i wiernie, czyli dokładnie tak jak trzeba. Zważywszy na to, ile Conan Doyle (nie czarujmy się, głównie z powodu niepoważnego traktowania Holmesa) pozostawił w konstrukcji obu głównych swoich bohaterów miejsc niedookreślonych, czyli pola do popisu dla potomnych, zadziwiające jest, jak rzadko dana nam jest przyjemność oglądać na ekranie osoby, które poza nazwiskami Holmes i Watson mają wiele wspólnego z owymi Doyle'owskimi postaciami. Kto widział chociażby poczciwego Rathbone'a z Bruce'em (w Waszyngtonie na przykład) ten wie. Jeszcze większym niebezpieczeństwem od braku wierności jest wierność ślepa, a nieśmiała - czyli wierność stereotypom utrwalonym w kulturze masowej (peleryna-czapa-wygięta faja-Elementary, my dear Watson*). Wystarczy wtedy pół błędu w obsadzie i wychodzi nam (osadzony w epoce, a jakże!) horror z Roxburghiem i Hartem. Każdy dobry Sherlock w życiu Sherlockisty przy pierwszym poznaniu przyprawiał go o dreszcze, każdy na pierwszy rzut oka nic wspólnego z Kanonem nie miał - i każdy dopiero przy bliższym przyjrzeniu okazał się podejrzanie tekstowi Doyle'a bliski.
Cumberbatch nie. Bo Cumberbatch Holmesem jest po prostu od razu, od pierwszego, drugiego i kolejnych wejrzeń. Nie jest (może: jeszcze) wielkim aktorem, nie ima się żadnych afekciarskich sztuczek, nie pohukuje jak ukochany Sherlockisty Jeremy** i nie koncentruje uwagi na sobie. Ale koncentruje ją niewątpliwie na swojej postaci. Holmes, władczy, genialny, do niczego i nikogo nieprzystający, pierwszy i jedyny, bezczelny, arogancki, a zarazem nigdy nie ordynarnie nieuprzejmy, dumny i rozrywany przez tłumione emocje (choć na rozwinięcie tego wątku dali sobie scenarzyści czas - i słusznie), ironicznie dowcipny, niecierpliwy i drapieżny, nade wszystko lękający się nudy jest... no jest dokładnie taki, jak trzeba (no i ten płaszcz...).
Nic dziwnego, że Moffat albo Gatiss powiedzieli w wywiadzie, że Cumberbatch był jedynym kandydatem do roli.

Dodali też, że kiedy Freeman dołączył do niego na zdjęciach próbnych, to od razu widać było, że to jest właśnie ten brakujący puzzel. Sherlockista nie potraktował tego poważnie, bo wypuszczając w świat nowego Sherlocka naprawdę nie da się czegoś takiego o obsadzie nie powiedzieć. Ale teraz z radością przyznaje twórcom rację. Freeman należy, naturalnie, do Watsonów nowoczesnych, czyli młodych, inteligentnych, wielbiących zagadki i autentycznie pomocnych - w żadnym razie nie dziadziowatych. Przy Holmesie trzyma go w pierwszym rzędzie żądza przygód (ten wątek jest szczególnie wyeksponowany - i świetnie, bo dzięki temu powolne rodzenie się relacji między dwoma obcymi facetami, z których tylko jeden jest gejem nabiera realizmu). Przy tym nie brakuje mu szczerego podziwu i szacunku dla Holmesa (którego brakowało nie tylko upiorowi-Hartowi, ale także, i to sobie uświadomił ShK dopiero gdy znów zobaczył na ekranie Watsona wzorcowego, Lawowi z Sherlocka Ritchiego). Trzeba Freemanowi przyznać, że - czy to z natury czy też dzięki dobrej grze - twarz ma do roli Watsona wprost idealną: uczciwą, ale nie przesadnie poczciwą, szlachetną nawet, ale bez naiwnego romantyzmu, dojrzałą i doświadczoną, ale nie starą i nie gorzką, wreszcie: skłonną do wyrażania emocji, ale tylko w stosownych okolicznościach i zawsze bez egzaltacji (znów w przeciwieństwie do Lawa). A poza tym Watson jest kochliwy, zrównoważony (zadziwiająco nawet, zważywszy na jego trudne przejścia na wojnie), spolegliwy, bystry i obdarzony poczuciem humoru ("the good doctor's pawky humour...") - czyli... dokładnie taki, jak trzeba (i ten wieczny brak kasy...).

Ta sama śmiała wierność cechuje intrygi, które również trzymają się ram nakreślonych przez Conan Doyle'a (zwłaszcza A Study in Pink), ale Moffat i Gatiss bez oporów twórczo wykorzystują wszelkie pomysły rozsiane po całym Kanonie. Oryginalne strzępki prozy Doyle'a wirują widzowi przed oczami jak w kalejdoskopie szczególnie w drugiej części, gdzie każda niemal scena odsyła do jakiegoś opowiadania, ale żadna nie jest dosłownym cytatem. Tymczasem cytatów w dialogach nie brakuje, chociaż żaden nie brzmi fałszywie, bo podane są w naturalnym, współczesnym języku. Boli trochę, że nie usłyszymy "You come from Afghanistan, I perceive...", ale dużo naturalniej brzmi "Afghanistan or Iraq?" i z początku trudno się przyzwyczaić, że Holmes i Watson zwracają się do siebie po imieniu (o horror ortodoksów), ale naprawdę kompletnie nierealistyczne byłoby, gdyby w XXI wieku mieszkając razem trzymali się nazwisk. W zamian za te małe niedogodności scenarzyści uraczyli nas, między innymi, serią SMS-ów "Come at once, if convenient - if inconvenient come all the same", za co, zasadniczo, wszystko można by im było wybaczyć. Oczywiście, gdybyśmy już wcześniej nie wybaczyli im wszystkiego za sam fakt, że w ogóle sfilmowali - i to sfilmowali świetnie - ten legendarny początek, te sherlockistyczne łzy wyciskające sceny, gdy Holmes i Watson się poznają i zaczyna się wielka przygoda...
Tak czy owak, mają Moffat i Gatiss wszystko wybaczone, a tymczasem tak wiele do wybaczania w ogóle nie ma. Wielkie, naprawdę huczne brawa należą im się za pomysły na uwspółcześnienie intryg. To dzięki nim, możemy cieszyć się kultową dedukcją z zegarka brata Watsona (SIGN) w nowej wersji - w której informacje wysysa Sherlock z telefonu komórkowego jego siostry. To dzięki nim Holmes może wykorzystywać - z sensem! - serwisy pogodowe i GPS w telefonie, zajmuje się systemem zabezpieczeń w nowoczesnym banku, rozpoznaje, że ktoś włamał się do mieszkania przed nim po drugiej identycznej plamie na dywanie (kto, no kto poznaje ten motyw?), badając ciało na miejscu brodni nie wyprzedza już swojej epoki (jak u ACD), tylko wykłóca się z policyjnym patologiem, a Lestrade robi mu nalot, by sprawdzić, czy znowu nie trzyma narkotyków.
Ten ostatni temat musiał być dla twórców bardzo trudny, bo w okowach politycznej poprawności nie wypada absolutnie serwować młodzieży filmu, w którym postać kultowa używałaby niedozwolonych substancji, a już zwłaszcza - zwłaszcza!, o zgrozo i wieczne potępienie! - paliła papierosy lub fajkę. Wybrnęli z sytuacji chyba najlepiej jak mogli: Holmes ćpa, ale nie na wizji, natomiast w trakcie filmu pozwala sobie tylko na plastry antynikotynowe, mówiąc przy tym z pewną goryczą, że w dzisiejszym Londynie palić naprawdę się nie da (Sherlockista po smutnych doświadczeniach z dzisiejszym Edynburghiem musi to niestety potwierdzić). Mimo to, policja politycznej poprawności i tak dopadła nowego Sherlocka i powód jej ataku wprawił Sherlockistę w niemałe zdumienie.

Jak można przeczytać tu, serial ten przedstawia w "niewłaściwym" świetle Chińczyków (??!!! czy każdy film, w którym pokazana jest chińska mafia to od razu chinofobiczny szowinistyczny paszkwil?) oraz kobiety. Ten pierwszy zarzut może najwyżej wzbudzić politowanie dla jego autorów (bo naprawdę, do jasnej cholery, jak się czyta, że u ACD mafie na ogół pochodziły z Ameryki i czemu nie można było tak zostawić, to szlag człowieka może trafić - czy gdyby ktoś na przykład napisał powieść, w której występowałby jakiś Japończyk, który byłby kretynem, to by znaczyło, że ów autor jest rasistą? a gdyby ów kretyn był biały, to już nie?), do drugiego Sherlockista odniesie się odrobinę szerzej.
Niewątpliwie, kanoniczny Sherlock wygłasza sporo niezbyt mądrych za to bardzo przykrych generalizacji na temat kobiet. Niewątpliwie zdarzało się tak częściej bohaterom powieści dziewiętnastowiecznych niż współczesnych i politycznie poprawnych (co ciekawe i co jest tematem na inną dyskusję, kobietom wolno przeważnie obrażać mężczyzn w dowolnie głupi sposób). Ale żeby wyciągać stąd wniosek, że powieści takich w ogóle być może nie powinno się ekranizować, a bohaterów, którzy wygłaszają niebezpieczne twierdzenia trzeba cenzurować i wycinać, byłoby jakimś kompletnym absurdem. Oczywiście, największych głupot, które Sherlock wygadywał nie ma sensu na siłę pakować na ekran, bo tylko wzbudziłyby niechęć do jego postaci - chyba że udałoby się je dobrze psychologicznie uzasadnić (jak udało się Wilderowi w PLOSH). Tego jednak twórcy uniknęli. Pozwolili sobie jednak pokazać realistycznie bezduszny i protekcjonalny stosunek Holmesa do jego współpracowniczki z kostnicy i konstrukcja tej ostatniej relacji i samej postaci Molly Hopper nawet Sherlockistę trochę obruszyła (szczegóły w komentarzu do bardzo niefortunnej fikcyjnej strony internetowej Molly).
Trzeba jednak powiedzieć jasno, że bezduszność jest akurat trochę przejaskrawioną, cechą nowego Sherlocka w ogóle i objawia się nie tylko w jego relacjach z kobietami. Jedyny naprawdę fałszywy ton, który uraził Sherlockistę w całej tej produkcji (nie licząc muzyki podejrzanie podobnej do muzyki Zimmera z Sherlocka Ritchiego), to moment, kiedy Holmes zniża się do użycia przemocy na umierającym (mężczyźnie), by wydobyć z niego informację, która zaspokoi jego ciekawość. To z Sherlockiem kanonicznym naprawdę nie ma nic wspólnego. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że twórcy po prostu zamierzają nad rozwojem, zwłaszcza emocjonalnym, tej postaci popracować. Trudno powiedzieć, czy dane nam będzie przeżyć tak wzruszającą i tak głęboką przygodę jak ta z drogą Granadowego Holmesa-Bretta, ale trzymajmy kciuki za przyszłe długie i pełne doświadczeń życie tego nowego Sherlocka.

Ten nowy Sherlock, czyli ewentualna kolejna seria BBC, ma tym większe szanse zaistnieć, że obecna naprawdę, nie licząc wymienionych wyżej zastrzeżeń, zebrała znakomite recenzje ze wszystkich stron. Co ważne dla Sherlockisty, także jego największy guru, autor wzorcowych adaptacji radiowych (też BBC), Bert Coules, wypowiedział się o Holmesie Moffata wręcz entuzjastycznie, a zarówno ortodoksi, jak i fani produkcji w rodzaju CSI gromadnie co tydzień zasiadają przed telewizorami.

...i Sherlockista naprawdę zakończyłby tę recenzję jakimś hurraoptymistycznym akcentem, gdyby nie fakt, że właśnie dziś, w dniu premiery trzeciego, finałowego odcinka, dziś, gdy poznamy Moriarty'ego XXI wieku (o którym, trochę tak jak w REDH Granady) napomykano już subtelnie w poprzednich częściach, skończył mu się limit transferu danych i będzie musiał na najnowszego Sherlocka czekać aż dwie doby...
Może z nudów nasmaruje jakiś list do tego Holmesa? Najbardziej wkurzały go takie od kobiet, z pytaniem, czy powinny przyjąć posadę guwernantki... ;)
---
* Sherlockista już wspominał, ale będzie wspominać do znudzenia, bo może ktoś zajrzy tylko do tego jednego wpisu i się nie dowie: żaden z wymienionych elementów nie występuje w tekście ACD!
** Tak, no tak, no mam wyrzuty ilekroć chwalę publicznie jakiegoś INNEGO Sherlocka ;)

sobota, 7 sierpnia 2010

Dobra wiadomość o Sherlocku BBC!

CheshireCatto poruszyła w swoim ostatnim komentarzu bardzo poważny problem, pisząc, że z punktu widzenia osoby z zewnątrz Gra to po prostu objaw nieodróżniania fikcji od rzeczywistości. Otóż, z punktu widzenia uczestnika Gry, punkt widzenia osoby z zewnątrz to objaw nieodróżniania rzeczywistości od fikcji ;) Trzeba naprawdę mieć klapki na oczach, żeby nie uwierzyć w istnienie najsłynniejszego z wszystkich detektywów świata, o którym napisano, nakręcono, powiedziano, zaśpiewano, odegrano, narysowano (etc.) więcej niż o wszystkich niekwestionowanie "rzeczywistych" detektywach razem wziętych ;) Sherlockista ma tylko taki problem, że o ile jego życie sherlockistyczne nie jest w żadnym stopniu mniej ważne ani mniej realne od życia zawodowego, naukowego i prywatnego, o tyle trudno czasem wszystkie te życia zmieścić w jednym Sherlockiście. Czasem wygrywa Sherlock, a opóźnia się tłumaczenie, czasem niestety musi zaczekać chwilę recenzja ;) Tyle tytułem wstępu i uzasadnienia czemu ShK nie czeka aż skończy obiecany wpis, tylko od razu informuje, że, uwaga:

NAJPRAWDOPODOBNIEJ BĘDZIE NOWA SERIA SHERLOCKA BBC :)

Twierdzi tak Ben Stephenson, odpowiedzialny za "politykę zamówień" BBC i w środę należy trzymać kciuki, bo Moffat i Gatiss będą z nim rozmawiać. Oby ustalili, że nowego Sherlocka trzeba zrobić błyskawicznie. 
Nowina, oczywiście, absolutnie nie dziwi, bo jak ShK już kilka razy wspominał, Sherlock zrobił zupełnie zasłużoną furorę. Gratulacje dla twórców i czekamy. A już jutro świat ma ujrzeć nowego, wielkiego Moriarty'ego, więc ShK też musi się wyrobić z tą recenzją w końcu ;)

środa, 4 sierpnia 2010

Post o Sherlocku BBC w dwóch częściach

Na przystawkę - i z dużymi podziękowaniami dla Justeene, która napisała o tych stronach w komentarzu, wyjaśniając przy okazji tajemnicę reklamy bloga z kotkami na stronie dla wielbicieli BBC-Sherlocka -  Sherlockista poleca strony wysmażone przez BBC z okazji serialu o SH.

Przede wszystkim, należy pogratulować twórcom odwagi - Sherlockista jest bardzo ciekawy, czy podobnie jak sto lat temu i dziś młodzi wielbiciele będą przekonani, że Holmes istnieje naprawdę i ile przyjdzie do BBC maili treści "błagam niech pan Sherlock znajdzie mojego kotka Pimpusia, cena nie gra roli". Co prawda, żadnych prawdziwych komentarzy ani wpisów na forach umieszczać nie można, ale to akurat uważa Sherlockista za decyzję bardzo mądrą. Zdecydowanie zabawniej jest czytać komentarze siostry Watsona i dać się pochłonąć Grze* niż musieć oglądać setki niegramatycznych wyznań miłości lub pogardy autorstwa pokolenia neostrady (czy raczej jej brytyjskiego odpowiednika).
Po drugie należy zaś pogratulować twórcom poczucia humoru. To jest zdecydowanie największa zaleta wszystkich wymienionych stron, których największą wadą z kolei jest natrętne i naiwne promowanie siebie nawzajem. Kiedy Watson poleca stronę Holmesa brzmi to jak w najgorszym wydaniu speców od marketingu szeptanego, którzy zakradają się na fora i "mimochodem" wtrącają kilka słów "o tej nowej fantastycznej margarynie którą właśnie kupili, no mówię wam, pycha, a w dodatku właśnie uruchomili na stronie specjalny konkurs i możecie wygrać mikser...".
A szczegółowo?

Strona Sherlocka - nazywa się uroczo (i kanonicznie - nawiązanie do STUD i tytułu artykułu Holmesa naturalnie) The Science of Deduction. Najfajniejsze jest forum. Być może niektóre żarty typu "mleko się kończy" są odrobinę wysilone, ale cały klimat forum i ton Sherlocka jak najbardziej może być. Okropna jest sama idea, że musi tam być konkurs dla czytelników (jakże to naturalnie wygląda), ale Sherlockista rozumie, że jakoś chciało BBC tych wielbicieli szarad przyciągnąć na stałe. W każdym razie, drodzy Czytelnicy, właśnie uruchomili na tej stronie specjalny konkurs... ;) ;) ;) ale na szczęście chyba nie rozdają żadnych mikserów, a nagrodą ma być satysfakcja z rozkodowania szyfru. No, przyznajcie się, kto po lekturze DANC czy VALL nie marzył, by to kiedyś zrobić?
Sherlockistę najbardziej rozbawiły chyba archiwa (a w nich niestety - o, niestety :) - nieaktywne linki do takich znanych z kanonu teaserów jak The Abernetty Case etc.), zmartwiły natomiast jakieś sprawy już ukończone, których opis można przeczytać. Czyżby zbędny materiał? A może miał być wykorzystany, ale już nie będzie?

Strona Watsona była, naturalnie, przedsięwzięciem bodaj jeszcze bardziej ryzykownym, bo Watson, w przeciwieństwie do Holmesa, powinien mieć literackie zacięcie. Co prawda już na samym początku bloga podobnego zacięcia się wypiera (jest to rodzaj zabezpieczenia przed ewentualnym rozczarowaniem czytelników - bo faktycznie napisane to jest wszystko raczej blado w porównaniu z mistrzostwem Watsona Conan Doyle'a. On the other hand - kto ośmieliłby się próbować dorównać Watsonowi Doyle'a poza tymi paroma tysiącami twórców pastiszów?), ale niewątpliwie to w jego blogu fani serialu poszukiwać będą literackich perełek.
Najlepsze są fragmenty oryginalnie przez twórców serialu wymyślone, związane z Watsonem takim, jakim jest pokazany w serialu i związane z serialem inside jokes (wymiany złośliwości w komentarzach z siostrą, terapeutką i kolegami Watsona, etc.). Opisy spraw brzmią miejscami sztucznie i trzeba powiedzieć, że narracja Watsona na piśmie zdecydowanie gorzej zniosła przenosiny w XXI wiek. Najgorsze są na siłę wtrącane aluzje do tekstu Doyle'a i próba przełożenia narracji starego Watsona na jakiś sztucznie naiwny i pierwszoosobowy punkt widzenia Watsona naszego. To działa w filmie ale na piśmie skromnym zdaniem Sherlockisty działać przestaje. Wciąż jednak na pewno warto tam czasem zajrzeć.

Nie da się tego powiedzieć o stronie Molly Hopper - czyli wspomnianej wyżej stronie z kotkami. Słuszne miał Sherlockista przeczucia, by trzymać się od kotków z daleka. Miał to być w założeniu zabawny i uroczy blog pracowniczki kostnicy, tej, którą poznajemy jako koleżankę Holmesa, ale wyszło, powiedzmy sobie, umiarkowanie. Chyba twórcy sami zorientowali się, że zabrnęli w ślepą uliczkę, bo ostatnie wpisy i komentarze wskazują, że Molly schodzi nam z pola widzenia jako adoratorka Holmesa (uff) i zajmuje się własnym życiem, którym my już nie musimy się interesować. Postać Molly Hopper, napalonej na Holmesa idiotki z problemami w rodzaju nadmiar szminki i stereotypowym kotem zdesperowanej starej panny jest naprawdę straszliwie schematycznie skonstruowana, a jej przesłodzony, głupawy blog może niestety stanowić wodę na młyn osób, które zarzucają nowemu Sherlockowi szowinizm i pokazywanie kobiet w złym świetle (szczegółowiej takimi oskarżeniami zajmie się ShK w części drugiej tego wpisu, czyli w samej recenzji serialu, ale ciekawi mogą od razu zerknąć na stronę sherlocking.org, gdzie znajdą długi elaborat na ten temat).
To właśnie Molly Hopper linkuje nas obowiązkowo do zupełnie już kuriozalnej strony Connie Prince, która, jak na razie, nie wiadomo, czemu właściwie ma służyć i obyśmy się nie dowiedzieli.

*Gra - Sherlockista jest pewien, że już kiedyś to tłumaczył, ale ani nie pamięta gdzie ani nie jest wielkim trudem napisać na wszelki wypadek jeszcze raz. Gra - the Game - to coś w rodzaju niepisanej umowy między holmesologami i sherlockistami, że traktujemy Sherlocka Holmesa i Watsona (a nawet Conan Doyle'a, niech mu będzie ;) ) jako postaci rzeczywiste. Stąd na przykład można Baker Street Journal przeczytać artykuł wielbiciela wiktoriańskiej kolei o tym, jakimi pociągami jeździł Holmes i to bez żadnego przymrużenia oka i "gdyby istniał naprawdę". W ramach Gry przeważnie przyjmuje się, że Conan Doyle to agent literacki Watsona.

Sherlockista życzy zatem Czytelnikom miłej przygody w wirtualnym świecie nowego Sherlocka, a sam wraca do pisania obiecanej recenzji.

wtorek, 3 sierpnia 2010

Co się dzieje z Sherlockistą?

Dlaczego nie powiesił jeszcze recenzji?
Odpowiedź jest prosta: po pierwsze, czeka, aż ściągnie mu się drugi epizod - The Blind Banker - i chce zrobić recenzję zbiorczą. Może tylko nadmienić, że przez cały tydzień dostawał peany na cześć nowego Sherlocka z najróżniejszych źródeł i ani pierwsza ani druga część serialu nie schodzi z listy najczęściej ściąganych i oglądanych :)
A po drugie dostał wymarzoną przesyłkę z Sherlock Holmes for Dummies i wsiąkł.
To nie jest, drodzy Czytelnicy, tylko książeczka, która tłumaczy, że Sherlock Holmes nie chodził w deerstalkerze (chociaż to też robi i to na samym początku). Tak naprawdę dominujących odczuciem Sherlockisty jest czysta zazdrość wobec autora, Stevena Doyle'a z Baker Street Journal i Baker Street Irregulars.
Autor przystępnie i dowcipnie tłumaczy niemal wszystkie ważne dla holmesologii sprawy. Jest rozdział o podstawach podstaw - Doyle'u, tym, co uczyniło Holmesa sławnym, wiktoriańskim świecie. Jest rozdział o przyjaźni Sh/W, o postaciach tła, konstrukcji opowiadań, rywalach Sherlocka, wreszcie  - długa część poświęcona fandomowi, ekranizacjom, społecznościom, zagadnieniom wciąż przez holmesologów badanym, książkom (Sherlockista przepisze sobie znalezioną tam listę i przerobi na zamówienie do jakiegoś bookdeposit...), miejscom, a nawet ukochanym cytatom.
Sherlockista poleca najserdeczniej, sam w swoim zadufaniu w sobie nie spodziewał się, że taka książka dla beginnersów może się okazać kopalnią nieznanych mu informacji :)
...gdyby nie to, chyba by tego ściągającego się Blind Bankera nie doczekał ;)