Oto Jared Harris, zupełnie nieznany polskiemu widzowi z roli Lane'a Pryce'a w amerykańskim serialu Mad Men. No cóż, jest to pewne rozczarowanie po Bradzie Pittcie, ale przynajmniej nie jest bardzo niski i ma brytyjski akcent (jest synem irlandzkiego aktora Richarda Harrisa). Być może można też żywić nadzieję, że wystąpi bez zarostu. Sherlockista wyzna, że nie wie zupełnie, co więcej da się o tym panu powiedzieć - wprawdzie jeszcze parę doniesień temu miał nadzieję, że plotka zostanie zdementowana i jednak dostaniemy Pitta, ale o Harrisie pisze już nawet Guardian, więc raczej trzeba się pogodzić z sytuacją. I wierzyć, że te okularki, to też tylko wypadek przy pracy ... A poza tym, pasują do Downeya...
Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
środa, 29 września 2010
Moriarty!
Informacja godna setnego, jubileuszowego posta na Sherlockianach: znamy już twarz nowego Moriarty'ego:
niedziela, 26 września 2010
OBSADZONO ROLĘ MYCROFTA
...i to jak...
Sherlockista wrócił zziajany z górskiej wycieczki i na długo stracił oddech, gdy w mailu zobaczył informację, że
MYCROFTA HOLMESA ZAGRA STEPHEN FRY!
Mycrofta, ntauralnie, z Sherlocka 2 Ritchiego. Stephen Fry, naturalnie, TEN. Stephen Fry, który tak cudownie grał Oscara Wilde'a w pięknym bardzo filmie z 1997 roku, TYM SAMYM, w którym Watson Ritchiego, Jude Law, fenomenalnie wręcz zagrał wielką miłość Oscara, histerycznego, dumnego i toksycznego arystokratę, lorda Alfreda Douglasa zwanego czule "Bosiem". (W wyniku procesu wytoczonego konserwatywnemu ojcu Bosiego, Wilde został skazany za homoseksualizm i wylądował na ciężkich robotach w więzieniu w Reading, po czym już nigdy nie wrócił do dawnego blasku.)
TEN Stephen Fry, który dorobił się już w tym blogu własnej etykiety i to nie tylko dlatego, że Sherlockista darzy go uwielbieniem, ale także dzięki jego wspaniałej opowieści o spotkaniu Doyle'a z Wilde'em. Fry, jak Sherlockista wspominał, jest najmłodszym w historii członkiem The Sherlock Holmes Society of London. Ale poza tym jest również legendą telewizyjną dzięki programowi A Bit of Fry and Laurie, który prowadził wraz z obecnym doktorem House'em (Sherlockista poleca przeszukanie youtube'a, zwłaszcza jeśli jest się gotowym umierać ze śmiechu przez całą noc). Jeszcze poza tym jest Stephen Fry wcieleniem wdzięku, inteligencji, elegancji, klasy, subtelności, angielskiego humoru i esencją tego, co po angielsku wyraża słowo fabulous.
Zresztą, co tu wiele mówić, popatrzcie, drodzy Czytelnicy sami... (fotomontaż pochodzi stąd)
A na zakończenie nie może sobie Sherlockista odmówić... Przyszły Mycroft Holmes jako Oscar Wilde w czołówce, która przyprawia o czystą rozkosz:
P.S. Sherlockista ma nadzieję, że z tonu notki moża wywnioskować, jak potężną radością napełnił go ten wybór. Nikt, nikt zgoła nie mógłby nigdy zostać wspanialszym Mycroftem! To kolejny powód, by wyczekiwać nowego filmu Ritchiego z przyjemnością.
Sherlockista wrócił zziajany z górskiej wycieczki i na długo stracił oddech, gdy w mailu zobaczył informację, że
MYCROFTA HOLMESA ZAGRA STEPHEN FRY!
Mycrofta, ntauralnie, z Sherlocka 2 Ritchiego. Stephen Fry, naturalnie, TEN. Stephen Fry, który tak cudownie grał Oscara Wilde'a w pięknym bardzo filmie z 1997 roku, TYM SAMYM, w którym Watson Ritchiego, Jude Law, fenomenalnie wręcz zagrał wielką miłość Oscara, histerycznego, dumnego i toksycznego arystokratę, lorda Alfreda Douglasa zwanego czule "Bosiem". (W wyniku procesu wytoczonego konserwatywnemu ojcu Bosiego, Wilde został skazany za homoseksualizm i wylądował na ciężkich robotach w więzieniu w Reading, po czym już nigdy nie wrócił do dawnego blasku.)
TEN Stephen Fry, który dorobił się już w tym blogu własnej etykiety i to nie tylko dlatego, że Sherlockista darzy go uwielbieniem, ale także dzięki jego wspaniałej opowieści o spotkaniu Doyle'a z Wilde'em. Fry, jak Sherlockista wspominał, jest najmłodszym w historii członkiem The Sherlock Holmes Society of London. Ale poza tym jest również legendą telewizyjną dzięki programowi A Bit of Fry and Laurie, który prowadził wraz z obecnym doktorem House'em (Sherlockista poleca przeszukanie youtube'a, zwłaszcza jeśli jest się gotowym umierać ze śmiechu przez całą noc). Jeszcze poza tym jest Stephen Fry wcieleniem wdzięku, inteligencji, elegancji, klasy, subtelności, angielskiego humoru i esencją tego, co po angielsku wyraża słowo fabulous.
Zresztą, co tu wiele mówić, popatrzcie, drodzy Czytelnicy sami... (fotomontaż pochodzi stąd)
A na zakończenie nie może sobie Sherlockista odmówić... Przyszły Mycroft Holmes jako Oscar Wilde w czołówce, która przyprawia o czystą rozkosz:
P.S. Sherlockista ma nadzieję, że z tonu notki moża wywnioskować, jak potężną radością napełnił go ten wybór. Nikt, nikt zgoła nie mógłby nigdy zostać wspanialszym Mycroftem! To kolejny powód, by wyczekiwać nowego filmu Ritchiego z przyjemnością.
piątek, 24 września 2010
Młody Sherlock Holmes przeczytany
Hasło "Młody Sherlock Holmes" zawsze będzie się Sherlockiście kojarzyło z cudnym filmem o Sherlocku i Piramidzie Strachu z 1985 roku i nie zmieni tego nowa seria książek Andrew Lane'a, która została już kiedyś w tym blogu wstępnie zapowiedziana (można nawet obejrzeć jej trailer - tak tak, trailer powieści).
Młodego Sherlocka Holmesa od piramidy, jak już wspominał w tamtej notce, obejrzał Sherlockista w wieku młodym, na wzruszenia i wdzięk tytułowego Nicholasa Rowe'a oraz sztuczki Spielberga i Levinsona bardzo podatnym - młodego Sherlocka Lane'a (od Chmury Śmierci) przeczytał w wieku, w którym można już zacząć czytać powieści dla młodzieży od nowa, bo znowu sprawiają frajdę, ale jest ta frajda jakoś nieuchronnie podszyta sentymentalizmem.
Trudno więc Sherlockiście orzec, na ile książeczka Lane'a podobała mu się, bo obudziła w nim uśpione tomy Bahdaja, Ożogowskiej i Niziurskiego, a wraz z nimi dziecięce marzenia, żeby Sherlockiem zostać osobiście, a na ile - ponieważ to sympatyczna powieść sama w sobie.
Sympatyczna, bo kilka postaci, zwłaszcza zaś tutor detektywa Crowe i jego niezależna córka Victoria oraz dziecko ulicy Matty (który przypomina bardzo obdartych, wszędobylskich i sprytnych pomocników dorosłego Holmesa z Baker Street) jest sprawnie zarysowanych a intryżka wciąga nawet starszego czytelnika, a to z uwagi na ścielące się trupy z bąblami a to dzięki uroczemu Sherlockistycznemu wtrętowi w postaci pszczół, które, jak Czytelnicy wiedzą, były według Conan Doyle'a pasją Sherlocka już na emeryturze.
Nie jest przypadkiem, że ominął Sherlockista w tej wyliczance wszystkie ważne postaci, które Lane mógł wziąć z Kanonu, czyli Sherlocka, Mycrofta, Watsona i Moriarty'ego.
Sherlock ma 14 lat, jest ciekawski, lubi przygodny, wyróżnia się spośród rówieśników i daje dowody wybitnego talentu do dedukcji, ale poza tym zupełnie Sherlocka nie przypomina. Jest dzieckiem samotnym i wrażliwym, tęskni za mamą i siostrą, potrzebuje kontaktu z rodziną, nie do końca odnajduje się w skostniałym i chłodnym środowisku szkolnym i domowym, ubóstwia za to starszego, statecznego i opiekuńczego Mycrofta, który nie może poświęcić mu dość czasu z powodu ważnej pracy dla rządu. Każdy domorosły psycholog (a w XXI wieku nie ma po prostu czytelników niebędących domorosłymi psychologami) tak właśnie opisałby dzieciństwo i młodość braci Holmesów, których znamy z Kanonu. Duży Sherlock Holmes jest taki nieprzystępny i boi się uczuć, bo mały Sherloczek był bardzo wrażliwy, a dostał za mało zdrowej rodzinnej miłości... jeśli z kimkolwiek jest duży Sherlock związany, to z jeszcze większym Mycroftem, którym z kolei już nikt się nigdy nie opiekował, więc wyrósł na kompletnego dziwaka... widzieliśmy to już w 20 pastiszach i jeszcze 40 ekranizacjach. I może właśnie dlatego chciałoby się choć raz przeczytać co innego. Wprawdzie autor usiłuje nie popaść w banał i nie malować sytuacji Sherlocka w czarno-białych barwach, ale przez to do powieści i do konstrukcji młodego Holmesa wkrada się nijakość. Bohater, zwłaszcza zaś bohater powieści młodzieżowej powinien być (zdaniem Sherlockisty) barwniejszy i bardziej wybitny - Sherlock jest po prostu rozgarniętym i inteligentnym nastolatkiem. Ale może ach-ta-dzisiejsza-młodzież tak woli, żeby móc się łatwiej identyfikować... Sherlockista osobiście wolał dzielnych piętanstoletnich kapitanów Verne'a i tym podobne, papierowe i nierealistyczne, ale jakżeż przy tym ekscytujące postaci ;)
Moriarty'ego i Watsona natomiast nie ma w ogóle (jeszcze - nie zapominajmy, że to dopiero początek cyklu i wiele tajemnic z tej pierwszej powieści nie zostało jeszcze wyjaśnionych) i to, naturalnie, można wybaczyć, ale...
...ale dość powiedzieć, że w "Młodym SH i piramidzie" Moriarty i Watson byli i wszystkim wyszło to na lepsze (kto nie pamięta Moriarty'ego, niech sobie przypomni uważnie końcówkę ;)).
Podsumowując, kontynuacją serii, która ma się ukazać w listopadzie, Sherlockista nie wzgardzi, ale w oczekiwaniu na nią odda się chętnie sentymentalnej kontemplacji "Młodego Sherlocka Holmesa" od piramidy.
A konkretnie:
Młodego Sherlocka Holmesa od piramidy, jak już wspominał w tamtej notce, obejrzał Sherlockista w wieku młodym, na wzruszenia i wdzięk tytułowego Nicholasa Rowe'a oraz sztuczki Spielberga i Levinsona bardzo podatnym - młodego Sherlocka Lane'a (od Chmury Śmierci) przeczytał w wieku, w którym można już zacząć czytać powieści dla młodzieży od nowa, bo znowu sprawiają frajdę, ale jest ta frajda jakoś nieuchronnie podszyta sentymentalizmem.
Trudno więc Sherlockiście orzec, na ile książeczka Lane'a podobała mu się, bo obudziła w nim uśpione tomy Bahdaja, Ożogowskiej i Niziurskiego, a wraz z nimi dziecięce marzenia, żeby Sherlockiem zostać osobiście, a na ile - ponieważ to sympatyczna powieść sama w sobie.
Sympatyczna, bo kilka postaci, zwłaszcza zaś tutor detektywa Crowe i jego niezależna córka Victoria oraz dziecko ulicy Matty (który przypomina bardzo obdartych, wszędobylskich i sprytnych pomocników dorosłego Holmesa z Baker Street) jest sprawnie zarysowanych a intryżka wciąga nawet starszego czytelnika, a to z uwagi na ścielące się trupy z bąblami a to dzięki uroczemu Sherlockistycznemu wtrętowi w postaci pszczół, które, jak Czytelnicy wiedzą, były według Conan Doyle'a pasją Sherlocka już na emeryturze.
Nie jest przypadkiem, że ominął Sherlockista w tej wyliczance wszystkie ważne postaci, które Lane mógł wziąć z Kanonu, czyli Sherlocka, Mycrofta, Watsona i Moriarty'ego.
Sherlock ma 14 lat, jest ciekawski, lubi przygodny, wyróżnia się spośród rówieśników i daje dowody wybitnego talentu do dedukcji, ale poza tym zupełnie Sherlocka nie przypomina. Jest dzieckiem samotnym i wrażliwym, tęskni za mamą i siostrą, potrzebuje kontaktu z rodziną, nie do końca odnajduje się w skostniałym i chłodnym środowisku szkolnym i domowym, ubóstwia za to starszego, statecznego i opiekuńczego Mycrofta, który nie może poświęcić mu dość czasu z powodu ważnej pracy dla rządu. Każdy domorosły psycholog (a w XXI wieku nie ma po prostu czytelników niebędących domorosłymi psychologami) tak właśnie opisałby dzieciństwo i młodość braci Holmesów, których znamy z Kanonu. Duży Sherlock Holmes jest taki nieprzystępny i boi się uczuć, bo mały Sherloczek był bardzo wrażliwy, a dostał za mało zdrowej rodzinnej miłości... jeśli z kimkolwiek jest duży Sherlock związany, to z jeszcze większym Mycroftem, którym z kolei już nikt się nigdy nie opiekował, więc wyrósł na kompletnego dziwaka... widzieliśmy to już w 20 pastiszach i jeszcze 40 ekranizacjach. I może właśnie dlatego chciałoby się choć raz przeczytać co innego. Wprawdzie autor usiłuje nie popaść w banał i nie malować sytuacji Sherlocka w czarno-białych barwach, ale przez to do powieści i do konstrukcji młodego Holmesa wkrada się nijakość. Bohater, zwłaszcza zaś bohater powieści młodzieżowej powinien być (zdaniem Sherlockisty) barwniejszy i bardziej wybitny - Sherlock jest po prostu rozgarniętym i inteligentnym nastolatkiem. Ale może ach-ta-dzisiejsza-młodzież tak woli, żeby móc się łatwiej identyfikować... Sherlockista osobiście wolał dzielnych piętanstoletnich kapitanów Verne'a i tym podobne, papierowe i nierealistyczne, ale jakżeż przy tym ekscytujące postaci ;)
Moriarty'ego i Watsona natomiast nie ma w ogóle (jeszcze - nie zapominajmy, że to dopiero początek cyklu i wiele tajemnic z tej pierwszej powieści nie zostało jeszcze wyjaśnionych) i to, naturalnie, można wybaczyć, ale...
...ale dość powiedzieć, że w "Młodym SH i piramidzie" Moriarty i Watson byli i wszystkim wyszło to na lepsze (kto nie pamięta Moriarty'ego, niech sobie przypomni uważnie końcówkę ;)).
Podsumowując, kontynuacją serii, która ma się ukazać w listopadzie, Sherlockista nie wzgardzi, ale w oczekiwaniu na nią odda się chętnie sentymentalnej kontemplacji "Młodego Sherlocka Holmesa" od piramidy.
A konkretnie:
Pilot BBC Sherlocka...
...budzi wielki szacunek dla wszystkich twórców tego serialu. Bynajmniej nie dlatego, że jest takim dobrym Sherlockiem...
Pilot to po prostu godzinna, uproszczona wersja "A Study in Pink" - prawdopodobnie, chociaż nie ma Sherlockista stuprocentowej pewności, ta, która nie została wyemitowana, ponieważ nie wzbudziła entuzjazmu producentów. Może nie jest to kompletny "stinker", ale trudno się dziwić decyzji, by raczej się nim nie chwalić. Pilot ten stanowi natomiast pouczający materiał, ile drobnych rzeczy może zawalić film, nawet, jeśli bez większego zarzutu jest scenariusz, obsada głównych ról, a nawet reżyseria.
To, co różni się najmniej od znanej wszystkim Czytelnikom pełnej wersji, to scenariusz. A konkretnie: dialogi. Bohaterowie wypowiadają niemal dokładnie te same słowa (no, powiedzmy, z zastrzeżeniem, że jest tych słów o pół godziny mniej).
Intryga różni się natomiast od pełnej wersji filmu tylko subtelnościami, nieco bardziej jedynie w finale. W skróconej wersji brak na przykład cudnego nawiązania do STUD w postaci wydrapanego przez umierającą kobietę "RACHE" (kto z Czytelników umarł z zachwytu razem z Sherlcokistą, gdy Holmes zapytał Lestrade'a, po cholerę Angielka miałaby bredzić coś o zemście po niemiecku?) i w związku z tym całego wątku z lokalizowaniem komputera. Brak też Mycrofta, a brak Mycfrofta zawsze jest brakiem smutnym i poważnym.Sam finał odcinka też ma zbliżony przebieg, ale pojedynek z mordercą jest bardziej jednostronny (Holmes znajduje się pod wpływem narkotyków podanych mu przez mordercę i zachowuje się w nader irytujący sposób), a ponadto odbywa się na Baker Street, co z kolei ma swój wdzięk i kanoniczne korzenie w MAZA. Dziwne tylko, że Watson, który od początku wie, ze coś jest nie tak, z kafejki za rogiem bieży Holmesowi z odsieczą przez jakieś pół godziny.
Poza tym jednak niemal wszystkie sceny daje się rozpoznać, chociaż do pełnej wersji zostały w wielu przypadkach nakręcone w innych wersjach - i znacznie lepiej... Sherlockista nie umiał oprzeć się wrażeniu, że w Pilocie tylko główni bohaterowie tak naprawdę czują rolę, a i to nie zawsze, natomiast cała reszta zachowuje się zupełnie sztucznie. To wrażenie mogło jednak wynikać właśnie z faktu, że w ogóle dziwnie ogląda się ten sam film ale "nakręcony jeszcze raz", czy zmontowany z innych dubli. Oczywiście poza jakością gry, w obsadzie nie zmienia się nic poza brodą Andersona (straszną), zupełnie inna jest natomiast aranżacja muzyki (chociaż motywy słychać również dokładnie te same).
I może to przez tę właśnie słabą muzykę, której brakuje błysku, dynamiki, delikatnego pazura i wdzięku wersji ostatecznej, pilot już od pierwszych sekund sprawia wrażenie kompletnego stinkera. Mimo, że o pół godziny krótszy, ma o wiele słabszy rytm i tempo, które wersji wyemitowanej nadawała właśnie świetna ścieżka dźwiękowa. Oczywiście nie pomaga mu inny i chyba mniej fortunny montaż (spotkanie Watsona ze Stamfordem, początkowe dialogi między Holmesem i Watsonem, dedukcja na temat Harry Watson etc. pomontowane są zupełnie inaczej i chyba nadmiernie się przez to ten początek dłuży, podobnie jak dłużą się słabo zagrane dialogi z postaciami pobocznymi).
Ta toporność charakteryzuje również inne szczegóły - SMSy pokazywane są po prostu na ekranach telefonów, zabrakło kilku sherlockistycznych klejnotów w rodzaju pogoni po dachach i zaułkach Londynu, gdy Sherlock ma okazję wykazać się perfekcyjną znajomością centrum czy chwili na pokazanie słabości Sherlocka (rajd Lestrade'a i Andersona, który wyjawia nam w pełnej wersji odcinka, że detektyw jednak nie ogranicza się do plastrów antynikotynowych). Toporniej wreszcie zarysowana jest postać głównego bohatera, chociaż to można z uwagi na krótszy czas filmu częściowo zrozumieć.
Zupełnie natomiast nie może Sherlockista zrozumieć, jak oni to zrobili?! Jeśli nowego Sherlocka BBC majstrują ludzie, którzy kilkoma pociągnięciami reżyserskiego pióra są w stanie z klocowatego stinkera zrobić prawdziwą sherlockistyczną perełkę (i to w dodatku tak, że udało im się przyspieszyć tempo i zwiększyć napięcie, chociaż zarazem akcja jest dłuższa i bliższa Kanonowi) to...
...to Sherlockista zaleca zdejmowanie przed nimi czapek i jest o przyszłość tego serialu zupełnie spokojny :)
Pilot to po prostu godzinna, uproszczona wersja "A Study in Pink" - prawdopodobnie, chociaż nie ma Sherlockista stuprocentowej pewności, ta, która nie została wyemitowana, ponieważ nie wzbudziła entuzjazmu producentów. Może nie jest to kompletny "stinker", ale trudno się dziwić decyzji, by raczej się nim nie chwalić. Pilot ten stanowi natomiast pouczający materiał, ile drobnych rzeczy może zawalić film, nawet, jeśli bez większego zarzutu jest scenariusz, obsada głównych ról, a nawet reżyseria.
To, co różni się najmniej od znanej wszystkim Czytelnikom pełnej wersji, to scenariusz. A konkretnie: dialogi. Bohaterowie wypowiadają niemal dokładnie te same słowa (no, powiedzmy, z zastrzeżeniem, że jest tych słów o pół godziny mniej).
Intryga różni się natomiast od pełnej wersji filmu tylko subtelnościami, nieco bardziej jedynie w finale. W skróconej wersji brak na przykład cudnego nawiązania do STUD w postaci wydrapanego przez umierającą kobietę "RACHE" (kto z Czytelników umarł z zachwytu razem z Sherlcokistą, gdy Holmes zapytał Lestrade'a, po cholerę Angielka miałaby bredzić coś o zemście po niemiecku?) i w związku z tym całego wątku z lokalizowaniem komputera. Brak też Mycrofta, a brak Mycfrofta zawsze jest brakiem smutnym i poważnym.Sam finał odcinka też ma zbliżony przebieg, ale pojedynek z mordercą jest bardziej jednostronny (Holmes znajduje się pod wpływem narkotyków podanych mu przez mordercę i zachowuje się w nader irytujący sposób), a ponadto odbywa się na Baker Street, co z kolei ma swój wdzięk i kanoniczne korzenie w MAZA. Dziwne tylko, że Watson, który od początku wie, ze coś jest nie tak, z kafejki za rogiem bieży Holmesowi z odsieczą przez jakieś pół godziny.
Poza tym jednak niemal wszystkie sceny daje się rozpoznać, chociaż do pełnej wersji zostały w wielu przypadkach nakręcone w innych wersjach - i znacznie lepiej... Sherlockista nie umiał oprzeć się wrażeniu, że w Pilocie tylko główni bohaterowie tak naprawdę czują rolę, a i to nie zawsze, natomiast cała reszta zachowuje się zupełnie sztucznie. To wrażenie mogło jednak wynikać właśnie z faktu, że w ogóle dziwnie ogląda się ten sam film ale "nakręcony jeszcze raz", czy zmontowany z innych dubli. Oczywiście poza jakością gry, w obsadzie nie zmienia się nic poza brodą Andersona (straszną), zupełnie inna jest natomiast aranżacja muzyki (chociaż motywy słychać również dokładnie te same).
I może to przez tę właśnie słabą muzykę, której brakuje błysku, dynamiki, delikatnego pazura i wdzięku wersji ostatecznej, pilot już od pierwszych sekund sprawia wrażenie kompletnego stinkera. Mimo, że o pół godziny krótszy, ma o wiele słabszy rytm i tempo, które wersji wyemitowanej nadawała właśnie świetna ścieżka dźwiękowa. Oczywiście nie pomaga mu inny i chyba mniej fortunny montaż (spotkanie Watsona ze Stamfordem, początkowe dialogi między Holmesem i Watsonem, dedukcja na temat Harry Watson etc. pomontowane są zupełnie inaczej i chyba nadmiernie się przez to ten początek dłuży, podobnie jak dłużą się słabo zagrane dialogi z postaciami pobocznymi).
Ta toporność charakteryzuje również inne szczegóły - SMSy pokazywane są po prostu na ekranach telefonów, zabrakło kilku sherlockistycznych klejnotów w rodzaju pogoni po dachach i zaułkach Londynu, gdy Sherlock ma okazję wykazać się perfekcyjną znajomością centrum czy chwili na pokazanie słabości Sherlocka (rajd Lestrade'a i Andersona, który wyjawia nam w pełnej wersji odcinka, że detektyw jednak nie ogranicza się do plastrów antynikotynowych). Toporniej wreszcie zarysowana jest postać głównego bohatera, chociaż to można z uwagi na krótszy czas filmu częściowo zrozumieć.
Zupełnie natomiast nie może Sherlockista zrozumieć, jak oni to zrobili?! Jeśli nowego Sherlocka BBC majstrują ludzie, którzy kilkoma pociągnięciami reżyserskiego pióra są w stanie z klocowatego stinkera zrobić prawdziwą sherlockistyczną perełkę (i to w dodatku tak, że udało im się przyspieszyć tempo i zwiększyć napięcie, chociaż zarazem akcja jest dłuższa i bliższa Kanonowi) to...
...to Sherlockista zaleca zdejmowanie przed nimi czapek i jest o przyszłość tego serialu zupełnie spokojny :)
czwartek, 16 września 2010
Kim zostanie Noomi Rapace?
Ze skrzynki Sherlockisty od paru dni wylewają się doniesienia na temat Sherlocka Ritchiego 2. Wszystkie potwierdzają plotkę, która była już przedmiotem dyskusji w jednym z postów z tego sezonu ogórkowego...
Otóż Noomi Rapace znana jako Lisbeth Salander z ekranizacji Larssona wygrała ponoć casting na główną rolę żeńską w powstającym nowym Sherlocku. Nikt jednak nie ma pojęcia, co to za rola - przypominam, że Adler jest już obsadzona, a poza tym nie miała być ważna. Jedyne plotki, do których dotarł Sherlockista głoszą, że urodziwa Rapace zagra francuską cygankę i, cóż, wypada przyznać, że nie przypomina nam się taka postać z kanonu. Ale...
Wyobraźmy sobie, że nowy Sherlock naprawdę będzie miał Moriarty'ego, Mycrofta i wodospady (były już spekulacje na temat podróży w nowym Sherlocku). Wyląduje też - przed Szwajcarią - w Paryżu. Aż się prosi, żeby przydarzyło mu się tam coś ciekawszego, niż Jeremy'emu Brettowi w FINA... ;)
Na deser jeszcze jedno zdjęcie Noomi i zapowiedź, że w ciągu dwóch dni Sherlockista znów skorzysta z sugestii w komentarzach i posłusznie wrzuci (krótką tym razem, bo na dłuższą nie zasługuje) recenzję pilota i całego DVD z Sherlockami BBC.
czwartek, 9 września 2010
O dzielnym Martinie Freemanie czyli nowym BBC-Watsonie
Sherlockista przez ostatnie dwa tygodnie wpadał coraz głębiej w desperację, bo po gorącym lecie z premierą cudownego serialu BBC nastała posucha taka, że wśród wiadomości dla Holmes-fanów uwagę zwracała nawet kłótnia Ritchiego z Madonną o przyjęcie urodzinowe dla ich synka Rocco.
Trudno też powiedzieć, żeby źródłem sherlockistycznej ekscytacji mógł stać się twitter - co prawda wszystkie BBC-postaci tweetują ostro, wymyślając coraz bardziej niestworzone historie o Paryżach, prezentach i (obecnie) porwaniu Mycrofta przez Moriarty'ego, ale tweety treści "o związał mnie, ale już się rozwiązałem" i to jeszcze w obliczu faktu, że wszystkie postaci muszą dożyć przyszłego roku, kiedy ich losy zostaną nakręcone ;) nie budzą może aż takich emocji. Promykiem słońca był tylko tweet Marka Gatissa, który dumnie obwieścił napisanie scenariusza i chociaż nie uściślił, o jaki scenariusz chodzi (obaj panowie są też zaangażowani w "Doctor Who"), to same jego wolne moce przerobowe mogą budzić nadzieję.
Dziś też pisze bardziej ot tak choćby, żeby udać przed samym sobą, że coś się wydarzyło niż dlatego, że poranna prasówka zwaliła go z krzesła. Konkretnie rzecz biorąc, chciał już napisać wczoraj, że nasz wspaniały Martin Freeman bohatersko odrzucił propozycję życia (rolę Bilbo Bagginsa w powstającym "Hobbicie") z uwagi na pracę nad nową serią Sherlocków. Jednak film "Hobbit" to jedna z najbardziej zadziwiających produkcji ostatnich lat, może trochę nawet przeklęta. Po olśniewającym sukcesie Władcy Pierścieni wydawałoby się, że kwestią paru miesięcy jest dokręcenie Hobbita (który z resztą w opinii Sherlockisty jest lepszą, krótszą, bardziej zwartą, lżejszą i dającą zdecydowanie więcej radości powieścią niż smętna trylogia*, nie wspominając już o tym, że stanowi łatwiejszy materiał na scenariusz - chyba). Jednak coś ewidentnie idzie nie tak. Guillermo del Toro się wycofał, Jackson reżyserem Hobbita jakby jest i jakby nie jest i nikt nic nie wie. W tym czeskim filmie w dodatku miał też wystąpić w roli głównej aktor, który jest już zajęty i nie ma czasu. Na szczęście (bo Freeman jest świetny, a poza tym przyjemnie jest oglądać inne filmy z sherlockistowską obsadą, od razu się żywi więcej sympatii do bohaterów) ta ostatnia informacja okazała się nieścisłą plotką rozpowszechnianą tylko przez "The Sun".
Ekipa Hobbita i Freeman mają jeszcze szansę się dogadać w sprawie terminów.
Zamiast komentarza, dwa tysiące słów ;) :
(fotomontaż pożyczony z tej strony)
...i może jeszcze tysiąc:
---
*Sherlockista liczy się z tym, że wśród Czytelników może zdarzyć się jeden z tych fanów Tolkiena, który na ten widok dostanie palpitacji serca, a co najmniej oka lub nosa. Przez jakiś czas przechodząc przez ciemne bramy będzie się oglądał ;)
Trudno też powiedzieć, żeby źródłem sherlockistycznej ekscytacji mógł stać się twitter - co prawda wszystkie BBC-postaci tweetują ostro, wymyślając coraz bardziej niestworzone historie o Paryżach, prezentach i (obecnie) porwaniu Mycrofta przez Moriarty'ego, ale tweety treści "o związał mnie, ale już się rozwiązałem" i to jeszcze w obliczu faktu, że wszystkie postaci muszą dożyć przyszłego roku, kiedy ich losy zostaną nakręcone ;) nie budzą może aż takich emocji. Promykiem słońca był tylko tweet Marka Gatissa, który dumnie obwieścił napisanie scenariusza i chociaż nie uściślił, o jaki scenariusz chodzi (obaj panowie są też zaangażowani w "Doctor Who"), to same jego wolne moce przerobowe mogą budzić nadzieję.
Dziś też pisze bardziej ot tak choćby, żeby udać przed samym sobą, że coś się wydarzyło niż dlatego, że poranna prasówka zwaliła go z krzesła. Konkretnie rzecz biorąc, chciał już napisać wczoraj, że nasz wspaniały Martin Freeman bohatersko odrzucił propozycję życia (rolę Bilbo Bagginsa w powstającym "Hobbicie") z uwagi na pracę nad nową serią Sherlocków. Jednak film "Hobbit" to jedna z najbardziej zadziwiających produkcji ostatnich lat, może trochę nawet przeklęta. Po olśniewającym sukcesie Władcy Pierścieni wydawałoby się, że kwestią paru miesięcy jest dokręcenie Hobbita (który z resztą w opinii Sherlockisty jest lepszą, krótszą, bardziej zwartą, lżejszą i dającą zdecydowanie więcej radości powieścią niż smętna trylogia*, nie wspominając już o tym, że stanowi łatwiejszy materiał na scenariusz - chyba). Jednak coś ewidentnie idzie nie tak. Guillermo del Toro się wycofał, Jackson reżyserem Hobbita jakby jest i jakby nie jest i nikt nic nie wie. W tym czeskim filmie w dodatku miał też wystąpić w roli głównej aktor, który jest już zajęty i nie ma czasu. Na szczęście (bo Freeman jest świetny, a poza tym przyjemnie jest oglądać inne filmy z sherlockistowską obsadą, od razu się żywi więcej sympatii do bohaterów) ta ostatnia informacja okazała się nieścisłą plotką rozpowszechnianą tylko przez "The Sun".
Ekipa Hobbita i Freeman mają jeszcze szansę się dogadać w sprawie terminów.
Zamiast komentarza, dwa tysiące słów ;) :
(fotomontaż pożyczony z tej strony)
...i może jeszcze tysiąc:
---
*Sherlockista liczy się z tym, że wśród Czytelników może zdarzyć się jeden z tych fanów Tolkiena, który na ten widok dostanie palpitacji serca, a co najmniej oka lub nosa. Przez jakiś czas przechodząc przez ciemne bramy będzie się oglądał ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






