sobota, 30 października 2010

Wywiad z twórcami Sherlocka BBC/PBS, biedny Downey i potworny Cumberbatch

Z cyklu "mocno zaległe linki", który Sherlockista bez większej dumy zainaugurował jakiś czas temu (odkrywa owe linki metodą zaglądania w otwarte od niepamiętnych czasów karty swojego Chrome'a), dziś bardzo sympatyczny wywiad z Moffatem i Gatissem.
Mówią mniej więcej to, co zwykle, ale dodają więcej szczegółów. Znów możemy usłyszeć, że pomysł na uwspółcześnionego "Sherlocka" wziął się z genialnej refleksji nad tym, że znowu mamy idiotyczną wojnę w Afganistanie (a także w Iraku), że ludzie wciąż wysyłają sobie wiadomości tekstowe, tylko esemesem zamiast telegramem i że mieszkania w Londynie wciąż są za drogie, żeby samotny mężczyzna u progu kariery mógł sobie na nie pozwolić. Wracają do opowieści o castingu, o "idealnym" Cumberbatchu i o tym, jak Freeman wspaniale się z nim komponował (dajmy im prawo do tej dumy - zasłużyli!).
Przepiękny, długi fragment wywiadu poświęcony jest przyjaźni między Holmesem i Watsonem i temu, że dla większości fanów to właśnie jest sens i istota całej tej historii. Gdyby twórcy różnych straszliwych produkcji przeczytali to, co Gatiss i Moffat mówią (i to, jak ciepło, ze zrozumieniem i bez zgrywania twardych macho potrafią opowiadać o przyjaźni między dwoma facetami, co w XXI naprawdę jest dla mężczyzn dużo trudniejsze niż mogłoby się wydawać), to do wielu katastrof nigdy by nie doszło. Sherlockiście zwłaszcza przypadło do gustu wyjaśnienie, czemu "wierzymy" w Watsona w wersji Bruce'a, chociaż tak niewiele ma wspólnego z Doyle'em - po prostu dlatego, że widzimy, że kocha Holmesa a Holmes kocha jego. I podobnie jak Sherlockista, Moffat i Gatiss najwyraźniej uważają pytanie o fizyczne relacje między panami za czwartorzędne wobec tego, jak niesamowita więź łączy detektywa i jego kronikarza.
Ze wzruszeniem przeczytał ShK wyrazy uwielbienia dla Bretta oraz dla Wildera za PLOSH, ale chociaż zgadza się z M&G, że niezwykle ważne jest w ekranizacjach Holmesa odpowiednie poczucie humoru, to nie do końca podziela skłonność do potępiania wszystkich wersji "zbyt poważnych" - zwłaszcza, gdy do tych wersji zaliczane są niektóre Bretty... ;)
Na koniec, za autorem wywiadu, Sherlockista ogłasza konkurs: o co chodzi w wypowiedzi na temat jakiegoś Donalda, który został na powrót wprowadzony do "Sherlocka"? Możliwe, że wiąże się to jakoś z tym humorem, ale jak? Nie dopuszczajmy do siebie podejrzenia, że chodzi o Kaczora ;)... Sherlockista prosi o pomoc zwłaszcza Czytelników, którzy - w przeciwieństwie do niego - nie gubią się na twitterze i śledzą, co tam się dzieje ;)


---
Tymczasem wychwalany wyżej Benedykt otrzymał skomplikowaną rolę w londyńskim teatrze: przyjdzie mu grać w scenicznej wersji "Frankensteina". Większość z nas przynajmniej raz w życiu pomyliła postać doktora Frankensteina (czyli człowieka, genialnego naukowaca) z jego dzieckiem, potworem, którego stworzył i który wcale się Frankenstein nie nazywał. Cumberbatch będzie pogłębiał zamieszanie, grając na zmianię to jednego i drugiego bohatera. Sherlockista nie może doczekać się zdjęć... Adaptację dzieła Mary Shelley wystawi reżyser Danny Boyle, a Cumberbatchowi jako, odpowiednio, dr Frankenstein i potwór, partnerować będzie Johnny Lee Miller.
Uwaga, alter ego naszego ulubionego nowego Sherlocka wygląda tak:

 (Jeśli gdzieś już widzieliście tego pana to prawdopodobnie w Trainspotting, jako Sick Boya)


Na koniec: zdecydowanie mniej przez Czytelników ceniony Downey może nie znaleźć czasu dla Alfonso Cuarona i jego Gravity. Z powodu jakichś niejasności związanych z obsadą roli żeńskiej (Angelina, ta od Brangeliny) doszło do opóźnienia, które może uniemożliwić Downeyowi pogodzenie wszystkich planów. Sherlockista mimo wszystko cieszy się, że Downey stawia raczej na Sherlocka 2 ;)

czwartek, 28 października 2010

Leslie Klinger i Sherlock BBC/PBS oraz coś o rozumowaniu Sherlocka H

Sherlockista pragnie podzielić się dziś dwiema perełkami, które zupełnie nie są ze sobą związane, ale dzielić notki na dwie też sensu specjalnie nie ma.

Na pierwszą Czytelnicy mogli już natrafić na jedynym w swoim rodzaju, przewspaniałym Baker Street Blogu. Można tam przeczytać serię tweetów Lesliego Klingera, jednego z najwybitniejszych holmesologów w historii sherlockizmu w ogóle i (między innymi) redaktora nowego, przewspaniałego trzytomowego wydania Kanonu z komentarzami i opracowaniem krytycznym (The Annotated Sherlock Holmes), a przy tym, rzecz jasna, członka BSI i autorytetu Sherlockisty in all things Sherlockian. Tweety Klingera pisane były w czasie (ponownego) oglądania zupełnie niekontrowersyjnego wśród Czytelników Sherlockisty serialu BBC, który właśnie emitowany jest przez amerykańską telewizję PBS.
Sherlockista najserdeczniej zachęca do przeczytania tweetów od dołu i jeszcze lepiej z jednym okiem na A Study in Pink. Od siebie może powiedzieć, że mówił chyba prawie dokładnie to samo w tych samych momentach i czytając wypowiedzi Klingera zarazem bardzo się wzruszył wspólnotą doświadczeń i wbił w dumę, że Widział To Samo, co Sam Klinger :) (z wyjątkiem jednego, genialnego wyjaśnienia zachowania BBC-Sherlocka, które Klinger podaje pod sam koniec - dotyczy to nieco głupiego uporu SH, żeby koniecznie spróbować wybranej kapsułki, którego ShK nie potrafił sobie wytłumaczyć). Jeszcze raz zatem zachęca do wejścia w link w pierwszych linijkach tej notki.

Druga dotyczy nowej, arcyciekawej książki o rozumowaniu Sherlocka Holmesa  - Reasoning Backwards. Sherlock Holmes' Guide to Effective Problem Solving Gregga Younga, z której fragment można przeczytać tu. Young nie napisał jej bynajmniej dla sherlockistów, a dla ludzi, którzy chcą zarabiać pieniądze i potrzebują w tym celu skutecznych metod rozumowania. Do tej pory, Young reklamował powszechnie nauczane sposoby, takie jak burza mózgów, badanie różnych możliwości, etc, które nazywa ogólnie rzecz biorąc rozumowaniem "do przodu". Ponoć czytając Holmesa doznał olśnienia i uznał, że niezawodnym ratunkiem dla wszelkich osób poszukujących skutecznego i szybkiego rozwiązania problemów będzie właśnie rozumowanie "do tyłu", którego metody stara się wyciągnąć z opowiadań Doyle'a.
Pytanie o to, na czym właściwie polegała słynna Sherlockowa "dedukcja" bynajmniej nie jest niekontrowersyjne. Sherlockista, który sam jako filozof z wykształcenia i zamiłowania tematem sposobów rozumowania jest osobiście zainteresowany, natknął się na szereg różnych interpretacji i zamierzał popełnić kiedyś dłuższy tekst na ten temat. Trudno nie zauważyć, że rozumowanie Holmesa nie jest ścisłą dedukcją, a zatem rozumowaniem gwarantującym przenoszenie prawdziwości z przesłanek na wnioski, że bardzo wiele stosuje Holmes wręcz indukcyjnych, empirycznych i niepewnych uogólnień a już na pewno często zbyt wiele pojawia się w jego wywodach ukrytych przesłanek, żeby w ogóle oceniać strukturę i poprawność jego wywodów, nie wspominając już o niezawodności jego rozumowań.
Young kładzie jednak nacisk na dwa aspekty pracy intelektualnej Holmesa, które nie podlegają dyskusji. Po pierwsze, celem Holmesa - jako detektywa - jest (przeważnie, bo z pewnością nie zawsze) wykrycie przyczyn stanów rzeczy, które już zaistniały, a zatem rozumowanie "wstecz", od skutków do powodów i przyczyn. Przed nami leży trup, co się stało, kto spowodował ten smutny stan rzeczy?
Sherlockista spotkał się z takim, arcyciekawym ujęciem Holmesowego rozumowania, podług którego polega ono na ustaleniu - wychwyceniu - właściwej hipotezy wyjaśniającej dane zdarzenie. Jest to, w pewnym przybliżeniu, odpowiednik abdukcji (pojęcie Ch.S. Peirce'a), czyli procesu, w ramach którego - w dużym uproszczeniu - 'wydziera' się czy też 'wyrywa' rzeczywistości, a mówiąc mniej metaforycznie po postu zgaduje właściwą teorię przyczyn zajścia danego faktu.
Chociaż Young uparcie trzyma się terminu "dedukcja", prawdopodobnie ma na myśli rozumowanie właśnie takiego kształtu. Żeby jednak natychmiast uciec od podejrzanego słowa "zgadywać" (Holmes uważał zgadywanie, jak pamiętamy, za szokujący nawyk), trzeba wyjaśnić, co może nam pomóc w tym procesie. Wywody Younga na ten temat są już znacznie bardziej kontrowersyjne.
Otóż zaleca on, by poważnie potraktować wszystkie te słynne wypowiedzi Holmesa o tym, że nie da się zrobić cegieł bez gliny, że jest wielkim błędem teoretyzować przed poznaniem faktów i że aby cokolwiek powiedzieć o sprawie najpierw potrzebuje zebrać "data, data, data!". Jednym słowem Young stanowczo oponuje przeciwko modnemu w XX i XXI wieku zwyczajowi układania wielu hipotez (burza mózgów) i sprawdzania ich po kolei, twierdząc, że jest to strata czasu. Zdaniem Younga, należy podejść do sprawy "bez uprzedzeń" i bez formowania wstępnych teorii. Sęk w tym, że z uwagi na ustalenia filozofii nauki, ale także filozofii trudno uwierzyć, by coś podobnego było w ogóle możliwe. Holmes każe nam "obserwować", ale, jak zauważył Popper, jak mamy "obserwować", jeśli nie wiemy najpierw czego wypatrywać? By ustalić, czego ewentualnie wypatrywać potrzebujemy chociażby wstępnej hipotezy badawczej, a wtedy przestaniemy już być w zgodzie z zaleceniami Younga... Sherlockista na razie wstrzymuje się jednak z oceną argumentacji Younga i samej książki, którą z całą pewnością sprowadzi, kiedy tylko stanie się dostępna (w marcu 2011). A wygląda tak:

wtorek, 26 października 2010

Doyle i Devon

Nie każdy z nas może się poszczycić tym, że jakieś hrabstwo w panice będzie doszukiwało się najdrobniejszych powodów, by móc poszczycić się nami, lub też jakowymiś z nami koligacjami. Jak dowiedział się Sherlockista z lokalnego blogu, Hrabstwu Devon, a konkretnie Brianowi W. Pughowi udało się znaleźć aż trzy dobre powody, by przyciągnąć do Devon sherlockistów i holmesistów. A kiedy już mu się udało, to napisał książkę-przewodnik, którą Sherlockista z pewnością by nabył, gdyby miał szansę w Devon się znaleźć, albo gdyby miał chociaż szansę w najbliższym czasie zrobić zakupy w Amazonie bez drastycznych konsekwencji dla budżetu (skądinąd, konsekwencje te chyba odrobinę straciły na drastyczności, bowiem dotarła do ShK szczęsna nowina, jakoby Amazon.co.uk zamierzał zrobić Super Saver Shipping również dla naszej niegodnej ojczyzny).

Pierwszy powód jest czytelnikom Sherlockianów doskonale znany*: to wędrówki po tym hrabstwie w towarzystwie Bertrama Fletchera Robinsona, które zaowocowały ukochanym przez wszystkich Psem Baskerville'ów (ponoć nawet nazwisko Baskerville pochodziło od kierowcy Robinsona). Inspiracja legendami opowiadanymi przez Robinsona oraz atmosferą bagien, po których Doyle był prowadzany okazała się tak silna, że powstały nawet wątpliwości co do autorstwa "Psa...", rozstrzygnięte jednak niemal jednogłośnie na korzyść Conan Doyle'a. W końcu aż nazbyt realistyczny wydaje się fakt, że Doyle powrócił do utopionego z dużym trudem detektywa, bo nie mógł sobie bez niego poradzić.

Kolejne powody są już mniej znane: to George Turnavine Budd, lekarz z Plymouth który niegdyś zatrudnił młodego Doyle'a oraz Sir George Newnes, baronet i największy szczęściarz świata, wydawca The Strand, pisma, które umożliwiło Sherlockowi Holmesowi zaistnienie w świecie.

Podsumowując, może nie jest to kopalnia sherlockistycznej wiedzy, ale z pewnością interesująca kałuża.
Pełny tytuł przewodnika Briana Pugh brzmi: Arthur Conan Doyle, Sherlock Holmes and Devon: A Complete Tour Guide and Companion, a okładka (przypadkiem akurat Kindle'owa, choć istnieje oczywiście wersja z uczciwego papieru) wygląda tak:




---
*No właśnie: Sherlockista jest pewien, że gdzieś o tym pisał, ale wyszukiwarka (skądinąd fatalna, ale brak zacięcia programistycznego nie pozwala mi jej nijak udoskonalić) nic nie znajduje, nawet pod stosownymi etykietami. Czy ktoś potrafi podlinkować tę notkę?

sobota, 23 października 2010

Bardzo zaległe linki - nowy Holmes wielko- i małoekranowy

A właściwie, to Watson. Pierwszy link prowadzi bowiem do starego już (tydzień to wieczność w czasach, gdy co pół godziny dowiadujemy się czegoś nowego o życiu naszych znajomych) wywiadu z Martinem Freemanem (powiedzmy, takiego artykuło-wywiadu).
Nasz niedoszły Hobbit wyjaśnia, między innymi, dlaczego nie poświęcił kariery w BBC (która to kariera po długim okresie stagnacji, kiedy to występował w Office nareszcie osiągnęła zupełnie niespodziewany wzlot) dla Hollywoodu - Freeman, mówiąc w skrócie, za bardzo czuje się Anglikiem, żeby marnować czas na czerwone dywany Ameryki ;) I bardzo dobrze. Sherlockista trzyma kciuki, żeby jednak jakoś się z ekipą Hobbita w sprawie terminów dogadał (co nie powinno być trudne z uwagi na chaos panujący wokół tego drugiego filmu). Ponadto, jak twierdzi Olly Grant, autor(ka?) linkowanego tekstu z Daily Telegraph, Freeman jest na najlepszej drodze do zostania przynajmniej gwiazdą brytyjskiej telewizji. Nie dość, że ogląda go średnio 7 milionów widzów, ale jeszcze niektórzy z nich twierdzą, że "ukradł show" Cumberbatchowi. Faktycznie, nie da się ukryć, że to jeden z najbardziej charyzmatycznych Watsonów.

Sherlockista doda tylko przy okazji, że amerykańska publiczność chyba jest podobnego zdania, bo sterta recenzji po emisji serialu za Wielką Wodą (którą to stertę ShK tylko pobieżnie przeglądał z braku czasu) utrzymana jest w entuzjastycznych tonach.

A do tego wszystkiego nareszcie rusza kręcenie nowego Sherlocka Ritchiego, którego nie wszyscy wprawdzie wypatrują z takimi jak ShK nadziejami, ale niemniej jednak, powiedzmy sobie wprost, każdy nowy Sherlock w kinach (lepszy od, say, filmów z Roxburghiem, zwanych na forach czule "the Roxburgh horror", i tej koszmarnej produkcji o rozpruwaczu z Donaldem Houstonem w roli Watsona...) to radość, a nawet te najstraszliwsze i, tak, owszem, nawet pierwszy Matthew Frewer mają swoje momenty (Sherlockista chciał tu rzucić dla przykładu jakimś dobrym momentem z pierwszego filmu z Frewerem i Hartem ale zacukał się na tak długo, że odłożył tę przyjemność na czas pisania recenzji z tego cyklu...).
I zawsze, kiedy ruszają zdjęcia do filmu, zjawiają się fotografie, które wytwórnie puszczają w obieg celem podgrzania atmosfery  w tajemniczych okolicznościach i dzięki bohaterstwu niewidzialnych szpiegów włóczących się po planach filmowych wyciekają do takich serwisów jak ten czy ten. Skąd z kolei kradną je różni Sherlockiści. Enjoy :) !



ShK chętnie zinterpretowałby jakoś te zdjęcia, ale nie licząc wyjątkowo ładnego szalika Jude-Law-Watsona jakoś niewiele zwraca uwagę w tej scence z Holmesem i Watsonem w powoziku... ;)

sobota, 16 października 2010

Jeszcze o modzie na Sherlocka

Sherlockista wyznał kiedyś, przy okazji doniesienia na temat wywiadu z Jenny Beavan że ciuchy nie należą do jego, jak powiedziałby SH "areas of expertise", jednak nawet i do niego dotarły w końcu wieści ze świata mody. Okazuje się, że już w mijającym roku kolekcje zainspirowane były wchodzącymi do kin i na ekrany telewizorów nowymi ekranizacjami i znani projektanci postanowili wyjątkowo ubrać zarówno kobiety jak i mężczyzn w sposób naprawdę przyjemny dla oka. Shelockista z trudem wypatrzył Holmesowskie inspiracje w podlinkowanej wyżej kolekcji Spring 2010 D&G, ale inspiracja jest, naturalnie, pojęciem mglistym. Tak mglistym, że ci spośród Czytelników, których znajomi panowie ubiorą się tej jesieni w ciuchy z kolekcji Johna Galliano, mogą się spodziewać zarówno klasycznego Watsona, jak i Holmesa z czymś w rodzaju syberyjskiej czapy, a nawet czegoś pomiędzy papuaskim faraonem a gay-fab wersją Downeya ze sceny boksu:





Mniej niebezpieczeństw czyha na nas ze strony pań, które zamiast czerpać przykład z olśniewająco ruziowych kreacji damskich Irene Adler mają się wzorwać raczej na tych jej strojach, które wkładała, gdy  chciała swobodnie przemieszczać się po mieście i śledzić Holmesa incognito.
Zdjęcia pochodzą z kolekcji Diora i "pożycza" je ShK ze strony Figa.pl:

A na deser coś bardziej w stylu Moriarty'ego (który też była kobietą):

W dodatku, jak już Sherlockista kiedyś pisał, powołując się na Guardiana, nie są to tendencje obowiązujące wyłącznie na wyżynach haute couture - zupełnie zwyczajni Brytyjczycy nareszcie doszli do słusznego wniosku, że Sherlock Holmes (ucieleśniony raczej przez Cumberbatcha niż Downeya w jego okularkach) powinien być wzorcem dla każdego eleganckiego faceta. Sherlockista bardzo jest tymi tendencjami uradowany. Zwłaszcza zaś tym, że "styl Sherlocka" nareszcie, po stu latach mąk i krzywdzących stereotypów niepopartych niczym z wyjątkiem paru niefortunnych ilustracji Pageta, nie ma nic ale to nic wspólnego z kapotą typu inverness czy deerstalkerami...

poniedziałek, 11 października 2010

GRATULACJE :)

Sherlockista się zapomniał, ale Czytelnicy chyba kciuki trzymali, bo o ile Sherlock Holmes przegrał z Incepcją (co było do przewidzenia, chociaż ShK osobiście zupełnie się filmem Nolana nie zachwycał), o tyle Sherlock BBC zgarnął nie tylko sztylet dla najlepszej produkcji telewizyjnej, ale także nagrodę dla najlepszego aktora pierwszoplanowego...
...który na gali pojawił się w i interesującej wersji blond :)


...ale niestety nie sam ;)


Benedictowi zatem gratulujemy raz jeszcze i życzymy powrotu do ciemnej wersji czupryny przed rozpoczęciem zdjęć do kolejnych wersji Sherlocków, natomiast na pocieszenie wstawimy też zdjęcie bardzo sympatycznego Lestrade'a, któremu nagrody, niestety, nie dali:

niedziela, 3 października 2010

Trzymajmy kciuki za Sherlocki!

Specsaver Crime Thriller Awards (które zostaną rozdane 8 października) są w tym roku wyjątkowo zsherlockizowane. Zarówno "Sherlock Holmes" Ritchiego jak i "Sherlock" BBC mogą się obłowić.

W kategorii Film Dagger nominowany jest właśnie kontrowersyjny (nawet wśród Czytelników ;) ) Sherlock Holmes (obok District 9, Incepcji i The Girl with the Dragon Tattoo - jak niektórzy Czytelnicy pamiętają, to ten film z Noomi Rapace)

W kategorii TV Dagger nominowany jest nasz cudny serial (Obok 3 serii Ashes to Ashes, Luthera i 2 serii Wallandera).

Ponadto, świetny Sherlock z "Sherlocka" Benedict Cumberbatch konkuruje z Idrisem Elbą, Kennethem Branaghem i Philipem Glenisterem o nagrodę dla najlepszego aktora pierwszoplanowego, a Rupert Graves (dużej klasy DI Lestrade) ma szansę na nagrodę dla aktora drugoplanowego.

Trzymajmy kciuki, bo każda nagroda to większa popularność, większa reklama, więcej kasy dla producentów i większe szanse na to, że jeszcze szybciej i jeszcze więcej dostaniemy fajnych Sherlocków do oglądania.