piątek, 25 lutego 2011

House sweet Holmes [minipostunio]

Specjalnie dla fanów House'a (MD): nie jest tajemnicą, że jeden z najbardziej kultowych seriali początku XXI w. roi się od nawiązań do Kanonu ACD (dla pocżątkujących: por. House i Ho(l)mes, Wilson i Watson, House odnajduje przyczynę choroby, Holmes sprawcę zbrodni, House jest ekscentrycznym geniuszem-odludkiem, Homes takoż, etc. etc. - dla zaawansowanych: ta strona, ten stary blog). Twórcy serialu chętnie się do tych inspiracji przyznają i specjalnie dla Sherlockistów od czasu do czasu zdobywają się na mały gest. Kiedyś, na przykład, House dostał w prezencie świątecznym wydanie Kanonu.
A dziś, oglądając najnowszy odcinek z 7 sezonu, wyśledził Sherlockista prawdziwą perełkę. W momencie, gdy mamy okazję przez chwilę podziwiać dokument House'a, warto przypatrzeć się szczegółom. Dowiemy się, że House mieszka przy "Baker Street 221", "Apt. B" :)

środa, 23 lutego 2011

O NIEEEEEEE! [nowe zdjęcia Sherlock 2]

Sherlockista już kilkakrotnie sygnalizował ten fakt, ale w komentarzu do tego straszliwego zdjęcia:

pozwoli sobie na bardziej otwarty jęk: "jak ja nienawidzę Mary Morstan, jak ACD mógł ożenić Watsona, i to dwukrotnie, no jak mógł? (*&#^$%%@#!!!)"
Sherlockista wyzna, że cały Kanon w jego oczach jest opowieścią o wielkiej miłości  między Holmesem i Watsonem (uwaga: niekoniecznie, choć być może także romantycznej - zainteresowani tematem mogą poczytać szczegółowe rozważania tu). Baby Watsona są pożądaną, ciekawą nawet komplikacją fabularno-emocjonalną, ale tylko dopóki nie zostają jego żonami. Jest to jedyna sprawa, w której Sherlockista nie zgadza się ze swoim BBC-guru, Bertem Coulesem, który w genialnych radiowych adaptacjach Sherlocka ożenił Watsona, jak trzeba, kanonicznie i dwukrotnie i jeszcze znakomicie uzasadnił to psychologicznie i przepięknie literacko pokazał wszelkie wynikłe z owych małżeństw napięcia między H i W.
Nie, nie pociesza Sherlockisty fakt, że Mary Morstan-Watson wiecznie siedziała u jakichś ciotek,po czym młodo zeszła na gruźlicę...
Drugie zdjęcie jest bardziej pocieszające, ponieważ stanowi jak na razie jedyny znak, że bohaterowie przynajmniej w jednej scenie filmu nie będą umorusani i wyśmodruchani...

wtorek, 22 lutego 2011

William Gillette i nowy (no, roczny) komiks o SH [inauguracja cyklu: MITY]

Komiksy są wprawdzie drugie od końca na sherlockistycznej liście zainteresowań ShK, ale recenzja, którą ostatnio wyszperał zainteresowała go całkiem porządnie - głównie dlatego, że padło w niej magiczne nazwisko William Gillette.
Gillette, pierwszy naprawdę sławny odtwórca roli Holmesa, autor pierwszego naprawdę znanego apokryfu (czyli sztuki o Sherlocku, o której będzie jeszcze niżej) to rozwiązanie trzech zagadek, które nurtują każdego początkującego Sherlockistę:
- dlaczego Holmes pali fajkę typu calabash, skoro w kanonie jest mowa o prostych (glinianej i wiśniowej)?
- dlaczego Holmes chodzi po mieście w tej kretyńskiej czapeczce, skoro u Pageta jest tak przedstawiony wyłącznie w czasie wyprawy na wieś?
- dlaczego najsłynniejszy cytat z Holmesa - It's elementary, my dear Watson! - NIGDY nie pada w tekście ACD (w tej formie)???
Wszystko to wprowadził do pop-kanonu sherlockizmu (nie mylić z Kanonem właściwym) właśnie ten pan:

(fotografię pożyczył ShK od autorki tej starej strony)

Fajkę ponoć dlatego, że taką fajkę łatwiej utrzymać w zębach bez pomocy rąk - a to przydaje się aktorowi. Czapeczkę deerstalker - trudno powiedzieć. Cytat - podobono Gillette sam używał go także w jeszcze odrobinę innej formie, a w wersji "popkanonicznej" pojawił się dopiero w filmie. Nie da się jednak ukryć, że taka protekcjonalna fraza musiała źle wpłynąć na interpretację postaci Watsona i do dziś rzuca cień na popkulturowy obraz tej postaci.
Pretensji do Gillette'a mieć nie można, bo kiedy uzyskał od ACD zgodę na napisanie sztuki na kanwie istniejącego podówczas Kanonu, był trzecim kandydatem w kolejności (dwóch nieszczęsnych kretynów zrezygnowało wcześniej ze współpracy z Doyle'em, bo chciało wprowadzać zbyt głęboko idące zmiany w postaci Holmesa...), a ACD tymczasem właśnie umierał ze szczęścia z powodu zamordowania prześladującego go bohatera (ShK czyta właśnie wspomnianą onegdaj książkę Moore'a, w której scena ta przedstawiona jest szczególnie barwnie), budował sobie nowy dom w Undershaw i, jak głoszą anegdoty, pozwolił Gillette'owi absolutnie na wszystko, łącznie z tym, żeby aktor Holmesa poślubił (o ile tylko nie będzie to oznaczało wprowadzania wątków romantycznych ;). Nie, ACD nie był nadmiernie przywiązany do detektywa, który uczynił go sławniejszym od większości tuzów literatury światowej...
Sztuka, zatytułowana początkowo The Strange Case of Miss Faulkner, zawierała mieszankę różnych motywów z opowiadań ACD (naturalnie tylko tych sprzed Wielkiego Hiatusu), zwłaszcza zaś SCAN i FINA - co oznaczało, że na scenie pojawiał się Moriarty.
Tę właśnie sztukę postanowili zaadaptować twórcy nowego komiksu, Bret Herholz i Rori Shapiro, tworząc

Sherlock Holmes - The Painful Predicament of Alice Faulkner. Komiks jest czarno-biały i minimalistyczny - autorzy linkowanej niżej recenzji uskarżają się, że, jak każdej adaptacji sztuki teatralnej, brakuje mu trochę dynamiki, a zwłaszcza scen plenerowych. W teatrze w końcu ludzie przeważnie siedzą we wnętrzach i rozmawiają. To wydaje się jednak bardzo pasować do Sherlocka H, (i może być niezłym odpoczynkiem od aż nazbyt plenerowych i dynamicznych poczynań Ritchiego ;) ). Sherlockista poczuł się zaciekawiony (i jakoś tak dziwnie wzruszony) na widok poniższego obrazka, który jest tak zadziwiająco kanoniczny w klimacie, chociaż odległy o eony od Pageta czy Frederika Dorra Steele'a:





Prawda, że z daleka i bez powiększania tekstu można poznać, kto to i który dialog z FINA przedstawiają te grafiki (ukradzione przez ShK z tej strony, gdzie można również przeczytać obszerną recenzję komiksu) ?
Jest coś takiego w czole Moriarty'ego, że nie da się go pomylić z niczyim innym czołem...



Zainteresowanych kupnem odsyła ShK nie bezpośrednio do Amazona, którego szczerze nie znosi, ale do blogu jednego z autorów, o zupełnie ujmującym tytule The Further Adventures of Bret M. Herholz i równie ujmującym nagłówku, gdzie mieści się bardzo sherlockistyczny autoportret (tam już będzie link do Amazona ;).
A na zakończenie wspomni tylko, że ten właśnie wpis inauguruje nową, niezwykle ważną serię notek Sherlockisty czyli "mity". Pop-sherlockistyczne mity w rodzaju "Holmes zawsze chodził w deerstalkerze" albo "Watson był przygłupim dziadziem" będą na Sherlockianach sukcesywnie zwalczane, bo to od początku uważał Sherlockista za jedną ze swoich najważniejszych misji :)

środa, 16 lutego 2011

[minipost] Sherlock Holmes: A Game of Shadows

...to oficjalny tytuł sequelu filmu Ritchiego. Z którego wyśmiewa się w tej chwili pół internetu, łącznie z Baker Street Blogiem... Czytelników niewładających angielskim może Sherlockista pocieszyć, że po przełożeniu - "Sherlock Holmes: gra cieni" - wciąż nic nie znaczy i wciąż nikt go nie rozumie...
ShK musi wyznać, że o ile od samego początku Ritchiego wspierał, sherlockistycznym piernikiem opornym na XXI wiek oraz jego wymagania być nie chciał, akcji u ACD samego się doszukiwał i Downeya za nieskrywaną oryginalność cenił, o tyle, o tyle...
no kryzys wiary ma.
Że z Sherlocka zostanie w tym sequelu tyle co z tej katedry...:



P.S. Sherlockista doczytał się w oficjalnych komunikatach WB, że akcja filmu będzie miała miejsce w roku 1891, czyli rok po wydarzeniach przedstawionych w "Sherlock Holmes" - i, jak wszyscy Czytelnicy pewnie pamiętają, wtedy, gdy w Kanonie rozpoczyna się Wielki Hiatus... No zobaczymy, zobaczymy, co oni wymyślili...

Sherlockistyczne spóźnione walentynki...

...przyszła! Przyszła! Naprawdę przyszła, pod wieczór, niespodziewanie, kiedy zaczynał już Sherlockista tracić nadzieję. Piękna nad wszelkie pojęcie i cudowniejsza niż w najśmielszych marzeniach. Okryta tylko cieniutką żółtą kopertą ze stemplem BSI i Urzędu Celnego w Warszawie, ale wewnątrz twarda, solidna, ciężka i wspaniała.

Właśnie ona, tu z frustracją jako obiekt marzeń jedynie Sherlockisty opisana.
Prawie 450 stron najpiękniejszych, najstarszych, legendą owianych pereł Sherlockizmu, najlepsze eseje najwspanialszych ludzi na świecie z lat 1902-1959... Wszystkie obiecywane przez BSI nazwiska i jeszcze tyleż więcej... Esej Założycielski Knoxa, Dorothy L. Sayers razy kilka, Franklin D. Roosevelt, Christopher Morley, Anthony Boucher, Vincent Starrett, Rex Stout, Jay Finley Christ, sam William S. Baring-Gould (no, fragment ;) )... Nieprzebrane bogactwo i niesłychane wzruszenie.
Ale pewnie nie miałby Sherlockista autentycznych łez przejęcia w oczach, gdyby nie otworzył od razu łapczywie okładki i nie zobaczył, że na pierwszej stronie ma prawdziwy autograf Lesliego Klingera (...no dobra, Laurie King też, w zaistniałej sytuacji chyba trzeba będzie zacząć jej wybaczać Mary Russell)...
(ShK serdecznie przeprasza za jakość tego zdjęcia, ale jak się dysponuje wyłącznie przedpotopową komórką bez flesza i kabelka do komputera to... to Czytelnicy nawet nie wiedzą, na ile wysiłków trzeba się wtedy zdobyć, żeby zaszpanować autografem na blogu ;) )
W tej sytuacji może tylko Sherlockista powiedzieć, że BSI rzeczywiście działa, że jak piszą na stronie, że mają jeszcze trochę egzemplarzy z autografem to należy wierzyć, że mają a nie potem tracić oddech z wrażenia i...
...i idzie czytać :)

czwartek, 10 lutego 2011

Postu ciąg dalszy... Houdini, wybuch w katedrze i Portsmouth...

Sherlockista co prawda dał się trochę pochłonąć ostatnio pozasherlockistycznym aktywnościom, ale gdyby docierały do niego wieści ciekawsze niż kolejne rozstanie Jude'a Lawa i Sieny Miller, to pewnie odezwałby się wcześniej...
Dziś na początek garstka doniesień na temat nowego Sherlocka Ritchiego. Po pierwsze na planie widziano - a przynajmniej widział Perez Hilton - Rachel McAdams, czyli Irene Adler z "jedynki". Nie wiadomo, niestety, co tam robiła, bo, jak Czytelnicy z pewnością pamiętają, w "dwójce" najważniejszą kobietą nie będzie wcale "The Woman" tylko Noomi Rapace...



Rachel McAdams ma się ponoć pojawić na chwilkę w początkowych ujęciach filmu, kręconych właśnie w Strasburgu. Być może będzie miała jakiś związek z wybuchem w strasburskiej katedrze, który został ponoć nakręcony bez oszczędzania i będzie wyglądał niezwykle realistycznie... (zainteresowanych odsyła Sherlockista do artykułu w Daily Mail)

Tradycjonaliści pewnie z większą przyjemnością obejrzą nowy film wytwórni DreamWorks, która kupiła prawa do scenariusza J. Michaela Straczynskiego pod tytułem Voices From the Dead. O ile ShK wiadomo, żaden reżyser nie podjął się jeszcze realizacji dzieła, ale historia niewątpliwie wzbudzi zainteresowanie sherlockistów. Scenariusz opowiada bowiem o sławnej przyjaźni ACD z legendarnym prestidigitatorem Harrym Houdinim - a konkretnie o ich wspólnych śledztwach w sprawie morderstw w Nowym Jorku.
W rzeczywistości Panowie faktycznie spotykali się w Ameryce, ale ich znajomość w gruncie rzeczy koncentrowała się wokół wielkiego sporu o duchy, nadprzyrodzone moce i możliwość kontaktu ze zmarłymi. Houdini pasjonował się tym tematem jako wielki demaskator wszystkiego, co nadprzyrodzone - sam jako iluzjonista wiedział najlepiej, jak łatwo jest nabrać ufną publiczność. Doyle z biegiem lat coraz bardziej angażował się w różne spirytystyczne ruchy, prowadził liczne seanse i wierzył praktycznie w większość bzdur, którymi żyła szeroka publiczność, w tym fotografie wróżek i tym podobne. Jeden z takich seansów, w którym rolę medium odegrała sama Lady Doyle, doprowadził praktycznie do zerwania przyjaźni naszego ulubionego autora z Houdinim... To zresztą nie mogło się udać: Houdini chodził na seanse Doyle'a, słuchał, jak przyjaciel opowiada mu o duchach i innych cudach niewidach i zamiast dać mu wiarę pisał bardzo sceptyczne artykuły, w których zwalczał wszelkie podobne praktyki. Doyle śledził karierę Houdiniego, słuchał, jak przyjaciel z pomocą zupełnie ludzkich przemyślnych środków uwalniał się z różnych pułapek, po czym usiłował mu wmawiać, że nie jest wcale iluzjonistą tylko prawdziwym magikiem...



Szczegółową historię przyjaźni obu panów można przeczytać między innymi tu.
A wielbicielom postaci ACD i zainteresowanych jego losami może Sherlockista polecić wycieczkę do Porstmouth, gdzie Doyle spędził około dziesięciu lat życia i gdzie od dawna mieściło się jedno z jego muzeów (więcej informacji tu). Perłą muzeum jest kolekcja pozostawiona przez Sir Richarda Lancelyna Greena, jedną z najbardziej fascynujących postaci wśród współczesnych Sherlockistów. Ten wybitny specjalista od Doyle'a i Holmesa zmarł w tajemniczych okolicznościach w 2004 roku (o tej sprawie bardziej szczegółowo pisał ShK w kontekście książki Davida Granna), co już stało się tematem licznych publikacji, w tym książki wymienionej w nawiasie i kryminału Grahama Moore'a (o którym wspominał ShK tu i który już wkrótce zrecenzuje, bo właśnie czeka u niego na półce). 21 lutego rozpoczyna się w Portsmouth wspaniała impreza, na którą wciąż jeszcze można się wybrać...


...a Sherlockista postanowił właśnie wykorzystać sezon ogórkowy, by napisać jakieś zaległe recenzje, więc na tym na razie zakończy.