czwartek, 31 marca 2011

[minipostuś off topic] Panna Marple XXI wieku...

Sherlockista serdecznie przeprasza za post nie na sherlockistyczny temat, ale czy są na sali wielbiciele Agathy Christie? A słyszeli o tym, że Amerykanie dobrali się do panny Marple? I chcą, żeby zagrała ją:


... trzydziestoparoletnia Jennifer Garner? Niewtajemniczonym wyjaśnia Sherlocksita, że u Christie (i w dotychczasowych bardzo dobrych (brytyjskich) ekranizacjach, m. in. z Joan Hickson) panna Marple jest starszą panią z angielskiego małego miasteczka, która rozwiązuje zagadki kryminalne nie tylko dzięki wybitnej inteligencji i spostrzegawczości, ale często dlatego, że po prostu sporo nauczyła się o ludziach.
Produkcja zostanie wysmażona pod szyldem Disneya, a scenariuszem zajmie się Mark Frost, co być może rodzi pewne nadzieje, że intryga będzie ciekawa.
Sherlockista musi przyznać jedno: kiedy cieszył się z sukcesu uwspółcześnionego Sherlocka z Downeyem zachował się naiwnie i karygodnie głupio. Było do przewidzenia, że Amerykanie rzucą się na równię pochyłą, na której już czyhają na nas rzeczy straszliwe (patrz wyżej, patrz też doniesienia o sequelu Sherlocka), a u której końców w ogóle nie wiadomo co nas może spotkać...

wtorek, 29 marca 2011

[minipostuś] O tym, dlaczego Sherlockista nie donosi nic o drugim Sherlocku Ritchiego...

... nie, nie dlatego, żeby nie wkurzać niektórych wiernych Czytelników ;) Nie łudźcie się, ręka by mu nie zadrżała. Dlatego, że kiedy otrzymuje szereg niusów treści "Stephen Fry opowiada o drugim Sherlocku!" "Wywiad ze Stephenem Fryem - rewelacje na temat postaci Mycrofta!" oraz "Downey i Law zdradzają sekrety sequelu filmu Ritchiego", to nastawia się na nieco mniej przewidywalne i bardziej ekscytujące informacje niż:
- SF zawsze lubił Holmesa i cieszy się z roli
- Mycroft to taki starszy, zdolniejszy, ale i bardziej leniwy Sherlock
- super się go gra
- w ogóle na planie jest czad
- akcja dwójki jest poważniejsza
- ale nie będzie w 3D
- Holmes i Watson już się tak ze sobą nie drażnią, bo mają Moriarty'ego na głowie
- no, trochę się drażnią, bo ślub Watsona tuż-tuż
- w ogóle cały film będzie o tropieniu Moriarty'ego
- po całej Europie, nie wyłączając Szwajcarii (tak tak, są wodospady)
- zupełnie jak w FINA!!1! [nudge nudge, wink wink]
- stawka jest po prostu większa niż życie w tej dwójce i strasznie się to Downeyowi i Lawowi podoba
- w ogóle zobaczycie, jaka to fajna stawka, jaki fajny film, jaki fajny plan i jakie fajne role i jak się fajnie grało u takiego fajnego reżysera i z takimi fajnymi kumplami...


... W związku z tym, jak potem ShK wchodzi pracowicie w te wszystkie czaderskimi tytułami opatrzone linki i znajduje to, co wyżej, to mu potem zajmuje aż tydzień, żeby się tym podzielić z Czytelnikami Sherlockianów...
Na otarcie łez (czy to wywołanych żenującym poziomem marketingu fundowanego nam z okazji amerykańskich superprodukcji, brakiem nowych informacji na temat filmu Ritchiego, a może naddatkiem jakichkolwiek wzmianek o dziele, przez które człowiek przypomina sobie, jaki stres go czeka w grudniu ;) zapowiada Sherlockista nowy mały cykl, poświęcony artykułom z "The Grand Game", którą tak bardzo chwalił się tu. Pierwsza część w ciągu kilku dni, wędrować będzie ShK przez tę piękną książkę niespiesznie :)

wtorek, 22 marca 2011

Wiosna!

Czyli radość Sherlockisty :) Z okazji wiosny na Sherlockianach nowe kolory z mapą Londynu z 1890 roku w tle (jeśli ktoś naprawdę nie lubi zielonego, to spokojnie, to tak tylko na parę tygodni ;) i krótki film o istocie wiosennego sherlockizmu:




poniedziałek, 21 marca 2011

Pierwsza w dziejach bloga recenzja z połowy dzieła - The Sherlockian



Recenzja będzie tylko z (pierwszej) połowy książki, bowiem drugiej Sherlockista czytać nie zamierza. Wiosna idzie, rower trzeba odkurzyć, na chomiku mnóstwo dobrego Sherlocka, nie wspominając o zapasach w domu, czas bliskim poświęcić, wódki się napić, przeczytać co 3 słowo w "Badaniach logicznych" Husserla w poszukiwaniu tajnego kodu typu Dana Browna, posegregować skarpetki na kolory albo na długość albo na jedno i drugie, przekładając co 5 do oddzielnej szufladki na którą nakleimy ręcznie rzeźbiony drewniany szyld z napisem "Pewnik wyboru" - ważniejszych zadań przychodzi ShK do głowy cała masa.


Produkcja Grahama Moore'a, wydana w Ameryce jako The Sherlockian a w Wielkiej Brytanii jako The Holmes Affair* doczekała się całkiem niezłej recenzji w Timesie, a także odcinka bardzo wspaniałego podcastu I Hear of Sherlock Everywhere! Autor zafundował też swojemu dziełu stronę internetową, pardon, jak to się teraz mówi "oficjalnego bloga" powieści. I wszystko to jest dla Sherlockisty kompletnie niepojęte. To jest, da się zrozumieć, jak przebiegają marketingowe mechanizmy, dzięki którym takie idealnie dostosowane do wymogów współczesnego czytelnika produkty - bo o literaturze chyba nie może być mowy, przynajmniej w odniesieniu do pierwszych 200 stron - są recenzowane w poważnych gazetach. Da się nawet zrozumieć, jak to zostało zrobione. Sherlockista czytywał kiedyś z czymś w rodzaju toksycznej fascynacji amerykańskie podręczniki czytania powieści i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że autor - który wcześniej pisywał tylko scenariusze kinowe i telewizyjne - co najmniej starał się realizować zalecenia w rodzaju "staraj się zastępować przymiotniki czasownikami", "dbaj o to, żeby twoje zdania nie były dłuższe niż pięć słów", "wybierz narrację w trzeciej osobie ale z perspektywy" i "każdy rozdział zakończ czymś, co skłoni czytelnika do przeczytania następnego". Zwłaszcza przedostatni punkt, dotyczący narracji, odbił się szczególnie boleśnie na tonie opowieści, ale o tym jeszcze za chwilę.
Ponieważ na książkę składają się dwie równolegle przedstawiane historie, ma ona też dwóch "trzecioosobowych narratorów". Papierowy i nieciekawy Harold White, świeżo-mianowany członek Baker Street Irregulars ma ambicję rozwikłać morderstwo znanego Sherlockisty, który właśnie odnalazł bezcenny pamiętnik Doyle'a (wątek ten został zainspirowany sprawą zabójstwa Richarda Lancelyna Greena a, jak można się dowiedzieć z linkowanego wyżej podcastu, w jeszcze większym stopniu na poły zmyślonym esejem Davida Granna, o którym Sherlockista pisał tu). Równolegle, Doyle, który właśnie z wielką radością pozbył się ze swojego życia Holmesa stracając go w otchłań wodospadu Reichenbach, próbuje rozwiązać sprawę seryjnego mordercy sufrażystek, a także wysłanego mu listu z bombą. O ile miałka i blada narracja prowadzona przez "Harolda" jest tylko przeciętna i niewciągająca, o tyle równie nijako napisane części o Doyle'u, w których jest on konsekwentnie nazywany "Arthur" przyprawia o zgrzytanie zębów i płacz z irytacji. Moore tłumaczy się z tej idiotycznej decyzji w podcaście, bo jako osoba dobrze obeznana z realiami sherlockistycznego świata doskonale wie, że dla nas ACD to zawsze Conan Doyle i nawet Amerykanie nigdy nie mówią/piszą/myślą o nim per "Arthur". Moore sądzi jednak, że w nowoczesnej powieści wszystkie postaci muszą być nazywane po imieniu i gdyby zrobił inaczej w częściach umieszczonych w 19 wieku, to mógłby popaść w nieudolne naśladownictwo mistrzowskiej narracji Watsona. No cóż, faktycznie, jakichkolwiek prób naśladowania barwnej prozy Watsona nie sposób mu zarzucić, czytelnik natomiast może się rozkoszować "nowoczesnymi" stronicami na temat "Arthura" i "Brama" (Stokera, autora "Draculi" i znajomego Doyle'a w życiu i w książce Moore'a). W nowoczesnej powieści nie ma też ewidentnie miejsca na jakiekolwiek odważniejsze zabiegi literackie - zdania Moore'a są proste i rzeczowe jak wyjęte żywcem z serialowych didaskaliów.
Na temat intryg może Sherlockista powiedzieć tylko tyle, że 200 stron nie wciągnęło go w żaden wątek. Śledztwo White'a pełne jest nachalnych i naiwnych odwołań do Kanonu (wszystkie aluzje są na wszelki wypadek wypowiedziane i łopatologicznie wytłumaczone - autor powołał nawet do życia specjalną postać, wyjątkowo irytującą dziennikarkę "spoza sherlockistycznego świata", by mieć pretekst do pieczołowitego wskazywania źródeł cytatów i nawiązań). Bohater twierdzi, że zamierza się kierować metodami Holmesa, ale wychodzi to zupełnie nienaturalnie i mało imponująco. Zamiast realnych metod jest garstka cytatów. Zamiast genialnych, błyskotliwych dedukcji - nieśmiałe zgadywanki. Sherlockista doskonale wie, że w dwudziestym pierwszym wieku modne są postaci detektywów-przeciętniaków, ale on osobiście zatrzymał się na jakims innym etapie rozwoju gatunku roman policier i chyba szuka jednak w podobnych książkach momentów podziwu i ekscytacji. Lepiej i ciekawiej poczyna sobie Conan Doyle, ale mozolne, boleśnie nudno realistyczne opisy jego działań, łącznie z próbami politycznie poprawnego opisania myśli konserwatysty, który inwigiluje środowisko sufrażystek byłyby niestrawne nawet bez "Arthura" i "Brama".
Podsumowując, zamiast sięgać po książkę, lepiej posłuchać podcastu, a w nim długiego wywiadu z autorem. Pan Moore na żywo wciąż nie jest interesujacy - ale opowiada wiele ciekawych i sympatycznych anegdot o członkach BSI, którzy pomagali mu w pracy nad książką, w tym o niezastąpionym Lesliem Klingerze i Danielu Stashowerze (specjaliście od biografii ACD). Sherlockista musi tu zaznaczyć, że z rozmowy nie wynika, by BSI krytykowało tę powieść - wręcz przeciwnie, przytoczone reakcje są pozytywne, podobnie jak linkowane wcześniej recenzje. ShK zaczął się nawet zastanawiać, czy nie sprawdzić, co jest na końcu, bo może ostatnie strony rzutem na taśmę ratują tę książkę. Po namyśle jednak postanowił pozostawić to wyzwanie...komuś innemu :) Kiedy Moore wspomina, jak to długo bał się, że nie da rady napisać dobrej książki i życzył sobie, by tematem zajął się ktoś obdarzony lepszym piórem, można tylko przez grzeczność zamilczeć.


---
*Sherlockista, niestety, dał się nabrać, kupił przez pomyłkę obie i tę amerykańską, niemacaną i nietkniętą zamierza wkrótce sprzedać na Allegro za jakieś 40 zł plus wysyłka, ew. odbiór osobisty połączony z sherlockistyczną kawą w Krakowie :) Jak widać z recenzji, nie jest to pozycja, którą szczerze poleci, jednak jeśli ktoś z Czytelników jest zainteresowany i chce sobie wyrobić własne zdanie, to ShK zachęca do kontaktu jeszcze przed aukcją (książka kosztowała go oryginalnie bodaj 13 funtów plus przesyłka).

środa, 9 marca 2011

Polski Sherlock Holmes! Nie przegapcie!

A właściwie koprodukcyjny, polsko-brytyjski Sherlock Holmes z lat 80! Taki, którego wielu i wiele z nas pamięta z mgieł dzieciństwa, z własnego polskiego telewizora! Taki, co do którego Sherlockista nie wierzył, że go jeszcze zobaczy! Otóż ten właśnie Sherlock Holmes, z Geoffreyem Whiteheadem i Donaldem Pickeringiem, kręcony na naszej warszawskiej starówce, która wygląda zupełnie jak Londyn, grany po angielsku a nawet po szkocku (przez panią Hudson) z kwaterą główną przy Baker Street, która wygląda jak ukradziona z filmów z Rathbone'em i Bruce'em...
Ten Sherlock wreszcie, a przynajmniej jeden z 24 jego dwudziesto-trzech minutowych odcinków powtarzany będzie na TVP 2 w nocy z czwartku na piątek, o 4.35!
Niecierpliwi lub nieposiadający telewizora Sherlockiści mogą się też rozejrzeć za możliwością ściągnięcia Sherlocka, bo takowa, ku euforycznemu zdziwieniu ShK, istnieje - na najbardziej znanym polskim portalu do ściągania różnych rzeczy ;)
A rozejrzeć się lub też poświęcić tę noc dla dwudziestu minut Sherlocka oczywiście warto i to nie tylko dlatego, że to jeden z nielicznych przykładów na nasz polski wkład w Dzieje Sherlockizmu. A nawet nie tylko po to, żeby przypomnieć sobie Sherlocka z dzieciństwa (Sherlockista na przykład tego Sherlocka prawie z dzieciństwa nie pamięta, do końca życia natomiast zapamięta, co poczuł, kiedy Christopher Plummer, Sherlock z bardzo szemranego Murder by Decree, rozgniótł swojemu Watsonowi, wspaniałemu Jamesowi Watsonowi ostatni groszek (scena wspomniana także w ostatnim epizodzie I hear of Sherlock everywhere!) oraz jak demonstrował z pomocą szalika, że jest uzbrojony). ShK przypomniał sobie na razie tylko pierwszy odcinek, ale jest przyjemnie wciągnięty. Historie nie są kanoniczne, co wzmogło jego zainteresowanie (i prawdopodobnie zostały jakoś zainspirowane serialem z lat 50 z Ronaldem Howardem, jednak to musi ShK jeszcze zbadać.) Holmes chodzi, niestety w płaszczyku i czapie, ale to wielu produkcjom trzeba wybaczyć. Poza tym jednak wszystko wydaje się na swoim miejscu. Jest ta gula w gardle, kiedy panowie widzą się po raz pierwszy i rozmawiają o ranie Watsona z Afganistanu - nawet jeśli nie ma, niestety oryginalnego dialogu a jest za to urocza aluzja do kanonicznych niejasności z lokalizacją owej rany. Wcześniej jeszcze pani Hudson, niczym kanoniczny Stamford, uprzedza Watsona, że Holmes to gość, który bije zwłoki w kostnicy... Są absolutnie brutalne, ale bardzo śmieszne kpiny z Lestrade'a. W ogóle - jak nie w polskim filmie! - bardzo dobre dialogi są ;) W czasie śledztwa Watson nie jest może tym inteligentnym i godnym zaufania kompanem, którym chcielibyśmy go widzieć, a raczej, bardziej tradycyjnie, tłem wydarzeń, jednak zobaczymy jeszcze jak się sytuacja rozwinie. Generalnie rzecz biorąc - zupełnie przyzwoity i bardzo sympatyczny Sherlock. W Warszawie!
Sherlockista wróci do tematu po obejrzeniu całości, do czego wszystkich zachęca.
P.S. Za wiadomość o polskim Sherlocku dzieciństwa ShK jeszcze raz serdecznie dziękuje jednemu z nieujawniających się w komentarzach Czytelników bloga, który może wkrótce napisze dla Sherlockianów tekst :)

poniedziałek, 7 marca 2011

Człowiek, który zamordował Sherlocka Holmesa

... czyli o paradokumentalnej produkcji The Electric Theatre Company poświęconej ACD i jego stworzeniu.
The Man who murdered Sherlock Holmes to jeden z tych straszliwych drama-documents, które ogląda się na kanałach Discovery. Oglądanie go na DVD miało taką zaletę, że nie trzeba co kwadrans filmu oglądać 20-minutowych bloków zapowiedzi innych programów. Miało też taką wadę, że nie było tych przerw.
Pewnie są gdzieś na świecie ludzie, którzy lubią, kiedy każde słowo opowieści jest odpowiednio ilustrowane, na przykład słyszymy, że ACD coś napisał i pokazuje nam się dla ułatwienia ucharakteryzowanego aktora z dłonią uwalaną atramentem, smarującego coś wiecznym piórem na pożółkłym papierze. Sherlockista niestety do nich nie należy, przez co cała konwencja podobnych dokumentów trochę go bawi, nie zamierza jednak, oczywiście, skreślać filmu za samą przynależność gatunkową i na tych kilku drwiących zdaniach recenzji zakończyć.


Film ten miał towarzyszyć premierze najbardziej jak dotąd kontrowersyjnej wśród Czytelników tego bloga produkcji (o świecie, świecie, flame'y na sherlockistycznych portalach zawsze dotyczyły kiedyś Brettów!) i... poza tym przeznaczenie jego nie jest do końca jasne. Jedni twierdzą, że wpisuje się w serię dokumentów o brytyjskich miastach (tu mamy historię osadzoną, oczywiście, w Londynie, ale także czegoś dowiadujemy się o Edynburgu), inni że to dokument o typowo sherlockistycznym charakterze. Pewne jest, że pojawiają się specjaliści od holmesologii, przepytywani przez prowadzących narrację Richarda Jonesa i Marka Ubsdella. Ci, oczywiście, jak to specjaliści od holmesologii, mówią dorzecznie i ciekawie.
Gorzej ze wspomnianymi narratorami, którzy za wszelką cenę usiłują z banalnej opowieści o (arcyciekawej skądinąd) biografii ACD zrobić historię kryminalną. Przez 3/4 filmu sugerują, na przykład, że w postaci Holmesa kryje się coś "szalenie mrocznego" a fakt, że wykończony popularnością swojego stworzenia Doyle postanowił się go pozbyć interpretują jak "morderstwo" a może nawet próbę zamordowania swojej własnej ciemnej strony osobowości (jak w historii o doktorze Jekyllu i panu Hydzie).
Nie można odmówić filmowi wartości informacyjnej - sporo jest o młodości Doyle'a, kłopotach ze zdrowiem i uzależnieniach jego ojca, Charlesa Altamonta Doyle'a (o którym ShK prawdopodobnie już wspominał jako o grafiku, autorze pierwszych ilustracji do opowiadań ACD a także niepokojących dzieł tworzonych już w zakładzie odosobnienia), karierze uczelnianej i wielorybniczej (o tak, Sherlockista nigdy nie był ekspertem od Doyle'a, ale właśnie się dokształca i może już wkrótce zacznie poświęcać jego naprawdę barwnej biografii więcej uwagi), a także osobom, które wpłynęły na konstrukcję postaci Holmesa. Niestety, przy przedstawianiu tych ostatnich, autorzy uderzają znów w szalenie demoniczne tony i ze szczególną lubością eksponują "mroczne" cechy osobowości Holmesa, łącząc je z współlokatorem a potem dobrowolnym opiekunem matki Doyle'a, drem Brianem Wallerem. Co gorsza, w komiksowy sposób tłumaczą widzom, dlaczego smutne doświadczenie dzieciństwa z ojcem alkoholikiem mogło wpłynąć na treść opowieści Doyle'a, w których często siedliskiem przemoc jest właśnie rodzinny dom.
ShK docenił natomiast nacisk położony na to, że chociaż nie ma po tym oczywistego śladu w Kanonie, niewątpliwie Edynburg - miasto Doyle'a był miastem Holmesa w równym stopniu, co Londyn - miasto, którego Doyle na początku kariery literackiej prawie nie znał z osobistego doświadczenia! Sherlockista miał okazję pomieszkać kiedyś właśnie w Edynburgu i ręczy, że oprócz może charakterystycznej, dziewiętnastowiecznej żółtej mgły, wszystkie inne cechy ponurego brytyjskiego miasta, jak depresyjny nastrój, wyjący wiatr i ponure, kręte uliczki istotnie mógł ACD wziąć równie dobrze z krainy swojej młodości. Oczywiście nie znaczy to, że twórcy filmu nie odwiedzili Londynu - przeciwnie, pokazują nam obecne muzeum Sherlocka (pod niegdyś fikcyjnym adresem) i dociekają, skąd Doyle'owi w ogóle przyszło do głowy, by wprowadzić Holmesa na Baker Street (jako dziecko odwiedził muzeum figur woskowych Madame Tussaud, które mieściło się przy tej ulicy).
Rzetelnie pokazane są dwie rzeczy: po pierwsze, fazy trudnego i toksycznego związku między Doyle'em- stworzycielem a jego stworzeniem. Od satysfakcji z debiutu, poprzez rosnące zdziwienie powszechnym entuzjazmem aż po znużenie, narastającą irytację i potrzebę uwolnienia się, wreszcie moment kryzysu... i wymuszony powrót po latach i uspokojenie relacji, przyzwyczajenie, wreszcie ostatnie i tym razem przyjacielskie rozstanie. Gdyby nie natrętne sugestie, że za "morderstwem Holmesa" kryło się "coś więcej" "coś mrocznego" "uaaaaaabuuuuuaaaaasthasznego", to uznałby to Sherlockista za bardzo wierne przedstawienie sprawy. A po drugie, z wyczuciem pokazane zostały reakcje londyńskich czytelników i przyczyny, dla których - między innymi! - tak bardzo pokochali Holmesa. Detektyw z epoki gazowych latarni (prawie) zawsze potrafił dojść do prawdy i znaleźć sens w coraz bardziej komplikującym się świecie. No i poza tym, wtedy właśnie narodziło się dojeżdżanie do pracy - a czy można wyobrazić sobie wspanialszą lekturę do pociągu niż Strand ze świeżutkim Holmesem? Gdyby nie natrętne przetykanie tych refleksji scenami mającymi przedstawiać Kubę Rozpruwacza oraz jakimiś zupełnie już koszmarnymi wstawkami, które jak się zdaje miały pokazywać samego Holmesa i Watsona ale casting pozostawia naprawdę bardzo, bardzo wiele do życzenia - to byłby to niewątpliwie lepszy, krótszy i ciekawszy dokument.
W zaistniałej sytuacji był jednak Sherlockista trochę tym dziełem poirytowany, chociaż docenił inteligentną promocję pierwszego Ritchiego na sam koniec - eksperci zwracają uwagę na młodość i sprawność fizyczną kanonicznych Holmesa i Watsona.
ShK trochę żałuje, że w tym czasie nie poczytał porządnej książki o ACD i liczy na to, że powyższy tekst może oszczędzi podobnych doświadczeń Czytelnikom. Na zakończenie mała próbka filmu: