poniedziałek, 31 października 2011

Justeene recenzuje - "Dzień dobry, Irene" i "Man from Hell"

Sherlockista z wielką przyjemnością przedstawia kolejną świetną recenzję Justeene. Tym razem sequel książki, o której Justeene pisała już w tym blogu i solidny apokryf :) Dla Justeene brawa i podziękowania!


Skoro się powiedziało Dobranoc, panie Holmes trzeba teraz dodać Dzień dobry, Irene i pochylić się na moment nad drugą książką z cyklu poświęconego przygodom jedynej kobiety, która przechytrzyła Sherlocka Holmesa.
A jest się nad czym pochylać, albowiem zgodnie ze złotą zasadą tworzenia sequeli, mamy to samo co w części pierwszej tylko jest tego więcej – panna Huxleigh jeszcze bardziej poniewierana, Godfrey jeszcze piękniejszy, a w dodatku bohaterski, szlachetny i tym razem użyteczny w szalonych przedsięwzięciach Irene, choć nadal nie w pełni. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych częściach Godfrey nabiera jednak wiatru w żagle.
Intrygi są jeszcze bardziej zawiłe, bohaterowie trafiają na książęcy dwór, po drodze zwiedzając m.in. paryską kostnicę, nadmorskie speluny, a nawet... dom uciech. Sporo miejsca autorka poświęca postaci słynnej francuskiej aktorki, Sarah Bernhardt, której ekscentryczność przyćmiewa nawet osobliwe zachowania Irene. Nie trzeba chyba dodawać, że na kartach powieści „boska Sarah” i pani Norton (bo bohaterka, oficjalnie uznana za zmarłą, używa nazwiska męża) tworzą wyjątkowo barwny duet.
Samą Irene zajmę się osobno. Pozwolę sobie pożyczyć przy tym określenie z komentarza do mojego tekstu o Dobranoc, panie Holmes, ponieważ, niestety, nasza diwa-detektyw niniejszym została jednak tym dziewiętnastowiecznym Bondem w spódnicy, który potrafi dosłownie wszystko i nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. W efekcie postać Irene (za którą, jak czytelnicy pewnie pamiętają, nie przepadam) jest jeszcze bardziej irytująca, a jej wyczyny powodują tylko uniesienie brwi w akcie zdziwienia, a nawet i, po pewnym czasie, zniechęcenia. Paradoksalnie, o wiele ciekawsze wydały mi się tym razem perypetie biednej Nell, którą pani Norton i jej nowa przyjaciółka, Alice, usiłują przemienić z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia i co za tym idzie, wyswatać.
Z przykrością stwierdzam również, że autorka nie oszczędziła też Sherlocka Holmesa. Nasz ulubiony detektyw, może poza dwoma fragmentami, jest równie irytujący co Irene. Holmes zjawia się we Francji na prośbę de Villarda, który tłumaczy jego monografie na francuski, żeby pomóc w sprawie dotyczącej Louise, młodej panienki z tatuażem, wyłowionej przez Godfreya wspaniałego z Sekwany, kiedy próbowała popełnić samobójstwo. Na samym początku najlepszy z detektywów spisuje tę zagadkę na straty i nie interesuje go nic poza jakością przekładu owych monografii. Niby depcze bohaterom po piętach, a jednak sprawia delikatne wrażenie rozkapryszonego nudziarza o inteligencji siedmiolatka, którym ma się ochotę potrząsnąć.
Szkoda, że Dzień dobry, Irene nie trzyma poziomu części pierwszej, bo choć książkę czyta się z zainteresowaniem, to jednak nie jest to ta sama przyjemność co przy Dobranoc, panie Holmes. Męczy nadmiar zalet i umiejętności Irene i nawet świetny fragment opisujący konfrontację Holmesa z Irene i Nell nie jest w stanie zatrzeć tego wrażenia.

Z czystym sumieniem polecam za to wspomnianą kiedyś przez Sherlockistę pozycję z serii „The Further Adventures of Sherlock Holmes”, a mianowicie The Man from Hell, której autorem jest Barrie Roberts. Książka jest nie tylko świetnie napisana – cały czas trzyma w napięciu, a i tematyka jest bardzo interesująca. Dodam tylko, że tytułowy człowiek z piekła nie ma nic wspólnego z Kubą Rozpruwaczem ;)
Wielką zaletą powieści jest to, że doskonale oddaje klimat oryginalnych historii. To nie jest kolejne dzieło ze wstępem w stylu: „Holmes znany z opowiadań stworzonych przez Sir Arthura Conan Doyle’a to bzdura, tak naprawdę był zupełnie inny”, tylko kawał naprawdę dobrej roboty. Holmes i Watson są tacy jakich znamy i kochamy. To wielka sztuka wejść w ten świat i wykorzystać te postaci w zupełnie nowej, bardzo wciągającej opowieści, w której głośna rodzinna (i poniekąd społeczna) tragedia jest tylko wierzchnią warstwą skrywającą o wiele bardziej mroczne sedno sprawy, i trzeba jasno stwierdzić, że ta sztuka udała się autorowi w stu procentach. Roberts nie naśladuje ślepo Conan Doyle’a, ale czerpie to co najlepsze w opowiadaniach o Holmesie i przekłada to na formę powieści, z którą ACD nie radził sobie już tak dobrze.
            Trzeba też wrzucić kamyk do ogródka pana Robertsa, żeby nie było tak słodko i puchato. Powieść zaczyna się tym nieszczęsnym bla, bla, bla skąd się wziął opis tej sprawy i, że na pewno jest autentyczny, etc. etc. Powinni tego prawnie zakazać! Pomysł Nicholasa Meyera żyje własnym życiem i rozpoczyna dosłownie każdą książkę o dalszych przygodach Holmesa, i naprawdę przyprawia już o ból głowy jak Irene Adler w The Canary Trainer. Poza tym minusów właściwie brak. Jeszcze raz gorąco polecam!

piątek, 28 października 2011

Zepsuty detektyw, Skándal v Čechách i "omne trinum dość kasy dat"

Czyli szybka notka informacyjno-gawędziarska o wszystkim po trochu.
"Zepsuty detektyw" to tytuł recenzji Sherlocka BBC autorstwa Piotra Zaremby z tygodnika o bijącym boleśnie po oczach tytule "Uważam rze". (Kto chce, może zerknąć na zajawkę tu.) Spokojnie, nie nastąpi teraz ani tyrada na temat katastrofy smoleńskiej ani też tyrada na temat nieznośnych spiskowych teorii - ShK na Sherlockianach od przepychanek bieżących trzymać się będzie, o ile się da, z daleka. Recenzja jest wprawdzie pisana trochę w duchu zgorzkniałego konserwatysty (ach ta dzisiejsza młodzież...), ale Sherlockiście nie spodobała się głównie dlatego, że Zaremba propaguje w niej pewien mit. Jak niektórzy Czytelnicy pamiętają - obalanie sherlockistycznych mitów należy tymczasem do celów statutowych niniejszego bloga.
Autor przyznaje wprawdzie, że powieści ACD trochę "zlewają mu się w głowie", ale nie przeszkadza mu to stawiać stanowczych tez na temat niewierności adaptacji BBC. Niewierność ta polega zaś rzekomo na tym, że Sherlock został przedstawiony jako osoba chłodna, nieludzka i niesympatyczna, chociaż Zaremba zapamiętał go jako szlachetnego i dobrego. Ględzenie o tym, że jest to (w domyśle: gorzka) "prawda o naszych czasach" można spokojnie zignorować, łącznie z zakamuflowanym lamentem nad tym, jak to kiedyś pisarze-dżentelmeni nigdy nie ośmielali się ukazywać publiczności brzydkch wnętrz swoich bohaterów. Warto natomiast podkreślić jedno: jeśli Moffat i Gatiss pokazują Holmesa jako "zepsute genialne dziecko" i "obrzydliwego socjopatę", który traktuje ludzi "bez empatii", to nie dlatego, że musieli dostosować postać Sherlocka do smutnych realiów Londynu wieku XXI. Holmes właśnie tak opisywany jest przez - wpatrzonego w niego przecież! - Watsona. Jest taki niewątpliwie i w STUD i w SIGN, pierwszych opowieściach, w których go poznajemy. To, że potem jego wizerunek momentami łagodnieje, że Watson mniej skarży się na to, że Holmes jest "maszyną", że zachowuje się "nieludzko", że pozostaje nieczuły na wdzięki, uroki i nieszczęścia swoich klientek i tym podobne - te fragmenty musiały zresztą Zarembie zupełnie umknąć - to między innymi skutek tego, że postać Holmesa trochę się rozwija, dojrzewa, zyskuje ludzki wymiar dzięki przyjaźni z Watsonem. Nie w każdej adaptacji przemiana ta jest tak przejmująca jak w serii Granady z nieodżałowanym Jeremym Brettem, ale nawet w pierwszym filmie nowego cyklu BBC mamy pewne sygnały, że Sherlock ma w sobie różne ludzkie cechy, które Watson potrafi w nim obudzić. Jeśli Zarembie Holmes Cumberbatcha wydaje się jednoznacznie "antypatyczny", to tylko dlatego, że patrzy na niego jak na bohatera dla młodzieży. Sherlock wymaga uwagi i czułości. I nigdy, a już na pewno nie w Kanonie, nie jest "sympatyczny".
---
Druga informacja jest zarazem wesoła i smutna. Wesoła dlatego, że wszyscy kochamy czytać po czesku i Sherlockista z dużą przyjemnością poleca zajrzeć na stronę: http://www.sherlockholmes.cz , gdzie w ankiecie "Znate cely kanon?" prowadzi odpowieź "ano" :) A poza tym dużo ciekawych rzeczy jest po angielsku. Smutność - i skandal - leży po prostu w fakcie, że Czesi, choćby chcieli, nie mają okazji pośmiać się z sherlockizmu po polsku. Sherlockista wciąż liczy na to, że po najnowszych popularnych produkcjach uda mu się zebrać grupkę entuzjastów na tyle dużą, by było sens w końcu założyć przyzwoity scion i tym wpisem nieśmiało po raz pierwszy zapowiada taki zamiar. Chyba, że się poddamy i wiedzeni sentymentem do tytułu SCAN, będziemy po prostu zapisywać się do najbliższego ośrodka...

---
A trzecia informacja to ta, którą już jakiś czas temu Czytelniczka Sherlockianów wkleiła na naszą fan-stronę. Podobnie jak przy pierwszej części, jeszcze przed wypuszczeniem Ritchie-Sherlocka na ekrany kin, od razu zamówiono scenariusz sequela. Oznacza to, że jeśli drugi Downey zarobi dość kasy, dostaniemy jeszcze trzecią część trylogii. Ponieważ Sherlockista nie jest jednoznacznie źle nastawiony do tej produkcji, nie przyjął też tej informacji jednoznacznie źle. W każdym razie, scenariusz ma napisać Drew Pearce, który chyba jest wiodącym specjalistą od filmów z Downeyem - dostał również zlecenie na Iron Mana 3. Oby tylko mu się te produkcje nie pokręciły, bo już przy "jedynkach" można było mieć wątpliwości...

piątek, 21 października 2011

Mieszany post, mieszane uczucia: bardzo fajna debata i bardzo mieszany trailer do Game of Shadows

Justeene miała, oczywiście, rację w swoim komentarzu do poprzedniego posta. Event, który Sherlockista chciałby z całego serca wszystkim polecić to Wielka Holmesologiczna Debata, która odbędzie się online, w czwartek, 10 listopada o 21 czasu polskiego (o ile ShK dobrze przekonwertował 20 GMT - ale jak był na stypendium w Edynburgu, to miał zawsze godzinę wcześniej niż rodacy, więc tak jakoś kalkuluje ;)).
Szczegółów można się dowiedzieć, lajkując fejsbukowego fanpejdża debaty. Wezmą w niej udział trzy drużyny: drużyna Sherlocka BBC, drużyna Sherlocka Ritchiego i, ku zachwytowi Sherlockisty, drużyna Klasycznych Adaptacji (tak, drodzy Bretciści). Ta ostatnia dołączyła do stawki na koniec, dzięki zaangażowaniu osób, które chciały z tych właśnie pozycji wystąpić. Uwaga! Jest też szansa dla nas. Przed końcem października ma się ponoć pojawić na zlinkowanej wyżej fanstronie Coś, co umożliwi nam zdobycie jednego z 80 bodaj miejsc dla publiczności. Publiczność będzie miała szansę również się wypowiedzieć/zadawać pytania. W ramach drużyn wystąpią eksperci (co Sherlockistę bardzo cieszy), a ich kapitanowie będą znani już w tym tygodniu.
Sherlockista jest zupełnie Debatą zachwycony i zachęca wszystkich, żeby czatowali na miejsca.
(P.S. Jeśli ktoś z Czytelników szczególnie nie lubi facebooka, to istnieje na temat debaty również strona wolna od Zuckerberga :)
No, to bezstresowo już w tym poście było, a teraz czas na Nieuchronne: nowy trailer Sherlocka Ritchiego. Sherlockista z góry powie, że - choć wie, że naraża się Tym spośród Czytelników, którzy z całą pewnością bardzo uważaliby na to, by przez pomyłkę nie zakwalifikować się do drużyny Ritchiego i Downeya ;) - widzi w tym trailerze bardzo dużo fajnych rzeczy. Coś o klątwie, jaką dla Holmesa jest widzenie tylu szczegółów i rozumienie wszystkiego, co się wokół niego dzieje. Jakieś interakcje między nim a Watsonem w klimacie, który Shk właściwie odpowiada. Zdaje się, że Mary Morstan zostaje zrzucona z mostu (och tak, tak, tak!). Nieźle pokazywany Moriarty. Historia ma rozmach. Ale do tego... koszmarnie dużo strzałów, strzelanin wręcz, wybuchów i idiotycznych scen walki, z Cyganką Rapace w charakterze kung-fu pandy... No nie wie, nie wie Sherlockista co o tym myśleć i stąd wszystkie te mieszane uczucia wyrażone w tytule. A Czytelnicy niech osądzą sami:

sobota, 15 października 2011

Tym razem brzydkie obrazki, bo z Game of Shadows, ale za to kilka bardzo ciekawych lekcji z Sherlocka.

Brzydkie obrazki będą na koniec, bo jeszcze podwyższą Czytelnikom tętno i nici ze skupienia na lekcjach. A zaczniemy od przywoływanej tu już kiedyś na marginesie serii "Lessons from Sherlock Holmes" Marii Konnikovej, publikowanych nie byle gdzie bo w samym "Scientific American" na zaproszenie redakcji. Sherlockista już kiedyś serię tę polecał, ale od tamtego czasu lekcji zrobiło się sporo, więc zasługują na więcej uwagi.
Autorka lekcji, oprócz tego, że ewidentnie lubi i ceni Sherlocka, jest specjalistką od teorii decyzji - i dlatego pewnie jej teksty koncentrują się wokół idei, że dzięki umiejętnemu wykorzystaniu rad Holmesa możemy na co dzień unikać wielu błędów. Wiele opisywanych przez nią technik jest skuteczne przy rozwiązywaniu wszelkiego rodzaju problemów, wiele też ma ogólny charakter - jak na przykład zalecenie, by zawsze gromadzić wiedzę z różnych obszarów, nawet tych, co do których nie mamy pewności, że może się przydać. To, mówiąc po prostu, ułatwia nam potem osiągania błyskotliwych wglądów w rozwiązanie problemów z innych dziedzin. Im więcej różnych rzeczy wiemy, tym lepiej i sprawniej kojarzymy i tym bardziej wyrabiamy w sobie intuicje co do możliwych dróg rozwikłania zagadki (dla zainteresowanych szczegółami: lekcja dostępna tu). Sherlockistę szczególnie ucieszyło to, że Konnikova wyszła poza bardzo słynne fragmenty STUD, w których Watson podsumowuje umiejętności Holmesa i jak Czytelnicy pamiętają, nasz detektyw okazuje się specjalistą o dość wąskich horyzontach, a w dodatku sam Sherlock zaleca wszystkim, by wyrzucali z umysłu niepotrzebne graty w rodzaju wiedzy o Układzie Słonecznym. Sięgnęła po VALL i spór Holmesa z inspektorem MacDonaldem o to, że czasem warto nawet czytać różne pozornie niezwiązane ze sprawą rzeczy - bo nigdy nie wiadomo, co się może przydać. Jednocześnie, nie zaniedbuje nauki Holmesa o tym, że umysłu nie wolno zaśmiecać - nauki szczególnie wręcz istotnej, kiedy wszyscy poddajemy się bezustannemu bombardowaniu sieciowym spamem i chłamem (o czyszczeniu umysłowego strychu: tu).
Chociaż niektóre wywody są dość banalne (jak na przykład ten  o zagrożeniach płynących z nadmiernej pewności siebie i jak można się przed nimi ustrzec, czy ten, będący pochwałą wyobraźni), wszystkie cechują dwie zalety: niestereotypowe i wnikliwe wykorzystanie opowieści o Holmesie oraz przytaczane w nich empiryczne badania na poparcie tez autorki.
Pewne uwagi są wręcz bezcenne i to szczególnie dlatego, że obalają część rzadko bardzo wywlekanych na światło dzienne i analizowanych mitów na temat Holmesowego myślenia. Większość z nas kojarzy pewnie metodę Holmesa z obsesyjnym niemal skupieniem na faktach - I cannot make bricks without clay - It is a capital mistake to theorize before one has data etc. - i unikaniem przedwczesnego teoretyzowania. Konnikova nie narusza takiej wizji Sherlockowego rozumowania, ale podkreśla bardzo istotny element: fakty podlegają selekcji. Aby zobaczyć, które z nich są istotne, a które błahe - bez tego nie da się rozwiązać żadnej zagadki! - należy najpierw zyskać odpowiednią perspektywę. Jednym z najlepszych sposobów na to jest zaś nie uporczywe międlenie danych, a odmiana, koncert skrzypcowy w towarzystwie Watsona, zajęcie uwagi innym drobnym problemem. O Holmesie i perspektywie można poczytać tu.
Sherlockista wyróżniłby też grupę tekstów poświęconych problemowi pochopnie przyjmowanych założeń, czy też nieświadomych nastawień, przez które nawet wówczas, gdy wydaje nam się, że podejmujemy przemyślane decyzje, w istocie kierujemy się nie do końca uświadamianymi przesądami i przewidywaniami.
Tu dopiero pojawiają się niezwykle rozsądnie zinterpretowane uwagi Holmesa ze STUD o tym, by nie przywiązywać się pochopnie do hipotez, zanim nie pozna się faktów. Sherlock może nie uświadamiał sobie w pełni tego, co podkreślają często filozofowie nauki (i nie tylko nauki), że bez hipotezy, czy choćby wstępnej teorii nie ma w ogóle żadnych "faktów" - po prostu nie potrafimy interpretować zdarzeń - ale z pewnością nie był tak naiwny, jak czasem mogłoby to wynikać z niezbyt dogłębnie przestudiowanych cytatów. Na temat nie podejmowania decyzji zanim rozpocznie się właściwa analiza sytuacji więcej znajdą Czytelnicy tu. W tym kontekście łatwo uznać tekst o tym, by zawierzyć faktom, a nie naszym wersjom faktów, za dowód niekonsekwencji autorki (lub/i Holmesa). Pozornie wydawałoby się, że Konnikova nawołuje - i to podpierając się argumentacją Sherlocka - że powinniśmy "czyścić fakty z naszych interpretacji". Nic bardziej błędnego. Żadnych "nagich faktów" nigdy nie zobaczymy. Szklanka po winie na stole zawsze będzie dla nas elementem jakiegoś  łańcucha dociekań, sama w sobie jest tylko niezwykle wręcz skomplikowanym zbiorem atomów - a pojęcie atomu także nie jest wolne od potężnego teoretycznego bagażu. Należy jednak dążyć do tego, by w maksymalnym stopniu uświadamiać sobie, jakie teorie, a związku z tym jakie założenia przyjęliśmy. Czy aby nie postrzegamy jej automatycznie jako śladu po zbrodniarzu i nawet zapomnieliśmy zadać sobie pytanie, czemu nie miałaby należeć do ofiary? Tak zinterpretowana porada Holmesa/Konnikovej jest, zdaniem Sherlockisty, niezwykle wręcz cenna.
Najnowsza lekcja, z 11 października wpisuje się w ten ostatni nurt. Poświęcona została nieświadomym kategoryzacjom i kłopotom, w jakie wpadamy wówczas, gdy niedostatecznie kontrolujemy efekty owych kategoryzacji. Mówiąc prościej: mamy mnóstwo stereotypowych pojęć, przekonań i oczekiwań, które nie w pełni świadomie wykorzystujemy w postrzeganiu świata. Konnikova przytacza badania, których uczestnicy - mówiąc w wielkim skrócie i uproszczeniu - zupełnie bezwiednie uznawali, że kobieta, którą widzieli w nerwach, po prostu jest nerwowa. Nie brali pod uwagę tego, że akurat rozmawiała na bardzo ekscytujący temat i że w innych okolicznościach mogłaby być oazą spokoju. Wniosek z tej lekcji jest bardzo prosty: nie oceniajmy książki po okładce, weźmy pod uwagę możliwe okoliczności łagodzące...


... i dopiero po tym przygotowaniu zaatakuje Sherlockista swoich drogich Czytelników tym :) :

Czy Czytelnicy widzieli kiedyś coś bardziej wyfotoszopowanego? I kogoś, kto bardziej udawałby wiktoriańskich rewolwerowców?
Pytanie retoryczne... do zobaczenia jutro, będzie wspaniała wiadomość o naprawdę świetnym przedsięwzięciu ;)

piątek, 7 października 2011

Dziś mały pościk zupełnie obrazkowy...

...a to trochę dlatego, że w ostatnich dniach żył Sherlockista głównie finałem Doktora. Świetnym i radosnym (to dla ShK trochę pleonazm) finałem, dodajmy. Na fali Whovistycznego entuzjazmu musi się zatem Sherlockista podzielić w pierwszym rzędzie łakomym kąskiem dla licznie wśród Czytelników reprezentowanych przedstawicieli obu fandomów:

(ten wspaniały komiks nazywa się Darlock Holmes :D)

Z kolei dla Breciarzy ma Sherlockista coś, co samo w sobie może nie jest powalające, ale powala za to sam fakt, że powstało. Są ludzie, którzy potrafią zdobyc się na to, by narysować film animowany pod fonię wziętą z Granady... Sherlockista zachęca, żeby wsłuchać się w to, jak wspaniale Jeremy potrafił grać samym głosem - i wzruszyć się zaangażowaniem autorów poniższego filmiku:





...a na koniec jeszcze nowy, nowy piękny plakat przyszłego Sherlocka. Sherlockista wyzna Wam szczerze, że nie wie, jak wytrzyma, czekając do tego przeklętego 2012 jednocześnie na kolejną serię Doktora i Sherlocka i to wszystko o jednym Christmas Special... Trzymajmy się razem...

sobota, 1 października 2011

BBC-Sherlock po polsku! Tego nie wolno przegapić!

Powiedzcie wszystkim, którzy jeszcze nie widzieli. Zaciągnijcie przed telewizory każdego, kto twierdzi, że Sherlock Holmes to ramota z dziewiętnastego wieku! Zadzwońcie do tych szlachetnych, którzy wciąż jeszcze naprawdę fantastycznej produkcji BBC z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem nie oglądali - bo mieli opory moralne, finansowe lub językowe. Powysyłajcie maile i linki do sympatyków kryminalnych seriali, niech wreszcie zobaczą coś naprawdę dobrego. Wsuńcie sympatycznym sąsiadom kartkę pod drzwi a na kartce napis:

UWAGA

JUTRO, W NIEDZIELĘ, o 19, NA BBC ENTERTAINMENT DAJĄ PIERWSZY ODCINEK I SERII NOWEGO SHERLOCKA!!!

Gdyby ktoś Was pytał, dlaczego koniecznie trzeba Sherlocka obejrzeć, możecie zawsze podlinkować recenzje z Sherlockianów (z pierwszych dwóch odcinków i finału ) ;)... albo ze dwa tysiące innych peanów na temat tego serialu, które wiszą w najprzeróżniejszych kątach Sieci.
Z przekonywaniem nie powinniście mieć większego problemu, podobno, jak twierdzi stacja BBC Entertainment, która zleciła jakowej badania w tej sprawie - obok uroczego detektywa Monka - Sherlock Holmes jest ukochanym detektywem Polaków (prowadzą przed m. in. porucznikiem Columbo oraz agentami z Archiwum X :D).


P.S. Tylko uprzedźcie ich, że to się będzie działo w XXI wieku... Gdyby ktoś Wam jojczył, że chce "hansom cabs", powiedzcie, że londyńskie taksówki nie są wcale gorsze i że naprawdę się przekona ;)