wtorek, 22 listopada 2011

O tym, czego nie ma i czego też nie ma: debata i BBC Study in Pink, jakiego nie znacie

Sherlockista spóźnił się mocno z relacją z sherlockistycznej debaty, co mogło wzbudzić podejrzenia Czytelników, że nic szczególnego się nie wydarzyło. Słuszne to podejrzenia.
Debatę w odczuciu Sherlockisty odrobinę zepsuły kłopoty techniczne (kapitan jednej z drużyn nie został wpuszczony przez system i prezentacji argumentów dokonał za niego prowadzący całą debatę...) a już bardzo, ale to bardzo: fatalna prezentacja jego, Sherlockisty ekipy, czyli Tradycjonalistów.
ShK zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli pytamy o to, kto najlepiej przyczynia się do rozkwitu holmesowego dziedzictwa w perspektywie przyszłości, to BBC-Sherlock będzie miał żelazne argumenty. Przed debatą miał zresztą przygniatającą przewagę - 52 głosy. Wyobrażał sobie jednak, że argumenty te może odrobinę nadgryźć ekipa Warner Bros. (w końcu film jest jeszcze bardziej popularny niż serial), a także drużyna, którą osobiście popierał. W końcu gdyby nie klasyczne adaptacje 20 w., a zwłaszcza Brett, to z pewnością dziedzictwo to nie byłoby zachowane w tak dobrej kondycji, już nie wspominając o tym, że czym innym jest przechowanie Sherlocka w masowej pamięci jako superdetektywa i idola, a czym innym popularyzowanie samego ACD, razem z gazowymi latarniami, powozami, sentymentalnym obrazem wieku XIX i Watsonem-dżentelmenem.
Drużyna BBC-Sherlocka, mimo irytujących Baker Street Babes na czele, zaprezentowała się zgodnie z oczekiwaniami fantastycznie, eksponując trafnie wszystkie zalety serialu, jego zaskakującą wierność mimo uwspółcześnienia realiów, aktualność, nowoczesność, popularność i, po prostu, dobrą jakość.
Drużyna filmowa zrobiła co mogła, wskazując na to, że Ritchie potrafił zachwycić masową publiczność nową, nieco podkręconą wersją Sherlocka osadzonego wciąż jednak jakoś tam w czymś, co z daleka może wyglądać jak amerykański pogląd na to, jak mógł wyglądać wiek dziewiętnasty. Burt Wolder, kapitan owej drużyny (z ramienia podcastu I hear of Sherlock...) pokusił się nawet o przedstawienie niezwykle imponującego wykresu, który pokazywał, jak oglądalność Sherlocków wzrastała gwałtownie w okresach, w których pokazywano adaptacje utrzymane w epoce (i malała wówczas, gdy na przykład Rathbone z Bruce'em kręcili potworki o Sherlocku w Waszyngtonie i tym podobne).
Drużyna trzecia - to, jak wspomniał Sherlockista - rozczarowanie na całej linii. Prezentacja ta, czytana niestety przez organizatorów, była w zasadzie zbiorem refleksji różnych członków ekipy, które w większości mówiły mniej więcej tyle, że, no kurczę, jakoś tak głupio, jak ten Holmes poza swoją epoką jest pokazywany... i że chyba Sherlock w XIX w. to wierniej i fajniej... i że XIX-wieczny Londyn jest wierniejszy i fajniejszy... Autorzy ewidentnie nie wzięli pod uwagę, że taka "strategia" argumentacyjna pracuje również na rzecz filmu Ritchiego i nie zadali sobie trudu, by zdobyć się  na jakiekolwiek konkretne przykłady udanych adaptacji utrzymanych w epoce (a z filmów z Brettem można by wyciąć stosy wspaniałych typowo dziewiętnastowiecznych momentów). Nie wspomnieli też o zasługach klasycznych adaptacji dla podtrzymania tradycji i w ogóle zamiast na podkreślaniu zalet przebrzmiałych już jak widać sław holmesowego świata, skupili się na promocji strony jednego z członków drużyny...
Po tych prezentacjach nadszedł czas na dyskusję, w której wszyscy radzili sobie nieźle, ale też i pytania były stosunkowo przyjazne. A to, jak obejść (wydumany przez współczesnych faszystów z działu cenzury, zdaniem Sherlockisty) problem pokazywania Holmesa z używkami, a to o wątek homoseksualny... takie tam typowe holmesowe świergolenie. Bardzo miłe, ale zupełnie niekonkluzywne. (Ani Shk ani Czytelniczce, których wymianę zdań na żywo można zresztą poczytać na fan-stronie Sherlockianów, nie udało się niestety zmieścić z własnym pytaniem).
Sherlockista był więc naprawdę i szczerze zdumiony wynikami debaty:
A konkretnie faktem, że aż tyle osób zmieniło zdanie (!) i dopiero po debacie wybrało opcję "Niezdecydowany". Sherlockista wahał się tylko, czy głosować wciąż na to, co w sercu swoim uważa za najlepsze dla Holmesa, czyli Drużynę 3, czy uszanować tego, kto bezwzględnie najskuteczniej przedstawił swoje racje w debacie (Drużyna BBC). Czemu inni uczestnicy zmienili zdanie tak, jak zmienili, a zwłaszcza już czemu zarówno odpłynęli zarówno od ekipy BBC jak i od ekipy filmowej (która zaprezentowała się całkiem przyzwoicie i nie powinna była nikogo zniechęcić) - tego ShK nie pojmuje w ogóle. Bo - co jest wnioskiem końcowym organizatorów - że Debata pokazała wyraźnie, jak wspaniały, zaskakująco zwarty, liczny i zdeterminowany jest fandom nowego Sherlocka BBC, to Sherlockisty nie dziwi wcale. Bardzo dobrze! Przypomniał sobie dziś ShK The Great Game i zachwycił się od nowa :)

***

A skoro mowa o Sherlocku BBC, to obiecane w tytule nowe, nieznane wcielenie poznał Sherlockista przypadkiem, dzięki pewnemu doniesieniem, które otrzymał już jakiś czas temu. Wyczytał mianowicie, że w Seulu furorę robi musical na podstawie ACD, obejrzał zdjęcie:














...i jako wielki wielbiciel nie tylko Holmes-musicali (o tym wciąż czeka Czytelników kiedyś wielka notka), ale i faktu, że na Dalekim Wschodzie Sherlock czczony jest co najmniej jak Chopin, zapragnął nad życie wysłuchać chociaż fragmentu. Fragmentu, niestety, się nie doguglał, ale za to...



...przecież to brzmi, jak gdyby Cumbi się w Seulu urodził... :D

niedziela, 13 listopada 2011

Tym razem recenzuje Sherlockista: "Dom jedwabny" czyli nowy Holmes Horowitza

Pamiętacie zapowiedź "Silk House" z tego bloga? Od początku książka ta rodziła pewne sherlockistyczne nadzieje. Po raz pierwszy w historii apokryf miał otrzymać oficjalny stempel właścicieli praw do Kanonu w Ameryce. I po raz pierwszy w historii pisał go Anthony Horowitz, popularny autor powieści dla młodzieży, człowiek obdarzony świetnym poczuciem humoru i dobrym zmysłem do konstrukcji intryg. Ciepłe uczucia Sherlockisty wzmógł jeszcze fakt, że wydawnictwo Rebis od razu wypuściło książkę na polski rynek i w dodatku przysłało mu egzemplarz do zrecenzowania.

Zgodnie z oczekiwaniami Sherlockisty, jego uczucia po lekturze są bardziej skomplikowane.
Żeby w tych komplikacjach nie umknął Czytelnikom główny przekaz, od razu napisze ShK, że książkę jak najbardziej należy kupić i przeczytać, nie tylko z ciekawości ale i dla dużej frajdy
Główną i decydującą o odbiorze całości zaletą powieści jest po prostu dobra intryga. Sherlockista dał się wciągnąć na samym początku, a kończył bladym świtem nie odrywając się ani na chwilę. Ponieważ autentycznie ciekawa zagadka jest niezwykle rzadkim dobrem w świecie pastiszów Holmesa, (a nawet, bądźmy szczerzy, w samym Kanonie), już za to można Horowitza pochwalić. Lubimy patrzeć na Sherlocka w akcji, kiedy akcja ta naprawdę wymaga wykazania się jakimś detektywistycznym talentem. 
Jak Czytelnicy z pewnością pamiętają, dla Sherlockisty najważniejszym kryterium oceny Holmesowego pastiszu jest to, na ile autorowi udało się uchwycić magię relacji między głównymi bohaterami. I tutaj Horowitz nie zawiódł - chociaż i nie powalił. Jeśli jednak nie powalił, to z powodów, które same w sobie należy ocenić jako dość szlachetne.
Konkretnie rzecz ujmując: Horowitz niewolniczo wręcz trzyma się w tej powieści Kanonicznych wzorców. Jeśli zatem u ACD bardzo rzadko jedynie trafiają nam się sceny, w których sztywni wiktoriańscy dżentelmeni zdradzają się ze swoimi sentymentami, a bohaterowie zajmują się wprost łączącą ich relacją, to u Horowitza musiało być tak samo. Szóstka za wierność, trzy plus w kategorii "interesujące dla współczesnego czytelnika rozwijanie postaci". Same te postaci są zresztą żywcem przeniesione z kart Conan Doyle'a. Nie dodaje do nich Horowitz zbyt wiele od siebie, ale też chyba nie musi. Wprawdzie autor zarzekał się w wywiadach, że nie pozwolił, by Sherlockiści z Conan Doyle Estate patrzyli mu na ręce, jednak jakoś nie pozwolił sobie pofrunąć na skrzydłach tchnienia fantazji. Nie zdecydował się na żadne kontrowersyjne rozwiązanie, może z wyjątkiem krytykowanej już tu kiedyś przez ShK decyzji, by pisać z perspektywy starzejącego się Watsona, który przeżył Holmesa.
Naturalnie wcale nie znaczy to, że nie oberwał od ortodoksów, bo zawsze i wszędzie znajdą się ludzie, którzy wytkną autorowi pastiszu, że ACD nigdy nie napisał, jakie imię naprawdę nosił Lestrade i jakim prawem, jak śmie po prostu autor taki, puch marny, nazwać go sobie beztrosko George'em (w Kanonie jest tylko "G.", a Sherlockista osobiście przyzwyczaił się do "Gilesa" z adaptacji BBC Berta Coulesa). Takie zarzuty są oczywiście idiotyczne same w sobie, ale stawianie ich Horowitzowi to już wyjątkowa  podłość, bo akurat za znajomość Kanonu, a zwłaszcza zaś za znajomość ulubionych wątków, postaci i dialogów Holmesistów należy się naszemu autorowi odznaka wzorowego ucznia i pochwała w dzienniczku. Wiadomo jednak, że pupilki pani często nas wkurzają i nie inaczej jest z Horowitzem. Sherlockista uwielbia oczywiście różne aluzyjki, kryptocytaciki i motywy z Kanonu i wielokrotnie chwalił za nie różne współczesne wersje Holmesa, ale w "Domu jedwabnym" nie można się od nich wprost opędzić. Autor na każdym kroku zaznacza, niczym taki nieznośny kujon właśnie, że wie, że czytał, że perskie oczko. Oprócz niezliczonych aluzji zakamuflowanych, które na szczęście dla przeciętnego czytelnika nie będą aż tak widoczne, Watson-narrator wielokrotnie odwołuje się wprost do historii opisanych w Kanonie. Niby ma to go uwiarygodnić, podkreślić, że jest tym samym autorem co Watson z prozy ACD, a "Dom jedwabny" to tylko kolejny tekst cyklu (naturalnie jeden z tych przechowywanych w bankowej skrytce, bo "świat nie był na niego gotowy"), a w rzeczywistości odwołania takie brzmią zupełnie fałszywie. Po prostu dlatego, że Watson ACD czyni podobne aluzje bardzo rzadko, a o wiele częściej jest zupełnie niefrasobliwy i niespójny (Sherlockista założy się, że sam ACD znał Kanon nieporównanie gorzej niż Horowitz).
Żeby było śmieszniej, jakiekolwiek uwiarygodnienie nie jest Watsonowi Horowitza zupełnie potrzebne. Sherlockista wspominał tu kiedyś, że tylko szaleńcy porywają się na to, by próbować naśladować styl Watsona, bo to jest prosty przepis na katastrofę. Niniejszym musi wszystko odszczekać. Horowitz podrabia Watsona ACD zupełnie genialnie, to ta sama potoczysta, harmonijna i zarazem obrazowa, kiedy trzeba spokojna, a kiedy trzeba elektryzująca narracja, którą znamy z Kanonu. I gdyby nie irytujące (w tej ilości) wstawki i nawiązania (oraz kilka drobnych potknięć polskiego tłumacza), byłby Sherlockista całkiem oczarowany.
Tak samo zadziwiła ShK wiernopoddańcza skłonność Horowitza, by upchnąć w tej powieści całą listę sherlockistycznych przebojów, czyli...
(Sherlockista osobiście nie uważa tego za spoiler, ale Horowitz w jakimś wywiadzie wyraził dumę z tego, jakie to super niespodzianki, więc może niech szczególnie wrażliwi Czytelnicy lepiej przeskoczą teraz wzrokiem cztery linijki)

[POCZĄTEK SPOILERÓW]

...czyli wspomnianego "George'a" Lestrade'a, Baker Street Irregulars (chyba najbardziej przekonująco wpleconych do akcji), Mary na wyjeździe, leniwego Mycrofta w rządzie, a nawet Moriarty'ego (zupełnie nie wiadomo po co, nic kompletnie nie robi dla rozwoju akcji!).

[KONIEC SPOILERÓW]

...a do tego jeszcze klasyczne elementy typowej Doyle'owskiej intrygi: bohater ścigany jest przez duchy przeszłości, kiedy to w odległym kraju miało miejsce jakieś przestępstwo. I większość z tego zupełnie niepotrzebnie, bo wszystko niemal co wymyślił sam autor, zarówno jeśli chodzi o postaci, jak i oryginalne elementy fabuły jest po prostu ciekawsze. Drugi plan Conan Doyle'a znamy na pamięć, jeśli wykorzystywać tamte postaci i motywy to po to, by wywlec je na plan pierwszy, zmienić, odkryć ich nowe twarze, dać im takie role, by były rzeczywiście niezbędne dla akcji. U Horowitza są one raczej po to, by odfajkować wszystkie "kanoniczne niezbędniki". Być może to kompulsywne ładowanie na tort wszystkich znalezionych u ACD wisienek wynika też po prostu z tego, że Horowitz nie zamierza pisać więcej pełnowymiarowych apokryfów o Holmesie - to, skądinąd, naprawdę wielka szkoda.
Poza tym, trzeba pamiętać, że Horowitz pisał w pierwszym rzędzie nie dla czepliwych hardkorowców, którzy widzą wszystko, a raczej dla nowych rzesz fanów Sherlocka, zwabionych znakomitymi ekranizacjami. I wypełnił bardzo istotną lukę (na ten temat szerzej będzie Sherlockista pisał w raporcie z Debaty już niedługo): dał nam nowego Sherlocka, który nie jest ani uproszczony ani uwspółcześniony. Nie dorobił mu iPhone'a, nie dopisał dwudziestu eksplozji ani scen walki, tylko zaoferował nam wskroś kanoniczną i tradycyjną pod każdym względem, ale zarazem świeżą i naprawdę wciągającą historię. W stylu Watsona - a nie twittera. Sherlockista ma szczerą nadzieję, że ta powieść bardzo się tym nowym fanom - i może przyszłym holmesistom spodoba.
A najtwardsi fani, nawet jeśli będą mieli pewien przesyt aluzji, to z pewnością jej nie odłożą. Wiecie dlaczego? Bo tak, jest tam na samym początku ta scena, nasza ulubiona scena z tylu opowiadań: gdy widzimy Holmesa z Watsonem w saloniku na Baker Street, jest tytoń w kapciu, czytanie w myślach i pani Hudson... i ten dzwonek do drzwi, który zwiastuje nowego klienta... The game is afoot!

sobota, 5 listopada 2011

Ważne! Wielka debata! BBC-Sherlock, Ritchie-Downey i Rathbone-Brett! I miłość.

Sherlockista wspominał już o The Great Sherlock Holmes Debate, ale wówczas nie wiedział jeszcze wielu różnych rzeczy, niektórych zupełnie wspaniałych.
Po pierwsze, debata jest częścią promocji książki Charlotte Ann Walters pod tytułem "Barefoot on Baker Street"...

... która jest bardzo sympatycznie się zapowiadającą  historią dziewczyny o imieniu Red, jej perypetii i spotkania z wielkim Sherlockiem. Charlotte Ann Walters sama porwała się na niemało w ramach reklamy swojej książki: przez 56 dni do debaty codziennie opisuje w blogu jedno z opowiadań z Kanonu. Sherlockista ciekawie zerknął na kilka z tych eseików, ale są, niestety, rozczarowujące. W zasadzie składają się z luźnego streszczenia i kilku oczywistych refleksji - na przykład w podsumowaniu jednego z ukochanych opowiadań ShK, DEVI, Autorka zauważa, że można w nim znaleźć jeden z ulubionych dialogów sherlockistów wszechczasów ("Śledziłem pana" - "Nikogo nie widziałem" - "Tyle właśnie może pan zobaczyć, kiedy to ja pana śledzę") oraz, że znajduje się w nim szczególnie wzruszająca scena (serdeczne przeprosiny Holmesa, dzięki którym Watson ma rzadką okazję wejrzeć w jego serce). No, nie wie Sherlockista, czy taki cykl ma jakąś szczególną wartość, chyba, że dla studentów literatury angielskiej, którzy Holmesa nie lubią, a muszą zaliczyć całość na egzaminie z kursu, który nieopatrznie wybrali.
Drugie rozczarowanie - tym razem potężne - czyhało na Sherlockistę tuż za winklem.
Za winklem bowiem znalazł składy trzech drużyn występujących w debacie. Pierwsza z nich, broniąca interesów BBC-Sherlocka, od początku interesowała go najbardziej, ponieważ sam zamierzał stanąć po jej stronie. Pełen skład w skrócie znajdą Czytelnicy tu:


Jak widać, oprócz zupełnie oczywistego członka: Sherlockology, która jest przesympatyczną i bardzo aktywną fan-stroną serialu BBC, a także kilku innych znanych postaci - w tym przedstawianej wyżej Charlotte Walters, szefa SHSL i nieznanych bliżej polskiemu czytelnikowi autorów, jest w tej drużynie, i to w prestiżowej roli kapitana cały nowy holmesologiczny podcast. Baker Street Babes (odcinki i więcej informacji do ściągnięcia tu) to przesięwzięcie fanek Holmesa z Ameryki i Wielkiej Brytanii, które z założenia miało być pierwszym holmesologicznym podcastem (autorki przegapiły wielokrotnie tu chwalony i na stałe podlinkowany w pasu po lewej I hear of Sherlock Everywhere :D) i to w dodatku kobiecym. Pierwszy, jak już wiemy, nie jest, kobiecy jest bez wątpliwości. Aż do bólu. To serduszko na czubku fajki to tylko wierzchołek góry lodowej. Sherlockista - sam, wbrew używanym końcówkom gramatycznym, płci żeńskiej - być może wykazuje się tu dość absurdalnym męskim szowinizmem, ale takiego stężenia stereotypowej kobiecości w holmesologicznym przedsięwzięciu po prostu nie jest w stanie znieść. Usiłował przesłuchać dokładnie dwa odcinki - pierwszy i najnowszy - i za każdym razem wymiękał po trzeciej minucie dziewczęcych chichotów autorek. Wymiękał, ale twardo słuchał dalej. I już nie licząc irytujących achów i śmieszków kompletnie nie potrafił się wywodami pań zainteresować. Absolutnie nie wątpi ShK, że, nie licząc może wpadki z "I hear...", wszystkie autorki są oddanymi holmesistkami i świetnie się znają na all-things-sherlockian. Mało tego, jest nawet Sherlockista głęboko przekonany, że BSB wybrały najlepszą drużynę (przypomina: BBC-Sherlocka) i powiodą ją do zwycięstwa. Nie ma też nic przeciwko idei, by o Holmesie mówić po dziewczęcemu - sam nigdy nie usiłował wykreować sobie szczególnie szorstkiego i machoidalnego image'u. Ale tego podcastu chyba nie zdzierży, choćby z powodu koszmarnej piosenki na początku i nieznośnego zalotnego tonu całego przedsięwzięcia (dlaczego sherlockiści płci męskiej gadają sobie po prostu o Holmesie, a sherlockistki muszą przy okazji jeszcze podkreślać, jakie są od tego seksi?).

Tymczasem jego faworyci z "I hear..." wystąpią, co może trochę dziwić, w Drużynie Ritchiego-Downeya:
Sherlockista rozumie to o tyle, że ekipa "I hear..." od początku nie była źle nastawiona do filmowych Sherlocków z Downeyem, przeprowadziła też linkowany tu kiedyś długi wywiad z Klingerem, który był konsultantem ekipy WB. A poza tym, wbrew temu, co twierdzą niektóre Czytelniczki ;), to naprawdę nie jest taki zły Sherlock i można się kłócić, czy to aby nie Ritchie lepiej popularyzuje ACD w 21 wieku. Nie zapominajmy, że debata dotyczy raczej tego, kto zapewnia Sherlockowi lepszą przyszłość w popkulturze - a nie, kto zrobił najlepszą adaptację dla geeków.

Najmniej znanych twarzy, nie licząc może linkowanego również z lewej strony Sherlockianów Alastaira Duncana, pojawiło się w ekipie tradycjonalistów, czyli nieformalnego fanklubu Jeremy'ego Bretta:

Ekipa ta została dokooptowana do imprezy najpóźniej, ale trudno byłoby sobie wyobrazić porządną debatę nad (najprawdopodobniej świetlaną) przyszłością Sherlocka Holmesa bez przypomnienia Rathbone'ów, a zwłaszcza legendarnej serii Granady z jej nieodżałowaną, wielką ekipą w składzie Brett, Burke i Hardwicke. Gdyby nie ta seria, gdyby nie ta ekipa, to ani Sherlockisty ani Sherlockianów być może w ogóle by tu nie było (co zupełnie nie znaczy, że jest to jedyny wspaniały Holmes, którego ShK pokochał).

Na koniec wreszcie, czekały Sherlockistę te dwie najwspanialsze niespodzianki. Po pierwsze, debata - oprócz promocji Charlotte Walters - służy sprawom zaiste godnym:

W skrócie: ratujemy dom ACD w Undershaw (w sprawie szczegółów patrz etykieta na dole), walczymy o pośmiertną BAFTę dla Jeremy'ego i reklamujemy cudowny blog Always1985. W takim przedsięwzięciu nie wypada wręcz nie wziąć udziału.
I - to już ostatni punkt programu - Sherlockista pod tą presją się ugiął :) Jeśli ktoś z Czytelników sprawdzał pełną listę uczestników Debaty na miniblogu mxpublishing, to być może zwrócił uwagę na Kraków, Poland? To właśnie ShK. Co więcej jest na tej liście i druga polska Uczestniczka (z Bydgoszczy) i ta Uczestniczka to Czytelniczka Sherlockianów. Po tych wspaniałych wiadomościach (o miejsca w Debacie wcale nie było łatwo) i po zbadaniu gruntu, myślał Sherlockista, że wszystkie trudności już za nim i gdy dziś otrzymał linka rejestracyjnego, popędził na właściwą stronę, wpisał dane i w punkcie "którą drużynę popierasz przed debatą?" pewną ręką zaznaczył BBC-Sherlocka. Nie da się chcieć więcej: jest bardzo nowoczesny, lubią go nawet ludzie, dla którego Homes Doyle'a to poczciwa ramota, przyciąga mnóstwo fanów i robi to inteligentniej i subtelniej niż Ritchie, a poza tym jest wierną i naprawdę dobrą adaptacją oryginału. I tak wpatrzył się Sherlockista w swój formularz i już miał wysyłać, kiedy nagle...
... kiedy nagle zaklął szpetnie i z pełnym poczuciem obiektywnej niesłuszności swojego wyboru, z całkowitą świadomością, że wspiera drużynę, która musi przegrać, wbrew wszelkim racjonalnym argumentom kliknął na Team 3 Traditionalists.
Może usłyszał triumfalny Brettowy okrzyk, może zobaczył jego uśmiech, może przypomniał sobie, jak, dumnie wyprostowany, przeprawiał się łodzią do starego zamczyska w poszukiwaniu skarbu i trupa, a może zobaczył Jeremy'ego-Sherlocka w koszuli nocnej na błotnistej Baker Street, udręczonego koszmarami.
A może po prostu przypomniał sobie, że dość żartów, to jest właśnie jego najprawdziwszy, jedyny taki Holmes i że choćby nie wiadomo co mówiły dzisiaj słupki oglądalności - w oczach Sherlockisty nikt od czasów ACD nie zrobił dla Sherlocka więcej. I to jest właśnie, cholera, miłość.