poniedziałek, 30 maja 2011

"The Sherlockian" - tym razem recenzja z całości. Sherlockiana goszczą na swoich łamach Justeene!

Pamiętacie pierwszą w dziejach bloga  recenzję z połowy dzieła, bo reszty ShK nie był w stanie przeczytać? Justeene dała radę, chociaż łatwo nie było... Sherlockista z radością prezentuje poniżej pierwszą gościnną recenzję na Sherlockianach (i tym wspaniałym przykładem Justeene zachęca też innych Czytelników do przysyłania sherlockistycznych tekstów, które chcieliby na tych łamach zobaczyć).


Recenzja z drugiej połowy dzieła



Gdybym miała wybrać motto dla tego tekstu, jak czyni to Graham Moore przed każdym rozdziałem, wybór byłby trudny, ale chyba jednak zdecydowałabym się na słowa, jakimi jedna z postaci stara się przywołać głównego bohatera do porządku: „This is deranged. You’re a literary researcher, not a goddamned detective!” Ten cytat powinien być odpowiedzią na entuzjastyczną wypowiedź Matthew Pearla, według którego „The Sherlockian” to pozycja obowiązkowa zarówno dla wielbicieli Sherlocka Holmesa, powieści historycznych oraz kryminałów, w dodatku takich, które pan Pearl określa mianem intelektualnych. This is deranged. You’re a literary researcher, not a goddamned detective!” Po lekturze „The Sherlockian” doszłam do wniosku, że autor „Klubu Dantego” najwyraźniej oszczędził sobie tej przyjemności, skoro wystawił tej książce tak pozytywną ocenę. Niestety, prawda jest taka, że „The Sherlockian” zawodzi na całej linii, w każdym z powyższych aspektów. 
W swej recenzji z połowy dzieła Sherlockista nakreślił już z grubsza, o czym ta, ekhm, powieść traktuje. Mamy więc dwie równoległe opowieści, z których równie dobrze można by zrobić dwie osobne nowele (po wcale nie drobnych poprawkach), z których przynajmniej jedna wiele by na tym zyskała. Mowa tu o historii dotyczącej śledztwa „Arthura” i „Brama”. Sherlockista wspominał, że Graham Moore tłumaczył to spoufalenie z panami Conan Doyle i Stokerem w jednym z epizodów „I Hear of Sherlock Everywhere” względami nowoczesności i dopasowaniem do współczesnego czytelnika. Te wyjaśnienia do mnie nie trafiają, ale trzeba przyznać, że to dopasowanie wychodzi autorowi całkiem nieźle. Książka jest napisana prostym językiem, krótkie zdania, żadnych fajerwerków, oprócz okazjonalnych poetyckich „upiększeń” w rodzaju porównań gotującej się w „Arthurze” krwi do wody bulgoczącej powoli w czajniku. Język jakim posługują się „Artur” i „Bram” nie różni się od mowy marynarza z doków czy ludzi z dolnych warstw społeczeństwa, nie licząc jednego czy dwóch wyrażeń slangowych. Czytelnikom niezaznajomionym z Sherlockiem Holmesem, Conan Doyle’em, jego opowiadaniami o dzielnym detektywie, oraz kryminałami w ogóle, Moore na każdym kroku służy przydługimi wyjaśnieniami, które ma choć w części usprawiedliwić postać Sarah, czyli kogoś w rodzaju dziewczyny Bonda, to jest Harolda. Ponadto, jeśli czytelnik nie słyszał o wydarzeniach, które stały się kanwą utworu, pan Moore służy wyjaśnieniem absolutnie wszystkiego w wieńczącej książkę „Nocie autora”. O ile przytoczenie okoliczności śmierci Richarda Lancelyn Greena (z pominięciem znalezionych przy nim zabawek i butelki ginu) jest jeszcze zrozumiałe, o tyle wyjaśnianie, co jest prawdą, a co autor zmyślił wprawiło mnie w osłupienie, nawet większe niż zakończenie książki.
Sherlockista wspomina, że przez chwilę miał ochotę podejrzeć owe ostatnie strony w (daremnej) nadziei, że mogą one uratować to dzieło. Jeśli jeszcze tego nie zrobił, niech tego nie czyni, albowiem jest gorzej niż na początku. Nie wybiegajmy jednak zanadto w przód.
Zacznę od wątku historycznego. Trzeba przyznać, że zapowiadało się ciekawie. „Arthur” właśnie uśmiercił „demona z Baker Street” (jak w swojej biografii ACD Sherlocka Holmesa określa John Dickson Carr) i jest z tego powodu niezmiernie szczęśliwy, jednak nikt nie daje mu o nim zapomnieć – na ulicy atakują biednego „Arthura” staruszki i przypadkowi przechodnie, policjanci proszą go o autografy, itp., czego on nie potrafi znieść. I to, włączając może jedną scenę z wątku Harolda (kiedy tenże intensywnie myśli nad jakąś błyskotliwą dedukcją, ale przeszkadza mu portfel w tylnej kieszeni spodni i Sarah głośno żująca sałatę) są najlepsze momenty książki. „Arthura” nikt nie traktuje poważnie, ani jego problemów ani jego śledztwa. Moore wielokrotnie podkreśla, że Conan Doyle osiągnięcia w tej dziedzinie miał mierne, co przecież nie jest prawdą, zważywszy choćby na sprawę George’a Edalji. Cała intryga jest natomiast naciągana i wyolbrzymiona, a zakończenie tego wątku jest po prostu głupie. „Arthur” i „Bram” z jednej strony wcielają w życie metody Sherlocka Holmesa, jak przebrania, z drugiej robią więcej szkód niż przysłowiowy słoń w składzie porcelany, przy czym ich postępowanie jest czasami zupełnie nielogiczne, nie wspominając już o rozwiązaniu zagadki, które, mówiąc kolokwialnie, kompletnie nie trzyma się kupy. Szkoda, bo mogła z tego powstać całkiem interesująca historia. Niestety, zamiast tego mamy wiele hałasu o nic, ale opowiedziane z takim przejęciem, że całość wręcz drażni.
Druga opowieść nie tylko nie prezentuje się lepiej, ale, jeśli to możliwe, jest znacznie bardziej irytująca. Przede wszystkim, od samego początku lektury czytelnik zastanawia się nie tylko, o co w tym wszystkim chodzi, ale również, dlaczego ktoś robi z tego taką wielką aferę? Dlaczego to właśnie oni są śledzeni, skoro inni też się bawią we własne śledztwa? Na ten wątek, a w szczególności jego zakończenie lepiej będzie spuścić zasłonę milczenia i skupić się przez chwilę na głównym bohaterze.
Harold White jest postacią nieciekawą, wyjątkowo irytującą i całkowicie pozbawioną osobowości. Autor z uporem maniaka podkreśla, że jest on najmłodszym członkiem Baker Street Irregulars w historii tej organizacji oraz, że jest wyjątkowo oczytany, itp. Zabieg ten ma na celu uwiarygodnienie zachwytów z jakimi nasz bohater spotyka się, głosząc swoje błyskotliwe dedukcje w stylu: X „nie może być mordercą, bo pojawia się na początku śledztwa”, ewentualnie, że Y „przyzna się, kiedy Harold stawi mu czoło, ponieważ tak robią mordercy w opowiadaniach o Sherlocku Holmesie”. Widzimy więc, że rozwój emocjonalny naszego bohatera zatrzymał się na poziomie sześcioletniego dziecka – kiedy zostaje znalezione ciało Alexa Cale, Harolda ponosi i nawet Jeffrey nie jest w stanie przemówić mu do rozsądku (słowami cytowanymi we wstępie tego tekstu). Gość jest wniebowzięty, bo oto ma przed sobą prawdziwego trupa i wreszcie może być Sherlockiem Holmesem! Swoje wywody, jak również metody prowadzenia śledztwa, Harold opiera na kilku cytatach z utworów Conan Doyle’a, a określanie tego bełkotu mianem „szokująco spójnego/logicznego” jest wręcz nie na miejscu. W tym kontekście wniosek naszego bohatera, kiedy on i Sarah odkrywają, że śledzi ich jeden z sherlockistów, że to nie jest zabawa dla amatorów, jest po prostu śmieszny, bo przecież, niewątpliwie, Harold jest wysokiej klasy zawodowcem. Parafrazując Williama Szekspira, reszta niech będzie milczeniem, albowiem już chyba wystarczająco mocno skopałyśmy z Sherlockistą leżącego.
Na koniec warto się pochylić nad prezentacją w tym dziele członków BSI. Niepojętym jest dla mnie, jak pan Moore może być klepany po plecach za to, że przedstawił sherlockistów jako zgraję krzykliwych, bezmózgich zazdrośników, z obsesją na punkcie Sherlocka Holmesa i teorii spiskowych, z miejsca spisującą na straty policję (bo przecież od epoki wiktoriańskiej nic się w tej kwestii nie zmieniło) i natychmiast gotową do przeprowadzania własnych dochodzeń. Aż chciałoby się  zaapelować do autora, łącząc to, co na jego temat napisano w notce biograficznej (choć to chyba za dużo powiedziane, cała notka składa się z jednego zdania) i apel Jeffreya: „This is deranged. You’re a twenty-eight year old graduate of Columbia University with a degree in religious history, not a goddamned writer!”



czwartek, 26 maja 2011

Freeman o gejowskim Sherlocku, Cumberbatch w Hobbicie i jeszcze o walce...

Nasz obsypany nagrodami Watson, Martin Freeman, po raz kolejny zdradził w wywiadzie, co jest najważniejsze w BBC-Sherlocku i Sherlockista nie może sobie odmówić, by po raz kolejny nie napisać, że uważa to za sekret każdej, absolutnie każdej i bez miejsca na wyjątek dobrej adaptacji Kanonu (a także każdego filmu/książki/słuchowiska z gatunku "na motywach", każdego inspirowanego fanfiku i w ogóle każdej produkcji, która w napisach końcowych chce chociażby napomknąć, że scenariusz kiedyś został na chwilę zostawiony w tej samej toalecie, w której bywa czasem jakiś czytelnik ACD). Ten sekret to oczywiście skupienie się na relacji Holmesa i Watsona, pokomplikowanej, niejednoznacznej, głębokiej, rzadkiej i zachwycającej.
To, co zostało z tego oświadczenia w mediach to naturalnie to, że Freeman mówi, że "Sherlock" BBC jest bardzo gejowski i sporo w tym prawdy i sporo też niepotrzebnego uproszczenia (Sherlockistę trochę to drażni, kiedy przyjaźń wszechczasów w pewnym sensie "wyjaśnia się" ewentualnym pociągiem seksualnym czy namiętnością o charakterze romantycznym, chociaż było w niej chyba wiele ciekawszych aspektów - ale nie zamierza tu po raz kolejny wracać do tematu, który omówił już kiedyś szeroko).
W każdym razie Freeman wydaje się zupełnie z Sherlockistą zgadzać. "Dla nas wszystkich to jest historia miłosna. Nie zwykła love story, ale opowieść o ludziach, którzy się kochają. Chociaż ten związek bywa trochę dysfunkcyjny, to jednak razem dają radę" - powiedział, a ShK chciałby, żeby przyszli adaptatorzy Sherlocka powiesili sobie te słowa nad łóżkiem.

W tym kontekście, a także w kontekście BAFTA-wywiadu Freemana, w którym ten podkreślał, jak wspaniała chemia połączyła go od razu z Benem Cumberbatchem, trochę zabawnie jest pomyśleć, że nasz Sherlock prawdopodobnie dołączy do swojego Watsona na planie "Hobbita". Zdaje się, że miała to być tajemnica i że w tej sytuacji producenci chcą przynajmniej utajnić to, jaką dokładnie rolę dostanie "urodzony Holmes" (cyt. za: Martin Freeman). ShK wyzna, że nie może się doczekać, by zobaczyć takiego małego, przysadzistego Watsona z wielkimi, owłosionymi stopami w otoczeniu trzynastu krasnoludów i bardzo ciekawi go, jaki los czeka dumnego Sherlocka...
...a czy ShK nie zapomniał przypadkiem wspomnieć, że do ekipy Hobbita dołączył też najwspanialszy pod słońcem przyszły Mycroft Stephen Fry (z Sherlocka 2 Ritchiego)? Zapowiada nam się fuzja fandomów, z której to okazji Sherlockista oficjalnie otwiera etykietę "Hobbit" ;)

Oto 221B Baker Street po gruntownym remoncie:



A na koniec, dla zainteresowanych sztukami walk i Sherlockiem (dłuższa notka o baritsu/bartitsu do przeczytania tu), link do krótkiego editoriala na temat Wing Chun, ulubionej sztuki walki Roberta Downeya Jr., który wykorzystuje ją także w "Sherlocku". Ponoć to ona dała mu siłę w walce z uzależnieniami. Wing Chun to odmiana kung fu, którą reklamuje się jako połączenie naukowego podejścia (pamiętamy, jak Sherlock-Downey "dedukował" efekty każdego ciosu?) i wielu technik zadawania ciosów w obronie własnej lub kogoś innego. Podobnie jak inne wschodnie sztuki walki, Wing Chun to nie tylko seria chwytów przydatnych bójce, ale także sposób na zmianę podejścia do życia i mierzenie się nie tylko z czysto fizycznymi wyzwaniami.

poniedziałek, 23 maja 2011

Dwie radosne informacje dla odmiany :)

Wczoraj, 22 maja, miała miejsce pierwsza wspaniała rocznica tego, jak Sherlockista przegapił ostatnie urodziny samego ACD. Dla uczczenia tego wydarzenia, ShK przegapił je po raz kolejny. Nasz największy dobroczyńca, bez którego być może nigdy nie poznalibyśmy Sherlocka Holmesa (i to niezależnie od tego, czy wierzymy, że faktycznie był autorem Kanonu czy też tylko agentem literackim Watsona), przyszedł na świat 152 lata i jeden dzień temu (22 maja 1859 roku) w Edynburgu.
Specjalnie dla ACD (o którym więcej ShK na razie nie pisze, bo napisze wkrótce przy okazji dawno obiecanej recenzji pewnej książki o nim) wiktoriańskie cytrynowe ciasteczko, które ukradł Sherlockista z fantastycznej strony Victoriana.com :

(na wspomnianej stronie można znaleźć przepis, pochodzący z książki kucharskiej z 1860 r.)

---

A druga radosna informacja to podwójny triumf "Sherlocka" BBC na rozdaniu nagród BAFTA. Od razu widać, że Czytelnicy - zgodnie z zapowiedziami - naprawdę kibicowali :)
Martin Freeman, nasz wspaniały Watson, wygrał nagrodę za drugoplanową rolę męską - tu można wysłuchać jego przemowy, w której ku zachwytowi widowni wyznaje, że niczego innego się nie spodziewał ;) a także późniejszego wywiadu (uwaga, na koniec Freeman skarży się, że nie ma jak świętować, bo następnego dnia - czyli dziś! - kręci w Walii kolejnego Sherlocka :) ).
Sporo ciepłych słów poświęcił Freeman Cumberbatchowi, który niestety nagrody nie dostał, a także producentom, uhonorowanym całkiem zasłużoną BAFTĄ za całość. Króciutki wywiad z Gatissem, Moffatem i paniami Vertue można zobaczyć tu.
Gratulacje i chcemy więcej!

wtorek, 17 maja 2011

Najsmutniejsza wiadomość w historii Sherlockianów... Edward Hardwicke nie żyje.

Edward Hardwicke, w opinii wielu najlepszy Watson w historii adaptacji Kanonu, w opinii wszystkich chyba jedyny Watson, który potrafił być równie ciepły i opiekuńczy jak dziadzio Nigel Bruce, a zarazem zachować inteligencję, ironię, niezależność i energię Davida Burke'a (przypomnijmy, że Burke był pierwszym Watsonem Jeremy'ego Bretta w serii Granady, Hardwicke zastąpił go dopiero w EMPT, w serii "The Return of SH"). Edward Hardwicke, bez którego nie byłoby w ogóle późnych Brettów, bo schorowany Jeremy bez jego wsparcia nie poradziłby sobie ani w życiu ani w serialu... Nie dalej jak w poprzedniej notce wspominał zresztą ShK również jego udział w sztuce Jeremy'ego Paula... Edward Hardwicke, który czasem niespodziewanie pojawiał się jeszcze w latach dwutysięcznych w rolach starych, dobrodusznych dżentelmenów w Oliverze Twiście Polańskiego, w Love Actually (widzieliście wycięte sceny z dziadkiem Sama, Samem, Liamem Neesonem i nagą Claudią Schiffer?), w Niedzieli na wsi bodaj z Poirotem - i pewnie nie tylko Sherlockista ale każdy wielki fan serii Granady czuł wtedy szczególne ukłucie wzruszenia?
Może i po 78 wspaniałych latach, z których większość spędził na deskach teatru i na filmowym ekranie, Hardwicke zasłużył na odpoczynek. Ale myśl, że więcej takich ukłuć już nie będzie jest okropnie smutna.
A poniżej hołd, który ktoś złożył Hardwicke'owi jeszcze parę lat temu - pewnie dlatego nie mamy, na szczęście, jakiegoś smętnego "tribute", tylko w tle cudowne i cudownie do całej postaci Hardwicke'a-Watsona pasujące "Here comes the sun".
Jak mówi Brett w ostatnich klatkach filmu*, 'Thank you!... Thank you.".





---
* Kto pamięta, że tak naprawdę mówi to do Lestrade'a, a scena pochodzi z Six Napoleons ;)?

sobota, 14 maja 2011

ekspres sherlockistyczny, wyd. wieczorne opóźnione - z pomocą Baker Street Bloga

Sherlockista pod pewnymi względami wlecze się z tyłu za Baker Street Blogiem, ale pod innymi wysunął się na czoło peletonu ;) Nie może się bowiem powstrzymać od udostępnienia Czytelnikom (w ślad za BSB) pierwszego odcinka nowej serii nowego współautora BSB, Stevena Doyle'a, znanego nam z wspominanej na Sherlockianach książki "Sherlock Holmes for Dummies". Seria ma tytuł Sherlockian Mythbusters, a pomysł został ściągnięty, rzecz jasna, z serii "Mity", która pojawiła się na Sherlockianach ;) No dobrze, może również ze znanych programów telewizji Discovery... troszkę...
Pierwszy odcinek poświęcony został tajemnicy THOR. W kanonicznym opowiadaniu (i cudownej adaptacji Granady z Jeremym Brettem, której fragmenty można podziwiać w poniższym filmie), zbrodnia - uwaga spoiler, kto nie wie i nie chce widzieć, niech zjedzie teraz nie czytając poniżej filmu i samego filmu też nie ogląda...





... - zbrodnia tedy ;) polegała na upozorowaniu samobójstwa na morderstwo. Kobieta chciała za wszelką cenę pozbyć się broni już po śmierci i, jak stwierdził Holmes, użyła do tego celu kamienia, sznurka oraz mostu. Holmes zademonstrował nawet, że faktycznie było to możliwe (wiązało się to z utopieniem rewolweru biednego Watsona...). Czy jednak błyskotliwa rekonstrukcja nie była tylko fantazją? Steven Doyle powtórzył eksperyment - komu nie chce się oglądać całego filmu, może zerknąć na sam koniec posta ;)




---
Druga wiadomość - smutna, o śmierci Jeremy'ego Paula - także znana jest Sherlockiście dzięki BSB. Jak pisał już ShK na fan-stronie Sherlockianów, to jemu właśnie zawdzięczamy wiele epizodów Sherlocków Granady z Jeremym Brettem (niżej szczegóły), a także sztukę legendę: The Secret of Sherlock Holmes, którą Brett i Hardwicke z wielkim sukcesem grali w Wyndham Theatre (w reżyserii Petera Garlanda) w latach 1988/1989. Niestety - niestety! - zachowało się tylko nagranie dźwiękowe, dzięki któremu można sobie wyobrazić nie tylko bezbłędne ekscentryczne wykonanie Jeremy'ego (do spółki z ciepłym, opiekuńczym, ale zawsze też pełnym ironii i poczucia humoru sir Edwardem), ale też znakomity tekst. Co prawda rozwiązanie fabularne jest dość kontrowersyjne, ale niezliczone kanoniczne nawiązania i dialogi, a także to, co zawsze jest strzałem w dziesiątkę, kiedy adaptujemy Holmesa, czyli skoncentrowanie się na relacjach między Przyjaciółmi, podbijają serce każdego Sherlockisty około trzeciej minuty... Zresztą posłuchajmy:



Jeremy Paul zmarł 3 maja na raka. Tak się składa, że to on napisał jedne z najwspanialszych adaptacji Granady - The Speckled Band (1984), The Naval Treaty (1984), najlepsze z najlepszych, perła wśród pereł, czyli The Musgrave Ritual (1986), za które zebrał garść nagród, a także przywoływane i analizowane wyżej THOR, poza tym: WIST, RED, The Three Gables i kontrowersyjne filmy pełnometrażowe: The Last Vampyre (1993) i jeden z najbardziej szarpiących serce Brettów, ten, w którym Holmes wygrywa, ale ponosi klęskę i na zawsze żegna się z własną wielkością: The Master Blackmailer (1992).
Z podlinkowanej wyżej strony Czytelnicy mogą dowiedzieć się więcej o różnych jego aktywnościach, a Sherlockista poleca po prostu przesłuchanie Secret... Smutne, ale i poruszające ćwiczenie wyobraźni, a zarazem jeden z tych skarbów, który został nam po Paulu i Brettcie.

---
A na koniec posta obiecany spojler filmiku Stevena Doyle'a: TAK! Ani Holmes ani ACD nie zmyślali, faktycznie dałoby się zrobić taką sztuczkę z pistoletem :)

czwartek, 12 maja 2011

[ekspres sherlockistyczny, wyd. poranne, Sherlock 2 Ritchiego]

Na początek, krótkie podsumowanie krótkiego wywiadu z Jaredem Harrisem, który bez znawstwa czy miłości, ale z rozsądkiem, sympatią i dystansem opowiada o swojej roli Moriarty'ego w sequelu produkcji Ritchiego.
Harris zdaje sobie sprawę, że postać super-zbrodniarza trochę się już w kulturze masowej wytarła i że trzeba wielkiej ostrożności, by nie popaść w parodię (nawiasem, Sherockista jeszcze raz z szacunkiem kłania się autorom BBC za to, że im się udało). Jednym ze sposobów Harrisa/Ritchiego na to, by uniknąć śmiechu na sali, jest między innymi wprowadzenie zakazu tłumaczenia się dla Moriarty'ego. Im więcej bohater gada, tym mniej grozy i szacunku budzi, a to, że jest groźny trzeba po prostu pokazać. Nawet najwymyślniejsze deklaracje Napoleona Zbrodni nie wywrą na publiczności większego wrażenia.
Pod koniec wywiadu pojawia się inna ciekawa - a dla niektórych Czytelników pewnie wręcz niepokojąca -  uwaga. Harris twierdzi, że na pewno będą jeszcze nowe filmy o SH, tylko nie jest pewien,  czy się w nich pojawi. Jednak powiedziane jest to tak, że trudno stwierdzić, czy to zapowiedź planów ekipy Ritchiego, czy wyraz generalnego i niezbyt kontrowersyjnego przekonania, że na pewno "ktoś jeszcze jakiegoś Sherlocka kiedyś nakręci".

A drugie doniesienie dotyczy kostiumów. Wierni Czytelnicy być może pamiętają poprzedni wywiad z Jenny Beavan relacjonowany na Sherlockianach i dotyczący pierwszej części Sherlocka Ritchiego. Teraz czas na nowości.
Sherlockista od razu przyzna nie był zachwycony informacjami, które można wyłuskać z jej wypowiedzi. Ponoć mnóstwo jest scen kaskaderskich (tego się obawialiśmy), a Ritchie zażyczył sobie nawet, żeby dodawać mu więcej lycry. Beavan poszukuje nawet jakichś specjalnych materiałów... Zdjęcia dodanego do wywiadu Sherlockista wyjątkowo nie ukradł, bo jest paskudne (można je obejrzeć pod linkiem podanym poniżej).
Poza tym, zobaczymy ponownie trochę starych kostiumów, co ma dodać postaciom realizmu. Sherlockiście kojarzy się to raczej z ubieraniem animowanych czy komiksowych postaci zawsze w te same stroje, ale niech już Beavan będzie. Na pewno dobrym ruchem jest natomiast eleganckie strojnie Stephena Fry'a jako Mycrofta. Beavan żartuje, że Fry, nawet ubrany najsztywniej jak tylko się da, sam z siebie wygeneruje wystarczająco wiele oryginalności, polotu i ducha queer. Sherlockista nie mógłby zgodzić się bardziej. A myśl o tym, że Mycroft też miałby włóczyć się gdzieś po rynsztokach w ubłoconych spodniach i bez koszuli była tak przerażająca, że nawet mu do głowy nie przyszła. Moriarty nas zaskoczy, powracająca tylko na sekundkę Irene Adler będzie miała wielką instalację na tyłku*, a Noomi Rapace w roli głównej kobiety filmu jest cyganką.

Całość, dla zainteresowanych, tu

Sherlockista powoli zaczyna godzić się z myślą, że Stephen Fry może być jedynym, co będzie go powstrzymywało od płaczu w grudniu 2011. Pociesza się jednak faktem, że tak samo dramatyzował przed poprzednią częścią, do której dał się przekonać w pierwszych paru minutach... ;)

---
* Sherlockista kompletnie nie zna się na ciuchach w ogóle, a na ciuchach "z epoki" (którejkolwiek), nie zna się do kwadratu. Ma na myśli, że IA będzie miała "big bustle", czyli to coś, co wypycha spódnicę  w kreacjach z końcówki 19 w.

środa, 4 maja 2011

Tej 120 rocznicy nie przegapimy! - Wodospad Reichenbach!

Od dłuższego już czasu w notkach Sherlockisty dominuje klimat FINA. Najpierw było o baritsu/bartitsu, potem o zamiarach twórców drugiej serii Sherlocka BBC, wreszcie ostatnio o przegapionej wspaniałej rocznicy spotkania Holmesa z Moriartym.
Dziś nadszedł czas na uczczenie rocznicy drugiego spotkania obu panów, które miało miejsce czwartego maja 1891 roku i zakończyło się tragicznym upadkiem. Moriarty skończył wówczas na dnie wodospadu, Holmes, wbrew nadziejom samego autora, ACD, jakoś się jednak wykaraskał i trzy lata później, po tajemniczym okresie zwanym "Wielkim Hiatusem" powrócił w EMPT. Czytelnicy The Strand Magazine zżerani byli tęsknotą o wiele dłużej niż Watson, bo sprawy Holmesa z roku 1894 zostały opisane dopiero w roku 1903 (na pocieszenie dostali HOUN, jednak HOUN nie oznaczało jeszcze powrotu ukochanego przez wszystkich detektywa).
Z okazji majowej rocznicy niektóre sherlockistyczne organizacje urządzają pielgrzymki do Meiringen, by stanąć w miejscu, które było świadkiem kulminacjnego momentu w karierze Holmesa. ShK rozmawiał kiedyś z osobą, która była tam osobiście (choć nie w charakterze pielgrzyma) i... ku swemu zdziwieniu dowiedział się, że wodospad ten wcale nie zapiera tchu w piersiach ani nie budzi zgoła metafizycznej grozy. Tymczasem legenda (dobrze udokumentowana) głosi, że ACD  właśnie na widok Reichenbach nabrał pewności, że chce Holmesa zabić. Wodospad wydał się Doyle'owi godnym miejscem, by tam pozbyć się detektywa, którego sława okazała się zbyt wielka jak na wytrzymałość nerwową autora.
Zdjęcia rzeczywiście nie do końca wydają się korespondować z patetycznym opisem Watsona...




It is, indeed, a fearful place. The torrent, swollen by the melting snow, plunges into a tremendous abyss, from which the spray rolls up like the smoke from a burning house. The shaft into which the river hurls itself is an immense chasm, lined by glistening coal-black rock, and narrowing into a creaming, boiling pit of incalculable depth, which brims over and shoots the stream onward over its jagged lip.












A już z tłumem turystów w tle wodospad traci jakikolwiek urok...




Na tłum turystów musimy jednak przymknąć oko. W końcu w przewodnikach turystycznych wodospad Reichenbach polecany jest jako cel wycieczek wyłącznie z uwagi na nieśmiertelną historię o nieśmiertelnym Sherlocku Holmesie i jego mrocznej Nemezis, Moriartym.
A po 2011 roku turystów będzie tam pewnie jeszcze więcej, bo najprawdopodobniej czekają nas aż dwie filmowe adaptacje FINA: wspomniana już wersja BBC i drugi Sherlock Ritchiego, którego twórcy wielokrotnie już nawiązywali do Szwajcarii i wodospadów. Zwłaszcza ci drudzy z pewnością zadbają, by na wielkim ekranie skromne Reichenbach wyglądało jak Niagara ;)

poniedziałek, 2 maja 2011

BAFTA - kibicujmy BBC-Sherlockowi!

British Academy of Film and Television Arts to solidna instytucja, której statuetki są obiektem pożądania wielu brytyjskich twórców. W tym roku trzymamy kciuki, oczywiście, za "Sherlocka", który podobał się chyba wszystkim, Czytelnikom, Sherlockiście, Holmesologom wszystkich krajów i zupełnym laikom lubiącym dobre seriale.
- Odtwórca głównej roli, Benedict Cumberbatch został nominowany w kategorii aktor pierwszoplanowy.



- Znakomity Watson (prywatnie Hobbit), Martin Freeman ma szansę na nagrodę do pary (w kategorii aktor drugoplanowy).



                                                               (to nie jest zdjęcie z planu ;))
- A wspaniali scenarzyści i producenci (prywatnie prawdziwi sherlockiści), często w tym blogu cytowani Mark Gatiss, Steven Moffat, żona jednego z nich (ShK zawsze myli się, którego ;)) Sue Vertue i Beryl Vertue mogą i ze wszech miar powinni zgarnąć nagrodę za całokształt "Sherlocka" (w kategorii serial).



Sherlockista darował sobie wypisywanie konkurentów, bo odnosi wrażenie, że (może z wyjątkiem Doctora Who) są słabo w Polsce znani, ale ciekawych odsyła na stronę BAFTA.
Ceremonia odbędzie się 22 maja, nagrody zostaną ogłoszone tydzień wcześniej.
P.S. Chętni i wielbiciele mogą też zacisnąć jakiś wolny palec za Stephena Fry'a (przyszłego Mycrofta i znanego holmesistę, który zasłużył się już dla Czytelników Sherlockianów). Został nominowany w kategorii Entertainment Performance za "QI" (to również program kanału BBC One).