czwartek, 29 września 2011

Dla odmiany o książkach. Plus szatan!

Sherlockista zorientował się ostatnio, że zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, podporządkował swój blog prawom wszechwładnej kultury obrazkowej i pisze jednak najczęściej o ekranizacjach, filmach, serialach, aktorach, zdjęciach i planach. Dysproporcja ta prawdopodobnie nie da się usunąć (bo po prostu na ekranach pojawiają się ostatnio znacznie lepsze sherlockistyczne rzeczy niż na papierze), ale ilekroć da się powiedzieć coś ciekawego o najbardziej tradycyjnym z holmesologicznych mediów (nie licząc może czasopism z powieściami w odcinkach ;)), to niewątpliwie warto to zrobić.
W tym tygodniu na przykład świat Sherlockistów obiegła ekscytująca wiadomość, że zgodnie z (wspominanymi tu niegdyś) zapowiedziami, British Library opublikowało kupioną za ciężkie pieniądze, "zaginioną" pierwszą powieść ACD, "The Narrative of John Smith". "Zaginioną" ujął Sherlockista w cudzysłów, ponieważ o ile pierwsza próba powieściowa Arthurowi faktycznie była się zapodziała, o tyle odtworzył ją potem z pamięci. I zadbał o to, by zaginęłą po raz drugi, tym razem na dłużej, bo na samą myśl o publikacji dzieła palił się ze wstydu... Dla literaturoznawców jednak zachowana w czarnych notesach Doyle'a i niedawno wywleczona na światło dzienne z pomroków dziejów opowieść Smitha to nieoceniony materiał badawczy. Ponoć jest to narracja mizogina i samotnika, w którym można rozpoznać pewne Holmesowe rysy, a także ślad klimatu fajek i dorożek, ale Sherlockista słyszał też bardziej złośliwe komentarze, także i takie, że ta pierwsza powieść Arthura pomaga nam zrozumieć, czemu karierę zrobił głównie jako autor opowiadań. Ponoć jedną z - drobnych rzecz jasna, ale mimo to jakoś tam zauważalnych - wad dzieła jest brak fabuły...
Wygląda tak:

Kupić można m. in. tu, a jeśli ktoś chce zniżkę, to niech napisze do Sherlockisty (ShK dostał w którymś swoim newsletterze kod promocyjny dla takich freaków jak my:).
---
Drugą pozycję prezentuje Sherlockista, bo nie może wprost oprzeć się pokusie, by ulec panującej ostatnio modzie na okultystów, satanistów i mrok. Wielbiciele tematyki odnajdą łakomy kąsek w nowym, szatańskim apokryfie autorstwa Guya Adamsa ("The Breath of God"). Holmes musi się w nim zmierzyć z tak potężnymi siłami ciemności, że do pomocy zaprzęga demonologów, medium a także samego Aleistera Crowleya, słynnego okultystę z przełomu wieków (konkretnie z końca 19 i pierwszej połowy 20), przy którym taki nasz Nergal to niewinne naiwne kocię i nieszkodliwy awanturnik.
Kto ma ochotę zakosztować smaku tego dzieła (Sherlockista chyba nie ma na to nerwów, za bardzo go wkurzają takie mhrrroczne bzdety), ten może przeczytać fragment tu
Okładka jest paskudna:


...ale za to mamy dobry pretekst, by spojrzeć w trącone nieco obłędem oczy Crowleya:

Gdyby ktoś z Czytelników wystraszył się na serio, na odtrutkę polecam jedną z licznych stron opisujących sławne ofiary "satanizmu", zwłaszcza zaś filozofii Crowleya (która w rzeczywistości nie ma wiele wspólnego z satanizmem rozumianym jako wycie, że Szatan jest naszym panem) - ale osoby o naprawdę słabym sercu Sherlockista ostrzega, że tam z kolei można zobaczyć Jimmy'ego Page'a postawionego obok Lindsay Lohan...

sobota, 24 września 2011

[minipost] Sherlock po chińsku.

I nie, nie chodzi o modną parę lat temu serię powieści o chińskim detektywie... ee... no... w takich czarnych okładkach z krzaczkiem, innym w każdym tomie, bardzo sympatyczne.


Oto Downey na planie Game of Shadows, w towarzystwie Rachel McAdams (czyli Irene Adler znanej nam z pierwszej części). Dla tych, którzy wciąż nie są pewni, o kim mówię: to ten Chińczyk w czapce nergalówce. Trudno powiedzieć, czy nieodłączne okularki Downeya również stanowią część kostiumu, ale całokształt robi dobre wrażenie - pewnie Kanoniczny pierwowzór podobnego pomysłu by się nie powstydził. Przebieranki muszą zaaprobować nawet najzawziętsi wrogowie Ritchie-Sherlocków ;)

piątek, 23 września 2011

Sherlock BBC przenosi się do Polski a w Ameryce robią nowego i inne historie...

... Sherlockista właśnie wrócił z ostatniej już długiej podróży tych wakacji i tym razem ma za swoje. Przegapił całkiem sporo mniejszych i większych wydarzeń naszego holmesologicznego świata, w tym jedno takie, że ma ogromne wyrzuty sumienia (rocznica śmierci Jeremy'ego Bretta - 12 września) i jedno takie, że może wolałby dowiedzieć się o tym jeszcze później (CBS... ale to będzie za chwilę).
Rocznicę wspaniale uczciła za to pewna włoska zamożna fanka wielkiego i zarazem kochanego Jeremy'ego, fundując stypendium jego imienia, dla studentów londyńskiej szkoły aktorskiej (Central School of Speech and Drama), w której kwalifikacje zdobywał sam Brett (ur. Huggins). O Brettcie, najulubieńszym swoim i najdroższym Sherlocku pisuje ShK dużo i czule, więc może się ostatecznie czuć usprawiedliwiony.

Zdąży też jeszcze przypomnieć wszystkim sto razy - i podręczyć Czytelników, by oni też wszystkim bliskim swoim Sherlockiem zainteresowanym przypominali - że od 2 października polskie BBC Entertainment będzie nam pokazywało genialnego BBC-Sherlocka Moffata i Gatissa. Rozgłaszajcie tę wieść, zachęcajcie znajomych, niech wszyscy się przekonają, jak wspaniale odnajduje się symbol ery dorożek i gazowych latarni w Londynie, w którym nikogo już nie stać na palenie fajki. Propagujcie Sherlocka BBC tym bardziej, że nadchodzą tak zwane ciekawe czasy - i Sherlockista mówi to dokładnie takim samym tonem, jakiego użyłby w tej sytuacji Pratchettowski Rincewind...

Ciekawe czasy zamierza zafundować nam amerykańska telewizja CBS, która postanowiła przyrządzić nowego Sherlocka Holmesa w wersji uwspółcześnionej. Czyli zrobić Moffata po swojemu. Będą to pichcić Sarah Timberman i Carl Beverly (jeśli ktoś z Czytelników zna np. "A Gifted Man", to ShK serdecznie prosi o komentarz w sprawie talentów twórców). Właściwie niewiele jeszcze na ten temat wiadomo, tyle tylko, że prawa kupione i scenariusz zamówiony (u Roba Doherty'ego), ale Sherlockista nie jest przekonany do tego pomysłu. Wszyscy komentatorzy podkreślają, że nie ma szczególnego sensu robić kolejnego uwspółcześnionego Sherlocka, bo i tak nie będzie lepszy niż Moffat (Moffat, nawiasem mówiąc, zgarnął kolejne nagrody, tym razem na TV Choice Awards; żeby było śmieszniej, wygrał zarówno kategorię "New Drama" - Sherlockiem, jak i "Family Drama" - Drem Who). Naturalnie trzeba zrozumieć, że Amerykanie mają po prostu taką potrzebę, żeby wszystkie fajne rzeczy z Europy przerabiać na "po swojemu" (patrz: casus "Millenium"), ale Sherlockista przypomina sobie dokładnie jeden taki przypadek, gdy zrobili to lepiej. Ktokolwiek widział "Queer as Folk" w wersji brytyjskiej i w wersji amerykańskiej, ten może potwierdzić. Ktokolwiek je widział, wie też, że w punkcie startowym Amerykanie po prostu przepisali żywcem znaczne partie scenariusza i potem dopiero historia rozkwitła im pod palcami (także dzięki absolutnie fantastycznie dobranym aktorom). Podsumowując: nie wiadomo, czy wyjdzie z tego coś dobrego. Wprawdzie amerykański odłam fandomu Sherlocka jest najpotężniejszy na świecie, ale... nie wiemy, na ile CBS postanowi w ogóle liczyć się z tym faktem.

Na koniec tego pełnego niepokoju wpisu jeszcze jedna smutna informacja, którą Sherlockista zamierzał podzielić się już dawno. Nasz ulubieniec Benedykt Cumberbatch w programie Jonathana Rossa stwierdził, że chociaż jego stary kumpel David Tennant namawiał go do ubiegania się o rolę Doktora, to jednak on sam zupełnie nie ma takiego zamiaru. Sherlockista bardzo uważnie poszukiwał wśród różnych doniesień na ten temat jakiegokolwiek cytatu, który mógłby Benia usprawiedliwić, ale niestety wszystkie mówią to samo: popularność wśród młodzieży, fandom piszczących nastolatków, którzy marzą o kupowaniu pudełek na kanapki z wizerunkiem każdego nowego Doktora to coś, czym nasz Sherlock gardzi. Może to taki arystokratyczny rys, który łączy Cumberbatcha z Holmesem, ale Sherlockista naprawdę potrzebowałby bardziej przekonujących argumentów, by zrozumieć, dlaczego ktoś nie chce zagrać jednej z najbardziej legendarnych ról w historii telewizji. W dodatku, gdy ten ktoś nie musiałby się nawet obawiać, że zostanie zaszufladkowany - bo Benedykt po kolejnej serii i tak już zawsze bardziej szufladkowany będzie jako ikona wszechczasów, Holmes.

A Sherlockista, tak osobiście, to i tak najchętniej strzeliłby sobie lunchbox z uśmiechniętym, młodym, preSherlockowym Jeremym:
(zdjęcie ukradł z bardzo wspaniałej strony JeremyBrett.info - która zaprowadziła go także do niezwykle sentymentalnego, ale dla wielbicieli niezastąpionego kanału youtubowego)

piątek, 9 września 2011

Martin, Benedykt, zrzędy i dźwięki.

Dziś tylko okruszki - a dla lepszego smaku, niech będą to okruszki z urodzinowego tortu Martina Freemana. Kończy (właściwie to wczoraj skończył, bo jest już po północy) 40 lat!
I na pewno co najmniej 3 osoby upiekły/zamówiły mu dokładnie taki tort:

(Trzeba by tylko zmieścić "Martin" zamiast "Bob" - chętni po konsultacje w tej sprawie mogą się udać do autorki).

Kompan Martina, Sherlock-Benedict C. jakiś czas temu udzielił wywiadu Guardianowi, ale jest on niestety (nie Guardian i nie Benedykt tylko ten akurat wywiad) koszmarnie nudny. Dotyczy głównie kostiumów, ciuchów i współpracy na planie Tinker Tailor Soldier Spy. Właściwie najlepsze są te fragmenty, które dziennikarka dodaje od siebie, między innymi sugestywnie opisując dreszcze emocji, o jakie przyprawiła ją propozycja, by dzielić z Cumberbatchem torebkę herbaty. Możemy się też dowiedzieć, że Benedict jest chwilowo singlem, ale to nie dlatego, że nikt płci żadnej nie zasłużył sobie na jego afekt ale chyba, po prostu, wsiąkł w jakiś paskudny pracoholizm. Wreszcie, jest przebrzydłym pieszczoszkiem z wyższych sfer i jak przystoi takowemu w XXI wieku podkreśla, jak wielkie spotkały go przywileje, ale zarazem daje wyraz zdrowemu obrzydzeniu na myśl o ulicznych burdach i złodziejaszkach plądrujących Londyn. Poza tym chce mieć dzieci i zagrać kogoś w rodzaju Jamesa Bonda. Trzymamy kciuki. Całość - tylko dla naprawdę wielkich wielbicieli Cumberbatcha lub ciuchów męskich - tu.

A zrzędy odezwały się w Telegraphie, Guardianie i pewnie tysiącach innych miejsc, do których się Sherlockiście nie chce zaglądać, bo źli ludzie przyszli i niszczą kulturę ebookowego czytelnictwa. Niszczą ją, o zgrozo, posługując się do tego celu Kanonem (dobór narzędzia zagłady nie jest przypadkowy: opowiadania o SH od zawsze przegrywają  pierwsze miejsce na liście ściąganych darmowo ebooków tylko z Kama Sutrą). A mianowicie: dodali - o podłości! - efekty dźwiękowe (teraz Czytelnicy rozumieją już zapewne, czemu jednak Holmes a nie zwycięzca rankingu, udźwiękowienie tej ostatniej pozycji mogłoby być dość kontrowersyjne...). I teraz felietoniści działów kultury i oświecenia gazet wszelakich mogą ubolewać, jak to grzmoty burzy i trzaski gałęzi gwałcą im magię elektronicznej lektury i mordują wyobraźnię. Co gorsza, zachodzi podejrzenie, że ludzie będą teraz bezczelnie odpalać takie grzmocące ebooki w pociągach. I wyobraźmy sobie tylko - my tu właśnie czytamy, jak Holmes ubija nakrapianego węża w SPEC, a tu tymczasem z siedzenia naprzeciwko "jebudu" sztormu, w którym zatonęła "Lone Star"...
(Niech nas nie zwiedzie uroda samej wizji przypadkowego spotkania dwóch Sherlockistów w jednym przedziale!)
Sherlockista oczywiście trochę tu przesadza i jakoś tam kątem duszy rozumie sentymenty konserwatystów. Ale zarazem okropnie go takie jojczenie irytuje. Jak podejrzewa, efekty dźwiękowe będzie można wyłączyć, to raz. O założenie słuchawek upierdliwego współtowarzysza podróży można poprosić. A wyobraźnię - tu Sherlockista zupełnie nie jest pewien - ale chyba nie każdy ma aż tak kruchą i wymagającą ochrony. ShK osobiście był kiedyś potężnym molem książkowym (teraz jest umiarkowanym) i to z kształconym muzycznie uchem, ale nigdy aż tak sobie znowu plastycznie, indywidualnie i niepowtarzalnie tych wszystkich sztormów, szumów i kroków nie wyobrażał. Kiedy po raz pierwszy dostał do ręki brytyjskie audiobooki, aktorsko odczytane i podrasowane odrobinę muzyką to z wrażenia umarł, z zachwytu padł, kasety na śmierć zajechał i zakochał się na amen w odczytywanych na nich książkach. Tak tak, dobrze się Czytelnicy domyślają, był to naturalnie Kanon, czytany przez Davida Timsona... (Potem był już udramatyzowany Kanon BBC i Bert Coules, a stamtąd to już naprawdę z górki pomknął ShK do w stronę holmesoholizmu, Sherlockianów, niespania po nocach z powodu plotek z planów, etc.). Samo zatem połączenie książki i dźwięku wydaje mu się przeto nie tylko niezwykle naturalne, ale wręcz pożądane, podobnie jak łączenie tekstu i obrazu. Nikogo jakoś specjalnie nie oburza, kiedy spomiędzy genialnych opisów ACD wychynie niekiedy grafika Pageta. I chyba nie zabija to naszej zdolności do obrazowania sobie skrzydlatych słów Watsona przed oczami dusz naszych.
Już na koniec, doda jeszcze Sherlockista, że od dawna żywi podejrzenie, że z tą wyobraźnią i wartością książek jako jej stymulatorów, to sprawa jest mocno szemrana. Po pierwsze, dlaczego właściwie zdolność do przekładania słów na konkretne wyobrażenia dźwięków i obrazów miałaby być w ogóle dla nas aż tak cenna? Nawet, gdyby kolejne pokolenia, chowane w o wiele większym stopniu na filmach i serialach, nie wspominając już o tych straszliwych udźwiękowionych ebookach, częściowo zdolność tę zatraciły, to w czym byłyby od nas gorsze? Po drugie zaś, Sherlockista wyzna, że może świadczy to o nim zupełnie fatalnie i nikt, kto przeczyta tę notkę nie powie mu więcej "cześć" na ulicy, ale osobiście wcale nie tak często czerpie z tego "wyobrażania sobie opisów" jakąś wielką przyjemność. Z wyjątkiem skrajnych przypadków - dpbrej prozy artystycznej, celowo pobudzającej zmysły, egzotycznej, pachnącej i dźwięcznej, poezji, Schulza, który jest poza wszelkimi ramami, i innych podobnych skarbów - czyta książki bezczelnie i wyłącznie dla dobrych, poruszających historii. I nie odczułby jakiejś straszliwej krzywdy, gdyby pod Watsonowe "wiatry wyjące jak dzieci w kominie" barbarzyńca-ebookowiec podłożył stosowny o dreszcz przyprawiający efekt, przeciwnie, pewnie bawiłby się jeszcze lepiej, mogąc jednocześnie wzruszyć się piękną angielszczyzną, poczciwym Watsonowym porównaniem i mrożącym krew w żyłach wiatrem. Ci, którzy jak Sherlockista, najbardziej lubią dobre historie, chyba polubią też ebooki w wersji "plus audio".

niedziela, 4 września 2011

Zerknijmy na nowego Sherlocka BBC :)

Dziś same rzeczy przyjemne.
Na początek, okładka wielokrotnie na Sherlockianach zapowiadanej książki Anthony'ego Horowitza "The House of Silk", pierwszego zupełnie "oficjalnego" apokryfu Kanonu. Książka już w listopadzie (naturalnie za granicą), a na razie informacja dla wielbicieli audiobooków, że czytać ją będzie sam Derek Jacobi oraz bardzo ładna grafika:


Następnie informacja z gatunku "nie jesteśmy sami" a także "różanopalca Jutrzenka renesansu wielkich Sherlocków na horyzoncie". Otóż Mark Gatiss udzielił RadioTimes.com wywiadu, w którym powiedział, jakie jest jego pięć ukochanych opowiadań Kanonu:

BRUC
REDH
TWIS
MUSG
FINA

(jeśli ktoś nie zetknął się jeszcze ze skrótami Jay Finley Christa albo też coś mu wyleciało z głowy, to Sherlockista poleca kliknięcie tu, a i umieści na stałe link gdzieś wśród ważnych stron - serdecznie przeprasza, że nie daje prawie nigdy polskich tytułów, ale przekłady są albo oczywiste z uwagi na nazwy własne albo tak beznadziejne, że ShK sam się gubi... bo taka na przykład "Buczyna" to co to właściwie miało być?! ;))

... i oczywiście nie można tego wyboru nie skomentować. Sherlockista nigdy nie podjąłby się wyboru pięciu najulubieńszych przygód i problemów, ale gdyby go kto trzymał pod pistoletem, to BRUC, MUSG i REDH znalazłyby się wśród nich na pewno - może FIVE albo CHAS zamiast TWIS i na pewno EMPT zamiast FINA, bo jednak najbardziej na świecie, to kocha, jak Holmes wraca, a nie jak spada. Generalnie jednak rzecz biorąc zupełnie się Gatissowi nie dziwi i bardzo go takie upodobania autora scenariuszy do Sherlocka cieszą. 
Możliwe, że nie przypadkiem wszystkie wymienione tytuły (oprócz ShK-owego FIVE) to jedne z najlepszych ekranizacji Granady. Z całą pewnością wszystkie oprócz FINA to po prostu świetne zagadki, których rozwiązania nie domyślamy się przed Holmesem. BRUC ("Plany łodzi Bruce-Partington") to wręcz majstersztyk - czego tam nie ma! 

uwaga, spoilery :)!

Holmes odkrywa, że ciało zostało zrzucone z dachu pociągu a nie wypchnięte z samego pociągu, namawia Watsona do dokonania włamania, wreszcie, współpracuje blisko z Mycroftem w jego rządowym i superpoważnym wcieleniu. Dokładnie takiego Mycfrofta gra zresztą sam Gatiss. A nasz XXI-wieczny Watson zamiast ograniczać się do wspólnych włamań, nie waha się dla Holmesa zabić. 

koniec spojlerów :)!

W każym razie, wątki z BRUC już się w Sherlockach samego Gatissa z pewnością objawiły i oby ich jak najwięcej.

REDH (bodaj "Liga rudzielców") to bezsprzecznie najśmieszniejsze opowiadanie w całym Kanonie, skargi pana Jabeza Wilsona należą w ogóle do najlepszych humorystycznych fragmentów prozy ACD, a przy tym miał nasz ulubiony autor fenomenalny zupełnie pomysł na intrygę (pod etykietą REDH znajdą Czytelnicy wpisy na temat tego, jak mocno pomysł ten inspiruje współczesnych rzezimieszków, jeśli nasza genialna spółka postanowi oprzeć na nim jakiś przyszły epizod to nie będzie żadnego problemu ;). 

TWIS (Sherlockista bardzo przeprasza... ale naprawdę tłumaczenie brzmi "Krzywousty"...) - opowiadanie, które musiało zainspirować tysiące polskich "wakacyjnych żebraków", kursujących po miejscowościach wypoczynkowych po to, by zarobić na spokojne życie przez trudniejsze miesiące. Szkoda tylko, że nie cytują Szekspira... Tu także najważniejsza jest sama zagadka, a zakończenie jest naprawdę zaskakujące. Brzmi to jak banał, bo takim zdaniem jak poprzednie najczęściej reklamuje się cały Kanon, ale w gruncie rzeczy nie więcej niż połowa opowieści o Holmesie rzeczywiście ma charakter kryminalnej zagadki, którą my dziś, po Agacie Christie i Chandlerze, uznalibyśmy za typową. Wiele z nich to opowieści o zagrożeniu z przeszłości, którego przeważnie nie daje się zatrzymać (jak na przykład DANC albo VALL, czy w pewnym sensie YELL albo REDC) albo też po prostu dziwne historie, jak VEIL. TWIS to oczywiście też nie typowa "locked room murder mystery", ale bardzo jej do tego blisko. I to też chcemy obejrzeć w nowym Sherlocku.

MUSG ("Rytuał rodu Musgrave'ów")... ach :) Stare zamczysko, sekret sięgający czasów Stuartów, poszukiwanie zaginionego skarbu i miłosne szaleństwo temperamentnej Walijki, do tego cudowne postaci drugoplanowe, czyli przygłupi Musgrave i jego stanowczo zbyt inteligentny służący, morderstwo, kradzież, zakodowana mapa... Sherlockista nie miałby nic przeciwko temu, żeby Gatiss przeniósł to opowiadanie do XXI wieku (niewątpliwie coś z tego klimatu pojawiło się już w trzeciej części ostatniej serii, tej ze wskazówkami ukrytymi w obrazie etc.).

A FINA ("Ostatnia zagadka")... FINA to FINA... Za FINA zabrali się Moffat z Gatissem zupełnie dosłownie. Tu akurat intryga dziurawa i niespójna, jak strasznie niespójna to dopiero ujawnia (i potęguje) EMPT, więc przed naszymi autorami same kłopoty, no ale... ale razem z FINA dostają do rąk Moriarty'ego. Dostają Watsonową apologię Holmesa, nad która niejeden z Czytelników i niejedna Czytelniczka ocierali oczy. Zwłaszcza, gdy wygłaszał ją David Burke po Jeremy'm Brettcie, a kamera pokazywała zbliżenie na porzuconą strzykawkę... Dostają "It is with a heavy heart that I take up my pen to write...", które nasuwa się Sherlockiście zawsze, ilekroć przychodzi mu napisać coś naprawdę okropnie smutnego.
I FINA - to czuje Sherlockista przez skórę - nowe FINA BBC będzie naprawdę wielkie. Tylko oby wrócili nam Sherlocka przed nowym sezonem...

Na koniec i zasłużony deser, malutki uryweczek z tego, co czeka nas w nowym HOUN ("Psie..."). (Dla Whovistów - uwaga na Russella Toveya (a.k.a Midshipman Alonzo Frame :) ), kto chce, może głośno krzyknąć za nieodżałowanym Dziesiątym Doktorem, "Allons-y Alonzo!")


sobota, 3 września 2011

Wrzesień na Sherlockianach

...nastał, a Sherlockista wyzna, że chociaż obijał się w sierpniu skandalicznie, to wyrzutów sumienia większych nie ma, bo, po prostu, nic się specjalnego nie działo i można było z czystym sumieniem korzystać ze słońca oraz, jak by powiedział przytłoczony kondycją młodzieży polskiej prof. Hartman, piwa, muzy i plaży. Kto żyje życiem Akademii mógł rozkoszować się wraz z Sherlockistą błogą świadomością, że to sam środek wakacji, a kto jeszcze w szkole lub już w pracy, ten tym bardziej czuł presję, by mijający bezpowrotnie miesiąc wykorzystywać gdzieś z dala od komputera.
Sherlockista zapewnia jednak, że po prostu stęsknił się za Sherlockianami jako takimi, za Waszymi komentarzami i za tym cudownym poczuciem, że rok 1895 jest żywy jeszcze wieczniej niż towarzysz Lenin, w związku z czym we wrześniu będzie coś pisał, choćby w materiałach miał kilka ploteczek z planu i informacje w rodzaju "ach jej, lament w Ameryce, przesuwają premierę Tinker Tailor Soldier Spy, w której gra Cumberbatch".
Jakie ogórki tymczasem zakwitły nam w tych ostatnich tygodniach sezonu?
Po pierwsze, ShK uzbierał dwie dobre informacje na temat Sherlocka 2 Ritchiego (Game of Shadows - dla polskich guglatorów, "Gra cieni").
Pierwsza z tych informacji to taka, że Downey był niepocieszony, bo, uwaga, w przeciwieństwie do tego, jak przebiegały prace nad pierwszym filmem, tym razem sceny akcji kręcono na samym końcu. Można stąd wywnioskować taki - pocieszający! - wniosek, że w nowym Sherlocku będą jakieś sceny, które nie są scenami akcji i które nakręcono na początku. Na potwierdzenie tych jutrzenkę nadziei niosących z sobą słów wypłynęło na serwisy filmowe zdjęcie Moriarty'ego-Harrisa oraz Holmesa-Downeya, którzy oddają się rozrywce w powszechnej wyobraźni jak najdalszej od wszelkiej akcji, czyli grze w szachy.
Oto i ono:


 Co prawda jest to najprawdopodobniej ujęcie "zza kulis", na którym Moriarty i jakaś tajemnicza siwa postać z boku chyba podczytują jeszcze scenariusz, ale można optymistycznie założyć, że szachownica nie została tam przywleczona tylko przez znudzonych oczekiwaniem na swoje wejście kaskaderów.
Informacja, którą Sherlockista najchętniej by zignorował, ale jakaś sadystyczna potrzeba zrzucenia cierpienia na innych mu nie pozwala, jest taka, że Amerykanie szykują się już na ekscytujący pojedynek. Trzeba tu zaznaczyć, że dla nich z jakichś bardzo smutnych przyczyn każda premiera kinowa to pojedynek, bo zazwyczaj w ten sam weekend wychodzi więcej niż jeden "duży" film. Sherlock i "Game of Shadows" na przykład zmierzy się w bitwie o widza z sequelem "Alvina i wiewiórek" i Sherlockista... z całym szacunkiem dla wiewiórek... wolałby nie poznać nigdy wyników tej rywalizacji...
źródło: imdb
Sam Ritchie ponoć wierzy w swojego drugiego Sherlocka, więc i my wierzmy.

Aby zadośćuczynić Czytelnikom za długą przerwę, od razu dorzuci też Sherlockista garść wiadomości na temat drugiego Sherlocka, którego wyglądamy chyba jeszcze bardziej, i który nadejdzie od strony BBC.

Na pierwszą odsłonę BBC-Sherlocka spłynęła kolejna ważna nagroda, tym razem na festiwalu w Edynburgu.

O Cumberbatchu wiemy już, że wkrótce ujawni talenty szpiegowskie w Tinker Tailor Soldier Spy i na plakacie wyszedł tak:



Można też w tym miejscu dodać, że bardzo dzielnie sprawił się w plebiscycie BBC America na ulubieńców płci męskiej. Odpadł dopiero w półfinałach, gdy przyszło mu się zmierzyć z późniejszym triumfatorem imprezy, Alanem Rickmanem. (Sherlockista wyzna z pewnym zażenowaniem, że osobiście kibicował jeszcze bodaj bardziej drugiej "nodze" półfinałów, gdzie jego najukochańszy Doktor (Who) David Tennant poległ w boju z wielkim Colinem Firthem).

O Gatissie, a zwłaszcza o Stevenie Moffatcie dowiedział się natomiast Sherlockista w ten leniwy sierpień, że są jeszcze bardziej utalentowani niż kiedykolwiek mu się wydawało. Niniejszym zachęca i gorąco namawia wszystkich Sherlockistów, żeby dali się wkręcić w nowego Doktora Who (reaktywowanego w roku 2005). Pełnię władzy pisarskiej przejął Moffat dopiero wraz z nadejściem Doktora 11, czyli od piątego sezonu, w roku 2010 - i zupełnie niesamowite jest to, o ileż bardziej dorosłe, skomplikowane i wciągające są teraz scenariusze. Sherlockista nie jest nawet pewien, czy go za bardzo aby nie męczy ten nowy, zupełnie nie rozhisteryzowany Doktor i jego wielowątkowa historia budowana spójnie od dwóch już sezonów i czy nie tęskni jednak nade wszystko za dziecięcą rozkoszą, jaką dawał Tennant uganiając się z krzykiem za wielkimi, zielonymi potworami. Wystarczy jednak zobaczyć kilka epizodów Moffata, żeby widzieć jasno, że scenariusze trzech pierwszych Sherlocków nieprzypadkowo były tak dobre, inteligentne, trzymające w napięciu i pełne zagadek. Ten facet (ci faceci) mają naprawdę ogromny talent do budowania intryg i jasnego opowiadania zawiłych opowieści, który to talent w dodatku rozwija się z każdym nowym filmem. O ile tylko Moffat kompletnie się nie wypali (a w wywiadach trochę jednak narzeka na zmęczenie - pisanie na raz dwóch najważniejszych seriali Wielkiej Brytanii to nie przelewki), to sądząc po nowym Doktorze, druga seria Sherlocków powinna być naprawdę wciągająca.
Ma Sherlockista jeszcze jeden ładny niusik o autorach BBC-Sherlocka, ale ponieważ domaga się dłuższego komentarza, a w tej notce by utonął, to zaprezentuje go jutro :) Nie ma już wiele zaległego Doktora do oglądania, więc można mu wierzyć, że wróci.