niedziela, 29 stycznia 2012

Pamiętajmy o Undershaw

Teraz, kiedy wszyscy czekamy, aż Moffat przywróci do życia Holmesa w trzeciej serii, to najlepszy moment, żeby przypomnieć sobie, jak - a zwłaszcza: gdzie! - zrobił to sam ACD.
Undershaw, dom ACD w latach 1897-1921 to zarówno miejsce narodzin HOUN, w którym Sherlock powrócił na łamy Strandu (chociaż historia ta była oficjalnie datowana przed FINA), jak i wreszcie samego zbioru Return of Sherlock Holmes, tego, któremu zawdzięczamy nie tylko EMPT i triumfalne zmartwychwstanie, ale też fantastyczne SIXN z niezapomnianym hołdem Lestrade'a, SECO (ach ten cudowny, przecudowny film z Brettem!), CHAS, które osobiście zaliczam do mojej piątki najukochańszych (Sherlock namawia Watsona na wspólny włam i zaręcza się z pokojówką...), DANC, to kultowe DANC, dzięki któremu niejedno szczęśliwe, karmione Holmesem dziecko, wymyślało swoje własne ludzikowe alfabety... Chyba już Was przekonałam?
Undershaw to nie jest tylko miejsce, w którym ACD przypadkiem mieszkał (od 1897 roku), ale dom zaprojektowany specjalnie dla niego, a także w znaczącym stopniu przez niego i dostosowany do potrzeb umierającej na gruźlicę Louise, jego pierwszej żony. Powietrze Surrey, piękny dom z czerwonej cegły i ogromne, rozsłonecznione okna, przez które widać było morze zieleni, przedłużyło Louise życie o prawie dziesięć lat.
Tu ACD przeżywał rozterki związane z miłością do Jean Leckie, którą poznał już w maju 1897 roku, a rycerski honor nie pozwolił mu rozwijać romansu przez całe dziewięć lat, aż do śmierci Louise - rok później Jean została jego drugą żoną. (Cały ten okres opisany jest niezwykle barwnie w recenzowanej kiedyś na Sherlockianach książce Barnesa Arthur & George). Z tego domu wyruszył na II Wojnę Burską. Tu wreszcie przyjmował wielkich swojej epoki, którzy byli dla niego kumplami i znajomymi - między innymi J. M. Barrie'ego, Brama Stokera, Virginię Woolf.


Na powyższym zdjęciu widać małego chłopca: to Kingsley, syn Doyle'a, który miał przejąć Undershaw po śmierci Louise. Niestety, chociaż Kingsley przeżył walkę na froncie pierwszej wojny światowej, padł ofiarą powojennej epidemii hiszpanki. W 1921 roku Doyle sprzedał Undershaw (wbrew oczekiwaniom- ze znaczną stratą), a już od roku 1924 aż do 2004, stary dom służył jako hotel i restauracja.
Kłopoty zaczęły się właśnie w roku 2004, kiedy dom przejął prywatny deweloper, a Waverley Borough Council odmówiła zakupu posiadłości. Odmówiła trochę dlatego, że fizycznie nie miała odpowiednich funduszy, ale przyznała też, że nie dość wysoko ceni historyczną i architektoniczną wartość domu. W końcu ACD, twórca jednej z największych ikon światowej kultury (nie lubię słowa popkultura), nie zasługuje na taką samą atencję, jak poważni pisarze. Sam Doyle byłby oczywiście zupełnie załamany taką diagnozą, bo całe życie wyrzucał sobie, że opowiadanka o Holmesie to nic godnego uwagi i pragnął wybić się przede wszystkim poważnymi powieściami historycznymi (bez sukcesu). Chwilowo nie ma więc niestety większych szans na to, by Undershaw zostało przeznaczone na muzeum.

W sprawie opisu wnętrza domu oddam głos komuś, kto robi to szczególnie wspaniale i z nieskrywanym wzruszeniem:

Save Undershaw from WetherbyPond on Vimeo.

A czemu to wszystko piszę? Bo to cenne miejsce ma zostać zniszczone - ale jest jeszcze czas, by zadziałać w jego obronie.
Jak pisałam tu niedawno, oficjalnie zaokrętowałam się na pokład The Undershaw Preservation Trust w roli tak zwanego ambasadora i moim zadaniem jest tłumaczyć, na czym polega niebezpieczeństwo, co chcemy osiągnąć i jak to można zrobić. Jest to potrzebne także dlatego, że wokół dwóch pierwszych punktów narosło trochę nieporozumień. Do dzieła!

NIEBEZPIECZEŃSTWO

Historię domu skończyłam na roku 2004, kiedy to został właściwie opuszczony i wpadł w ręce bezlitosnych developerów-kapitalistów ;)
Wbrew temu, co czasem można usłyszeć, nie planuje się zburzenia samego Undershaw. Na współczesnych zdjęciach i filmach widać, że do starego domu Doyle'a dołączono jeszcze coś - to budynek z 1920 roku. Ten właśnie fragment ma być wyburzony. Zamiast niego ma tam powstać aż 5 szeregowych domków, które będą większe niż wyjściowy budynek.
Największym problemem jest to, że dom Doyle'a ma zostać nieodwracalnie i nieusuwalnie podzielony na trzy podobne szeregówki. Zniszczony zostanie nie tylko zamysł architektoniczny (a, przypominam, autorem projektu był w dużej mierze sam ACD), ale i wartość zabytkowa obiektu.

CEL


The Undershaw Preservation Trust, także wbrew temu, co można czasem przeczytać, nie walczy już nawet o to, by Waverley Borough Council odnowiła dom i urządziła tam muzeum. Nie staram się nawet próbować wnikać w angielską terminologię prawniczą, ale w uproszczeniu: do odpowiedniej instancji sądu została zgłoszona skarga na działania WBC i odpowiednia instancja zgodziła się wysłuchać obu stron. Skarga dotyczy zgody WBC na podzielenie domu - a rozprawa ma się odbyć 23 maja 2012, dzień po urodzinach ACD.
Dodatkowym argumentem po naszej stronie jest fakt, że powstała droga ułatwiająca dostanie się do Undershaw, dzięki czemu bardziej realna stała się wizja, że w przyszłości mogliby tu przyjeżdżać liczni turyści.

POMOC


Największą rolę mają do odegrania oczywiście Ważne Osoby (na przykład duchowy przywódca Undershaw Preservation Trust, Mark Gatiss) i każdy, kto czuje w sobie moc przekonania WBC do tego, by zmieniła zdanie i zrobiła cokolwiek w sprawie ocalenia Undershaw. Na początek: niech chociaż obejmie dom ochroną przed nieodwracalnymi zmianami.
Nieliczni szczęśliwcy będą mogli wypełnić salę sądową i na żywo wspierać reprezentantów UPT.
Osoby związane z mediami mogą postarać się zadbać o odpowiednie nagłośnienie całej sprawy.
Wszyscy mamy za zadanie podpisać petycję (link na stałe w prawym górnym rogu bloga) i informować kogo się da (może przychodzą Wam do głowy różne znane osoby lub instytucje, które warto by zainteresować losami Undershaw?).
Warto reklamować akcję UPT - i petycję - na facebooku, twitterze, blogu.
Sherlock BBC zrobił furorę, Sherlock Ritchiego podbił box-office'y - czas zewrzeć szyki i pokazać, ile jest na świecie osób, dla których ocalenie domu Doyle'a to poważna sprawa.
P.S. Nie bójcie się wyskakującego okienka po petycji :) Jest nachalne, ale nie trzeba żadnych darowizn, wystarczy podpis :)

sobota, 21 stycznia 2012

Co po 2 serii Sherlocka BBC? It's Elementary.

Współczesny rynek jest bezlitosny i każde popularne zjawisko powoduje, że pojawiają się tłumy naśladowców. Harry Potter wywołał falę koszmarnych serii o czarodziejach, Zmierzch - jeszcze straszliwszy potop wampirów. Sherlocki Ritchiego i BBC też urodziły już nową mini-modę i samo w sobie nie jest to złe. Nawet najgorszy Holmes to wciąż lepiej niż... no niż to, co się stało w ostatnich latach z popkulturą kierowaną do młodzieży. Gorzej, że naśladowcy ci przeważnie zamierzają naśladować głównie wyniki finansowe...
Ale do rzeczy.
To, co wzbudza największe obawy i niechęć wręcz fandomu (ale także samych twórców) Sherlocka BBC, to projekt amerykańskiej telewizji CBS. Ich Sherlock, pod roboczym tytułem "Elementary", ma być również uwspółcześniony, a akcja będzie się toczyła w Nowym Jorku. Poza tym, wiadomo bardzo niewiele. Zamówiono pilota, którego napisze Rob Doherty, autor, między innymi "Medium", a także "Star Trek-Voyagera" (coś czuję, że przez tego całego Sherlocka będę musiała wejść jeszcze w "Star Treka", chociażby po to, żeby docenić Cumberbatcha w nowym filmie, i to już będzie mój koniec).
O obsadzie na razie cisza, podobnie o koncepcji. Trudno powiedzieć, czego w ogóle się spodziewać - czy teledysku w typie Ritchiego, tyle że nawet bez kostiumów epoki? Czy podrabiania BBC i ich genialnych sposobów na przeniesienie Doyle'owych fabuł w XXI wiek?
Amerykanie muszą uważać. Sue Vertue, producentka "naszego" Sherlocka, zdradziła, że CBS zgłaszało się do niej wcześniej, usiłując wydębić jakąś zgodę na remake - ale bezskutecznie. PBS, które pokazuje Sherlocka (i nie tylko) BBC w Ameryce, już jest wkurzone. Proces o plagiat wisi więc w powietrzu.
Paradoksalnie - dla nas to złe nowiny, bo im bardziej CBS postara się różnić od BBC, tym gorszy będzie to serial...
Lepiej już zapowiada się nowy rosyjski Sherlock Holmes, który ma być kręcony w Petersburgu. Od razu planuje się aż 16 odcinków (w ośmiu dwuodcinkowych miniseriach!) i obsadzono już najważniejsze role.
Sherlockiem ma być młody Igor Petrenko, którego polscy widzowie mieli szansę zobaczyć w "Kierowcy dla Wiery", w roli Wiktora.
Igor Petrenko (z bazy IMDB)
Jego Watson to Andrij Panin, a całość reżyseruje Andriej Kawun.
Rosjanie mają wspaniałe sherlockistyczne tradycje i dali nam już jednego świetnego Holmesa - Wasilija Liwanowa - jeszcze przed Jeremym Brettem. ("Pies..." z Liwanowem to jeden z tych pięciu, których nie mogłam sobie przypomnieć w recenzji drugiego odcinka BBC :) ). Sherlocki Liwanowa (i Witalija Sołomina w roli Watsona) powstawały w latach 1979-1986 i są miejscami całkiem wierne Kanonowi (chociaż w dużej mierze oryginalne), a już na pewno bardzo dobrze dają się oglądać do dziś. To także dzięki żywemu aktorstwu obu panów i niesamowitemu klimatowi. Udawana Anglia plus rosyjski samowar i dwóch prawdziwych Słowian, którzy usiłują zgrywać zdystansowanych dżentelmenów Zachodu, chociaż jest zupełnie oczywiste, że między ujęciami chodzą na wódeczkę (wódeczka pojawia się nawet w jednej sekwencji na ekranie :D) to zupełnie uroczy koktajl. Liwanow za zasługi dla "przyjaźni rosyjsko-brytyjskiej" dostał zresztą medal od samej królowej Elżbiety II. To kolejna seria, o której na Sherlockianach jeszcze będzie (jak już zrozumiem, że tak dłużej miotać się nie można i muszę w końcu zdecydować, czy rzucić dla bloga pracę, studia czy życie osobiste ;) ).
A oto i Liwanow, naturalnie z fają:
Po tym petersburskim Sherlocku spodziewam się raczej dobrych rzeczy - Rosjanie naprawdę kochają Holmesa, do tego stopnia, że w Moskwie postawili mu pomnik!
To fatalne zdjęcie pożyczam z tej strony.  Pomnik znajduje się w bardzo stosownym miejscu, bo przed ambasadą UK.

A na koniec jeszcze dwie średnie wiadomości na temat naszego Sherlocka BBC i jego trzeciej serii.
Chociaż Moffat pobudził nasze apetyty wiadomością, że nowa seria miałaby być jeszcze przed końcem roku, natychmiast na twitterze odezwała się wspomniana wyżej Sue Vertue, gasząc wszelkie nadzieje. Nie wiadomo, czy to znowu spisek i bezlitosne dręczenie fanów, czy po prostu Moffat naprawdę niezręcznie się wyraził i został źle zrozumiany przez dziennikarzy przeprowadzających wywiad. Mimo to, nie należy być zupełnie czarnej myśli, każą nam czekać, ale prawie na pewno nie dłużej niż ostatnio.
Bardziej niepokoją mnie coraz częściej pojawiające się wypowiedzi Moffata, że pierwsze 6 odcinków BBC pokazuje nam dopiero wczesny okres w przyjaźni/życiu Holmesa i Watsona. Oraz, że czeka ich wiele innych osobistych perturbacji. Wszystko to sugeruje jednoznacznie, że w imię wierności Kanonowi oraz realistycznego podejścia do rozwoju bohaterów/samego-życia będziemy katowani jakąś żoną Watsona. A to jest coś, czego nie toleruję nigdy i w żadnej, nawet najwspanialszej wersji. Obok wspaniałej akcji "I believe in Sherlock" chętnie zorganizowałabym jakąś taką specjalnie dla Moffa... na przykład "Mary Morstan is a pain in the ass"? ;)



P.S. UWAGA SPOILER 
Re: spiskowe teorie w komentarzach dotyczące tego, "Jak Sherlock to zrobił" :) - Cumberbatch opowiedział w wywiadzie dla dokumentalnego dodatku do DVD z drugim sezonem, jak on sam przeżył upadek z dachu. Zeskoczył na dach znajdujący się niecałe półtora metra niżej, a dalej zjechał na linach na wielką nadmuchiwaną poduchę. Moffat z kolei mówił, że od razu nakręcili, co naprawdę się stało (a co zobaczymy pewnie w EMPT). Prawdopodobnie w najbliższym czasie będę powtarzała "Reichenbach Falls" ze znajomymi, przyjrzę się tej śmieciarce!

czwartek, 19 stycznia 2012

I believe in Sherlock. Moriarty was real!

I jeszcze jeden post na zakończenie tego wspaniałego sezonu, zanim zaczną się spoilery, pogłoski i dygresje (w najbliższych notkach: o dwóch (!!) planowanych Sherlockach, z czego (co najmniej) jednym bardzo strasznym, o Undershaw i o Doctorze Who).

Uwaga, niżej (mały) spoiler finału!

Dziękuję najserdeczniej jednemu z anonimowych komentatorów recenzji Reichenbach Falls, dzięki któremu dowiedziałam się o czymś, co każdemu poprawi humor po tym wspaniałym, ale tak strasznie smutnym finale.
Sto dwadzieścia lat temu, kiedy ACD zabił Holmesa, Londyńczycy chodzili w czarnych opaskach. Dziś, ludzie skrzykują się na blogach i facebookowych stronach, by publicznie odkłamywać wielką bajkę Moriarty'ego. W bibliotekach, parkach, na ścianach domów i tiszertach pojawiają się napisy, ogłoszenia, ulotki i graffiti: I believe in Sherlock. Moriarty was real. Wierzę w Sherlocka. Moriarty istniał naprawdę.

Koniec (małego) spoilera.


Jeśli zblazowani i postmodernistyczni telewidzowie XXI wieku zaczynają robić coś tak szalonego i pięknego, to znaczy, że "Sherlock" jest wielki. Że Holmes i Watson są nieśmiertelni i nieuśmiercalni, to już było jakiś czas temu wiadomo. Że znów wylądują na szczytach sławy i zaczną rządzić masową wyobraźnią - to zasługa tej wspaniałej BBC-ekipy, Cumberbatcha, Freemana, Gatissa, Moffatta, Thompsona... Chwała! I bierzcie się szybko do roboty.
Żyjemy w dobrych czasach.
A ja szczególnie. Wszystkie te cudowności 2 sezonu - myślę, że bezsprzecznie, o dziwo, jeszcze lepszego niż pierwszy! - nie miałyby takiego smaku, gdyby nie Wy, tu i na facebookowej stronie Sherlockianów. Dziękuję za komentarze, za zachęty i dobre słowa, a najbardziej na świecie za to, że kiedy w okolicach piątej rano, po kolejnym odcinku, wpadałam na stronę, żeby dać ujście emocjom, zawsze znajdowałam tam kogoś, dzięki komu nie czułam się już samotnym Holmes-wariatem. Oby jak najwięcej takich miesięcy przed nami :)

wtorek, 17 stycznia 2012

Reichenbach Falls - koniec Sherlocka.

[Recenzja najeżona jest spoilerami - jeśli nie widzieliście, nie czytajcie dalej. Poważnie mówię.]

Turner, The Great Falls of the Reichenbach,
płótno odzyskane dzięki nieocenionej pomocy pana Sherlocka Holmesa


To było znacznie straszniejsze niż się spodziewałam. Straszniejsze niż którakolwiek z poprzednich adaptacji Final Problem. Straszne jak coś, co jest zupełnie blisko i zupełnie naprawdę.
ACD, umęczony popularnością Holmesa, usunął go szybko i byle jak. Zadbał tylko o dekoracje - jest efektowny wodospad i mroczny Napoleon zbrodni o nazwisku Moriarty, które w każdym zakątku świata, gdzie dotarła kiedykolwiek łacina, brzmi jak zwiastun śmierci. Intryga FINA to niczym nie poparte wywody o rzekomej "wielkiej organizacji" (którą w działaniu widzieliśmy w VALL, ale w tu Watson już nawet o tym nie pamięta), "pajęczej sieci" (do której, jak się potem okazuje, należy poza szefem dokładnie jedna wybitna jednostka), "geniuszu zła" (którego największym indywidualnym osiągnięciem jest wynajęcie pociągu) i pełna nonsensów akcja, w ramach której Holmes nie rozwiązuje nawet żadnej zagadki. Nie licząc Watsona i paru jego nieśmiertelnych słów, a także przejmującego obrazu smutnego Holmesa, który musi się z nim pożegnać, cały ten wodospad to wielka ściema, która spływa po nas jak po kaczce.
Reichenbach Falls jest jak kokon z pajęczyny, który oblepia nas stopniowo od pierwszych scen, a w finale niemal dusi. Stephen Thompson - ten najmniej sławny, ten, który dał nam do tej pory "tylko" Blind Bankera z poprzedniej serii - postanowił napisać FINA porządnie, tworząc sadystyczny wręcz i przerażająco smutny obraz. Często oglądając "Sherlocka" miałam wrażenie, że przeniesienie historii Doyle'a we współczesność, jakkolwiek błyskotliwe, skutkuje dodatkowym dystansem i ironią, nieobecnymi w wielu prostodusznych ekranizacjach "wiernych epoce". Te wszystkie przeróbki, aluzje, cytaty - jak by nie były genialne, zawsze będą jak perskie oczko puszczone do postmodernistycznego widza.

Reichenbach Falls jest zupełnie na poważnie - i jest opowiadane bezpośrednio nam, bez żadnego mrugnięcia okiem. Zwierz, który jak zawsze celnie zwrócił uwagę na mnóstwo spraw, zauważył też i to: ten odcinek wprost odwołuje się do bolączek brytyjskiej rzeczywistości, z jej absurdami, mitami i lękami. Są tu wszechwładne brukowce, których nieetyczne praktyki zwracają ostatnio coraz więcej uwagi. Nawet Watson ze swoim sławnym ale niezależnym (czytaj: biednym) blogiem jest bezsilny wobec siły rażenia irracjonalnie potężnych mediów i słusznie ostrzega przyjaciela, że te w każdej chwili mogą obrócić się przeciwko niemu. Jednego dnia pstrykają mu setne nieszkodliwe zdjęcie w tej głupiej czapce, wynoszą go na szczyty sławy i nazywają "Reichenbach Hero" (odnalezienie tego obrazu to nie tylko sposób na genialne wprowadzenie do akcji kanonicznego tytułu, ale także, być może zamierzony, piękny ukłon w stronę FINA z Jeremym Brettem).  W kolejnym numerze bardziej opłaca im się zrobić z Sherlocka oszusta, kłamcę i przestępcę. Sherlock naturalnie uznaje, że nic go to nie obchodzi, przecież opinie - opowieści... - idiotów są mu obojętne. To jego pierwszy wielki błąd. Opinie idiotów, pełne wrzasku i wściekłości Super Ekspres i Daily Mail, to życie - nawet najlepszych z nas. A Moriarty już zadbał, by Sherlock dobitnie to zrozumiał.

Są i kody komputerowe, współczesny złoty cielec. Szpitale, banki, muzea, samochody i lodówki rządzone są dziś linijkami zer i jedynek - z jaką czcią patrzymy na tych nielicznych i wtajemniczonych, którzy język ten posiedli i niczym dawni kapłani potrafią czynić cuda za pomocą tajemniczych symboli... Sam Sherlock jest skłonny uwierzyć, że aplikacja z iPhone'a potrafi otworzyć wszystkie zamki świata i wywołać ogólny Armageddon. I to jego druga porażka. Moriarty rzucił mu przynętę - wielką tłustą, efektowną zagadkę, jak mapę z ukrytym skarbem, a Sherlock połknął ją razem z haczykiem. Połknął ją też Mycroft, który, zupełnie wbrew Kanonowi, okazuje się tu najsłabszym ogniwem Sherlocka. On także w pewnym sensie dał się wplątać w wielką ściemę. Jim Moriarty naprawdę umie opowiadać bajki chętnym dzieciom.

I kiedy tak z rosnącym zdziwieniem zdziwieniem i smutkiem patrzymy, z jaką łatwością Moriarty krok po kroku osacza Holmesa i odbiera mu wszystko, opinię, sławę, nazwisko, zaufanie Lestrade'a, lojalność brata, a w końcu nawet wolność, niepostrzeżenie wpadamy w wielką pułapkę zastawioną specjalnie na nas: sceptycyzm, zakorzeniony w kompleksach. Nikt nie może być taki dobry, prawda? W każdym widzu siedzi mały Anderson, który dość już ma upokorzeń. Wydedukował, dokąd zabrano dzieci, na podstawie jednego odcisku buta? Seeeerio? Wypluwa z siebie wszystkie te dedukcje na podstawie jakiejś plamy z keczupu... a my ledwo w ogóle widzimy tę plamę. Czy ktoś nas tu nie wkręca? A współczesny inteligentny widz, który coraz boleśniej uświadamia sobie, jak bardzo i na każdym kroku manipulują nim te straszne wspomniane wyżej media, politycy i reklamy, stawia sobie za punkt honoru, żeby nie dać się wkręcić. I kiedy Moriarty umiejętnie podsuwa oczywiste, sceptyczne wyjaśnienie: Holmes tak błyskotliwie rozwiązuje zagadki, bo sam je wymyśla, a otoczenie Sherlocka rzuca się na nie jak na balsam na zranione ego, wtedy i my, stopniowo, niepostrzeżenie, zaprzeczając głośno, "bo przecież... ale... mówili, że ma być trzecia seria!", zaczynamy zadawać pytania.
W opowiadaniu jest tylko skromna wzmianka o próbach podważenia reputacji Holmesa przez brata Moriarty'ego. W Reichenbach Falls doświadczamy potęgi umiejętnego kłamstwa na samych sobie. 
I to jest przebłysk czystego geniuszu - ale nie najbardziej przejmujący.
Bo przecież skoro cały ten wielki upadek w niesławę, okrutne gry Moriarty'ego i jego domki z piernika to także i w tym FINA tylko wielka bajka dla naiwnych dzieci, to co tu jest w ogóle prawdziwe, co jest rzeczywiste, pod tymi wszystkimi fałszami?
To, co zawsze. Przecież już mówiłam. Watson. I smutny Holmes, który musi się z nim pożegnać.
Jak słusznie prawi Zwierz, Freeman kwalifikuje się do natychmiastowej drugiej BAFTY. Cumberbatch może dostać dwie na raz, bo budował tę rolę przez wszystkie sześć odcinków. Reichenbach Falls miało być o umieraniu - i jest. Bez zdrowego, postmodernistycznego dystansu, bez przymrużenia oka. Jest o ludzkim lęku przed utratą, zarówno kogoś, jak i własnego życia. I, jak jeszcze nigdy dotąd w tej serii, o miłości, w jej szczególnie pięknej odmianie. Więź Holmesa z Watsonem to samo serce Kanonu, bez niej te wszystkie przygody byłyby opowiadankami dla młodzieży o papierowym superbohaterze. Takie miłości są  szczególnie rzeczywiste, bo nie ma w nich amoku samolubnych genów, udawania kogoś, kim się tylko chce być, gierek, ulotnych namiętności, zaborczości. 
I nie ma dla Sherlocka - ale także dla nas - nic prawdziwszego, żadnego solidniejszego punktu oparcia w sypiącej się rzeczywistości niż żelazna lojalność Johna. A najprawdziwszym zagrożeniem jest po prostu śmierć przyjaciela. 
Ostatecznie i naprawdę plan Moriarty'ego opiera się na tym, że Sherlock jakoś w ciągu tych sześciu opowieści rzeczywiście stał się człowiekiem. Moriarty - czy już wspomniałam, że dla Scotta też BAFTA? - z człowieka przemienił się w pająka.
Ostateczny pojedynek między nimi byłby żywcem wyjęty z Kanonu, gdyby nie to, że Doyle nie zadał sobie trudu, by go bezpośrednio opisać. Watson odesłany pod byle pretektem. Niebezpieczna wysokość. Wojna nerwów szaleńca z socjopatą. I chociaż pozornie wydaje się, że sytuacja jest odwrócona, bo w tym FINA to Holmes został przyparty do muru, nadal to Moriarty ma mniej do stracenia.
I jeszcze jeden błysk najprawdziwszego geniuszu: cały ten Napoleon zła przegra ostatecznie, bo dopadnie go zemsta byłej.
Wierna Molly, której Sherlock nie docenia prawie do samego końca, która z wyjątkiem przeprosin nie usłyszała od niego jednego ludzkiego słowa, jest - i to właśnie dzięki temu! - jego jedynym sposobem na przetrwanie. Nie wiemy jeszcze, jak dokładnie twórcy rozwiązali odwieczny problem z FINA/EMPT (problem brzmi: "to nie trzyma się kupy!"), ale pomysł, by wielkiego Holmesa przed wielkim Moriartym ocalił największy kopciuszek całej serii szczerze mnie pewnie wzruszy, kiedy już znajdę na niego miejsce pośród wszystkich innych emocji.
To, co było do przewidzenia, pierwszy odcinek tej serii, który odebrałam bezpośrednio i osobiście - nie tylko na metapoziomie, "bo to taki wspaniały Sherlock", "bo to jest tak dobrze zrobione". Ten jest zresztą być może skonstruowany jeszcze doskonalej niż poprzednie, w czym niebagatelną rolę odegrała pewnie świetna muzyka. Ale też to pierwsza historia, w której błyskotliwe pomysły na uwspółcześnienie, zagadki i świetne dialogi zeszły w moich oczach na drugi plan. Po raz pierwszy bałam się i smuciłam naprawdę.
Jeśli coś mi się nie spodobało, to jedno: ostatnie ujęcia, z Sherlockiem przyczajonym na cmentarzu. Ale nie wiem, czy nie spodobało mi się to dlatego, że wolałabym, by jeszcze poudawali, że trzymają nas w niepewności - czy też po prostu nie da się po ostatniej scenie znieść myśli, że Watson został oszukany.
I ten smutek też jest prawdziwy.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Wiemy już, czy będzie 3 seria Sherlocka BBC...

NO PEWNIE, ŻE TAK!


Łobuzy - Moffat z Gatissem - popotwierdzały to na twitterach i dodały jeszcze bezczelnie, że 3 seria Sherlocków została zamówiona już razem z drugą. Czyli THEY KNEW ALL ALONG, a wszystkie te podpuchy, straszenie i podkręcanie atmosfery pod tytułem "Cumberbatch i Freeman zrobili się tacy sławni, rozchwytywani i wysoko opłacani, że niestety musieliśmy utopić Sherlocka, kto rzuci Hollywood dla telewizyjnego serialu" to była lipa, która miała tylko spotęgować nasze emocje związane z finałowym odcinkiem.
Co gorsza, i tak im wybaczymy, prawda? Tylko niech się trochę pospieszą. Dlaczego - o tym w następnym poście, w którym będzie przeżarta spojlerami recenzja.

P.S. Jedną z większych radości związanych z Sherlockianami jest wprowadzanie różnych pięknych etykiet. Była łezka przy "Jeremy Brett" czy "PLOSH", poczucie słusznej sprawy przy "Undershaw", guilty pleasure przy "Doctor Who", który po prostu musiał kiedyś wściubić tu nos. Przy "Sherlock BBC 3" jest po prostu ulga. Zaraz będzie też ekscytacja, przyjemność, ciekawość i wszystkie te uroki czekania na coś znakomitego. Ale na razie - ulga. Wizja, że "Sherlock" skończy się, bo Amerykanie ukradną obsadę, była zdecydowanie zbyt okrutna.

niedziela, 15 stycznia 2012

Undershaw - o domu ACD raz jeszcze

Z wielką przyjemnością ogłaszam, że Sherlockiana (jeszcze) oficjalnie(j) włączają się w akcję The Undershaw Preservation Trust - czyli towarzystwa walczącego o to, by nie niszczyć Undershaw, domu, w którym ACD napisał, między innymi, tak wspaniale odkurzone ostatnio przez BBC, HOUN.

Sherlockista jest teraz tak zwanym repem na Polskę, czyli osobą, do której można kierować te tłumy ludzi wypytujące Was bezustannie o to, na czym polega afera z domem ACD i jak można pomóc ;)
Naszym patronem jest ten sam BBC-Mark Gatiss, którego tak często tu wychwalam. Naszym celem jest tylko to, żeby nie dopuścić do nieodwracalnego zniszczenia zabytku (podzielenia go i dobudowania części znacznie większej niż wyjściowy dom), chociaż idealnym rozwiązaniem byłoby oczywiście przerobić Undershaw na muzeum.
Pomysł jest bardzo prosty: trzeba wywrzeć na radę (Waverley Borough Council), która o tych zmianach zdecyduje (prawdopodobnie w kwietniu) presję tak zwanej międzynarodowej opinii publicznej. Na początek - o czym jeszcze będę przypominać - podpiszmy petycję.

A kiedy skończy się ten cudowny Holmesowy styczeń z Sherlockiem BBC, pojawi się na Sherlockianach dłuższa notka na temat domu, jego historii i działań UPT (troszkę już można znaleźć w starszych notkach pod etykietą Undershaw).

poniedziałek, 9 stycznia 2012

"Hounds of Baskerville". Wierny "Pies..."!

To był najlepszy, jak dotąd, odcinek z obu sezonów "Sherlocka" BBC - a to pewnie będzie moja pierwsza opinia o tym wspaniałym serialu, która wywoła kontrowersje.
Czytałam* już sporo komentarzy w rodzaju "nie no, w sumie też fajne..." i zupełnie im się nie dziwię. W kategorii "film detektywistyczny dla szerszej publiczności" żaden "Pies..." nigdy nie będzie miał szans w pojedynku z dynamicznymi mieszankami kryminałów, szpiegowskich intryg i pojedynków z kultowymi postaciami Holmes-świata.

Ale ja nie jestem normalną publicznością, tylko maniaczką Sherlocka Holmesa, a to jest to najwspanialszy "Pies..." w historii wielkiego i małego ekranu. Co prawda, konkurencja imponuje raczej ilością (Rathbone, 2 Cushingi, Brett, Frewer, Roxburgh, 5 innych, o których akurat zapomniałam i 20, o których w życiu nie słyszałam i pewnie nie chciałabym słyszeć) niż jakością, ale właśnie dlatego osiągnięcie Gatissa zupełnie poważnie odebrało mi oddech. Tego się nie da dobrze zekranizować. Holmesa przez większość czasu nie ma. Bagno jest wdzięcznym obiektem romantycznych opisów Watsona, ale na ekranie wygląda potem jak mało ekscytujące błocko. Potwór jest z gatunku takich, które straszne są głównie wtedy, gdy wyobrażamy je sobie przy lampce nocnej. Pokazany - wypada żałośnie. Intryga jest nawet niezła, ale po stu latach już wszyscy wiedzą, jak to było. No i, serio, kto w XXI wieku przestraszy się "śladów wielkiego psa" ?!
Nie wiadomo, skąd Gatiss wziął odwagę, żeby mimo wszystko zmierzyć się z HOUN - ale za to, co z nim zrobił, mogę mu od dziś codziennie osobiście pastować buty. 
Wiadomo tylko, że jako holmesolog musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tych starych kłopotów i pewnie dlatego z nadludzką zwinnością udało mu się ominąć wszystkie bagienne pułapki - choć musiał wprowadzić do akcji również inne zwierzęta...




SPOILERY. DUŻE!



Holmes wyjeżdża i ludzie się nudzą, patrząc na Watsona? A czemu nie miałby wygłosić cytatu z Kanonu o ważnych sprawach i wysyłaniu Watsona, a potem przestać się wygłupiać? Bagno jest nudne? Zróbmy z tego las z czarcim jarem i autentyczne pole minowe przed wojskową bazą. Na pewno nie będzie mniej nastrojowo (oj, nie jest!). Potwór straszy tylko w wyobraźni? To niech i tam pozostanie! Pokażmy strach, pokażmy terror, pokażmy szaleństwo... ale pamiętajmy, że, jak powiedział Brett-Holmes w Eligible Bachelor, "there are no such horrors as the horrors of the mind". To nie jakiś kundel przyprawia ludzi o obłęd ze strachu, tylko ich własny umysł, poddany eksperymentom. Co więcej: to jest sam Kanon. Przecież ACD sugerował wyraźnie, jak ważną rolę odgrywało bezustanne podsycanie lęku Baskerville'ów przed starą legendą. Pamiętają, że to Stapleton? To niech tym razem nazwisko to nosi bezwzględna morderczyni fosforyzujących królików. Kanalią będzie kto inny. Nie będą się bali "śladów wielkiego psa", już choćby dlatego że samo zdanie "Mr Holmes, they were the footsteps of a gigantic hound" (ukochany przez sherlockistów cytat wszechczasów) brzmi dziś staroświecko? Obróćmy słabość w siłę. Niech Sherlock się nim zachwyci. Niech każe je powtórzyć - tu holmesiści będą już autentycznie ryczeć z zachwytu. Niech z jego powodu postanowi zająć się tą sprawą i niech wreszcie to właśnie zdanie i ten staroświecki "Hound" stanie się kluczem do całej, upiornej intrygi. Paradoksalnie niemal: o wiele bardziej realistycznej niż w dotychczasowych odcinkach. Podobne - koszmarne -  badania naprawdę miały miejsce. Ludzie naprawdę próbują zmajstrować fosforyzujące króliki. I gdyby tylko ktoś w jakiejś zabitej dechami dziurze zwęszył szansę na znęcenie turystów legenda o koszmarnym pas-kundlu, to z całą pewnością następnego dnia pierwszy dostępny, szczekający czworonóg zostałby ucharakteryzowany na potwora Frankensteina i byłby pokazywany za odpowiednią opłatą.



KONIEC SPOILERÓW

Efekt? "Hounds of Baskerville" są zarazem jedną z najwierniejszych i jedną z najśmielszych ekranizacji HOUN. Ale ten film, w odróżnieniu od innych "Psów...", ogląda się w napięciu od początku do końca.
"Psy..." Gatissa podobały mi się najbardziej ze wszystkich tych BBC-perełek także dlatego, że to "najprostszy" epizod. Nie ma tu, jak zauważył także Zwierz (którego recenzję podlinkuję jeszcze raz na końcu - nasze wrażenia były pod wieloma względami identyczne!) typowych dla Moffata fajerwerków i fabularnych efektów specjalnych. Tej prostoty, charakterystycznej dla opowiadań naszego kochanego Doktora, chyba trochę mi brakowało w porzednich odcinkach, które są takie nowoczesne, zamotane, szybkie, pękające od wątków i wymyślnych dialogów. Może się starzeję, ale potrzebuję więcej czasu na pełne przeżycie emocji i wejście w historię. Tu, na przykład, znalazło się dość scen, by wspaniale dawkować napięcie w wątku biedaczka Henry'ego, czyli naszego kochanego Alonsa (patrz: przedostatni post z przypisem). Jeszcze nigdy przedtem autentycznie nie bałam się o tego bohatera HOUN.
"Psy..." dają także Sherlockowi i Johnowi troszkę więcej czasu na świadome rozwijanie ich relacji. Tym razem zresztą i Cumberbatch i Freeman dostali wielkie pole do aktorskiego popisu i oni już wiedzieli, jak je wykorzystać.



MAŁE SPOILERY

Sherlock jest wspaniały w scenach manii i paniki. To po prostu on, Holmes z Kanonu, na drugim biegunie depresji (w sprawie Holmesa-ChADowca więcej w postach oznaczonych tą etykietą). Zakrwawiony, z harpunem w ręce, rozdygotany, wściekły, błagający o sprawę, o jakikolwiek ochłap, który mógłby cisnąć na pożarcie swojemu rozszalałemu umysłowi. Nie: podekscytowany. Nie: zabawnie gadatliwy, jak Downey. To jest prawdziwa mania, gonitwa myśli, nieznośne, wyczerpujące, pożerające napięcie.
I to jest prawdziwe przerażenie. Mało kto pokazał nam kiedykolwiek porządnie przestraszonego Holmesa, prawda? A to jest przecież - tak jak w Kanonie! - opowieść, w której Sherlock przez cały czas walczy o odzyskanie kontroli, nad przestępcą, ale i nad sobą. Jest poza swoim naturalnym środowiskiem - Londynem - i mierzy się ze sprawą, którą ze wszystkich sił stara się wyjaśnić w racjonalny sposób. Holmes nie może sobie pozwolić na najmniejsze zwątpienie w światło rozumu (i zdrowego rozsądku), to byłby jego koniec. Cumberbatch pokazuje nam to wstrząsająco dobitnie. Co ciekawe - i wspaniałe - wydaje się, że wizja utraty przyjaźni Watsona wywołuje w nim podobną panikę. Przez moment Sherlock chwyta za serce swoją nieporadnością w relacjach międzyludzkich... ale po chwili znowu wkurza bezczelnym eksperymentem na przyjacielu. Cały Holmes.
Watson... Watson nigdy nie był lepiej napisany ani zagrany. U Zwierza znajdziecie - między innymi - wspaniały gif, który pokazuje, jak nasz doktor potrafi przeobrazić się nagle w wysokiego rangą oficera. Potrafi też pięknie się fochać, z cudownym dystansem podchodzić do narcyzmu Sherlocka, z troską - do jego szaleństwa no i, co najważniejsze, jest wymarzonym partnerem. Każdy sherlockista zachwycony będzie sceną przeniesioną prosto z BLUE, w której Holmes usiłuje wyłudzić informacje pod pretekstem lipnego zakładu, a Watson musi błyskawicznie odnaleźć się w tej sytuacji.

KONIEC MAŁYCH SPOILERÓW

A na sam koniec: to, że nie było fajerwerków, nie oznacza, że brakowało charakterystycznych dla tej serii smaczków. Niezapomnianych min Mycrofta. Scen, w których fan Sherlocka wyraża rozczarowanie, że detektyw nie ma "tego kapelusza"... Korespondencji od niedoszłych klientów. Fantastycznych dedukcji, których, co naprawdę zadziwiające, twórcy w ogóle nam nie żałują. Jeszcze nigdy nie było takiej ekranizacji Sherlocka, w której włożono by tyle pracy w dopieszczanie jego rozumowań...
Nie chcę kończyć tej recenzji. Nie chciałam, by kończył się ten cudowny, najlepszy z możliwych HOUN, przedostatni już odcinek w króciutkim sezonie "Sherlocka".
A już na pewno nie chcę oglądać tego, TEGO Watsona, gdy dowie się, że Holmes spadł w otchłań Reichenbach.

Możemy się pocieszać, że "pewnie kiedyś zrobią następny sezon", że "można obejrzeć przecież inne EMPT". Za tydzień czeka nas emocjonalna jatka.


---
*Stali Czytelnicy pewnie są zdziwieni, skąd ten pierwszosobowy coming out Sherlockisty. To proste: szykuję uroczysty nastrój przed recenzją z "Reichenbach Falls". Przecież nie napiszę "Sherlockista się zryczał"!

niedziela, 8 stycznia 2012

"Game of Shadows" - sympatyczny sequel Sherlocka Ritchiego. Recenzja - sort of - Sherlocka - sort of.

"Sympatyczny" to takie pozytywne słowo. Przyjemne. Wesolutkie. Nieinwazyjne. No, takie sympatyczne. A teraz, czy wyobrażacie sobie, żeby komplement taki strzelić Sherlockowi Holmesowi?
No właśnie.
ShK bardzo się starał dać "Grze cieni" szansę. Do pierwszej części Sherlocka Ritchiego ma wręcz sentyment: była dla niego wielkim zaskoczeniem na plus, obejrzał ją w bardzo dramatycznych okolicznościach życiowych, a na dodatek, chociaż planował założenie sherlockistycznego bloga od dawna, to dopiero ten nowy, kinowy, masowo popularny Sherlock przekonał go, że w ogóle ktokolwiek będzie go kiedyś czytał. I tak oto entuzjastyczna wręcz recenzja z jedynki była pierwszym po powitaniu tekstem na Sherlockianach :)
Do końca miał ShK nadzieję, że dwójka, mimo zniechęcających trailerów i pogłosek, też go pozytywnie rozczaruje. No, niestety, nie tym razem.
Downey jest milutki, ma wielkie, sarnie oczy, bardzo jest nam przykro, kiedy go boli albo martwi się o Watsona, no a już zwłaszcza, gdy okazuje się, że taki wspaniały detektyw ma (bardzo liczne) słabostki i boi się wysokich koni. Ogromnie to jest wszystko sympatyczne, ale z postaci, która w pierwszej części miała sporo kanonicznych rysów (szczegóły w zlinkowanej recenzji) zostało skrzyżowanie Chucka Norrisa z klaunem. Niby twórcy podjęli jeszcze jakieś próby nawiązań do tekstów, była nawet garstka cytatów (wiadomość dla Watsona, skrawki dosłownie w dialogach z Moriarty'm), ale nie widać już żadnej spójności w tej postaci. Sherlockista napisałby, że wydaje się okropnie papierowa (aktorstwo Downeya też pozostawiło tym razem sporo do życzenia), ale momentami zastanawiał się, czy ekipa w ogóle zadała sobie trud, by spisywać jakieś scenariusze. Niby dzieje się sporo dramatycznych rzeczy, które powinny Sherlocka obejść osobiście - ale, no właśnie: niby. Niby na początku widzimy Sherlocka w manii, ale po chwili mu przechodzi i jest tym samym luzakiem, co zawsze. Niby rozwiązuje najważniejszą sprawę w karierze, ale dopytuje się co chwila, czy Watson dobrze się bawi, jak gdyby w gruncie rzeczy chodziło jednak o to, by wygrać w pojedynku na fajność z Mary...
Najgorsze jest chyba to, że tego Sherlocka nikt nie szanuje. Nawet pani Hudson pozwala sobie na pyskowanie. Wprawdzie Holmes potrafi wspaniale przywalić, i to dedukując precyzyjnie zachowanie przeciwnika, ale poza tym jest raczej zabawny. Hoduje w domu dżunglę, chodzi wiecznie wyśmodruchany i niedogolony, bez przerwy mu się coś myli,  przymila się do opryskliwego Watsona, tańcuje z Cyganami... Amerykańskie nastolatki na pewno są zachwycone. Sherlockista mniej.

Teoretycznie niżej znajdzie się sporo spoilerów, ale ponieważ większość z tego była w trailerach a trudno spoilować film, który, jak już zostało powiedziane, ma tylko śladowe ilości scenariusza i właściwie żadnych specjalnie zaskakujących elementów, chyba można czytać spokojnie.


Poprzednia część ujęła Sherlockistę od razu - świetną muzyką - i była jak zaproszenie do dobrej zabawy, któremu nie dało się odmówić. Ta, z wszystkimi wybuchami, Irenami, Cyganami, terrorystami, oprychami, ślubami i naparzankami - jest zupełnie nijaka. To żadne zaskoczenie. Filmy są jakieś prawie zawsze dzięki wyrazistym głównym bohaterom, trzymającemu w napięciu konfliktowi lub tajemnicy. Prawie nigdy - z powodu bogatego wyboru płaskich zupełnie postaci, których nie mamy ani kiedy poznać ani się nimi przejąć oraz licznych wybuchających drzew.
Abstrahując od zepsutego zupełnie w sequelu Sherlocka Holmesa, główna wada filmu jest taka: między wszystkimi tymi burdami i strzelaninami nie ma kiedy zbudować spójnej fabuły, wciągającej zagadki, którą Holmes musiałby rozwiązać (inaczej niż pięścią), wielkiego konfliktu, który budziłby narastające emocje bohaterów i nasze (widać ślady po chaotycznych próbach dodania bohaterom rzeczywistych motywacji, ale tu też twórcy przesadzili: może Sherlockowi chodzi trochę o Adler, na pewno o, to, żeby przyimponować Watsonowi, przy okazji go chroniąc, ale też tak w ogóle o to, żeby wygrać pojedynek, no i w sumie warto by było uchronić społeczeństwo przed gadem, a i jeszcze przy okazji pomóc tej fajnej Cygance... - u ACD mamy proste starcie największego z detektywów z Napoleonem Zbrodni i wszyscy przejmują się tym o wiele bardziej).
Sherlockista nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że kręcąc kolejne sceny, twórcy zamiast klecić historię o Holmesie, zadawali sobie pytania w rodzaju: "a co by tu zrobić, żeby było z jajem? może niech Watson pobije się przy kartach? ekstra, nie? A może potańczą? E! Ze sobą potańczą, takie pikantne się zrobi! O, a w pociągu niech Sherlock przebierze się za kobietę, na tym zawsze się śmieją, rany no, Holmes w szmineczce, ale odjazd, popkornem będą prychać na odległość! Tylko Mycroft taki sztywny... może niech się rozbierze!!! Goły Mycroft! Czujecie? Goły! Buahaha!"
A potem naprawdę trudno powiedzieć, czemu właściwie Watson gra w karty zamiast pomagać Sherlockowi i czemu, na litość boską, Mycroft epatuje biedną Mary swoimi wdziękami. Czyżby był aż takim oryginałem i do tego stopnia odwykł od życia towarzyskiego, że nie przyszło mu do głowy włożyć szlafrok? Czemu w takim razie w innych scenach jest czarującym dyplomatą i duszą towarzystwa? Nie zrozumcie Sherlockisty źle, Stephen Fry akurat stanął na wysokości zadania i tak jak wszyscy oczekiwali, cudownie pasuje do swojej roli. Tylko że jego rolą jest bycie kolejnym comic relief, czyli zabawnym gościem dającym nam odpocząć od stresów, które rzekomo rodzi główna linia fabuły. Kto w tym filmie właściwie nie służy za comic relief?
Na szczęście: Moriarty, czyli Jared Harris. Oraz jedna z najbardziej udanych i kanonicznych postaci w Game of Shadows: supersnajper, pułkownik Moran (Paul Anderson). ShK musi przyznać, że czarne charaktery udały się w sequelu nadspodziewanie dobrze. Budzą autentyczną grozę i są bardzo blisko ACD. Spotkanie bohaterów - wprawdzie nie na Baker Street, ale uniwersytet jest do zaakceptowania - należy do lepszych fragmentów filmu, a ich finałowy pojedynek nad wodospadem to już wręcz kawał wspaniałego holmesowego kina. Serio serio. Pewnie także dlatego, że Ritchie pokornie skorzystał w tych akurat partiach z prozy ACD...
Świetnym oryginalnym pomysłem Ritchiego było też wysłanie Profesora do opery. Don Giovanni zawsze fenomenalnie wygląda w kinie i w "Grze cieni" także nie zawodzi.

Niestety, nawet Moriarty'emu przyszło też wystąpić w sekwencji zupełnie groteskowej, z rzeźnickim hakiem (jak wiadomo, scenom tortur musi towarzyszyć dla kontrastu sielska muzyka klasyczna) oraz długim, nużącym pościgiem, w którym burzy się kilka budynków i strzela ze sporych armat. Do ludzi w lesie. I na koniec, pokazuje się subtelnie, że Watson jest jednak przywiązany do Holmesa: robi mu się smutno, gdy przyjaciel prawie umiera.
Sam Watson zresztą jest bardzo dobrze zagrany, ale w tej części mocno już przerysowany. W relacji bohaterów zdecydowanie za dużo jest efektów specjalnych w postaci bójek, kłótni, rywalizacji nawet (!), łez, uwodzenia i przytulania się nago, a za mało esencji: czyli partnerstwa.
O Sim nie ma ShK zbyt wiele do powiedzenia. Ktoś uznał, że  Cyganka będzie elementem cool - i jest, zwłaszcza w wydaniu utalentowanej Noomi Rapace. Co Simza robi poza tym dla rozwoju fabuły/akcji lub bohaterów, trudno powiedzieć. A, dobrze i sprytnie się bije.
Ktoś uznał też, że elementem cool będzie, jeśli Watsonowa Mary (Kelly Reilly) także przyczyni się do powalenia Moriarty'ego, co jest bardzo sympatycznym pomysłem z punktu widzenia ruchu na rzecz pokazywania w kinie kobiet jako ciekawych ludzi, a nie tylko laleczek w opałach. Niestety, jeśli obstawimy Holmesa nie tylko superinteligentną Adler, bitnym, sprytnym i momentami dominującym Watsonem, Cyganką-karateką, ale jeszcze na dodatek asertywną i oblataną w szpiegowskich technikach Mary, to przestaje go być widać. A pamiętajmy, że Downey sam z siebie jest niewysoki...
Podsumowując, ani zwykłym widzom ani sherlockistom nie grozi na tym filmie atak szału, rozpaczy lub śmiechu. W ogóle nic szczególnego się nie wydarzy. Zobaczycie takiego sobie hollywoodzkiego wycierucha z kilkoma błyskami czegoś lepszego. Sherlockista nie mógł się oprzeć wrażeniu, że pod tymi wszystkimi burdami, żarcikami i gonitwami siedzi o wiele lepszy film, który trzeba by było najpierw ociosać z amerykańskich pomysłów na to, co bawi widownię.
Gdyby twórcy byli zainteresowani, jak to się robi, zawsze mogą obejrzeć z nami Sherlocka BBC: dziś Brytole dostaną "Hounds of Baskerville".
Porównywania obu produkcji raczej Sherlockista nie przewiduje. Byłoby to zupełnie zbędne, a przy tym okrutne.

P.S. Dla śledzących Sherlockianowy spór o Irene (głównie w komentarzach): przeczytajcie głos Ninedin (na stałe podlinkowana z lewej strony ;).

czwartek, 5 stycznia 2012

Na szybko! Moffat, kobiety, Pies, Duży Format, Game of Shadows i Alonzo!

Sherlocksita serdecznie zachęca, żeby kupić dziś Wyborczą, w której znajdziemy
 - długą recenzję sequela Ritchiego, Game of Shadows (o dziwo, bardzo entuzjastyczną!)
(i w Dużym Formacie)
 - długi artykuł o Downeyu
 - przeglądowy artykuł o Holmesie w kinie z bardzo ładnymi i ciekawie dobranymi zdjęciami (ShK wzruszył się faktem, że Nicholas Rowe z Młodego Sherlocka i Piramidy także znalazł tam swoje miejsce :)
To raz.
Sam Sherlockista zrecenzuje Game of Shadows prawdopodobonie w sobotę, bo z przyczyn technicznych (boi się iść na to sam, a wsparcie moralne uzyska dopiero za 24 h) obejrzy go dopiero jutro. Stay tuned!
To dwa.
Moffat sam musiał się zmierzyć z częścią oskarżeń, które i Wy wobec niego wysunęliście - kto nie widział, niech koniecznie zajrzy do bardzo ciekawej dyskusji pod recenzją "Scandal in Belgravia". Czytelnicy zarzucają twórcom m. in., że:

uwaga SPOILERY!

Irene przegrywa, chociaż według Kanonu nie powinna, co gorsza: (jak wszystkie silne kobiety Moffata) przegrywa, bo ulega uczuciu, zadaje się z tą szumowiną, Jimem, jest mniej pozytywną postacią i zachowuje się chyba jednak zbyt, bo ja wiem, wulgarnie? (z tym ostatnim zarzutem ShK się akurat zgadza, przed pozostałymi raczej Moffa broni).

koniec SPOILERÓW!

Okazuje się, że i sam Moffat musiał zmierzyć się z podobną krytyką w tej sprawie. Na konferencji przy okazji pokazu kolejnego odcinka, "Psa..." (czy raczej: "Psów..."!), dziennikarze zarzucili mu, że jest seksistą i mizoginistą (!) i że jeśli w roku 2012 bohaterka jest w gorszej sytuacji niż w roku 1891 to znaczy, że coś jest nie tak (co do tego zarzutu, to Sherlockista nie zgadza się akurat tak zdecydowanie, że nawet nie uważa tego za spoiler: to po prostu jawny fałsz!).
Moff zareagował furią na oskarżenia pod własnym adresem i bronił również Sherlocka, chociaż nienajmądrzej. Powiedział, między innymi, że w Kanonie Holmes nie może znieść, gdy kobiety są krzywdzone i budzi to w nim oburzenie. To prawda, ale ShK osobiście bardzo nie lubi, gdy jacyś współcześni samozwańczy rycerze nieproszeni rzucają się, by go bronić (jako tej słabej niewinnej białogłowy w opresji)* i uważa to właśnie raczej za seksizm i objaw miłości do własnego, męskiego ego niż za cokolwiek innego. Ta więc akurat cecha spokojnie mogłaby w uwspółcześnionej ekranizacji ulecieć w kosmos.

uwaga, malutki SPOILER


Nie oznacza to, że ShK ma cokolwiek przeciwko scenom  z panią Hudson, w której reakcja Holmesa jest ze wszech miar uzasadniona: brutale z Ameryki dopuścili się ataku na osobę ewidentnie starszą i słabszą, a przy tym Sherlockowi bliską.

koniec malutkiego SPOILERA

Więcej (spoilerowatych) szczegółów tu. Na tej samej konferencji po raz kolejny ciekawymi wypowiedziami popisał się Benedict, który trafnie zauważył, że chociaż Holmes dysponuje pewnymi supermocami, to jednak nie jest to nic takiego, co wymaga zostania bohaterem komiksu i noszenia majtek po zewnętrznej stronie spodni. Zazdrości swojemu bohaterowi umiejętności i to właśnie dlatego, że są one - co najmniej w pewnym stopniu - osiągalne dla każdego, kto zechce włożyć w trening odpowiednio wiele pracy. Cumberbatch powinien zacząć uważać. Kto zbyt mocno wchodzi w rolę Sherlocka, ten na ogół przypłaca to rozstrojem nerwowym (patrz: Stephens, patrz: Brett...)... Z drugiej strony, to właśnie tacy aktorzy ofiarowują nam te najgenialniejsze momenty holmesizmu ;)
To było długie trzy.
A na koniec, no co? Oczywiście trailer do "Hounds of Baskerville", które BBC emituje już w niedzielę!
Sherlockista przypomina tylko, że ten odcinek pisał Gatiss, że będzie to horror i że z pierwszych przecieków wynika, że różni się on mocno od SCAN, choć na pewno nie poziomem :)

A teraz do wszystkich whovistów przed monitorami: I rrraaaz, dwaaaa, trzyyyy...
Allons-y Alonso!!!**



---
*Pod żadnym pozorem nie należy mylić takich sytuacji z normalną pomocą od bliskich i znajomych płci męskiej (czy dowolnej).
** Inside joke: Henry'ego gra Russell Tovey, aktor, który wystąpił niegdyś w świątecznym Doktorze Who jako Midshipman Alonso Frame właśnie. Wówczas Doktor był jeszcze w swoim niezapomnianym i przez wielu ukochanym Dziesiątym wcieleniu i grał go najcudowniejszy pod słońcem David Tennant. Ten Dziesiąty Doktor lubił bardzo francuski zwrot "Allons-y!" (wym. w przybliżeniu "aląz-i", a znaczący tyle, co "chodźmy!" czy "ruszajmy!") i wyznał kiedyś, że marzy o tym, by chociaż raz w życiu wykrzyknąć "Allons-y, Alonso!". Wyobraźmy sobie radość - Doktora i milionów telewidzów - gdy przyszło Dziesiątemu zawołać tak do Midshipmana Frame'a :)

środa, 4 stycznia 2012

"Scandal in Belgravia". BBC Sherlock, season 2, episode 1. Po polsku: odlot!

[Można czytać spokojnie, nie ma żadnych nowych spojlerów.]

Pierwszy sezon Sherlocka z XXI wieku, Sherlocka uwspółcześnionego, przeniesionego w inną epokę, z wyrazistą obsadą i bardzo śmiałymi rozwiązaniami fabularnymi, powinien był wywołać kontrowersje i ambiwalentne uczucia. Tymczasem, ku radosnemu zdziwieniu Sherlockisty, otoczył go bez mała kult, i to zarówno ze strony hardkorowego Holmesowego fandomu, jak i zwykłych wielbicieli seriali detektywistycznych, którzy na myśl o Kanonie dyskretnie tłumią ziew.
Musi ShK wyznać, że choć oficjalnie w blogu tryskał entuzjazmem, w skrytości serca na myśl o kontynuacji odczuwał dreszcze obawy. Czy chłopcy dadzą radę? Czy udźwigną? Czy nie zepsują? - a stawka jest niebagatelna, bo podobnego rozkwitu nie zaznał wspomniany sherlockistyczny fandom od czasów Jeremy'ego Bretta i mamy szansę zostać świadkami narodzin kolejnej wielkiej legendy i wielkiego cyklu. Każda wtopa mogłaby przynieść niepowetowane straty - zdechnięcie oglądalności, brak zamówienia na kolejny sezon i szansy na poprawę, a w konsekwencji również wygaszenie mody na Holmesa. I kolejne dwadzieścia lat bryndzy, Richardów Roxburghów (brrrr) i innych Mattów Frewerów (auć). Pierwszego stycznia targał zatem Sherlockistą, obok noworocznego kaca, także stres.
Moffat, Gatiss, Cumberbatch, Freeman i reszta Ekipy ukoili  nerwy ShK około trzeciej minuty projekcji. Przez kolejne 87 nie myślał już Sherlockista o niczym niezwiązanym z akcją, a jeśli dawał wyraz refleksjom o charakterze ocennym, to miały one postać głównie nie do końca artykułowanych, za to ekspresywnych okrzyków "ale czad!".
Jeśli zaś wahał się co do treści recenzji, to głównie w kwestii kolejności zachwytów. Po namyśle jednak...
po pierwsze chciałby powiedzieć, że Cumberbatch jest wspaniały. Dostała mu się rola trudniejsza niż w poprzedniej serii, wiele emocji do wygrania, wiele złożonych relacji, w których wspaniale potrafił się odnaleźć - nie tylko z Irene Adler, ale również z Johnem i Mycroftem, a nawet z biedną Molly Hooper. I dał popis.
Po drugie, sprawę ułatwili mu oczywiście scenarzyści. Sherlockista do tej pory myślał, że tylko Bert Coules (także z BBC) bezbłędnie wyczuwa, jak pisać Holmesa, jakie słowa wkładać mu w usta i jakie zachowania, kiedy pozwalać mu ujawnić odrobinę emocji, a kiedy podkreślić, jak mocno odbiega od społecznej normy. Moffat z Gatissem radzą sobie może nawet jeszcze lepiej. Oni po prostu robią wszystko dobrze. Właściwie. Jak powiedziałby Mozart z "Amadeusza" Formana: jest dokładnie tyle nut, ile trzeba. Tyle współczesnego luzu i tyle bezpośrednich cytatów, by Holmes brzmiał zarazem kanonicznie i naturalnie. Tyle dedukcji (świetnie i zabawnie pokazywanych na ekranie) i tyle towarzyskich wpadek, ile zaliczał ich Sherlock ACD. Tyle akcji (łącznie z absolutnie cudowną sceną defenestracji!) i tyle snucia się po domu (oraz pałacu Buckingham) w prześcieradle; tyle skrzypiec... a właśnie...
Po trzecie, ach, te skrzypce...
Czy Czytelnicy pamiętają może jedną z najczulszych notek w historii Sherlockianów, tę o PLOSH (Private Life of Sherlock Holmes)? To był ten oburzający film o Holmesie, miłości i smutnych skrzypcach, którego żaden szanujący się sherlockista by nie zniósł, gdyby zarazem go nie kochał, i którego niech nikt nigdy nie waży się naśladować. Oczywiście nikt oprócz ekipy BBC. Sherlockista nie wie naturalnie, na ile nawiązania do PLOSH były zamierzone, a na ile nasunęły się same na skutek podobieństw fabularnych, ale, o rany no, są naprawdę okropnie wzruszające. Także same w sobie. Nie znaczy to na szczęście, że jest to jednak wbrew obietnicom romansidło.
Po czwarte bowiem, Irene Adler jest dokładnie tą osobą, którą by była, gdyby nasza droga śpiewaczka i awanturnica z wieku XIX urodziła się sto lat później. Lara Pulver spisała się świetnie, ale jeszcze lepiej spisał się Moffat.
Wielbiciele "Sherlocka" mogli tego jeszcze nie zauważyć, ale fani drugiego słynnego dziecka Moffata, nowych serii Doktora Who, już wiedzą, że autor ten ma słabość do silnych postaci kobiecych. W fandomie whovistów jednym z ważnych punktów sporów jest to, czy Moffat nie przesadził, wprowadzając do fabuły postać żony Doktora, która jest tak barwna, tak wszystkowiedząca i tak we wszystkim oblatana (dosłownie! ona wie lepiej jak kierować samą TARDIS!), że przyćmiewa głównego bohatera. Można było się obawiać, że także Adler okaże się trochę przerysowana. Ale i ten niepokój okazał się nieuzasadniony. Irene jest wspaniałą, naprawdę godną przeciwniczką, jednak ilekroć wydaje nam się już, że Sherlock dał się podejść jak dziecko, tylekroć scenariusz funduje nam nowy zwrot akcji. Wszystkim, którzy wciąż nie mogą przełknąć superwoman Adler, Sherlockista uprzejmie przypomina, że w opowiadaniu to ONA wygrała :)
Po piąte, nie chciałby Sherlockista Was zanudzić achami i ochami na temat aktorów, ale nie da się pominąć Johna, a zwłaszcza Mycrofta. Hobbit po prostu trzyma formę, Mycroft jednak rozwinął się bardzo i wykorzystuje w pełni dłuższy czas ekranowy. Jego minę na widok Sherlocka w prześcieradle nazwałby Sherlockista 'bezcenną', ale jakie zachwyty pozostałyby mu wtedy na opisanie bardziej dramatycznych momentów w wykonaniu Gatissa?
Po szóste i ostatnie, twórcy nie bali się niczego. Nie bali się nakręcić Sherlocka z papierosem (za co jest im ShK osobiście wdzięczny, niewiele rzeczy budzi w nim tyle odrazy, co współczesny faszystowski prozdrowotny terror), nie bali się pokazać gołej kobiety przed 21 (za to, naturalnie, zgarniają baty od pruderyjnych recenzentów, ale tego rodzaju pruderia budzi w ShK bodaj jeszcze większą odrazę), i nie bali się wreszcie spisać na nowo aż kilku Kanonicznych przebojów. Dosłownie! Zajrzyjcie na blog Watsona, a znajdziecie zapiski z paru spraw, których "zajawki" pokazują nam na początku odcinka. "Speckled Blonde" i "Geek Interpreter" (to nie są literówki) to błyski Moffatowo-Gatissowego geniuszu. Za (uwaga! kto nie oglądał jeszcze filmu niech tam pod żadnym pozorem nie wchodzi, bo zepsuje sobie moment najczystszej holmesologicznej radości :)) wycinki prasowe pod tytułem "Hat-man and Robin" wybacza ShK całej ekipie wszystkie wpadki na dziewięć odcinków w przód.
A oby było ich jeszcze więcej.
Jeśli coś może Sherlockista zarzucić temu SCAN, to dotyczy to dialogów z Adler. Może trochę za bardzo wyeksponowane są prowokacje i aluzje seksualne? Momentami niby to śmiałe wypowiedzi Irene brzmią raczej komicznie niż ekscytująco. Poza tym, można by odrobinkę przerobić montaż. Z początku gubimy kilka miesięcy życia Sherlocka i nie jest do końca jasne czemu ani w jaki sposób, pod koniec troszkę zaczynamy tracić ciągłość w śledzeniu głównej intrygi. Ale to naprawdę czepialstwo, które ma raczej uwiarygodnić Sherlockistę w roli odpowiedzialnego recenzenta i zatuszować fakt, że w istocie jest po prostu pijanym z rozkoszy fanem ;)
Na szczęście, nie jest ShK w swojej radości odosobniony - zarówno Telegraph, jak i Den of Geek opublikowały recenzje, które aż wzruszają stężeniem zachwytu.
Bo i tak naprawdę, to porządnie wkurzają w nowym Sherlocku tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce legalnie dostępny jest tylko za ciężkie pieniądze.
A po drugie, jak ja mam po Czymś Takim iść i z życzliwą obiektywnością oglądać w czwartek jakiegoś Ritchiego???
P.S. Uwaga - w komentarzach już są spojlery!