Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zły Holmes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zły Holmes. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 grudnia 2012

ShKA - 14 grudnia. N jak NO.

Jest dzisiaj z nami gość specjalny, który specjalnie dla Czytelników Sherlockianów zechciał powiedzieć nam parę słów o jednym z najwybitniejszych dzieł holmesologicznej kinematografii.
Przygotujcie się na literkę

Zwiniętą stąd.

niedziela, 13 maja 2012

To baldly go... A miało być o bardzo złym "Psie..."!

Dziś dla odmiany jedna z tych zapowiadanych krótszych notek, bo i temat dziś wyjątkowo lekki i długich wywodów niewymagający.
Rzecz będzie o zbawieniu.
Filozofia współczesna bardzo lubi pożyczać sobie od teologii pojęcie zbawienia, wyjmuje z niego (B)bogów i eschatologię, a wkłada najdziwaczniej pojmowane usensownianie, przesuwa z jakichś meta-światów do doczesnego łez padołu, wydziera z przyszłości i usiłuje wysłać je w TARDIS gdzieś w stronę dinozaurów... Spokojnie. O tym nie będzie.
Bo co to znaczy "zbawić film", to chwytamy intuicyjnie bez żadnej pomocy filozofów, prawda?
Zbawia film dokładnie ten aktor, pomysł, scena, fragment muzyki lub dialog, dzięki któremu po skończonej projekcji nie decydujemy się używać płyty z owym filmem w charakterze podstawki pod doniczkę, ewentualnie oddać jej znajomemu żywemu dwulatkowi, żeby naprawdę poczuła, że umiera.
Jak się domyślacie, większość filmów w ogóle zbawiania nie wymaga, najwyżej lekko znudzeni machniemy nieprzyjemną recenzję, albo podarujemy go nielubianej znajomej o snobistycznych zapędach, z miną sugerującą wyraźnie, że ludzie naprawdę intelektualnie dojrzali na każdym kroku odkrywają w nim nowy wymiar wszechbytu. Niektóre pozycje sprawiają jednak tyle bólu, że nawet w łagodnych widzach (a Sherlockista za takiego się uważa) budzi się czasem wściekła, mordu i pomsty żądna, bestia.
I taką właśnie pozycją jest "Pies Baskerville'ów" z roku 1972 z bardzo słynnym Stewartem Grangerem w roli głównej. Zaiste, jest to Pies groźny - potwór z bagien, monstrum, który nie tylko tumani i przestrasza, ale i mocno kąsa po łydkach, zostawiając trwałe blizny i urazy.

niedziela, 29 kwietnia 2012

Apokryfy, Laurie King i ktoś tu jest na to wszystko za stary.

Pamiętacie, jak w poprzedniej notce skarżyłam się na przestój w tematach, który był przyczyną dłuższej przerwy? Trochę oszukiwałam. Tak naprawdę nie muszę czekać na żadne ekscytujące niusy (w rodzaju: "aż się boję, jaki poziom musiała osiągnąć brytyjska telewizja, skoro "Sherlock" jako całość nie zasłużył nawet na nominację do BAFTy!"), bo wiele tekstów od dawna już czeka na napisanie. Czasem tylko brakuje jeszcze trochę researchu (jak przypadku całego działu "Stare Sherlocki", który miał się tu pojawić już od samych początków bloga), czasem ochoty, by dokończyć film do zrecenzowania (nawet nie wiecie, nawet nie podejrzewacie, jakie dwa cudowne koszmarki chowam dla Was w rękawie!), ale bardzo rzadko śmiałości.

środa, 28 marca 2012

O tym, że na Sherlocka trzeba wyglądać.

Wszyscy znamy to uczucie, które nas ogarnia, gdy widzimy właściwego człowieka na właściwym miejscu. Na Sherlockianach często opowiadałam o tych wspaniałych momentach, kiedy patrzyłam na twarz na ekranie i nagle wiedziałam, że nie ma tu w ogóle o czym dyskutować. To był właśnie "on"! Świadomość, że ktoś pasuje gdzieś idealnie i nic się nie da na to poradzić napawa mnie wręcz czymś, na co po polsku nie ma tak dobrego słowa jak angielskie "awe", oznaczające zarazem podziw i przerażenie. Różnie zaczynały się moje wielkie przygody, czasem jak grom z jasnego nieba, od pierwszego "Barcelona", czasem jak w komedii romantycznej: od "kto to w ogóle jest?!" do zdławionego "zdaje się, że to najlepszy Holmes, jakiego kiedykolwiek zobaczę w życiu", a czasem jeszcze od konstatacji "jaki fajny szalik".