Dziś dla odmiany jedna z tych zapowiadanych krótszych notek, bo i temat dziś wyjątkowo lekki i długich wywodów niewymagający.
Rzecz będzie o zbawieniu.
Filozofia współczesna bardzo lubi pożyczać sobie od teologii pojęcie zbawienia, wyjmuje z niego (B)bogów i eschatologię, a wkłada najdziwaczniej pojmowane usensownianie, przesuwa z jakichś meta-światów do doczesnego łez padołu, wydziera z przyszłości i usiłuje wysłać je w TARDIS gdzieś w stronę dinozaurów... Spokojnie. O tym nie będzie.
Bo co to znaczy "zbawić film", to chwytamy intuicyjnie bez żadnej pomocy filozofów, prawda?
Zbawia film dokładnie ten aktor, pomysł, scena, fragment muzyki lub dialog, dzięki któremu po skończonej projekcji nie decydujemy się używać płyty z owym filmem w charakterze podstawki pod doniczkę, ewentualnie oddać jej znajomemu żywemu dwulatkowi, żeby naprawdę poczuła, że umiera.
Jak się domyślacie, większość filmów w ogóle zbawiania nie wymaga, najwyżej lekko znudzeni machniemy nieprzyjemną recenzję, albo podarujemy go nielubianej znajomej o snobistycznych zapędach, z miną sugerującą wyraźnie, że ludzie naprawdę intelektualnie dojrzali na każdym kroku odkrywają w nim nowy wymiar wszechbytu. Niektóre pozycje sprawiają jednak tyle bólu, że nawet w łagodnych widzach (a Sherlockista za takiego się uważa) budzi się czasem wściekła, mordu i pomsty żądna, bestia.
I taką właśnie pozycją jest "Pies Baskerville'ów" z roku 1972 z bardzo słynnym Stewartem Grangerem w roli głównej. Zaiste, jest to Pies groźny - potwór z bagien, monstrum, który nie tylko tumani i przestrasza, ale i mocno kąsa po łydkach, zostawiając trwałe blizny i urazy.