Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ChAD. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ChAD. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 lutego 2018

Pan Sherlock Holmes i melancholia



Dawno dawno temu, przed cudownym odrodzeniem i odmłodzeniem fandomu dzięki serialowi BBC, brytyjscy afficionados tym różnili się od amerykańskich, że rzadziej uzurpowali sobie prawo do mówienia swojemu ukochanemu detektywowi po imieniu. Baker Street Irregulars z Nowego Jorku - to zawsze byli “Sherlockiści”, ale w Londynie mieszkali raczej “Holmesianie”. Brakuje mi czasem tego sztywnego “Mr Sherlock Holmes”, wyżej uszu już mam tego swojskiego “Sherlocka” odmienianego przez wszystkie przypadki. “Sherlock”, ziom “Johna”, uczłowieczany tak pracowicie, taki załzawiony, zrozpaczony i wściekły, taki emocjonalny, taki już-nie-maszyna, tyle ma okropnych problemów, rodzina toksyczna, tu fest ućpany, tam się napił za dużo, toastów się boi, zbić się dał i skopać, ale i tak sądzi jeszcze, że mu się należało, bo taki już gorszy jest, i nóżkę ma mniej albo bardziej, w życiu mu ogólnie nie wyszło i kto go przytuli.
No nie ja, w każdym razie. Z całą pewnością utulą go wystarczająco, a może i aż nadto niezliczoni fanfikowi Johnowie i kogo tam jeszcze naniesie fanfikowym Sherlockom wyobraźnia cudownych wariatów, którzy potrafią natrzaskać tyle tekstów dla czystej frajdy pobycia z takim bidulkiem ciaptakiem popapranym.

Ja nie mam z tego frajdy. 


sobota, 4 lutego 2012

Prezent na urodziny: Cumberbatch czy Brett? W promocji Merrison!

Sherlockiana urodziły się 26 stycznia 2010, ale pierwszy prawdziwy post opublikowałam dopiero prawie miesiąc później, 22 lutego. W związku z czym postanowiłam obchodzić urodziny wtedy, kiedy akurat przyjdzie mi do głowy dobry prezent.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

"Hounds of Baskerville". Wierny "Pies..."!

To był najlepszy, jak dotąd, odcinek z obu sezonów "Sherlocka" BBC - a to pewnie będzie moja pierwsza opinia o tym wspaniałym serialu, która wywoła kontrowersje.
Czytałam* już sporo komentarzy w rodzaju "nie no, w sumie też fajne..." i zupełnie im się nie dziwię. W kategorii "film detektywistyczny dla szerszej publiczności" żaden "Pies..." nigdy nie będzie miał szans w pojedynku z dynamicznymi mieszankami kryminałów, szpiegowskich intryg i pojedynków z kultowymi postaciami Holmes-świata.

Ale ja nie jestem normalną publicznością, tylko maniaczką Sherlocka Holmesa, a to jest to najwspanialszy "Pies..." w historii wielkiego i małego ekranu. Co prawda, konkurencja imponuje raczej ilością (Rathbone, 2 Cushingi, Brett, Frewer, Roxburgh, 5 innych, o których akurat zapomniałam i 20, o których w życiu nie słyszałam i pewnie nie chciałabym słyszeć) niż jakością, ale właśnie dlatego osiągnięcie Gatissa zupełnie poważnie odebrało mi oddech. Tego się nie da dobrze zekranizować. Holmesa przez większość czasu nie ma. Bagno jest wdzięcznym obiektem romantycznych opisów Watsona, ale na ekranie wygląda potem jak mało ekscytujące błocko. Potwór jest z gatunku takich, które straszne są głównie wtedy, gdy wyobrażamy je sobie przy lampce nocnej. Pokazany - wypada żałośnie. Intryga jest nawet niezła, ale po stu latach już wszyscy wiedzą, jak to było. No i, serio, kto w XXI wieku przestraszy się "śladów wielkiego psa" ?!
Nie wiadomo, skąd Gatiss wziął odwagę, żeby mimo wszystko zmierzyć się z HOUN - ale za to, co z nim zrobił, mogę mu od dziś codziennie osobiście pastować buty. 
Wiadomo tylko, że jako holmesolog musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tych starych kłopotów i pewnie dlatego z nadludzką zwinnością udało mu się ominąć wszystkie bagienne pułapki - choć musiał wprowadzić do akcji również inne zwierzęta...




SPOILERY. DUŻE!



Holmes wyjeżdża i ludzie się nudzą, patrząc na Watsona? A czemu nie miałby wygłosić cytatu z Kanonu o ważnych sprawach i wysyłaniu Watsona, a potem przestać się wygłupiać? Bagno jest nudne? Zróbmy z tego las z czarcim jarem i autentyczne pole minowe przed wojskową bazą. Na pewno nie będzie mniej nastrojowo (oj, nie jest!). Potwór straszy tylko w wyobraźni? To niech i tam pozostanie! Pokażmy strach, pokażmy terror, pokażmy szaleństwo... ale pamiętajmy, że, jak powiedział Brett-Holmes w Eligible Bachelor, "there are no such horrors as the horrors of the mind". To nie jakiś kundel przyprawia ludzi o obłęd ze strachu, tylko ich własny umysł, poddany eksperymentom. Co więcej: to jest sam Kanon. Przecież ACD sugerował wyraźnie, jak ważną rolę odgrywało bezustanne podsycanie lęku Baskerville'ów przed starą legendą. Pamiętają, że to Stapleton? To niech tym razem nazwisko to nosi bezwzględna morderczyni fosforyzujących królików. Kanalią będzie kto inny. Nie będą się bali "śladów wielkiego psa", już choćby dlatego że samo zdanie "Mr Holmes, they were the footsteps of a gigantic hound" (ukochany przez sherlockistów cytat wszechczasów) brzmi dziś staroświecko? Obróćmy słabość w siłę. Niech Sherlock się nim zachwyci. Niech każe je powtórzyć - tu holmesiści będą już autentycznie ryczeć z zachwytu. Niech z jego powodu postanowi zająć się tą sprawą i niech wreszcie to właśnie zdanie i ten staroświecki "Hound" stanie się kluczem do całej, upiornej intrygi. Paradoksalnie niemal: o wiele bardziej realistycznej niż w dotychczasowych odcinkach. Podobne - koszmarne -  badania naprawdę miały miejsce. Ludzie naprawdę próbują zmajstrować fosforyzujące króliki. I gdyby tylko ktoś w jakiejś zabitej dechami dziurze zwęszył szansę na znęcenie turystów legenda o koszmarnym pas-kundlu, to z całą pewnością następnego dnia pierwszy dostępny, szczekający czworonóg zostałby ucharakteryzowany na potwora Frankensteina i byłby pokazywany za odpowiednią opłatą.



KONIEC SPOILERÓW

Efekt? "Hounds of Baskerville" są zarazem jedną z najwierniejszych i jedną z najśmielszych ekranizacji HOUN. Ale ten film, w odróżnieniu od innych "Psów...", ogląda się w napięciu od początku do końca.
"Psy..." Gatissa podobały mi się najbardziej ze wszystkich tych BBC-perełek także dlatego, że to "najprostszy" epizod. Nie ma tu, jak zauważył także Zwierz (którego recenzję podlinkuję jeszcze raz na końcu - nasze wrażenia były pod wieloma względami identyczne!) typowych dla Moffata fajerwerków i fabularnych efektów specjalnych. Tej prostoty, charakterystycznej dla opowiadań naszego kochanego Doktora, chyba trochę mi brakowało w porzednich odcinkach, które są takie nowoczesne, zamotane, szybkie, pękające od wątków i wymyślnych dialogów. Może się starzeję, ale potrzebuję więcej czasu na pełne przeżycie emocji i wejście w historię. Tu, na przykład, znalazło się dość scen, by wspaniale dawkować napięcie w wątku biedaczka Henry'ego, czyli naszego kochanego Alonsa (patrz: przedostatni post z przypisem). Jeszcze nigdy przedtem autentycznie nie bałam się o tego bohatera HOUN.
"Psy..." dają także Sherlockowi i Johnowi troszkę więcej czasu na świadome rozwijanie ich relacji. Tym razem zresztą i Cumberbatch i Freeman dostali wielkie pole do aktorskiego popisu i oni już wiedzieli, jak je wykorzystać.



MAŁE SPOILERY

Sherlock jest wspaniały w scenach manii i paniki. To po prostu on, Holmes z Kanonu, na drugim biegunie depresji (w sprawie Holmesa-ChADowca więcej w postach oznaczonych tą etykietą). Zakrwawiony, z harpunem w ręce, rozdygotany, wściekły, błagający o sprawę, o jakikolwiek ochłap, który mógłby cisnąć na pożarcie swojemu rozszalałemu umysłowi. Nie: podekscytowany. Nie: zabawnie gadatliwy, jak Downey. To jest prawdziwa mania, gonitwa myśli, nieznośne, wyczerpujące, pożerające napięcie.
I to jest prawdziwe przerażenie. Mało kto pokazał nam kiedykolwiek porządnie przestraszonego Holmesa, prawda? A to jest przecież - tak jak w Kanonie! - opowieść, w której Sherlock przez cały czas walczy o odzyskanie kontroli, nad przestępcą, ale i nad sobą. Jest poza swoim naturalnym środowiskiem - Londynem - i mierzy się ze sprawą, którą ze wszystkich sił stara się wyjaśnić w racjonalny sposób. Holmes nie może sobie pozwolić na najmniejsze zwątpienie w światło rozumu (i zdrowego rozsądku), to byłby jego koniec. Cumberbatch pokazuje nam to wstrząsająco dobitnie. Co ciekawe - i wspaniałe - wydaje się, że wizja utraty przyjaźni Watsona wywołuje w nim podobną panikę. Przez moment Sherlock chwyta za serce swoją nieporadnością w relacjach międzyludzkich... ale po chwili znowu wkurza bezczelnym eksperymentem na przyjacielu. Cały Holmes.
Watson... Watson nigdy nie był lepiej napisany ani zagrany. U Zwierza znajdziecie - między innymi - wspaniały gif, który pokazuje, jak nasz doktor potrafi przeobrazić się nagle w wysokiego rangą oficera. Potrafi też pięknie się fochać, z cudownym dystansem podchodzić do narcyzmu Sherlocka, z troską - do jego szaleństwa no i, co najważniejsze, jest wymarzonym partnerem. Każdy sherlockista zachwycony będzie sceną przeniesioną prosto z BLUE, w której Holmes usiłuje wyłudzić informacje pod pretekstem lipnego zakładu, a Watson musi błyskawicznie odnaleźć się w tej sytuacji.

KONIEC MAŁYCH SPOILERÓW

A na sam koniec: to, że nie było fajerwerków, nie oznacza, że brakowało charakterystycznych dla tej serii smaczków. Niezapomnianych min Mycrofta. Scen, w których fan Sherlocka wyraża rozczarowanie, że detektyw nie ma "tego kapelusza"... Korespondencji od niedoszłych klientów. Fantastycznych dedukcji, których, co naprawdę zadziwiające, twórcy w ogóle nam nie żałują. Jeszcze nigdy nie było takiej ekranizacji Sherlocka, w której włożono by tyle pracy w dopieszczanie jego rozumowań...
Nie chcę kończyć tej recenzji. Nie chciałam, by kończył się ten cudowny, najlepszy z możliwych HOUN, przedostatni już odcinek w króciutkim sezonie "Sherlocka".
A już na pewno nie chcę oglądać tego, TEGO Watsona, gdy dowie się, że Holmes spadł w otchłań Reichenbach.

Możemy się pocieszać, że "pewnie kiedyś zrobią następny sezon", że "można obejrzeć przecież inne EMPT". Za tydzień czeka nas emocjonalna jatka.


---
*Stali Czytelnicy pewnie są zdziwieni, skąd ten pierwszosobowy coming out Sherlockisty. To proste: szykuję uroczysty nastrój przed recenzją z "Reichenbach Falls". Przecież nie napiszę "Sherlockista się zryczał"!

środa, 11 sierpnia 2010

O rany... To znaczy, The Great Game

To znaczy, Wielki Finał.
Sherlockista z niecierpliwością ściągał ostatni odcinek pierwszej serii nowych BBC-Sherlocków, ale ociągał się z obejrzeniem (to znaczy całe dziesięć godzin się ociągał). Po pierwsze, bo przeczuwał, że jak zacznie oglądać to czeka go hop siup 90 minut sherlockistycznego szczęścia a potem szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???
Po drugie, bo Moriarty musi być wspaniały i zarazem Moriarty'ego - po którego sięga 3/4 autorów ekranizacji (pozostała 1/4 zamiast Moriarty'ego bierze Kubę Rozpruwacza) - schrzanić prawie najłatwiej (łatwiej jest schrzanić Irene Adler, która w tym serialu może jeszcze wystąpi, może nawet w męskiej postaci?). O geniuszu zła i Napoleonie Zbrodni, nie wolno po prostu powiedzieć (a tak trochę zrobił Doyle): uhaha to jest geniusz zła i Napoleon Zbrodni, jest strasznie groźny, wysoki i szarooki, publiczności lękajcie się. To zło ma od Moriarty'ego bić, a ponadto jego intrygi mają usprawiedliwiać użycie słowa geniusz i wytłumaczyć, czemu Holmes praktycznie się w Moriartym zakochuje.

Za intrygi, za pomysł na wielką grę, za relacje między Holmesem a Moriartym, skwitowane komentarzem Watsona, że "pasowaliby do siebie", za odurzającą mieszankę BRUC, VALL, 3GAR, FINA (oczywiście), FINA z wersji Granady (!!! :)), a nawet podejrzewa Sherlockista w więcej niż jednym miejscu inspirację Further Adventures Berta Coulesa, za napięcie i natężenie zagadek, dedukcji i akcji w tym ostatnim Sherlocku zasługują twórcy na 5 (nie 6 bo troszkę brakuje tym w takim pośpiechu przedstawianym historiom prawdziwego zaangażowania - to taka typowa zabawa dla Sherlocka, nie zaś dla wielbiącego romantyzm pracy detektywa Watsona).

Za samego Moriarty'ego, o którym Sherlockista naprawdę nie chce pisać za wiele, by nie zepsuć Czytelnikom napięcia i ekscytacji związanej z oczekiwaniem na Napoleona*, mocne db z plusem. W gust Sherlockisty zupełnie nie utrafił, ale nie da się nie docenić tego, co najbardziej charakterystyczne dla całej tej produkcji: połączenia oryginalności z rygorystycznym trzymaniem się Kanonu.

Za pogłębienie, skomplikowanie, zburzenie i odbudowanie relacji między Holmesem a Watsonem - 7 z wyróżnieniem. Twórcy nareszcie zaczęli rozwijać skrzydła przy konstrukcji postaci Sherlocka - pokazali obowiązkowe w każdej adaptacji Holmesa sceny czarnej desperacji w szlafroku ze skrzypcami,  te, które tak często rodziły pytania o ChAD, pokazali też równie obowiązkowe sceny świadczące o skrajnym braku sentymentalizmu , który we współczesnym świecie skłania jego znajomych, a nawet Watsona do diagnozowania u detektywa psychopatii. Pokazali, jak Watson traci w końcu cierpliwość, jak boi się zarazem Sherlocka i o Sherlocka.
I wreszcie, pokazali skrawek serca Holmesa i za tę króciutką scenę, pożyczoną wprost od Doyle'a, ale doskonale XXI-wieczną, Sherlockista Cumberbatcha i Freemana pokochał.

Tak naprawdę, to pewnie pokochał ich już wcześniej, bo zagrany jest ten epizod popisowo, wszystkie postaci czują się pewnie w swoich rolach, a Cumberbatch "tańczący" (wyrażenie Moriarty'ego) w swoim zachwycającym płaszczu został już nawet obwołany arbitrem elegancji dla Brytyjczyków XXI wieku (patrz: Guardian). Co więcej, Sherlockista musi wycofać trochę pomyj, którymi obrzucił dwa damskie blogi stworzone na potrzeby promocji serialu. Jednak dobrze, że dowiedzieliśmy się czegoś więcej o Connie Price ;) I nawet blog z kotkami ostatecznie może okazać się interesujący.
Martwią tylko te wszystkie wpisy o zaginięciu Johna i Sherlocka, kwiecień to bardzo niebezpieczny miesiąc dla Holmesa, miejmy nadzieję, że nie włóczy się nigdzie po górach. Bo jeśli tak, to po tych trzech cudownych filmach czeka nas trzy lata Wielkiego Hiatusu...
Czyli szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???

***
*Napoleona oczywiście, podobnie jak Nelsona i Boswella być w Sherlocku XXI wieku już nie mogło... Ale "I am lost without my blogger" zabrzmiało uroczo :)

środa, 7 kwietnia 2010

Petycja fanów Jeremy'ego Bretta

Pod tym adresem można podpisać petycję skierowaną do BAFT-y (British Academy of Film and Television  Arts), by Akademia owa przyznała pośmiertną nagrodę ukochanemu Holmesowi Sherlockisty, Jeremy'emu Brettowi (ku czci JB pojawiło się w tym blogu już kilka laurek).
Jeremy Brett (tu notka z polskiej Wiki, którą Sherlockista od lat bezskutecznie usiłuje poprawiać ;) )  cieszy się zasłużoną sławą jako charyzmatyczny i oryginalny Sherlock Holmes. Zmarł w 1995 roku (chorował na serce, a także, o ironio na ChAD, podobnie jak być może SH (kilka słów i linków na ten temat w tej notce), co uniemożliwiło dokończenie serii Granady, która objęła niemal wszystkie opowiadania i powieści ACD. Cykl Sherlockisty, w którym szczegółowo gloryfikowane są wybrane odcinki z owej serii dopiero się zaczął, ale już wkrótce należy oczekiwać kolejnych odcinków.
Złaknieni szczegółów biograficznych, zdjęć i wywiadów bez trudu odnajdą liczne kopalnie brettologicznej wiedzy.

Sherlockista jeszcze raz gorąco namawia do podpisania petycji.

A na zakończenie jeden z niezliczonych  wywiadów JB:

poniedziałek, 8 marca 2010

Czy Sherlock H. był gejem? - każdy Sherlockista musi na to pytanie odpowiedzieć. Co najmniej 9 razy.

Sherlockista jakiś czas temu podlinkował jedno ze swoich ciekawszych znalezisk w zbiorze "Inne tropy", jednak nie miał wcześniej chwili, by je przedstawić i wyjaśnić, czemu właściwie uważa je za znalezisko ciekawe.
Autorzy tego bloga tropią wszelkie wzmianki/interpretacje/fanfiki/slashe, w których Holmes lub* Watson byli gejami.
Jako że Sherlockista w ogóle za slashami nie przepada (bowiem w wersji łagodnej są to przeważnie żałośnie słabe romansidła, a w wersji hard jeszcze żałośniej słabe porno), sam nie czytał tego więcej niż nakazywał reporterski obowiązek, przypomina sobie jednak co najmniej jedno takie dzieło, w którym akcja rozpoczęła się w punkcie oczywistym, czyli pewną słynną sceną z 3GAR, a nastęnie potoczyła się w sposób jeszcze bardziej oczywisty, jeśli zważyć, że we wspomnianej scenie Holmes rozcina Watsonowi spodnie.

Niezwykle wdzięcznym materiałem dla wspomnianych bloggerów jest omówiony tu film, bowiem nie tylko roi się w nim od różnego rodzaju sugestii i aluzji (Holmes i Watson kłócą się jak stare małżeństwo, a Downey spoziera na Law wzrokiem zazdrosnym i pożądliwym - nie sposób też uniknąć skojarzeń ze słynną rolą Law jako wielkiego kusiciela, który uwiódł Oscara Wilde'a), ale i sami twórcy filmu wypowiadają się na temat ewentualnego homoseksualizmu Holmesa z przymrużeniem oka. Nawet jeśli nie chcą jednoznacznej intepretacji ich bohatera jako geja, to nigdzie nie zamykają do takiej interpretacji drogi i to, jak się wydaje, raczej nie z powodu poprawności politycznej, a po prostu dlatego, że trochę tak istotnie została pomyślana ta postać, mimo stereotypowo hetero-męskiej skłonności do walk wręcz i romansu z Irene Adler. Niestety, sugestie Downeya nie spodobały się dysponentce prawami autorskimi do postaci Sherlocka Holmesa na terenie Stanów Zjednoczonych, Andrei Plunket, która zagroziła, że jeśli w sequelu wątek homoseksualizmu Holmesa zostanie wyeksponowany/pociągnięty, to ona za żadne pieniądze się na to nie zgodzi.

I z tej okazji Sherlockista zadał sobie pytanie, czy Plunket miała rację? ShK nie zamierza się tu wdawać w interpretacje jej zachowania (być może jest po prostu kretynką, która uznała przedstawienie Holmesa jako geja za uwłaczające a być może nie toleruje dopisywania do postaci czegoś, czego eksplicite nie ma w Kanonie, a gdy Ritchie kręcił pierwszy film po prostu jej się przysnęło) ani dyskutować tego, na ile twórcom adaptacji wolno ingerować w tekst etc. - zakłada tylko, że cokolwiek Plunket zrobiła, zrobiła to ponieważ wierzy mocno, że Holmes gejem nie był. Sherlockista zamierza zatem rozważyć publicznie kwestię, o którą pyta go ok. 80% rozmówców w czasie do 3 min. 20 sek. od dowiedzenia się, że Sherlockista jest Sherlockistą.**

Przeżyjmy to jeszcze raz - jedyna eksplicytna scena, w której napisane jest wielkimi literami, że Holmes kocha Watsona. Oddajmy głos owemu słynnemu 3GAR.

I felt a sudden hot sear as if a red-hot iron had been pressed to my thigh. There was a crash as Holmes's pistol came down on the man's head. I had a vision of him sprawling upon the floor with blood running down his face while Holmes rummaged him for weapons. Then my friend's wiry arms were round me, and he was leading me to a chair.
"You're not hurt, Watson? For God's sake, say that you are not hurt!"
It was worth a wound -- it was worth many wounds -- to know the depth of loyalty and love which lay behind that cold mask. The clear, hard eyes were dimmed for a moment, and the firm lips were shaking. For the one and only time I caught a glimpse of a great heart as well as of a great brain. All my years of humble but single-minded service culminated in that moment of revelation.
"It's nothing, Holmes. It's a mere scratch."
He had ripped up my trousers with his pocket-knife.
"You are right," he cried with an immense sigh of relief. "It is quite superficial." His face set like flint as he glared at our prisoner, who was sitting up with a dazed face. "By the Lord, it is as well for you. If you had killed Watson, you would not have got out of this room alive. Now, sir, what have you to say for yourself?"


"For the one and only time" nie jest prawdą - bardzo nasycona emocjami scena ma również miejsce w DEVI, co znamienne, obaj panowie znów leżą na sobie, ale tym razem to Watson wyciąga Holmesa z opałów, a właściwie oparów trucizny. 
Drobne gesty i uwagi rozsiane są naturalnie po całym cyklu, na czele ze słynnym momentem w EMPT, kiedy to Watson - twardy żołnierz - mdleje z radości na widok powracającego Holmesa.
Że Watson Holmesa momentami ubóstwia - to dla każdego czytelnika jest jasne. Detektyw jest "najlepszym i najmądrzejszym człowiekiem", jakiego Watson zna (FINA), pokazuje mu nowe, ekscytujące życie, sprawia, że ranny, emerytowany lekarz znów czuje się potrzebny (what would I do without my Boswell?), fascynuje go pięknym umysłem i niecodziennymi nawykami, a zarazem sprawia, że i Watson, człowiek zgoła nieszablonowy, hazardzista, kobieciarz, artysta i wielbiciel zagadek czuje się bardziej wolny. Wspomniany już niegdyś w tym blogu Bert Coules z BBC, sam pisarz, tworząc radiowe adaptacje opowiadań genialnie wprost uwypukił w całym cyklu fakt, że Watson tworzy - przygody przeżywane z Holmesem są dla niego czymś więcej niż tylko inspiracją do uprawiania hobby.
Dla Holmesa przyjaźń - związek? - z Watsonem jest prawdopodobnie najważniejszą rzeczą w życiu. Watson, że się tak Sherlockista postmodernistycznie wyrazi, tworzy narrację o życiu Holmesa. Dzięki Watsonowi Holmes widzi swoje poczynania w nowym świetle, nie tylko banalnie zyskuje sławę, ale w pewnym sensie zyskuje samoświadomość. Tu znów ukłon w pas dla Coulesa za scenę, w której Holmes cytuje opowiadanie Watsona (SCAN) i przyznaje się, że regularnie dzieła doktora czytuje. Podobne motywy obecne są zresztą w każdej dobrej adaptacji Holmesa.
Watson to oczywiście niezawodny i zaopatrzony w wojskową broń towarzysz przygód, bez którego niejedna z ryzykownych wypraw mogłaby się zakończyć gorzej. Ale rola ta jest zupełnie nieistotna w porównaniu z faktem, że - nie licząc może Mycrofta - Watson jest jedyną osobą, wobec której Holmes żywi ciepłe uczucia. Wprawdzie zdarza mu się pisać o Watsonie z lekceważeniem, że był dla niego jak fajka czy inne akcesoria (CREE), ale przywołane wyżej fragmenty wyraźnie przeczą tej teorii. Watson też otwierał przed Holmesem nieznany mu egzotyczny świat - świat domu i rodziny, który daje ciepło i serdeczność, a nie wiąże się z mrocznymi uczuciami, przemocą i ukrytymi przed wzrokiem postronnych okrucieństwami. Niezależnie od tego jak wyglądało dzieciństwo detektywa, sama kariera Holmesa wystarcza, by zacząć na instytucję rodziny patrzeć co najmniej podejrzliwie (IDEN, BOSC, COPP). Watson, ze swoją tęsknotą za ciepłym kominkiem był pewnie w oczach Holmesa naiwnym kosmitą. Jednocześnie, ile razy by detektyw nie odmawiał ze zniecierpliwieniem kolejnego posiłku albo chwili odpoczynku, rodzinne i opiekuńcze odruchy Watsona najprawdopodobniej uratowały mu resztki zdrowia i życie. W serii Granady z powodu zadziwiającego zbiegnięcia się fabuły Sherlocków z historią życia odtwórcy głównej roli, szczególnie dobitnie pokazano, jak starzejący się, chorujący Holmes coraz bardziej potrzebuje opieki, a nawet lekarskiej pomocy Watsona. Jeśli Holmes istotnie chorował na ChAD (nt. tej hipotezy patrz jedna z poprzednich notek), to tylko Watson potrafił odróżnić znudzenie bezczynnością od depresji, na którą nawet najlepsza zagadka nie byłaby lekarstwem, ekscytację z powodu interesującej zagadki, od niezdrowego, wyczerpującego pobudzenia. Watson wie, kiedy odradzić Holmesowi branie następnej sprawy, kiedy przymusem niemal wysłać go na wakacje (DEVI), kiedy wyciągnąć na spacer (YELL). Watson kontroluje przyjmowane przez Holmesa dawki narkotyków (najlepsze dialogi na ten temat mają miejsce nie w Kanonie a w "The Private Life of Sherlock Holmes", niestety część znajduje się we fragmentach zachowanych tylko w scenariuszu...).
Watson powstrzymuje ten piękny, delikatny umysł przed niszczeniem samego siebie. I w zamian otrzymuje kawał Holmesowego serca.

I dlatego na pytanie czy Sherlock H. był gejem, odpowiada Sherlockista niezmiennie "ale co za różnica"...

Bo pytanie to mieści w sobie wprawdzie aż trzy różne kwestie, ale żadna z nich nijak tej powyżej przedstawionej, najistotniejszej o relacjach SH i JW prawdy nie tyka. 

Pierwsza kwestia to zwyczajnie orientacja obu panów. Z Kanonu wiemy, że Watson miał co najmniej jedną żonę, ale to mogła być, oczywiście, przykrywka, więc tak naprawdę na pewno nie wiemy nic - roboczo można uznać jedynie, że na razie nic nas nie zmusza do trzymania się tezy, jakoby byli hetero.

Po drugie, można zatem przez to rozumieć trywialne pytanie o to, czy uprawiali seks. A cholera ich wie. W obliczu tak kosmicznego związku dwóch potężnych indywidualności jest to po prostu sprawa drugorzędna. Niektórzy ludzie trochę po hipisowsku przez seks wyrażają po prostu bliskość, nawet w związkach z przyjaciółmi. Dla innych seks i przyjaźń to dwa światy, którym z jakichś powodów przeciąć się nie wolno, bo przyjaźń stanie się "brudna". Naprawdę trudno by było określić, do którego rodzaju należeli Holmes i Watson, chociaż zważywszy na to, jak oryginalnie zachowywali się na co dzień (jak na surowe realia późnowiktoriańskiej Anglii), można wiele pikantnych rzeczy wnioskować na temat ich podejścia do seksu.

Po trzecie wreszcie, można zapytać, czy oprócz tego, że się kochali jak przyjaciele, byli w sobie zakochani? Czy oprócz ciepła i sympatii czuli czasem na swój widok jakieś szarpiące porywy namiętności, czy w finale SIGN, gdy Watson wyprowadza się do żony, Holmes pragnie oprócz żalu, smutku i przygnębienia wyrazić jeszcze potężniejsze uczucia, czy w scenie z 3GAR, gdyby Watson zginął, to Holmes zabiłby jego mordercę a na koniec sam pchnął się nożem w zdławioną bólem pierś?
Szczerze, to myśli Sherlockista, że raczej nie, ale... czy nie mamy po tym wszystkim już zupełnie dość poszlak, żeby zrobić dobry, holmesologiczny blog o gej-Sherlocku ;)? 

---
*Sherlockista obiecał sobie, że w tym blogu filozoficznie wyżywać się nie będzie, ale wspomni tylko, że alternatywy używa zawsze w klasycznym sensie logicznym: możliwe, że zachodzi tylko jeden człon, ale możliwe też, że zachodzą oba człony na raz.
**Naprawdę wierni Czytelnicy być może pamiętają pierwszy wpis na ten temat na starym angielskim blogu ShK.

piątek, 5 marca 2010

Z cyklu: Sherlockista poleca

Wywiad Jima Svejdy z Hansem Zimmerem w formie podcastu. Tematem jest naturalnie muzyka z filmu Sherlock Holmes 2009 - tu Sherlockista przypomina, że muzyka ta jest nominowana do Oscara i że w niedzielę trzeba trzymać kciuki ;)

Zimmer opisuje, rzecz jasna, jak wyglądała jego współpraca z Guyem Ritchie, wyjaśnia, skąd wzięły się charakterystyczne egzotyczne motywy i rozstrojone pianina (Guy też lubi irlandzką muzykę ludową i banjo ;) i chciał, żeby muzyka była jednym z bohaterów filmu ), a także podaje kilka ciekawostek warsztatowych. Na przykład, że motyw lorda Blackwooda to po prostu muzyka dzwonów Big Bena w wersji moll  - albo jak zrobić, żeby ostinato nie było nudne.
Cały wywiad jest naturalnie znakomicie zilustrowany fragmentami muzyki.

Zimmer wspomina także o tym, jak postrzega samą postać Holmesa - a postrzega detektywa jako wielkiego oryginała, geniusza, który na zmianę to wpada w depresję, to w stan manii. Teorii o tym, jaką chorobę daje się zdiagnozować u Holmesa jest sporo. Leslie Klinger, słynny holmesolog i autor nowego bezcennego wydania krytycznego broni tezy, że Holmes był chory na chorobę afektywną dwubiegunową, istnieją jednak inne hipotezy - na przykład, że był to zespół Aspergera. Do tej sprawy Sherlockista jeszcze z pewnością wróci.

Zimmer zaprasza także na stronę poświęconą muzykom Sherlocka Holmesa 2009.