W oczekiwaniu na... na... na jakiekolwiek ciekawe wiadomości o czymkolwiek (od założenia tego bloga Sherlockiście nie zdarzył się tak ogórkowy sezon, a gorąca pod każdym względem wiosna nie sprzyja długim recenzjom), mały sherlockistyczny micik. A właściwie to trzy różne miciki, z których każdy jest nieprawdziwy, ale wszystkie jakoś tam w Kanonie osadzone.
Po pierwsze zatem, mówi się, że "baritsu", o którym wspomina Holmes w EMPT nie istnieje. Przypomnijmy, że ta właśnie sztuka walki pozwoliła ponoć Sherlockowi pokonać Moriarty'ego i utrzymać równowagę na krawędzi wodospadu Reichenbach. W rzeczywistości, jest to najprawdopodobniej literówka ACD, i to literówka, którą powtórzył za gazetowym artykułem. W późnowiktoriańskiej Anglii rodziła się bowiem moda na sztukę walki zwaną bartitsu, o której będzie jeszcze za chwilę.
Skoro wiemy już, że Holmes uprawiał jakąś sztukę walki, to możemy rozprawić się z mitem drugim: że był to detektyw typowo kanapowy (consulting detective), który zagadki rozwiązuje paląc fajkę przy kominku i którego może zagrać nawet 150-letni Christopher Lee.
(kto nie wie, ten niech się dowie, że dwadzieścia parę lat po roli Mycrofta w PLOSH już wówczas dość wiekowy Christopher Lee dostał rolę Sherlocka w sympatycznej skądinąd telewizyjnej serii długometrażowych filmów u boku całkiem przyzwoitego ale równie podstarzałego Patricka Macnee, prawdopodobnie dlatego, że bez Christophera Lee nie ma żadnych przebojów kina, ani Drakuli ani Gwiezdnych Wojen ani Tolkiena ani Holmesa ;) )
Z tym mitem z kolei rozprawili się już dość skutecznie Ritchie i Downey Jr., pokazując... jak by to powiedzieć... pokazując TO:
Często zdarza się, że zbyt brutalne kwestionowanie pewnych mitów prowadzi do popadania w skrajności, które także z prawdą nie mają wiele wspólnego i goła klata Downeya to klasyczny wręcz przypadek takiej sytuacji. Wprawdzie Sherlockista ucieszył się bardzo, że nareszcie wydobywa się z Kanonu mniej znane wątki (Holmes naprawdę umiał boksować), jednak po filmie Ritchiego zaczęto na nie kłaść nieproporcjonalny nacisk, tworząc kolejny, ostatni już mit: Holmesa jako wiktoriańskiego Chucka Norrisa.
Przede wszystkim, w Kanonie nie ma aż tylu wzmianek o tych Holmesowych walkach, żeby przypuszczać, że miał do nich szczególne upodobanie i tak wybitny talent, jak bohater Ritchiego, powalający przeciwników z pomocą błyskotliwych dedukcji. Dżentelmen w każdej epoce i w każdym kraju powinien potrafić się obronić, zwłaszcza jeśli w dodatku na co dzień zajmuje się tropieniem przestępców. Wiemy, że Sherlock uprawia boks, ale wątpliwe jest, czy regularnie, bo nigdy nie dowiadujemy się nic na temat walk, które mógłby ewentualnie staczać. Brak podstaw, by sądzić, że uczęszczał do wiktoriańskich fight-clubów. Wiemy poza tym tylko tyle, że świetnie się bawił w czasie bójki w gospodzie w SOLI (ach ta cudowna scena z Jeremym Brettem i opatrującym go potem Davidem Burkiem... :). I wiemy wreszcie, że poznał owo tajemnicze baritsu/bartitsu. Bartitsu, czyli jiujitsu w wersji dla wiktoriańskich dżentelmenów (ale także dobra samoobrona dla pań), wymyślone przez Edwarda Bartona-Wrighta, który w 1899 roku założył w Londynie ośrodek treningowy dla panów zainteresowanych mieszaniną różnych technik walki wręcz (a także przy użyciu laski) oraz ćwiczeń. Szkoła działała zaledwie trzy lata, po czym została w niejasnych okolicznościach zamknięta, a Barton-Wright zniknął w odmętach historii.
Wypłynął, o ironio, właśnie dzięki Ritchiemu i Downeyowi. To ich popularny, nowoczesny i ostro reklamowany Sherlock zainspirował aktywistów do szerszego promowania zapomnianej postaci. Linkowany na Sherlockianach Will Thomas jest zresztą jednym z bardziej znanych popularyzatorów bartitsu, a słynna wzmianka z EMPT zainspirowała powstanie filmu dokumentalnego, którego trailer Sherlockista załącza:
Trzeba przyznać, że jest coś wzruszającego w potędze prozy ACD. Jedno zdanie i to jeszcze z błędem sprawia, że po ponad stu latach ludzie gromadzą się w klubach i na forach, by dyskutować o sztuce walki wiktoriańskich i edwardiańskich dżentelmenów.
Zainteresowanych filmem odsyła Sherlockista tu, gdzie można również znaleźć link do wywiadu z twórcą filmu, Tonym Wolfe'em i dowiedzieć się więcej o samym bartitsu, Bartonie-Wrighcie oraz o przepięknej wyprawie badawczej śladami Sherlocka do wodospadu Reichenbach, gdzie miał miejsce najsłynniejszy pojedynek w historii tej sztuki walki...
Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SH 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SH 2009. Pokaż wszystkie posty
środa, 6 kwietnia 2011
czwartek, 31 marca 2011
[minipostuś off topic] Panna Marple XXI wieku...
Sherlockista serdecznie przeprasza za post nie na sherlockistyczny temat, ale czy są na sali wielbiciele Agathy Christie? A słyszeli o tym, że Amerykanie dobrali się do panny Marple? I chcą, żeby zagrała ją:
... trzydziestoparoletnia Jennifer Garner? Niewtajemniczonym wyjaśnia Sherlocksita, że u Christie (i w dotychczasowych bardzo dobrych (brytyjskich) ekranizacjach, m. in. z Joan Hickson) panna Marple jest starszą panią z angielskiego małego miasteczka, która rozwiązuje zagadki kryminalne nie tylko dzięki wybitnej inteligencji i spostrzegawczości, ale często dlatego, że po prostu sporo nauczyła się o ludziach.
Produkcja zostanie wysmażona pod szyldem Disneya, a scenariuszem zajmie się Mark Frost, co być może rodzi pewne nadzieje, że intryga będzie ciekawa.
Sherlockista musi przyznać jedno: kiedy cieszył się z sukcesu uwspółcześnionego Sherlocka z Downeyem zachował się naiwnie i karygodnie głupio. Było do przewidzenia, że Amerykanie rzucą się na równię pochyłą, na której już czyhają na nas rzeczy straszliwe (patrz wyżej, patrz też doniesienia o sequelu Sherlocka), a u której końców w ogóle nie wiadomo co nas może spotkać...
... trzydziestoparoletnia Jennifer Garner? Niewtajemniczonym wyjaśnia Sherlocksita, że u Christie (i w dotychczasowych bardzo dobrych (brytyjskich) ekranizacjach, m. in. z Joan Hickson) panna Marple jest starszą panią z angielskiego małego miasteczka, która rozwiązuje zagadki kryminalne nie tylko dzięki wybitnej inteligencji i spostrzegawczości, ale często dlatego, że po prostu sporo nauczyła się o ludziach.
Produkcja zostanie wysmażona pod szyldem Disneya, a scenariuszem zajmie się Mark Frost, co być może rodzi pewne nadzieje, że intryga będzie ciekawa.
Sherlockista musi przyznać jedno: kiedy cieszył się z sukcesu uwspółcześnionego Sherlocka z Downeyem zachował się naiwnie i karygodnie głupio. Było do przewidzenia, że Amerykanie rzucą się na równię pochyłą, na której już czyhają na nas rzeczy straszliwe (patrz wyżej, patrz też doniesienia o sequelu Sherlocka), a u której końców w ogóle nie wiadomo co nas może spotkać...
poniedziałek, 7 marca 2011
Człowiek, który zamordował Sherlocka Holmesa
... czyli o paradokumentalnej produkcji The Electric Theatre Company poświęconej ACD i jego stworzeniu.
The Man who murdered Sherlock Holmes to jeden z tych straszliwych drama-documents, które ogląda się na kanałach Discovery. Oglądanie go na DVD miało taką zaletę, że nie trzeba co kwadrans filmu oglądać 20-minutowych bloków zapowiedzi innych programów. Miało też taką wadę, że nie było tych przerw.
Pewnie są gdzieś na świecie ludzie, którzy lubią, kiedy każde słowo opowieści jest odpowiednio ilustrowane, na przykład słyszymy, że ACD coś napisał i pokazuje nam się dla ułatwienia ucharakteryzowanego aktora z dłonią uwalaną atramentem, smarującego coś wiecznym piórem na pożółkłym papierze. Sherlockista niestety do nich nie należy, przez co cała konwencja podobnych dokumentów trochę go bawi, nie zamierza jednak, oczywiście, skreślać filmu za samą przynależność gatunkową i na tych kilku drwiących zdaniach recenzji zakończyć.
Film ten miał towarzyszyć premierze najbardziej jak dotąd kontrowersyjnej wśród Czytelników tego bloga produkcji (o świecie, świecie, flame'y na sherlockistycznych portalach zawsze dotyczyły kiedyś Brettów!) i... poza tym przeznaczenie jego nie jest do końca jasne. Jedni twierdzą, że wpisuje się w serię dokumentów o brytyjskich miastach (tu mamy historię osadzoną, oczywiście, w Londynie, ale także czegoś dowiadujemy się o Edynburgu), inni że to dokument o typowo sherlockistycznym charakterze. Pewne jest, że pojawiają się specjaliści od holmesologii, przepytywani przez prowadzących narrację Richarda Jonesa i Marka Ubsdella. Ci, oczywiście, jak to specjaliści od holmesologii, mówią dorzecznie i ciekawie.
Gorzej ze wspomnianymi narratorami, którzy za wszelką cenę usiłują z banalnej opowieści o (arcyciekawej skądinąd) biografii ACD zrobić historię kryminalną. Przez 3/4 filmu sugerują, na przykład, że w postaci Holmesa kryje się coś "szalenie mrocznego" a fakt, że wykończony popularnością swojego stworzenia Doyle postanowił się go pozbyć interpretują jak "morderstwo" a może nawet próbę zamordowania swojej własnej ciemnej strony osobowości (jak w historii o doktorze Jekyllu i panu Hydzie).
Nie można odmówić filmowi wartości informacyjnej - sporo jest o młodości Doyle'a, kłopotach ze zdrowiem i uzależnieniach jego ojca, Charlesa Altamonta Doyle'a (o którym ShK prawdopodobnie już wspominał jako o grafiku, autorze pierwszych ilustracji do opowiadań ACD a także niepokojących dzieł tworzonych już w zakładzie odosobnienia), karierze uczelnianej i wielorybniczej (o tak, Sherlockista nigdy nie był ekspertem od Doyle'a, ale właśnie się dokształca i może już wkrótce zacznie poświęcać jego naprawdę barwnej biografii więcej uwagi), a także osobom, które wpłynęły na konstrukcję postaci Holmesa. Niestety, przy przedstawianiu tych ostatnich, autorzy uderzają znów w szalenie demoniczne tony i ze szczególną lubością eksponują "mroczne" cechy osobowości Holmesa, łącząc je z współlokatorem a potem dobrowolnym opiekunem matki Doyle'a, drem Brianem Wallerem. Co gorsza, w komiksowy sposób tłumaczą widzom, dlaczego smutne doświadczenie dzieciństwa z ojcem alkoholikiem mogło wpłynąć na treść opowieści Doyle'a, w których często siedliskiem przemoc jest właśnie rodzinny dom.
ShK docenił natomiast nacisk położony na to, że chociaż nie ma po tym oczywistego śladu w Kanonie, niewątpliwie Edynburg - miasto Doyle'a był miastem Holmesa w równym stopniu, co Londyn - miasto, którego Doyle na początku kariery literackiej prawie nie znał z osobistego doświadczenia! Sherlockista miał okazję pomieszkać kiedyś właśnie w Edynburgu i ręczy, że oprócz może charakterystycznej, dziewiętnastowiecznej żółtej mgły, wszystkie inne cechy ponurego brytyjskiego miasta, jak depresyjny nastrój, wyjący wiatr i ponure, kręte uliczki istotnie mógł ACD wziąć równie dobrze z krainy swojej młodości. Oczywiście nie znaczy to, że twórcy filmu nie odwiedzili Londynu - przeciwnie, pokazują nam obecne muzeum Sherlocka (pod niegdyś fikcyjnym adresem) i dociekają, skąd Doyle'owi w ogóle przyszło do głowy, by wprowadzić Holmesa na Baker Street (jako dziecko odwiedził muzeum figur woskowych Madame Tussaud, które mieściło się przy tej ulicy).
Rzetelnie pokazane są dwie rzeczy: po pierwsze, fazy trudnego i toksycznego związku między Doyle'em- stworzycielem a jego stworzeniem. Od satysfakcji z debiutu, poprzez rosnące zdziwienie powszechnym entuzjazmem aż po znużenie, narastającą irytację i potrzebę uwolnienia się, wreszcie moment kryzysu... i wymuszony powrót po latach i uspokojenie relacji, przyzwyczajenie, wreszcie ostatnie i tym razem przyjacielskie rozstanie. Gdyby nie natrętne sugestie, że za "morderstwem Holmesa" kryło się "coś więcej" "coś mrocznego" "uaaaaaabuuuuuaaaaasthasznego", to uznałby to Sherlockista za bardzo wierne przedstawienie sprawy. A po drugie, z wyczuciem pokazane zostały reakcje londyńskich czytelników i przyczyny, dla których - między innymi! - tak bardzo pokochali Holmesa. Detektyw z epoki gazowych latarni (prawie) zawsze potrafił dojść do prawdy i znaleźć sens w coraz bardziej komplikującym się świecie. No i poza tym, wtedy właśnie narodziło się dojeżdżanie do pracy - a czy można wyobrazić sobie wspanialszą lekturę do pociągu niż Strand ze świeżutkim Holmesem? Gdyby nie natrętne przetykanie tych refleksji scenami mającymi przedstawiać Kubę Rozpruwacza oraz jakimiś zupełnie już koszmarnymi wstawkami, które jak się zdaje miały pokazywać samego Holmesa i Watsona ale casting pozostawia naprawdę bardzo, bardzo wiele do życzenia - to byłby to niewątpliwie lepszy, krótszy i ciekawszy dokument.
W zaistniałej sytuacji był jednak Sherlockista trochę tym dziełem poirytowany, chociaż docenił inteligentną promocję pierwszego Ritchiego na sam koniec - eksperci zwracają uwagę na młodość i sprawność fizyczną kanonicznych Holmesa i Watsona.
ShK trochę żałuje, że w tym czasie nie poczytał porządnej książki o ACD i liczy na to, że powyższy tekst może oszczędzi podobnych doświadczeń Czytelnikom. Na zakończenie mała próbka filmu:
The Man who murdered Sherlock Holmes to jeden z tych straszliwych drama-documents, które ogląda się na kanałach Discovery. Oglądanie go na DVD miało taką zaletę, że nie trzeba co kwadrans filmu oglądać 20-minutowych bloków zapowiedzi innych programów. Miało też taką wadę, że nie było tych przerw.
Pewnie są gdzieś na świecie ludzie, którzy lubią, kiedy każde słowo opowieści jest odpowiednio ilustrowane, na przykład słyszymy, że ACD coś napisał i pokazuje nam się dla ułatwienia ucharakteryzowanego aktora z dłonią uwalaną atramentem, smarującego coś wiecznym piórem na pożółkłym papierze. Sherlockista niestety do nich nie należy, przez co cała konwencja podobnych dokumentów trochę go bawi, nie zamierza jednak, oczywiście, skreślać filmu za samą przynależność gatunkową i na tych kilku drwiących zdaniach recenzji zakończyć.
Film ten miał towarzyszyć premierze najbardziej jak dotąd kontrowersyjnej wśród Czytelników tego bloga produkcji (o świecie, świecie, flame'y na sherlockistycznych portalach zawsze dotyczyły kiedyś Brettów!) i... poza tym przeznaczenie jego nie jest do końca jasne. Jedni twierdzą, że wpisuje się w serię dokumentów o brytyjskich miastach (tu mamy historię osadzoną, oczywiście, w Londynie, ale także czegoś dowiadujemy się o Edynburgu), inni że to dokument o typowo sherlockistycznym charakterze. Pewne jest, że pojawiają się specjaliści od holmesologii, przepytywani przez prowadzących narrację Richarda Jonesa i Marka Ubsdella. Ci, oczywiście, jak to specjaliści od holmesologii, mówią dorzecznie i ciekawie.
Gorzej ze wspomnianymi narratorami, którzy za wszelką cenę usiłują z banalnej opowieści o (arcyciekawej skądinąd) biografii ACD zrobić historię kryminalną. Przez 3/4 filmu sugerują, na przykład, że w postaci Holmesa kryje się coś "szalenie mrocznego" a fakt, że wykończony popularnością swojego stworzenia Doyle postanowił się go pozbyć interpretują jak "morderstwo" a może nawet próbę zamordowania swojej własnej ciemnej strony osobowości (jak w historii o doktorze Jekyllu i panu Hydzie).
Nie można odmówić filmowi wartości informacyjnej - sporo jest o młodości Doyle'a, kłopotach ze zdrowiem i uzależnieniach jego ojca, Charlesa Altamonta Doyle'a (o którym ShK prawdopodobnie już wspominał jako o grafiku, autorze pierwszych ilustracji do opowiadań ACD a także niepokojących dzieł tworzonych już w zakładzie odosobnienia), karierze uczelnianej i wielorybniczej (o tak, Sherlockista nigdy nie był ekspertem od Doyle'a, ale właśnie się dokształca i może już wkrótce zacznie poświęcać jego naprawdę barwnej biografii więcej uwagi), a także osobom, które wpłynęły na konstrukcję postaci Holmesa. Niestety, przy przedstawianiu tych ostatnich, autorzy uderzają znów w szalenie demoniczne tony i ze szczególną lubością eksponują "mroczne" cechy osobowości Holmesa, łącząc je z współlokatorem a potem dobrowolnym opiekunem matki Doyle'a, drem Brianem Wallerem. Co gorsza, w komiksowy sposób tłumaczą widzom, dlaczego smutne doświadczenie dzieciństwa z ojcem alkoholikiem mogło wpłynąć na treść opowieści Doyle'a, w których często siedliskiem przemoc jest właśnie rodzinny dom.
ShK docenił natomiast nacisk położony na to, że chociaż nie ma po tym oczywistego śladu w Kanonie, niewątpliwie Edynburg - miasto Doyle'a był miastem Holmesa w równym stopniu, co Londyn - miasto, którego Doyle na początku kariery literackiej prawie nie znał z osobistego doświadczenia! Sherlockista miał okazję pomieszkać kiedyś właśnie w Edynburgu i ręczy, że oprócz może charakterystycznej, dziewiętnastowiecznej żółtej mgły, wszystkie inne cechy ponurego brytyjskiego miasta, jak depresyjny nastrój, wyjący wiatr i ponure, kręte uliczki istotnie mógł ACD wziąć równie dobrze z krainy swojej młodości. Oczywiście nie znaczy to, że twórcy filmu nie odwiedzili Londynu - przeciwnie, pokazują nam obecne muzeum Sherlocka (pod niegdyś fikcyjnym adresem) i dociekają, skąd Doyle'owi w ogóle przyszło do głowy, by wprowadzić Holmesa na Baker Street (jako dziecko odwiedził muzeum figur woskowych Madame Tussaud, które mieściło się przy tej ulicy).
Rzetelnie pokazane są dwie rzeczy: po pierwsze, fazy trudnego i toksycznego związku między Doyle'em- stworzycielem a jego stworzeniem. Od satysfakcji z debiutu, poprzez rosnące zdziwienie powszechnym entuzjazmem aż po znużenie, narastającą irytację i potrzebę uwolnienia się, wreszcie moment kryzysu... i wymuszony powrót po latach i uspokojenie relacji, przyzwyczajenie, wreszcie ostatnie i tym razem przyjacielskie rozstanie. Gdyby nie natrętne sugestie, że za "morderstwem Holmesa" kryło się "coś więcej" "coś mrocznego" "uaaaaaabuuuuuaaaaasthasznego", to uznałby to Sherlockista za bardzo wierne przedstawienie sprawy. A po drugie, z wyczuciem pokazane zostały reakcje londyńskich czytelników i przyczyny, dla których - między innymi! - tak bardzo pokochali Holmesa. Detektyw z epoki gazowych latarni (prawie) zawsze potrafił dojść do prawdy i znaleźć sens w coraz bardziej komplikującym się świecie. No i poza tym, wtedy właśnie narodziło się dojeżdżanie do pracy - a czy można wyobrazić sobie wspanialszą lekturę do pociągu niż Strand ze świeżutkim Holmesem? Gdyby nie natrętne przetykanie tych refleksji scenami mającymi przedstawiać Kubę Rozpruwacza oraz jakimiś zupełnie już koszmarnymi wstawkami, które jak się zdaje miały pokazywać samego Holmesa i Watsona ale casting pozostawia naprawdę bardzo, bardzo wiele do życzenia - to byłby to niewątpliwie lepszy, krótszy i ciekawszy dokument.
W zaistniałej sytuacji był jednak Sherlockista trochę tym dziełem poirytowany, chociaż docenił inteligentną promocję pierwszego Ritchiego na sam koniec - eksperci zwracają uwagę na młodość i sprawność fizyczną kanonicznych Holmesa i Watsona.
ShK trochę żałuje, że w tym czasie nie poczytał porządnej książki o ACD i liczy na to, że powyższy tekst może oszczędzi podobnych doświadczeń Czytelnikom. Na zakończenie mała próbka filmu:
sobota, 16 października 2010
Jeszcze o modzie na Sherlocka
Sherlockista wyznał kiedyś, przy okazji doniesienia na temat wywiadu z Jenny Beavan że ciuchy nie należą do jego, jak powiedziałby SH "areas of expertise", jednak nawet i do niego dotarły w końcu wieści ze świata mody. Okazuje się, że już w mijającym roku kolekcje zainspirowane były wchodzącymi do kin i na ekrany telewizorów nowymi ekranizacjami i znani projektanci postanowili wyjątkowo ubrać zarówno kobiety jak i mężczyzn w sposób naprawdę przyjemny dla oka. Shelockista z trudem wypatrzył Holmesowskie inspiracje w podlinkowanej wyżej kolekcji Spring 2010 D&G, ale inspiracja jest, naturalnie, pojęciem mglistym. Tak mglistym, że ci spośród Czytelników, których znajomi panowie ubiorą się tej jesieni w ciuchy z kolekcji Johna Galliano, mogą się spodziewać zarówno klasycznego Watsona, jak i Holmesa z czymś w rodzaju syberyjskiej czapy, a nawet czegoś pomiędzy papuaskim faraonem a gay-fab wersją Downeya ze sceny boksu:
Mniej niebezpieczeństw czyha na nas ze strony pań, które zamiast czerpać przykład z olśniewająco ruziowych kreacji damskich Irene Adler mają się wzorwać raczej na tych jej strojach, które wkładała, gdy chciała swobodnie przemieszczać się po mieście i śledzić Holmesa incognito.
Zdjęcia pochodzą z kolekcji Diora i "pożycza" je ShK ze strony Figa.pl:
A na deser coś bardziej w stylu Moriarty'ego (który też była kobietą):
W dodatku, jak już Sherlockista kiedyś pisał, powołując się na Guardiana, nie są to tendencje obowiązujące wyłącznie na wyżynach haute couture - zupełnie zwyczajni Brytyjczycy nareszcie doszli do słusznego wniosku, że Sherlock Holmes (ucieleśniony raczej przez Cumberbatcha niż Downeya w jego okularkach) powinien być wzorcem dla każdego eleganckiego faceta. Sherlockista bardzo jest tymi tendencjami uradowany. Zwłaszcza zaś tym, że "styl Sherlocka" nareszcie, po stu latach mąk i krzywdzących stereotypów niepopartych niczym z wyjątkiem paru niefortunnych ilustracji Pageta, nie ma nic ale to nic wspólnego z kapotą typu inverness czy deerstalkerami...
Zdjęcia pochodzą z kolekcji Diora i "pożycza" je ShK ze strony Figa.pl:
A na deser coś bardziej w stylu Moriarty'ego (który też była kobietą):
W dodatku, jak już Sherlockista kiedyś pisał, powołując się na Guardiana, nie są to tendencje obowiązujące wyłącznie na wyżynach haute couture - zupełnie zwyczajni Brytyjczycy nareszcie doszli do słusznego wniosku, że Sherlock Holmes (ucieleśniony raczej przez Cumberbatcha niż Downeya w jego okularkach) powinien być wzorcem dla każdego eleganckiego faceta. Sherlockista bardzo jest tymi tendencjami uradowany. Zwłaszcza zaś tym, że "styl Sherlocka" nareszcie, po stu latach mąk i krzywdzących stereotypów niepopartych niczym z wyjątkiem paru niefortunnych ilustracji Pageta, nie ma nic ale to nic wspólnego z kapotą typu inverness czy deerstalkerami...
niedziela, 3 października 2010
Trzymajmy kciuki za Sherlocki!
Specsaver Crime Thriller Awards (które zostaną rozdane 8 października) są w tym roku wyjątkowo zsherlockizowane. Zarówno "Sherlock Holmes" Ritchiego jak i "Sherlock" BBC mogą się obłowić.
W kategorii Film Dagger nominowany jest właśnie kontrowersyjny (nawet wśród Czytelników ;) ) Sherlock Holmes (obok District 9, Incepcji i The Girl with the Dragon Tattoo - jak niektórzy Czytelnicy pamiętają, to ten film z Noomi Rapace)
W kategorii TV Dagger nominowany jest nasz cudny serial (Obok 3 serii Ashes to Ashes, Luthera i 2 serii Wallandera).
Ponadto, świetny Sherlock z "Sherlocka" Benedict Cumberbatch konkuruje z Idrisem Elbą, Kennethem Branaghem i Philipem Glenisterem o nagrodę dla najlepszego aktora pierwszoplanowego, a Rupert Graves (dużej klasy DI Lestrade) ma szansę na nagrodę dla aktora drugoplanowego.
Trzymajmy kciuki, bo każda nagroda to większa popularność, większa reklama, więcej kasy dla producentów i większe szanse na to, że jeszcze szybciej i jeszcze więcej dostaniemy fajnych Sherlocków do oglądania.
W kategorii Film Dagger nominowany jest właśnie kontrowersyjny (nawet wśród Czytelników ;) ) Sherlock Holmes (obok District 9, Incepcji i The Girl with the Dragon Tattoo - jak niektórzy Czytelnicy pamiętają, to ten film z Noomi Rapace)
W kategorii TV Dagger nominowany jest nasz cudny serial (Obok 3 serii Ashes to Ashes, Luthera i 2 serii Wallandera).
Ponadto, świetny Sherlock z "Sherlocka" Benedict Cumberbatch konkuruje z Idrisem Elbą, Kennethem Branaghem i Philipem Glenisterem o nagrodę dla najlepszego aktora pierwszoplanowego, a Rupert Graves (dużej klasy DI Lestrade) ma szansę na nagrodę dla aktora drugoplanowego.
Trzymajmy kciuki, bo każda nagroda to większa popularność, większa reklama, więcej kasy dla producentów i większe szanse na to, że jeszcze szybciej i jeszcze więcej dostaniemy fajnych Sherlocków do oglądania.
niedziela, 8 sierpnia 2010
A Study in Pink i The Blind Banker czyli nowy Sherlock, odcinki 1-2
Sherlockista długo wyliczał sobie w myślach plusy nowej produkcji BBC, żeby zaprezentować Czytelnikom tak efektowną listę, że sama jej długość przekona wszystkich, dlaczego to jest taki fajny nowy Sherlock. Właściwie to nie porzucił tego planu, ale dopiero pisząc poprzednią notkę o stronach BBC przyszło mu do głowy, co tak naprawdę najbardziej go w tym nowym "Sherlocku" ujęło.
Otóż dzięki współczesnej stylizacji, dzięki tym wszystkim blogom i gadżetom, dzięki temu, że nowy Sherlock żyje w takim Londynie, jaki w każdej chwili możemy sobie zobaczyć na żywo, a nie w baśniowym Londynie gazowych latarni, który nie dość, że już nie istnieje, to tak naprawdę nigdy go w ogóle poza wyidealizowanymi wspomnieniami ACD nie było... - dzięki temu wszystkiemu możemy poczuć się choć odrobinę tak, jak tamci czytelnicy sprzed stu lat. Kto z Czytelników nie marzył, by być takim londyńczykiem przełomu minionych wieków, kupować każdy nowy numer Strandu i z rozczulającą nas dziś naiwnością wierzyć, że ten wspaniały detektyw jest postacią rzeczywistą. Kto nie chciał lamentować po jego śmierci w wodospadzie Reichenbach i przysyłać mu listów z prośbą o rozwiązanie zagadki zaginionej cioci (jak głoszą legendy, listy do Holmesa przychodzą do dziś pod adres muzeum i spotykają się z uprzejmą odpowiedzią, że Mr Holmes jest już na emeryturze i hoduje pszczoły).
Wróćmy jednak do naszej listy.
Przede wszystkim, jest to jedna z najwierniejszych ekranizacji, jakie ShK kiedykolwiek miał przyjemność oglądać i to samo w sobie stanowi rozczulający paradoks. Moffat i Gatiss zdecydowanie nie są holmesologicznymi dyletantami i zawodowymi łowcami kasy, którzy obejrzeli dwa Rathbone'y w dzieciństwie i zapamiętali, że Holmes to gość z taką wielką fajką. To ewidentnie holmesiści pełną gębą, którzy przede wszystkim znakomicie czują klimat tych opowieści, niepowtarzalną mieszankę brytyjskiego chłodu i równie brytyjskiego humoru, a przy tym (tak znienawidzony przez Holmesa!) koktajl romantyzmu i żelaznej logiki.
W scenariuszach obu części "Sherlocka" pełno jest zabawnych dialogów, mnóstwo wręcz mrugnięć oka do holmesologicznie zorientowanego widza - ale przy tym wszystkim zachowana jest jednak dostateczna powaga, tak, że film w żadnym momencie nie staje się parodią czy pastiszem. To ważne, bo wzmaga ochotę, żeby jednak napisać do tego Holmesa w sprawie nękających nas seryjnych kradzieży różowych skarpetek (no, Mr Holmes, to byłoby takie A Study in Pink - 2).
Krwiste postaci zarysowane są zarówno przez scenarzystów, jak i przez aktorów śmiało i wiernie, czyli dokładnie tak jak trzeba. Zważywszy na to, ile Conan Doyle (nie czarujmy się, głównie z powodu niepoważnego traktowania Holmesa) pozostawił w konstrukcji obu głównych swoich bohaterów miejsc niedookreślonych, czyli pola do popisu dla potomnych, zadziwiające jest, jak rzadko dana nam jest przyjemność oglądać na ekranie osoby, które poza nazwiskami Holmes i Watson mają wiele wspólnego z owymi Doyle'owskimi postaciami. Kto widział chociażby poczciwego Rathbone'a z Bruce'em (w Waszyngtonie na przykład) ten wie. Jeszcze większym niebezpieczeństwem od braku wierności jest wierność ślepa, a nieśmiała - czyli wierność stereotypom utrwalonym w kulturze masowej (peleryna-czapa-wygięta faja-Elementary, my dear Watson*). Wystarczy wtedy pół błędu w obsadzie i wychodzi nam (osadzony w epoce, a jakże!) horror z Roxburghiem i Hartem. Każdy dobry Sherlock w życiu Sherlockisty przy pierwszym poznaniu przyprawiał go o dreszcze, każdy na pierwszy rzut oka nic wspólnego z Kanonem nie miał - i każdy dopiero przy bliższym przyjrzeniu okazał się podejrzanie tekstowi Doyle'a bliski.
Cumberbatch nie. Bo Cumberbatch Holmesem jest po prostu od razu, od pierwszego, drugiego i kolejnych wejrzeń. Nie jest (może: jeszcze) wielkim aktorem, nie ima się żadnych afekciarskich sztuczek, nie pohukuje jak ukochany Sherlockisty Jeremy** i nie koncentruje uwagi na sobie. Ale koncentruje ją niewątpliwie na swojej postaci. Holmes, władczy, genialny, do niczego i nikogo nieprzystający, pierwszy i jedyny, bezczelny, arogancki, a zarazem nigdy nie ordynarnie nieuprzejmy, dumny i rozrywany przez tłumione emocje (choć na rozwinięcie tego wątku dali sobie scenarzyści czas - i słusznie), ironicznie dowcipny, niecierpliwy i drapieżny, nade wszystko lękający się nudy jest... no jest dokładnie taki, jak trzeba (no i ten płaszcz...).
Nic dziwnego, że Moffat albo Gatiss powiedzieli w wywiadzie, że Cumberbatch był jedynym kandydatem do roli.
Dodali też, że kiedy Freeman dołączył do niego na zdjęciach próbnych, to od razu widać było, że to jest właśnie ten brakujący puzzel. Sherlockista nie potraktował tego poważnie, bo wypuszczając w świat nowego Sherlocka naprawdę nie da się czegoś takiego o obsadzie nie powiedzieć. Ale teraz z radością przyznaje twórcom rację. Freeman należy, naturalnie, do Watsonów nowoczesnych, czyli młodych, inteligentnych, wielbiących zagadki i autentycznie pomocnych - w żadnym razie nie dziadziowatych. Przy Holmesie trzyma go w pierwszym rzędzie żądza przygód (ten wątek jest szczególnie wyeksponowany - i świetnie, bo dzięki temu powolne rodzenie się relacji między dwoma obcymi facetami, z których tylko jeden jest gejem nabiera realizmu). Przy tym nie brakuje mu szczerego podziwu i szacunku dla Holmesa (którego brakowało nie tylko upiorowi-Hartowi, ale także, i to sobie uświadomił ShK dopiero gdy znów zobaczył na ekranie Watsona wzorcowego, Lawowi z Sherlocka Ritchiego). Trzeba Freemanowi przyznać, że - czy to z natury czy też dzięki dobrej grze - twarz ma do roli Watsona wprost idealną: uczciwą, ale nie przesadnie poczciwą, szlachetną nawet, ale bez naiwnego romantyzmu, dojrzałą i doświadczoną, ale nie starą i nie gorzką, wreszcie: skłonną do wyrażania emocji, ale tylko w stosownych okolicznościach i zawsze bez egzaltacji (znów w przeciwieństwie do Lawa). A poza tym Watson jest kochliwy, zrównoważony (zadziwiająco nawet, zważywszy na jego trudne przejścia na wojnie), spolegliwy, bystry i obdarzony poczuciem humoru ("the good doctor's pawky humour...") - czyli... dokładnie taki, jak trzeba (i ten wieczny brak kasy...).
Ta sama śmiała wierność cechuje intrygi, które również trzymają się ram nakreślonych przez Conan Doyle'a (zwłaszcza A Study in Pink), ale Moffat i Gatiss bez oporów twórczo wykorzystują wszelkie pomysły rozsiane po całym Kanonie. Oryginalne strzępki prozy Doyle'a wirują widzowi przed oczami jak w kalejdoskopie szczególnie w drugiej części, gdzie każda niemal scena odsyła do jakiegoś opowiadania, ale żadna nie jest dosłownym cytatem. Tymczasem cytatów w dialogach nie brakuje, chociaż żaden nie brzmi fałszywie, bo podane są w naturalnym, współczesnym języku. Boli trochę, że nie usłyszymy "You come from Afghanistan, I perceive...", ale dużo naturalniej brzmi "Afghanistan or Iraq?" i z początku trudno się przyzwyczaić, że Holmes i Watson zwracają się do siebie po imieniu (o horror ortodoksów), ale naprawdę kompletnie nierealistyczne byłoby, gdyby w XXI wieku mieszkając razem trzymali się nazwisk. W zamian za te małe niedogodności scenarzyści uraczyli nas, między innymi, serią SMS-ów "Come at once, if convenient - if inconvenient come all the same", za co, zasadniczo, wszystko można by im było wybaczyć. Oczywiście, gdybyśmy już wcześniej nie wybaczyli im wszystkiego za sam fakt, że w ogóle sfilmowali - i to sfilmowali świetnie - ten legendarny początek, te sherlockistyczne łzy wyciskające sceny, gdy Holmes i Watson się poznają i zaczyna się wielka przygoda...
Tak czy owak, mają Moffat i Gatiss wszystko wybaczone, a tymczasem tak wiele do wybaczania w ogóle nie ma. Wielkie, naprawdę huczne brawa należą im się za pomysły na uwspółcześnienie intryg. To dzięki nim, możemy cieszyć się kultową dedukcją z zegarka brata Watsona (SIGN) w nowej wersji - w której informacje wysysa Sherlock z telefonu komórkowego jego siostry. To dzięki nim Holmes może wykorzystywać - z sensem! - serwisy pogodowe i GPS w telefonie, zajmuje się systemem zabezpieczeń w nowoczesnym banku, rozpoznaje, że ktoś włamał się do mieszkania przed nim po drugiej identycznej plamie na dywanie (kto, no kto poznaje ten motyw?), badając ciało na miejscu brodni nie wyprzedza już swojej epoki (jak u ACD), tylko wykłóca się z policyjnym patologiem, a Lestrade robi mu nalot, by sprawdzić, czy znowu nie trzyma narkotyków.
Ten ostatni temat musiał być dla twórców bardzo trudny, bo w okowach politycznej poprawności nie wypada absolutnie serwować młodzieży filmu, w którym postać kultowa używałaby niedozwolonych substancji, a już zwłaszcza - zwłaszcza!, o zgrozo i wieczne potępienie! - paliła papierosy lub fajkę. Wybrnęli z sytuacji chyba najlepiej jak mogli: Holmes ćpa, ale nie na wizji, natomiast w trakcie filmu pozwala sobie tylko na plastry antynikotynowe, mówiąc przy tym z pewną goryczą, że w dzisiejszym Londynie palić naprawdę się nie da (Sherlockista po smutnych doświadczeniach z dzisiejszym Edynburghiem musi to niestety potwierdzić). Mimo to, policja politycznej poprawności i tak dopadła nowego Sherlocka i powód jej ataku wprawił Sherlockistę w niemałe zdumienie.
Jak można przeczytać tu, serial ten przedstawia w "niewłaściwym" świetle Chińczyków (??!!! czy każdy film, w którym pokazana jest chińska mafia to od razu chinofobiczny szowinistyczny paszkwil?) oraz kobiety. Ten pierwszy zarzut może najwyżej wzbudzić politowanie dla jego autorów (bo naprawdę, do jasnej cholery, jak się czyta, że u ACD mafie na ogół pochodziły z Ameryki i czemu nie można było tak zostawić, to szlag człowieka może trafić - czy gdyby ktoś na przykład napisał powieść, w której występowałby jakiś Japończyk, który byłby kretynem, to by znaczyło, że ów autor jest rasistą? a gdyby ów kretyn był biały, to już nie?), do drugiego Sherlockista odniesie się odrobinę szerzej.
Niewątpliwie, kanoniczny Sherlock wygłasza sporo niezbyt mądrych za to bardzo przykrych generalizacji na temat kobiet. Niewątpliwie zdarzało się tak częściej bohaterom powieści dziewiętnastowiecznych niż współczesnych i politycznie poprawnych (co ciekawe i co jest tematem na inną dyskusję, kobietom wolno przeważnie obrażać mężczyzn w dowolnie głupi sposób). Ale żeby wyciągać stąd wniosek, że powieści takich w ogóle być może nie powinno się ekranizować, a bohaterów, którzy wygłaszają niebezpieczne twierdzenia trzeba cenzurować i wycinać, byłoby jakimś kompletnym absurdem. Oczywiście, największych głupot, które Sherlock wygadywał nie ma sensu na siłę pakować na ekran, bo tylko wzbudziłyby niechęć do jego postaci - chyba że udałoby się je dobrze psychologicznie uzasadnić (jak udało się Wilderowi w PLOSH). Tego jednak twórcy uniknęli. Pozwolili sobie jednak pokazać realistycznie bezduszny i protekcjonalny stosunek Holmesa do jego współpracowniczki z kostnicy i konstrukcja tej ostatniej relacji i samej postaci Molly Hopper nawet Sherlockistę trochę obruszyła (szczegóły w komentarzu do bardzo niefortunnej fikcyjnej strony internetowej Molly).
Trzeba jednak powiedzieć jasno, że bezduszność jest akurat trochę przejaskrawioną, cechą nowego Sherlocka w ogóle i objawia się nie tylko w jego relacjach z kobietami. Jedyny naprawdę fałszywy ton, który uraził Sherlockistę w całej tej produkcji (nie licząc muzyki podejrzanie podobnej do muzyki Zimmera z Sherlocka Ritchiego), to moment, kiedy Holmes zniża się do użycia przemocy na umierającym (mężczyźnie), by wydobyć z niego informację, która zaspokoi jego ciekawość. To z Sherlockiem kanonicznym naprawdę nie ma nic wspólnego. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że twórcy po prostu zamierzają nad rozwojem, zwłaszcza emocjonalnym, tej postaci popracować. Trudno powiedzieć, czy dane nam będzie przeżyć tak wzruszającą i tak głęboką przygodę jak ta z drogą Granadowego Holmesa-Bretta, ale trzymajmy kciuki za przyszłe długie i pełne doświadczeń życie tego nowego Sherlocka.
Ten nowy Sherlock, czyli ewentualna kolejna seria BBC, ma tym większe szanse zaistnieć, że obecna naprawdę, nie licząc wymienionych wyżej zastrzeżeń, zebrała znakomite recenzje ze wszystkich stron. Co ważne dla Sherlockisty, także jego największy guru, autor wzorcowych adaptacji radiowych (też BBC), Bert Coules, wypowiedział się o Holmesie Moffata wręcz entuzjastycznie, a zarówno ortodoksi, jak i fani produkcji w rodzaju CSI gromadnie co tydzień zasiadają przed telewizorami.
...i Sherlockista naprawdę zakończyłby tę recenzję jakimś hurraoptymistycznym akcentem, gdyby nie fakt, że właśnie dziś, w dniu premiery trzeciego, finałowego odcinka, dziś, gdy poznamy Moriarty'ego XXI wieku (o którym, trochę tak jak w REDH Granady) napomykano już subtelnie w poprzednich częściach, skończył mu się limit transferu danych i będzie musiał na najnowszego Sherlocka czekać aż dwie doby...
Może z nudów nasmaruje jakiś list do tego Holmesa? Najbardziej wkurzały go takie od kobiet, z pytaniem, czy powinny przyjąć posadę guwernantki... ;)
---
* Sherlockista już wspominał, ale będzie wspominać do znudzenia, bo może ktoś zajrzy tylko do tego jednego wpisu i się nie dowie: żaden z wymienionych elementów nie występuje w tekście ACD!
** Tak, no tak, no mam wyrzuty ilekroć chwalę publicznie jakiegoś INNEGO Sherlocka ;)
Otóż dzięki współczesnej stylizacji, dzięki tym wszystkim blogom i gadżetom, dzięki temu, że nowy Sherlock żyje w takim Londynie, jaki w każdej chwili możemy sobie zobaczyć na żywo, a nie w baśniowym Londynie gazowych latarni, który nie dość, że już nie istnieje, to tak naprawdę nigdy go w ogóle poza wyidealizowanymi wspomnieniami ACD nie było... - dzięki temu wszystkiemu możemy poczuć się choć odrobinę tak, jak tamci czytelnicy sprzed stu lat. Kto z Czytelników nie marzył, by być takim londyńczykiem przełomu minionych wieków, kupować każdy nowy numer Strandu i z rozczulającą nas dziś naiwnością wierzyć, że ten wspaniały detektyw jest postacią rzeczywistą. Kto nie chciał lamentować po jego śmierci w wodospadzie Reichenbach i przysyłać mu listów z prośbą o rozwiązanie zagadki zaginionej cioci (jak głoszą legendy, listy do Holmesa przychodzą do dziś pod adres muzeum i spotykają się z uprzejmą odpowiedzią, że Mr Holmes jest już na emeryturze i hoduje pszczoły).
Wróćmy jednak do naszej listy.
Przede wszystkim, jest to jedna z najwierniejszych ekranizacji, jakie ShK kiedykolwiek miał przyjemność oglądać i to samo w sobie stanowi rozczulający paradoks. Moffat i Gatiss zdecydowanie nie są holmesologicznymi dyletantami i zawodowymi łowcami kasy, którzy obejrzeli dwa Rathbone'y w dzieciństwie i zapamiętali, że Holmes to gość z taką wielką fajką. To ewidentnie holmesiści pełną gębą, którzy przede wszystkim znakomicie czują klimat tych opowieści, niepowtarzalną mieszankę brytyjskiego chłodu i równie brytyjskiego humoru, a przy tym (tak znienawidzony przez Holmesa!) koktajl romantyzmu i żelaznej logiki.
W scenariuszach obu części "Sherlocka" pełno jest zabawnych dialogów, mnóstwo wręcz mrugnięć oka do holmesologicznie zorientowanego widza - ale przy tym wszystkim zachowana jest jednak dostateczna powaga, tak, że film w żadnym momencie nie staje się parodią czy pastiszem. To ważne, bo wzmaga ochotę, żeby jednak napisać do tego Holmesa w sprawie nękających nas seryjnych kradzieży różowych skarpetek (no, Mr Holmes, to byłoby takie A Study in Pink - 2).
Krwiste postaci zarysowane są zarówno przez scenarzystów, jak i przez aktorów śmiało i wiernie, czyli dokładnie tak jak trzeba. Zważywszy na to, ile Conan Doyle (nie czarujmy się, głównie z powodu niepoważnego traktowania Holmesa) pozostawił w konstrukcji obu głównych swoich bohaterów miejsc niedookreślonych, czyli pola do popisu dla potomnych, zadziwiające jest, jak rzadko dana nam jest przyjemność oglądać na ekranie osoby, które poza nazwiskami Holmes i Watson mają wiele wspólnego z owymi Doyle'owskimi postaciami. Kto widział chociażby poczciwego Rathbone'a z Bruce'em (w Waszyngtonie na przykład) ten wie. Jeszcze większym niebezpieczeństwem od braku wierności jest wierność ślepa, a nieśmiała - czyli wierność stereotypom utrwalonym w kulturze masowej (peleryna-czapa-wygięta faja-Elementary, my dear Watson*). Wystarczy wtedy pół błędu w obsadzie i wychodzi nam (osadzony w epoce, a jakże!) horror z Roxburghiem i Hartem. Każdy dobry Sherlock w życiu Sherlockisty przy pierwszym poznaniu przyprawiał go o dreszcze, każdy na pierwszy rzut oka nic wspólnego z Kanonem nie miał - i każdy dopiero przy bliższym przyjrzeniu okazał się podejrzanie tekstowi Doyle'a bliski.
Cumberbatch nie. Bo Cumberbatch Holmesem jest po prostu od razu, od pierwszego, drugiego i kolejnych wejrzeń. Nie jest (może: jeszcze) wielkim aktorem, nie ima się żadnych afekciarskich sztuczek, nie pohukuje jak ukochany Sherlockisty Jeremy** i nie koncentruje uwagi na sobie. Ale koncentruje ją niewątpliwie na swojej postaci. Holmes, władczy, genialny, do niczego i nikogo nieprzystający, pierwszy i jedyny, bezczelny, arogancki, a zarazem nigdy nie ordynarnie nieuprzejmy, dumny i rozrywany przez tłumione emocje (choć na rozwinięcie tego wątku dali sobie scenarzyści czas - i słusznie), ironicznie dowcipny, niecierpliwy i drapieżny, nade wszystko lękający się nudy jest... no jest dokładnie taki, jak trzeba (no i ten płaszcz...).
Nic dziwnego, że Moffat albo Gatiss powiedzieli w wywiadzie, że Cumberbatch był jedynym kandydatem do roli.
Dodali też, że kiedy Freeman dołączył do niego na zdjęciach próbnych, to od razu widać było, że to jest właśnie ten brakujący puzzel. Sherlockista nie potraktował tego poważnie, bo wypuszczając w świat nowego Sherlocka naprawdę nie da się czegoś takiego o obsadzie nie powiedzieć. Ale teraz z radością przyznaje twórcom rację. Freeman należy, naturalnie, do Watsonów nowoczesnych, czyli młodych, inteligentnych, wielbiących zagadki i autentycznie pomocnych - w żadnym razie nie dziadziowatych. Przy Holmesie trzyma go w pierwszym rzędzie żądza przygód (ten wątek jest szczególnie wyeksponowany - i świetnie, bo dzięki temu powolne rodzenie się relacji między dwoma obcymi facetami, z których tylko jeden jest gejem nabiera realizmu). Przy tym nie brakuje mu szczerego podziwu i szacunku dla Holmesa (którego brakowało nie tylko upiorowi-Hartowi, ale także, i to sobie uświadomił ShK dopiero gdy znów zobaczył na ekranie Watsona wzorcowego, Lawowi z Sherlocka Ritchiego). Trzeba Freemanowi przyznać, że - czy to z natury czy też dzięki dobrej grze - twarz ma do roli Watsona wprost idealną: uczciwą, ale nie przesadnie poczciwą, szlachetną nawet, ale bez naiwnego romantyzmu, dojrzałą i doświadczoną, ale nie starą i nie gorzką, wreszcie: skłonną do wyrażania emocji, ale tylko w stosownych okolicznościach i zawsze bez egzaltacji (znów w przeciwieństwie do Lawa). A poza tym Watson jest kochliwy, zrównoważony (zadziwiająco nawet, zważywszy na jego trudne przejścia na wojnie), spolegliwy, bystry i obdarzony poczuciem humoru ("the good doctor's pawky humour...") - czyli... dokładnie taki, jak trzeba (i ten wieczny brak kasy...).
Ta sama śmiała wierność cechuje intrygi, które również trzymają się ram nakreślonych przez Conan Doyle'a (zwłaszcza A Study in Pink), ale Moffat i Gatiss bez oporów twórczo wykorzystują wszelkie pomysły rozsiane po całym Kanonie. Oryginalne strzępki prozy Doyle'a wirują widzowi przed oczami jak w kalejdoskopie szczególnie w drugiej części, gdzie każda niemal scena odsyła do jakiegoś opowiadania, ale żadna nie jest dosłownym cytatem. Tymczasem cytatów w dialogach nie brakuje, chociaż żaden nie brzmi fałszywie, bo podane są w naturalnym, współczesnym języku. Boli trochę, że nie usłyszymy "You come from Afghanistan, I perceive...", ale dużo naturalniej brzmi "Afghanistan or Iraq?" i z początku trudno się przyzwyczaić, że Holmes i Watson zwracają się do siebie po imieniu (o horror ortodoksów), ale naprawdę kompletnie nierealistyczne byłoby, gdyby w XXI wieku mieszkając razem trzymali się nazwisk. W zamian za te małe niedogodności scenarzyści uraczyli nas, między innymi, serią SMS-ów "Come at once, if convenient - if inconvenient come all the same", za co, zasadniczo, wszystko można by im było wybaczyć. Oczywiście, gdybyśmy już wcześniej nie wybaczyli im wszystkiego za sam fakt, że w ogóle sfilmowali - i to sfilmowali świetnie - ten legendarny początek, te sherlockistyczne łzy wyciskające sceny, gdy Holmes i Watson się poznają i zaczyna się wielka przygoda...
Tak czy owak, mają Moffat i Gatiss wszystko wybaczone, a tymczasem tak wiele do wybaczania w ogóle nie ma. Wielkie, naprawdę huczne brawa należą im się za pomysły na uwspółcześnienie intryg. To dzięki nim, możemy cieszyć się kultową dedukcją z zegarka brata Watsona (SIGN) w nowej wersji - w której informacje wysysa Sherlock z telefonu komórkowego jego siostry. To dzięki nim Holmes może wykorzystywać - z sensem! - serwisy pogodowe i GPS w telefonie, zajmuje się systemem zabezpieczeń w nowoczesnym banku, rozpoznaje, że ktoś włamał się do mieszkania przed nim po drugiej identycznej plamie na dywanie (kto, no kto poznaje ten motyw?), badając ciało na miejscu brodni nie wyprzedza już swojej epoki (jak u ACD), tylko wykłóca się z policyjnym patologiem, a Lestrade robi mu nalot, by sprawdzić, czy znowu nie trzyma narkotyków.
Ten ostatni temat musiał być dla twórców bardzo trudny, bo w okowach politycznej poprawności nie wypada absolutnie serwować młodzieży filmu, w którym postać kultowa używałaby niedozwolonych substancji, a już zwłaszcza - zwłaszcza!, o zgrozo i wieczne potępienie! - paliła papierosy lub fajkę. Wybrnęli z sytuacji chyba najlepiej jak mogli: Holmes ćpa, ale nie na wizji, natomiast w trakcie filmu pozwala sobie tylko na plastry antynikotynowe, mówiąc przy tym z pewną goryczą, że w dzisiejszym Londynie palić naprawdę się nie da (Sherlockista po smutnych doświadczeniach z dzisiejszym Edynburghiem musi to niestety potwierdzić). Mimo to, policja politycznej poprawności i tak dopadła nowego Sherlocka i powód jej ataku wprawił Sherlockistę w niemałe zdumienie.
Jak można przeczytać tu, serial ten przedstawia w "niewłaściwym" świetle Chińczyków (??!!! czy każdy film, w którym pokazana jest chińska mafia to od razu chinofobiczny szowinistyczny paszkwil?) oraz kobiety. Ten pierwszy zarzut może najwyżej wzbudzić politowanie dla jego autorów (bo naprawdę, do jasnej cholery, jak się czyta, że u ACD mafie na ogół pochodziły z Ameryki i czemu nie można było tak zostawić, to szlag człowieka może trafić - czy gdyby ktoś na przykład napisał powieść, w której występowałby jakiś Japończyk, który byłby kretynem, to by znaczyło, że ów autor jest rasistą? a gdyby ów kretyn był biały, to już nie?), do drugiego Sherlockista odniesie się odrobinę szerzej.
Niewątpliwie, kanoniczny Sherlock wygłasza sporo niezbyt mądrych za to bardzo przykrych generalizacji na temat kobiet. Niewątpliwie zdarzało się tak częściej bohaterom powieści dziewiętnastowiecznych niż współczesnych i politycznie poprawnych (co ciekawe i co jest tematem na inną dyskusję, kobietom wolno przeważnie obrażać mężczyzn w dowolnie głupi sposób). Ale żeby wyciągać stąd wniosek, że powieści takich w ogóle być może nie powinno się ekranizować, a bohaterów, którzy wygłaszają niebezpieczne twierdzenia trzeba cenzurować i wycinać, byłoby jakimś kompletnym absurdem. Oczywiście, największych głupot, które Sherlock wygadywał nie ma sensu na siłę pakować na ekran, bo tylko wzbudziłyby niechęć do jego postaci - chyba że udałoby się je dobrze psychologicznie uzasadnić (jak udało się Wilderowi w PLOSH). Tego jednak twórcy uniknęli. Pozwolili sobie jednak pokazać realistycznie bezduszny i protekcjonalny stosunek Holmesa do jego współpracowniczki z kostnicy i konstrukcja tej ostatniej relacji i samej postaci Molly Hopper nawet Sherlockistę trochę obruszyła (szczegóły w komentarzu do bardzo niefortunnej fikcyjnej strony internetowej Molly).
Trzeba jednak powiedzieć jasno, że bezduszność jest akurat trochę przejaskrawioną, cechą nowego Sherlocka w ogóle i objawia się nie tylko w jego relacjach z kobietami. Jedyny naprawdę fałszywy ton, który uraził Sherlockistę w całej tej produkcji (nie licząc muzyki podejrzanie podobnej do muzyki Zimmera z Sherlocka Ritchiego), to moment, kiedy Holmes zniża się do użycia przemocy na umierającym (mężczyźnie), by wydobyć z niego informację, która zaspokoi jego ciekawość. To z Sherlockiem kanonicznym naprawdę nie ma nic wspólnego. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że twórcy po prostu zamierzają nad rozwojem, zwłaszcza emocjonalnym, tej postaci popracować. Trudno powiedzieć, czy dane nam będzie przeżyć tak wzruszającą i tak głęboką przygodę jak ta z drogą Granadowego Holmesa-Bretta, ale trzymajmy kciuki za przyszłe długie i pełne doświadczeń życie tego nowego Sherlocka.
Ten nowy Sherlock, czyli ewentualna kolejna seria BBC, ma tym większe szanse zaistnieć, że obecna naprawdę, nie licząc wymienionych wyżej zastrzeżeń, zebrała znakomite recenzje ze wszystkich stron. Co ważne dla Sherlockisty, także jego największy guru, autor wzorcowych adaptacji radiowych (też BBC), Bert Coules, wypowiedział się o Holmesie Moffata wręcz entuzjastycznie, a zarówno ortodoksi, jak i fani produkcji w rodzaju CSI gromadnie co tydzień zasiadają przed telewizorami.
...i Sherlockista naprawdę zakończyłby tę recenzję jakimś hurraoptymistycznym akcentem, gdyby nie fakt, że właśnie dziś, w dniu premiery trzeciego, finałowego odcinka, dziś, gdy poznamy Moriarty'ego XXI wieku (o którym, trochę tak jak w REDH Granady) napomykano już subtelnie w poprzednich częściach, skończył mu się limit transferu danych i będzie musiał na najnowszego Sherlocka czekać aż dwie doby...
Może z nudów nasmaruje jakiś list do tego Holmesa? Najbardziej wkurzały go takie od kobiet, z pytaniem, czy powinny przyjąć posadę guwernantki... ;)
---
* Sherlockista już wspominał, ale będzie wspominać do znudzenia, bo może ktoś zajrzy tylko do tego jednego wpisu i się nie dowie: żaden z wymienionych elementów nie występuje w tekście ACD!
** Tak, no tak, no mam wyrzuty ilekroć chwalę publicznie jakiegoś INNEGO Sherlocka ;)
piątek, 28 maja 2010
Sherlock Holmes wygrywa!
A przynajmniej jego wersja autorstwa Guya Ritchiego wygrała Britain's National Movie Awards w kategorii Best Action Movie Thriller. Sherlockista gratuluje i cieszy się, bo pokonaliśmy (patrz: "Bohunaśmy usiekli") Martina Scorsese (Wyspa tajemnic - Shutter Island) i Quentina Tarantino (Bękarty wojny - Inglourious Basterds). Ma też nadzieję, że Ritchie czuje presję, żeby sequel nie zawiódł nie tylko w box office'ach.
A oto i laureat.
A oto i laureat.
środa, 19 maja 2010
Ciuchy...
...no... nie są pasją Sherlockisty. Kostiumy do nowego Sherlocka interesowały go tylko o tyle, że wzbudziły powszechne oburzenie (zwłaszcza stroje samego Holmesa). Sherlockista tymczasem od początku podejrzewał, że stroje te, podobnie jak i wszystko inne w tym filmie, maksymalnie naciągają normy, których przy produkcji filmu "z epoki" przekroczyć się nie dało, ale jednak w dziewiętnastowiecznych regułach gry jakoś się mieszczą. Holmes nie jest ubrany tak klasycznie jak w niektórych "wiernych" produkcjach, gdzie nie zapomina się nawet o obowiązkowym ukryciu muszki pod kołnierzem na znak żałoby po Nelsonie - ale i na szczęście nie tak idiotycznie jak na niektórych rycinach Pageta i w zdecydowanej większości ekranizacji, których reżyserzy przeoczyli fakt, że inverness i deerstalker są stosownym strojem dla późnowiktoriańskiego dżentelmena wyłącznie w czasie wiejskiej wycieczki.
Sherlockista argumentował nawet, że stroje nas zadziwiają nie dlatego, że mają wyglądać "nowocześnie", jak na komiksowego Holmesa XXI wieku przystało, tylko dlatego, że mają wyglądać ekstrawagancko, jak przystało na najbardziej ekstrawaganckiego dżentelmena z epoki późnowiktoriańskiej.
W wywiadzie z Jenny Beavan, autorką kostiumów do SH 2009, znaleźć można szczegółowe omówienie kreacji głównych bohaterów z kilku pierwszych sekwencji filmu (kolejne, jak przypuszcza Sherlockista, w drugiej części wywiadu). Sherlockista nawet nie śmiałby się podjąć tłumaczenia wszystkich tych skomplikowanych rodzajów frocków i innych licznych rodzajów wizytowej i niewizytowej odzieży męskiej. Sam, jak już wyznał, znawcą garderoby nie jest nawet po polsku, jednak zainteresowanym poleca linkowany wyżej wywiad najserdczniej.
Przy okazji, pragnie podkreślić, że Beavan w zupełności potwierdza jego intuicje. Zarówno garderoba Irene Adler, jak i Sherlocka Holmesa z premedytacją łączy to co klasyczne (kroje spodni czy wizytowej sukni) z tym, co niebanalne (kolory, rozchełstanie, kompozycje). Holmes strojem podkreśla to, jak bardzo nie pasuje do żadnej ze ściśle wydzielonych klas wiktoriańskiego społeczeństwa, nie nosi "mundurka" żadnego zawodu, sam przekracza wszelkie granice i bariery i tak samo nie mieści się w żadnych kategoriach jego codzienne ubranie.
Sherlockista osobiście najbardziej jest wdzięczny z Jenny Beavan za cudowny szlafrok, w którym Holmes przeżywa swoje gorsze dni - i który okazuje się szczególnie użyteczny jako przebranie.
(To zapewne nie jest ten "mouse-coloured dressing gown Sherlocka" tylko raczej ten drugi ;) ).
Sherlockista argumentował nawet, że stroje nas zadziwiają nie dlatego, że mają wyglądać "nowocześnie", jak na komiksowego Holmesa XXI wieku przystało, tylko dlatego, że mają wyglądać ekstrawagancko, jak przystało na najbardziej ekstrawaganckiego dżentelmena z epoki późnowiktoriańskiej.
W wywiadzie z Jenny Beavan, autorką kostiumów do SH 2009, znaleźć można szczegółowe omówienie kreacji głównych bohaterów z kilku pierwszych sekwencji filmu (kolejne, jak przypuszcza Sherlockista, w drugiej części wywiadu). Sherlockista nawet nie śmiałby się podjąć tłumaczenia wszystkich tych skomplikowanych rodzajów frocków i innych licznych rodzajów wizytowej i niewizytowej odzieży męskiej. Sam, jak już wyznał, znawcą garderoby nie jest nawet po polsku, jednak zainteresowanym poleca linkowany wyżej wywiad najserdczniej.
Przy okazji, pragnie podkreślić, że Beavan w zupełności potwierdza jego intuicje. Zarówno garderoba Irene Adler, jak i Sherlocka Holmesa z premedytacją łączy to co klasyczne (kroje spodni czy wizytowej sukni) z tym, co niebanalne (kolory, rozchełstanie, kompozycje). Holmes strojem podkreśla to, jak bardzo nie pasuje do żadnej ze ściśle wydzielonych klas wiktoriańskiego społeczeństwa, nie nosi "mundurka" żadnego zawodu, sam przekracza wszelkie granice i bariery i tak samo nie mieści się w żadnych kategoriach jego codzienne ubranie.
Sherlockista osobiście najbardziej jest wdzięczny z Jenny Beavan za cudowny szlafrok, w którym Holmes przeżywa swoje gorsze dni - i który okazuje się szczególnie użyteczny jako przebranie.
(To zapewne nie jest ten "mouse-coloured dressing gown Sherlocka" tylko raczej ten drugi ;) ).
czwartek, 13 maja 2010
Szkice węglem
Ukazała się specjalna seria szkiców z planu SH 2009, którą można podziwiać m. in. tu, na stronach Empire Online. Stworzenie mrocznego nastroju przy użyciu węgla nie jest bardzo trudne, ale takie obrazki jak powyższe i poniższe to już wyższa szkoła jazdy.
Tego typu szkice są zazwyczaj wykorzystywane na planie, jako artystyczne wizje poszczególnych scen. Fakt, że pojawiają się dalece po premierze (choć, co też znaczące, tuż przed premierą na DVD i Blu-Ray) budzi pewne wątpliwości co do tego, czy faktycznie pełniły tę funkcję.
Wiadomo natomiast, że na etapie sprzedawania Holmesa wytwórni Warner Bros (jak to strasznie brzmi...), Wigram przedstawił obrazki, których wykonanie zlecił Jonowi Watkissowi. Znakomite porównanie szkiców poszczególnych bohaterów z portretami aktorów, którzy potem ich zagrali można znaleźć m. in. tu.
Na przykład:
Same grafiki były natomiast wystawione w Gallery Nucleus, gdzie można je było nawet nabyć. Tytuł wystawy: The Art of of the Motion Picture. "Sherlock Holmes" by Jon Watkiss.
Tu smakowity kąsek na zachętę:
czwartek, 29 kwietnia 2010
BSBlog lamentuje, a Downey czyta :)
Na ulubionym naszym BSI-blogu BSI-Scott Monty'ego podniosły głowę holmesortodoksyjne demony. Autor lamentuje wręcz, że grozi nam Sherlock Holmes w 3D. "Sherlock Holmes w 3D!". Sherlockista musi wyznać, jak już zresztą wspominał, że zupełnie nie widzi przeciwskazań. W przeciwieństwie do BSI-ortodoksów, nie uważa, by jedyne, co fajnego dało się w tej technice z Holmesa pokazać to zapalanie fajki. Nie jest też ShK maniakiem trzeciego wymiaru, Avatar ani go rozgrzał ani zmroził, ale nie rozumie, czemu nie można twórcom filmu dać chociaż szansy. Przecież najgorsze, co nam grozi, to to, że trzeba będzie oglądać zwyczajny film w okularach na nosie, a efekty nie będą tego warte. Tak naprawdę, to myśli Sherlocksita, że Monty po prostu daje upust długo tłumionej ortodoksyjnej niechęci do nowego Sherlocka. W tekście nie powstrzymuje się od niejednokrotnie, niestety, boleśnie trafnych zarzutów pod adresem części pierwszej - zarzutów o to, że stał się nowy Sherlock rozrywką bardzo łatwą i tanią, że zbyt wielki akcent położony jest na te sekwencje walk w zwolnionym tempie i tandetne afekciarstwo. No, to wszystko racja. I racja też, że pokusa robienia różnych wybuchów i innych latających obiektów w 3D będzie jeszcze większa. Sherlockista wierzy jednak niezłomnie, że to będzie dobra zabawa, a typowo sherlockistyczne zalety, które w "jedynce" także dostrzegł, nagle się w owym trzecim wymiarze nie rozpłyną.
A tymczasem nasz nowy Sherlock, czyli Robert Downey Jr. chwali się, że przygotowując się do "dwójki", powtarza sobie opowieści Conan Doyle'a. "I'm doing Sherlock Holmes again so I'm going back and reading all the Conan Doyle books again. I just finished them, so I'm gonna start over again - at Volume 1" - powiedział RDJ, jak donosi Ashley Hillard. I dodał jakieś pikantne aluzje do kręcenia półnagich scen z Watsonem ;) Sherlockista już widzi te horrified stares ortodoksów z BSI...
A tymczasem nasz nowy Sherlock, czyli Robert Downey Jr. chwali się, że przygotowując się do "dwójki", powtarza sobie opowieści Conan Doyle'a. "I'm doing Sherlock Holmes again so I'm going back and reading all the Conan Doyle books again. I just finished them, so I'm gonna start over again - at Volume 1" - powiedział RDJ, jak donosi Ashley Hillard. I dodał jakieś pikantne aluzje do kręcenia półnagich scen z Watsonem ;) Sherlockista już widzi te horrified stares ortodoksów z BSI...
sobota, 24 kwietnia 2010
Sherlockista widział już ten dowcip w 50 wersjach...
...na temat wielu różnych rzeczy ale wciąż nie może sobie odmówić...
Pewien ortodoksyjny fan dowiaduje się o nowym "Sherlocku Holmesie" Ritchiego...
Pewien ortodoksyjny fan dowiaduje się o nowym "Sherlocku Holmesie" Ritchiego...
wtorek, 20 kwietnia 2010
Nareszcie PLOTKA :) !
Ponoć Siena Miller, była i po przerwie obecna dziewczyna, a podobno nawet nieoficjalna narzeczona Jude'a Law (czyli Watsona Ritchiego) ma wystąpić u jego boku także w filmie... I to w niebylejakim filmie tylko w Sherlocku Holmesie 2!
Sherlockista ustalił z pomocą netu, że widział kiedyś Sienę w roli Victorii w "Stardust" ale jakoś nijak sobie tego przypomnieć niestty nie może...
Niestety, plotkarskie serwisy nie interesują się zupełnie tym, po co twórcom sequela odtwórczynie ról kobiecych (chyba nie zamierzają zmienić bardzo sympatycznej Rachel McAdams w roli Irene Adler?).
Sherlockista dokopał się jednak do plotek sprzed dwóch lat, w których mówiono, że Siena Miller została wykopana z "jedynki" Sherlocka Holmesa, prawdopodobnie z powodu osobistych zatargów z Jude'em. Twarz ma, jak dla Sherlockisty, zupełnie nijak wypicowaną więc należy tylko mieć nadzieję, że to nie ona będzie Moriartym ;)
Sherlockista ustalił z pomocą netu, że widział kiedyś Sienę w roli Victorii w "Stardust" ale jakoś nijak sobie tego przypomnieć niestty nie może...
Niestety, plotkarskie serwisy nie interesują się zupełnie tym, po co twórcom sequela odtwórczynie ról kobiecych (chyba nie zamierzają zmienić bardzo sympatycznej Rachel McAdams w roli Irene Adler?).
Sherlockista dokopał się jednak do plotek sprzed dwóch lat, w których mówiono, że Siena Miller została wykopana z "jedynki" Sherlocka Holmesa, prawdopodobnie z powodu osobistych zatargów z Jude'em. Twarz ma, jak dla Sherlockisty, zupełnie nijak wypicowaną więc należy tylko mieć nadzieję, że to nie ona będzie Moriartym ;)
środa, 7 kwietnia 2010
Sherlock jednak rządzi ;)
Po pierwsze, DVD z nowy Sherlockiem rządzi w statystykach wypożyczalni. Nadzieje Sherlockisty na rychły sequel czują się podsycone ;)
W Polsce DVD i Blu-Ray z Sherlockiem mają się pojawić 15 maja (jak donosi Stopklatka, wspomnając przy okazji, że "superprodukcja" Ritchiego "zachwyciła" widzów i krytyków na całym świecie, co jest może pewną poetycką przesadą, ale dobrze, niech reklamują ;) ).
Sherlockista jest też bardzo zainteresowany dodatkami - dotychczas wyczytywał w recenzjach głównie narzekania na ten temat, tym razem obiecuje się kilka smakowitych kąsków, w tym naukę baritsu (?) ;)
Po drugie, proza ACD wydaje się jednak nieskończonym źródłem inspiracji. Może dzięki tym opowiadaniom klasy przestępcze chociaż w odrobinę mniejszym stopniu rozczarowują dzisiejszych Sherlocków. Dzięki doniesieniu na swoim ulubionym blogu, dowiedział się Sherlockista o nieudanej kradzieży w paryskim oddziale BNP Paribas. A konkretniej - pod owym oddziałem. Złodzieje ewidentnie naczytali się REDH i postanowili zaatakowac bank spod ziemi, korzystając z gotowych tuneli - pobliskiej stacji metra i kanalizacji. Co więcej, był tu już trzeci tego typu występ w ostatnim czasie (poprzednie ofiary "gangu termitów" to Caisse D'Erpagne i Credit Lyonaiss - zainteresowanych innymi szczegółami odsyła Sherlockista prosto do Reutersa). Ponieważ szczęście ewidentnie przestało sprzyjać naszym złodziejaszkom, może powinni przerzucić się na jakieś inne opowiadania... Czy Czytelnicy mają jakieś propozycje ;) ?
W Polsce DVD i Blu-Ray z Sherlockiem mają się pojawić 15 maja (jak donosi Stopklatka, wspomnając przy okazji, że "superprodukcja" Ritchiego "zachwyciła" widzów i krytyków na całym świecie, co jest może pewną poetycką przesadą, ale dobrze, niech reklamują ;) ).
Sherlockista jest też bardzo zainteresowany dodatkami - dotychczas wyczytywał w recenzjach głównie narzekania na ten temat, tym razem obiecuje się kilka smakowitych kąsków, w tym naukę baritsu (?) ;)
Po drugie, proza ACD wydaje się jednak nieskończonym źródłem inspiracji. Może dzięki tym opowiadaniom klasy przestępcze chociaż w odrobinę mniejszym stopniu rozczarowują dzisiejszych Sherlocków. Dzięki doniesieniu na swoim ulubionym blogu, dowiedział się Sherlockista o nieudanej kradzieży w paryskim oddziale BNP Paribas. A konkretniej - pod owym oddziałem. Złodzieje ewidentnie naczytali się REDH i postanowili zaatakowac bank spod ziemi, korzystając z gotowych tuneli - pobliskiej stacji metra i kanalizacji. Co więcej, był tu już trzeci tego typu występ w ostatnim czasie (poprzednie ofiary "gangu termitów" to Caisse D'Erpagne i Credit Lyonaiss - zainteresowanych innymi szczegółami odsyła Sherlockista prosto do Reutersa). Ponieważ szczęście ewidentnie przestało sprzyjać naszym złodziejaszkom, może powinni przerzucić się na jakieś inne opowiadania... Czy Czytelnicy mają jakieś propozycje ;) ?
środa, 31 marca 2010
STUD w wersji komiksowej...
Wygląda tak:
Co prawda anglojęzyczni wydawcy stosują wobec takich publikacji raczej termin "graphic novel", czyli "powieść graficzna", żeby odróżnić je od zwykłych komiksów, ale jako że Sherlockista niczego deprecjonującego w określeniu "komiks" nie widzi, to takim właśnie tagiem notkę tę opatrzy.
Autorka zachęcającej recenzji, Rachel Cooke z "The Observer", twierdzi, że mimo oczywistych skrótów, treść powieści pozostaje zrozumiała, chwali też ilustracje - na ten temat Sherlockiście trudno się, jako niefachowcy, wypowiedzieć. "Pies" wygląda jednak lepiej niż konkurencyjna graphic novel na podstawie tej powieści ACD:
- autorstwa Pereza i Daniela. Komiksy na temat SH pozostają jednym z tych obszarów holmesologii, który ku ubolewaniu Sherlockisty nie jest mu zbyt dobrze znany, jednak jeśli rosnąca popularność obrazkowych wersji klasyków przyczyni się do rosnącej popularności powieści i opowiadań sir Arthura Conan Doyle'a to na zdrowie ;)
Sherlockista przypomina tylko, że również na podstawie komiksu - Lionela Wigrama - powstał scenariusz do Sherlocka Holmesa Ritchiego (którego autorem był również Wigram), co w swoim czasie wzbudziło prawdziwe wzburzenie wśród ortodoksów. Wywiad z Wigramem, Joelem Silverem i Susan Downey można przeczytać tu. Rezultaty ich pracy były jednak na tyle zaskakujące i zadawalające, że Sherlockista chętnie by komiks Wigrama przeczytał. Niestety, mimo zapowiedzi, które można znaleźć w wywiadzie, sądząc po recenzjach, nie ma go na DVD, przynajmniej w wersji podstawowej. Ktoś widział, ktoś coś wie?
piątek, 26 marca 2010
Młody Sherlock Holmes raz jeszcze i kolejna gra...
Sherlockistę chyba czytają jakieś grube ryby, które wyłowiły, że w SH Guya Ritchiego można znaleźć wyraźne ślady inspiracji "Młodym Sherlockiem Holmesem" i że był to w opinii wielu holmesistów strasznie fajny film (notka poświęcona w większości "Young SH" tu), a w dodatku SH 2009 zarobił dzikie miliony - postanowiły wydać DVD z młodym Sherlockiem w Kanadzie i w USA, które to DVD, mimo że ewidentnie wydane w pośpiechu i bez fajerwerków, budzi dość entuzjastyczne recenzje.
W tej podlinkowanej wyżej, pochodzącej z Kansas City Star, autor wyzłośliwia się nawet, że ten stary film produkcji Spielberga jest znacznie lepszy niż SH 2009. Z tym twierdzeniem Sherlockista nie jest skłonny się zgodzić, i prawdę mówiąc młodzieżowo-przygodowe aspekty "Młodego Sherlocka" w "Starym Sherlocku" trochę go momentami drażniły.
***
Nowa gra to sequel gry z 2008 roku, ma całkiem dobre recenzje - i tak poza tym to Sherlockista niestety, z powodu swojego upośledzenia, do którego przyznał się w poprzedniej notce na temat gier, niewiele potrafi o niej powiedzieć.
Gra polega na rozwiązywaniu zagadek i należy do gier typu HOG, czyli hidden object games, co z pomocą tego artykułu Sherlockista zrozumiał jako grę w której trzeba wyszukiwać poukrywane na planszach przedmioty.
Na koniec jeszcze jedna grafika, która Sherlockisty raczej nie zachęca do przełamywania growej ignorancji akurat z pomocą tego wydawnictwa...:
W tej podlinkowanej wyżej, pochodzącej z Kansas City Star, autor wyzłośliwia się nawet, że ten stary film produkcji Spielberga jest znacznie lepszy niż SH 2009. Z tym twierdzeniem Sherlockista nie jest skłonny się zgodzić, i prawdę mówiąc młodzieżowo-przygodowe aspekty "Młodego Sherlocka" w "Starym Sherlocku" trochę go momentami drażniły.
***
Nowa gra to sequel gry z 2008 roku, ma całkiem dobre recenzje - i tak poza tym to Sherlockista niestety, z powodu swojego upośledzenia, do którego przyznał się w poprzedniej notce na temat gier, niewiele potrafi o niej powiedzieć.
Gra polega na rozwiązywaniu zagadek i należy do gier typu HOG, czyli hidden object games, co z pomocą tego artykułu Sherlockista zrozumiał jako grę w której trzeba wyszukiwać poukrywane na planszach przedmioty.
Na koniec jeszcze jedna grafika, która Sherlockisty raczej nie zachęca do przełamywania growej ignorancji akurat z pomocą tego wydawnictwa...:
czwartek, 25 marca 2010
No, powiedzmy, że coś się jednak też działo...
a przynajmniej w niusletterach Sherlockisty jakieś informacje się pojawiały.
Po pierwsze, coraz więcej plotek o nowym BBC-Sherlocku. Ponoć widziano Watsona - Martina Freemana - w Cardiff!
Na stronach BBC można już śledzić napływające informacje; poza tym dokopał się Sherlockista do oficjalnego komunikatu. Żadnych rewelacji się nie naczytał, ale serdecznie rozbawiło go połączenie wypowiedzi Moffata, który twierdzi, że "wszystko, co ważne w SH i JW zostało zachowane" i producenta, który obiecuje nam "dynamicznego, superbohatera współczesnego świata, którego arogancja i geniusz każe mu pokazać, że jest lepszy zarówno od przestępcy, jak i od policji - właściwie od wszystkich". No cóż, Ritchiemu się w sumie udało ;) Pocieszające jest kolejne zapewnienie o tym, że Moffat i Gatiss są wiernymi fanami ACD.
Po drugie, liczne plotki o tym, że film zarobił straszną górę pieniędzy (mówi się o ponad 500 milionach), co Sherlockistę interesuje bardzo o tyle, że zwiększa szanse na rychłe zrobienie sequelu.
A po trzecie i ostatnie, zjawiły się pierwsze, kiepskie recenzje DVD z Sherlockiem Holmesem Ritchiego, które to DVD jest krytykowane głównie za to, że nie ma żadnych super dodatków. Sherlockista też dla 14minutowego filmiku na temat powstawania dzieła raczej nie pokusiłby się na kupowanie płyty.
Po pierwsze, coraz więcej plotek o nowym BBC-Sherlocku. Ponoć widziano Watsona - Martina Freemana - w Cardiff!
Na stronach BBC można już śledzić napływające informacje; poza tym dokopał się Sherlockista do oficjalnego komunikatu. Żadnych rewelacji się nie naczytał, ale serdecznie rozbawiło go połączenie wypowiedzi Moffata, który twierdzi, że "wszystko, co ważne w SH i JW zostało zachowane" i producenta, który obiecuje nam "dynamicznego, superbohatera współczesnego świata, którego arogancja i geniusz każe mu pokazać, że jest lepszy zarówno od przestępcy, jak i od policji - właściwie od wszystkich". No cóż, Ritchiemu się w sumie udało ;) Pocieszające jest kolejne zapewnienie o tym, że Moffat i Gatiss są wiernymi fanami ACD.
Po drugie, liczne plotki o tym, że film zarobił straszną górę pieniędzy (mówi się o ponad 500 milionach), co Sherlockistę interesuje bardzo o tyle, że zwiększa szanse na rychłe zrobienie sequelu.
A po trzecie i ostatnie, zjawiły się pierwsze, kiepskie recenzje DVD z Sherlockiem Holmesem Ritchiego, które to DVD jest krytykowane głównie za to, że nie ma żadnych super dodatków. Sherlockista też dla 14minutowego filmiku na temat powstawania dzieła raczej nie pokusiłby się na kupowanie płyty.
Z cyklu: lista zakupów albo Sherlockista się chwali
ale zanim się pochwali, to najserdeczniej przeprasza za rzadkość wpisów w tym tygodniu. Nawet nie tyle wynikła ona z sezonu ogórkowego - już w następnej notce naprawdę krótkie podsumowanie ostatnich doniesień - ile z nad wyraz bolesnego braku kontaktu z rzeczywistością wirtualną. Sherlockiście udało się w ostatnich dniach włamać do Sieci zaledwie dwa razy, z czego raz wykorzystał, oczywiście, na zakupy w Amazonie.
Już za... miesiąc? dwa miesiące? pół roku?... w każdym razie kiedyś, a to w porównaniu do "nigdy" postęp, dojdą do niego trzy książki, o których nie omieszka napisać szczegółowo.
Po pierwsze, wspominana tu w notce pod jakże szczęśliwie profetycznym tytułem "lista zakupów" pozycja Sherlock Holmes for Dummies - bo Sherlockista po prostu umiera z ciekawości, co też Steven Doyle uznał za podstawowe podstawy holmesologii, a także to jak to w prosty sposób wyłożył. Sherlockista, prawdę mówiąc, zdecydowanie lepiej radzi sobie z tłumaczeniem studentom, co to jest transcendentalna jedność apercepcji niż z tłumaczeniem najżyczliwszym nawet przyjaciołom, czemu to ważne, czy babcia Holmesa naprawdę miała brata malarza.
Po drugie, zamówił Sherlockista legendarną niemal książkę Williama Baring-Goulda (kto nie lubi suchej WIki niech zerknie na stronę typowo fandomową) - czyli Sherlock Holmes of Baker Street, która prezentuje się tak:
I podobnie jak Annotated Sherlock Holmes pod redakcją Baring-Goulda było pierwszą biblią holmesologii i na zawsze niezapomnianą poprzedniczką wielkiego Klingera, tak biografia, a zwłaszcza założona w niej chronologia Baring Goulda stała się wzorcem dla wszystkich, które nastąpiły potem.
Sherlockista tłumaczy mętnie nieznajomość tej pozycji - podobnie jak wydania krytycznego BG - wyłącznie skromnością funduszy. Teraz jednak rozważa, czy nie zaczekać z pisaniem obiecanej recenzji z Rennisona dopiero do momentu otrzymania materiału do porównania.
Trzecia książka, na którą czeka Sherlockista z niemniejszą niecierpliwością jest najbardziej bodaj oryginalna. Otóż, wierzcie mu lub nie, podobnie jak nasz Chopin, tak i brytyjski Sherlock Holmes cieszy się niezwykłą estymą w Japonii, gdzie kwitną nie tylko wiśnie, ale i holmesologiczne stowarzyszenia, które liczą ponoć tysiące członków. Chociaż w samym Kanonie niełatwo znaleźć - poza sławnym baritsu i wizytą jednego z bohaterów w Chinach, którą zdradza bodaj tatuaż (REDH) - jakiekolwiek bezpośrednie wzmianki o którymkolwiek z krajów Dalekiego Wschodu, Japończyków to nie zniechęca. Książka Sherlock Holmes in Japan prezentuje się niezwykle stosownie:
A na podlinkowanej wyżej stronie obiecują, że wewnątrz znajdzie Sherlockista nie tylko japońskie tytuły opowiadań i kulturowo-tłumaczeniowe smaczki (Rudowłosych z REDH trzeba było zamienić na łysych), ale także sporo budzących wielką zazdrość informacji na temat struktur imponującego japońskiego fandomu, który wydaje własne czasopisma, organizuje liczne spotkania - jednym słowem wszystko jak w Anglii, Wielkiej Brytanii, czy Francji (Sherlockista już dawno miał polecić wspaniałą stronę Francuzów). Tyle że po japońsku... co budzi oczywiście pewne ambicje lingwistyczne Sherlockisty, ale buduje raczej dalekosiężne perspektywy... ;) Po angielsku znalazł natomiast Sherlockista znakomitą wprost japońską recenzję Sherlocka Holmesa Ritchiego, który na ekrany kin w Japonii wszedł z dużym opóźnieniem.
Sherlockista szczerze, serdecznie, gorąco wręcz wierzy, że Poczta Polska go nie zawiedzie...
Sherlockista szczerze, serdecznie, gorąco wręcz wierzy, że Poczta Polska go nie zawiedzie...
środa, 10 marca 2010
Jeszcze w tym roku będą kręcić Sherlocka Holmesa 2?
Donieśli Sherlockiście, że Jude Law puszcza już jakieś plotki na temat sequela ekranizacji Ritchiego. Wypowiada się z pewną nonszalancją, ale niezobowiązująco przyznaje, że chyba on, chyba Watsona i chyba zdjęcia jeszcze w tym roku. To, że ciąg dalszy był planowany nie jest tajemnicą - scenariusz został zamówiony zanim jeszcze SH 2009 wszedł na ekrany kin.
Czy nie miło pomyśleć nad tym, że ktoś pewnie właśnie biedzi się nad intrygą dla filmu o Sherlocku (a nie zapomninajmy, że w nowym filmie prawie na pewno będzie zasygnalizowany tylko w "jedynce" profesor Moriarty) ?
Sherlockista, który sequelowi, jak wyznał, kibicuje, na podobne plotki czeka z największą niecierpliwością. Kręćcie, tylko ogólcie Downeya!
Czy nie miło pomyśleć nad tym, że ktoś pewnie właśnie biedzi się nad intrygą dla filmu o Sherlocku (a nie zapomninajmy, że w nowym filmie prawie na pewno będzie zasygnalizowany tylko w "jedynce" profesor Moriarty) ?
Sherlockista, który sequelowi, jak wyznał, kibicuje, na podobne plotki czeka z największą niecierpliwością. Kręćcie, tylko ogólcie Downeya!
poniedziałek, 8 marca 2010
A Hans Zimmer nie dostał Oscara za muzykę do SH 2009...
bo dostał go człowiek o trudnym włoskim nazwisku za "Up". Ah, well.
Czy Sherlock H. był gejem? - każdy Sherlockista musi na to pytanie odpowiedzieć. Co najmniej 9 razy.
Sherlockista jakiś czas temu podlinkował jedno ze swoich ciekawszych znalezisk w zbiorze "Inne tropy", jednak nie miał wcześniej chwili, by je przedstawić i wyjaśnić, czemu właściwie uważa je za znalezisko ciekawe.
Autorzy tego bloga tropią wszelkie wzmianki/interpretacje/fanfiki/slashe, w których Holmes lub* Watson byli gejami.
Jako że Sherlockista w ogóle za slashami nie przepada (bowiem w wersji łagodnej są to przeważnie żałośnie słabe romansidła, a w wersji hard jeszcze żałośniej słabe porno), sam nie czytał tego więcej niż nakazywał reporterski obowiązek, przypomina sobie jednak co najmniej jedno takie dzieło, w którym akcja rozpoczęła się w punkcie oczywistym, czyli pewną słynną sceną z 3GAR, a nastęnie potoczyła się w sposób jeszcze bardziej oczywisty, jeśli zważyć, że we wspomnianej scenie Holmes rozcina Watsonowi spodnie.
Niezwykle wdzięcznym materiałem dla wspomnianych bloggerów jest omówiony tu film, bowiem nie tylko roi się w nim od różnego rodzaju sugestii i aluzji (Holmes i Watson kłócą się jak stare małżeństwo, a Downey spoziera na Law wzrokiem zazdrosnym i pożądliwym - nie sposób też uniknąć skojarzeń ze słynną rolą Law jako wielkiego kusiciela, który uwiódł Oscara Wilde'a), ale i sami twórcy filmu wypowiadają się na temat ewentualnego homoseksualizmu Holmesa z przymrużeniem oka. Nawet jeśli nie chcą jednoznacznej intepretacji ich bohatera jako geja, to nigdzie nie zamykają do takiej interpretacji drogi i to, jak się wydaje, raczej nie z powodu poprawności politycznej, a po prostu dlatego, że trochę tak istotnie została pomyślana ta postać, mimo stereotypowo hetero-męskiej skłonności do walk wręcz i romansu z Irene Adler. Niestety, sugestie Downeya nie spodobały się dysponentce prawami autorskimi do postaci Sherlocka Holmesa na terenie Stanów Zjednoczonych, Andrei Plunket, która zagroziła, że jeśli w sequelu wątek homoseksualizmu Holmesa zostanie wyeksponowany/pociągnięty, to ona za żadne pieniądze się na to nie zgodzi.
I z tej okazji Sherlockista zadał sobie pytanie, czy Plunket miała rację? ShK nie zamierza się tu wdawać w interpretacje jej zachowania (być może jest po prostu kretynką, która uznała przedstawienie Holmesa jako geja za uwłaczające a być może nie toleruje dopisywania do postaci czegoś, czego eksplicite nie ma w Kanonie, a gdy Ritchie kręcił pierwszy film po prostu jej się przysnęło) ani dyskutować tego, na ile twórcom adaptacji wolno ingerować w tekst etc. - zakłada tylko, że cokolwiek Plunket zrobiła, zrobiła to ponieważ wierzy mocno, że Holmes gejem nie był. Sherlockista zamierza zatem rozważyć publicznie kwestię, o którą pyta go ok. 80% rozmówców w czasie do 3 min. 20 sek. od dowiedzenia się, że Sherlockista jest Sherlockistą.**
Przeżyjmy to jeszcze raz - jedyna eksplicytna scena, w której napisane jest wielkimi literami, że Holmes kocha Watsona. Oddajmy głos owemu słynnemu 3GAR.
I felt a sudden hot sear as if a red-hot iron had been pressed to my thigh. There was a crash as Holmes's pistol came down on the man's head. I had a vision of him sprawling upon the floor with blood running down his face while Holmes rummaged him for weapons. Then my friend's wiry arms were round me, and he was leading me to a chair.
"You're not hurt, Watson? For God's sake, say that you are not hurt!"
It was worth a wound -- it was worth many wounds -- to know the depth of loyalty and love which lay behind that cold mask. The clear, hard eyes were dimmed for a moment, and the firm lips were shaking. For the one and only time I caught a glimpse of a great heart as well as of a great brain. All my years of humble but single-minded service culminated in that moment of revelation.
"It's nothing, Holmes. It's a mere scratch."
He had ripped up my trousers with his pocket-knife.
"You are right," he cried with an immense sigh of relief. "It is quite superficial." His face set like flint as he glared at our prisoner, who was sitting up with a dazed face. "By the Lord, it is as well for you. If you had killed Watson, you would not have got out of this room alive. Now, sir, what have you to say for yourself?"
"For the one and only time" nie jest prawdą - bardzo nasycona emocjami scena ma również miejsce w DEVI, co znamienne, obaj panowie znów leżą na sobie, ale tym razem to Watson wyciąga Holmesa z opałów, a właściwie oparów trucizny.
Drobne gesty i uwagi rozsiane są naturalnie po całym cyklu, na czele ze słynnym momentem w EMPT, kiedy to Watson - twardy żołnierz - mdleje z radości na widok powracającego Holmesa.
Że Watson Holmesa momentami ubóstwia - to dla każdego czytelnika jest jasne. Detektyw jest "najlepszym i najmądrzejszym człowiekiem", jakiego Watson zna (FINA), pokazuje mu nowe, ekscytujące życie, sprawia, że ranny, emerytowany lekarz znów czuje się potrzebny (what would I do without my Boswell?), fascynuje go pięknym umysłem i niecodziennymi nawykami, a zarazem sprawia, że i Watson, człowiek zgoła nieszablonowy, hazardzista, kobieciarz, artysta i wielbiciel zagadek czuje się bardziej wolny. Wspomniany już niegdyś w tym blogu Bert Coules z BBC, sam pisarz, tworząc radiowe adaptacje opowiadań genialnie wprost uwypukił w całym cyklu fakt, że Watson tworzy - przygody przeżywane z Holmesem są dla niego czymś więcej niż tylko inspiracją do uprawiania hobby.
Dla Holmesa przyjaźń - związek? - z Watsonem jest prawdopodobnie najważniejszą rzeczą w życiu. Watson, że się tak Sherlockista postmodernistycznie wyrazi, tworzy narrację o życiu Holmesa. Dzięki Watsonowi Holmes widzi swoje poczynania w nowym świetle, nie tylko banalnie zyskuje sławę, ale w pewnym sensie zyskuje samoświadomość. Tu znów ukłon w pas dla Coulesa za scenę, w której Holmes cytuje opowiadanie Watsona (SCAN) i przyznaje się, że regularnie dzieła doktora czytuje. Podobne motywy obecne są zresztą w każdej dobrej adaptacji Holmesa.
Watson to oczywiście niezawodny i zaopatrzony w wojskową broń towarzysz przygód, bez którego niejedna z ryzykownych wypraw mogłaby się zakończyć gorzej. Ale rola ta jest zupełnie nieistotna w porównaniu z faktem, że - nie licząc może Mycrofta - Watson jest jedyną osobą, wobec której Holmes żywi ciepłe uczucia. Wprawdzie zdarza mu się pisać o Watsonie z lekceważeniem, że był dla niego jak fajka czy inne akcesoria (CREE), ale przywołane wyżej fragmenty wyraźnie przeczą tej teorii. Watson też otwierał przed Holmesem nieznany mu egzotyczny świat - świat domu i rodziny, który daje ciepło i serdeczność, a nie wiąże się z mrocznymi uczuciami, przemocą i ukrytymi przed wzrokiem postronnych okrucieństwami. Niezależnie od tego jak wyglądało dzieciństwo detektywa, sama kariera Holmesa wystarcza, by zacząć na instytucję rodziny patrzeć co najmniej podejrzliwie (IDEN, BOSC, COPP). Watson, ze swoją tęsknotą za ciepłym kominkiem był pewnie w oczach Holmesa naiwnym kosmitą. Jednocześnie, ile razy by detektyw nie odmawiał ze zniecierpliwieniem kolejnego posiłku albo chwili odpoczynku, rodzinne i opiekuńcze odruchy Watsona najprawdopodobniej uratowały mu resztki zdrowia i życie. W serii Granady z powodu zadziwiającego zbiegnięcia się fabuły Sherlocków z historią życia odtwórcy głównej roli, szczególnie dobitnie pokazano, jak starzejący się, chorujący Holmes coraz bardziej potrzebuje opieki, a nawet lekarskiej pomocy Watsona. Jeśli Holmes istotnie chorował na ChAD (nt. tej hipotezy patrz jedna z poprzednich notek), to tylko Watson potrafił odróżnić znudzenie bezczynnością od depresji, na którą nawet najlepsza zagadka nie byłaby lekarstwem, ekscytację z powodu interesującej zagadki, od niezdrowego, wyczerpującego pobudzenia. Watson wie, kiedy odradzić Holmesowi branie następnej sprawy, kiedy przymusem niemal wysłać go na wakacje (DEVI), kiedy wyciągnąć na spacer (YELL). Watson kontroluje przyjmowane przez Holmesa dawki narkotyków (najlepsze dialogi na ten temat mają miejsce nie w Kanonie a w "The Private Life of Sherlock Holmes", niestety część znajduje się we fragmentach zachowanych tylko w scenariuszu...).
Watson powstrzymuje ten piękny, delikatny umysł przed niszczeniem samego siebie. I w zamian otrzymuje kawał Holmesowego serca.
I dlatego na pytanie czy Sherlock H. był gejem, odpowiada Sherlockista niezmiennie "ale co za różnica"...
Bo pytanie to mieści w sobie wprawdzie aż trzy różne kwestie, ale żadna z nich nijak tej powyżej przedstawionej, najistotniejszej o relacjach SH i JW prawdy nie tyka.
Pierwsza kwestia to zwyczajnie orientacja obu panów. Z Kanonu wiemy, że Watson miał co najmniej jedną żonę, ale to mogła być, oczywiście, przykrywka, więc tak naprawdę na pewno nie wiemy nic - roboczo można uznać jedynie, że na razie nic nas nie zmusza do trzymania się tezy, jakoby byli hetero.
Po drugie, można zatem przez to rozumieć trywialne pytanie o to, czy uprawiali seks. A cholera ich wie. W obliczu tak kosmicznego związku dwóch potężnych indywidualności jest to po prostu sprawa drugorzędna. Niektórzy ludzie trochę po hipisowsku przez seks wyrażają po prostu bliskość, nawet w związkach z przyjaciółmi. Dla innych seks i przyjaźń to dwa światy, którym z jakichś powodów przeciąć się nie wolno, bo przyjaźń stanie się "brudna". Naprawdę trudno by było określić, do którego rodzaju należeli Holmes i Watson, chociaż zważywszy na to, jak oryginalnie zachowywali się na co dzień (jak na surowe realia późnowiktoriańskiej Anglii), można wiele pikantnych rzeczy wnioskować na temat ich podejścia do seksu.
Po trzecie wreszcie, można zapytać, czy oprócz tego, że się kochali jak przyjaciele, byli w sobie zakochani? Czy oprócz ciepła i sympatii czuli czasem na swój widok jakieś szarpiące porywy namiętności, czy w finale SIGN, gdy Watson wyprowadza się do żony, Holmes pragnie oprócz żalu, smutku i przygnębienia wyrazić jeszcze potężniejsze uczucia, czy w scenie z 3GAR, gdyby Watson zginął, to Holmes zabiłby jego mordercę a na koniec sam pchnął się nożem w zdławioną bólem pierś?
Szczerze, to myśli Sherlockista, że raczej nie, ale... czy nie mamy po tym wszystkim już zupełnie dość poszlak, żeby zrobić dobry, holmesologiczny blog o gej-Sherlocku ;)?
---
*Sherlockista obiecał sobie, że w tym blogu filozoficznie wyżywać się nie będzie, ale wspomni tylko, że alternatywy używa zawsze w klasycznym sensie logicznym: możliwe, że zachodzi tylko jeden człon, ale możliwe też, że zachodzą oba człony na raz.
**Naprawdę wierni Czytelnicy być może pamiętają pierwszy wpis na ten temat na starym angielskim blogu ShK.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







.jpg)
















