Pamiętacie, jak w poprzedniej notce skarżyłam się na przestój w tematach, który był przyczyną dłuższej przerwy? Trochę oszukiwałam. Tak naprawdę nie muszę czekać na żadne ekscytujące niusy (w rodzaju: "aż się boję, jaki poziom musiała osiągnąć brytyjska telewizja, skoro "Sherlock" jako całość nie zasłużył nawet na nominację do BAFTy!"), bo wiele tekstów od dawna już czeka na napisanie. Czasem tylko brakuje jeszcze trochę researchu (jak przypadku całego działu "Stare Sherlocki", który miał się tu pojawić już od samych początków bloga), czasem ochoty, by dokończyć film do zrecenzowania (nawet nie wiecie, nawet nie podejrzewacie, jakie dwa cudowne koszmarki chowam dla Was w rękawie!), ale bardzo rzadko śmiałości.
Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podcast. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podcast. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 29 kwietnia 2012
piątek, 23 marca 2012
Plotki o Elementary i kilka uwag o Watsonie...
Miałam wczoraj interesujące doświadczenie: najpierw przeczytałam pogłoski na temat scenariusza do Elementary, a potem posłuchałam, jak David Stuart Davies i Steven Doyle wyjaśniają, czemu tak bardzo mi się te plotki nie spodobały. W podcaście sprzed prawie roku.
Po kolei!
Po kolei!
czwartek, 1 grudnia 2011
It's so simple... Watsonie, śpiewamy! Pierwsza - wstępna i z pewnością nie ostatnia - notka o Holmesowych musicalach :)
Sherlockista wzruszył się czytając komentarze pod poprzednim postem. Zwłaszcza tym "It's so simple", które jest jego ukochaną sherlockistyczną piosenką z tych, do których udało mu się dotrzeć (nie ma ich niestety tak wiele, jak by chciał). Wszystko, co pisały Justeene i CheshireCatto, to prawda. Prawda też, że Baker Street z 1965 roku jest chyba jeszcze wspanialszy niż drugi z dwóch naprawdę znanych holmesowych musicali, czyli Sherlock Holmes: The Musical (reszta to, powiedzmy sobie, produkcje jednak niszowe).
Jeśli ktoś z Czytelników dopiero zaczyna przygodę z musicalami, to nic nie wprowadzi go w ten świat lepiej niż jedna z najbardziej uroczych rzeczy w historii holmesologii, więc Sherlockista zachęca, by w tym miejscu od razu zrobił sobie przerwę na jej posłuchanie (może się zdarzyć, że jacyś [cenzura] strażnicy praw autorskich nie pozwolą obejrzeć jej w oknie poniżej, ale da się wtedy przekliknąć na YouTube i tam się uruchomi):
Teraz już może się Sherlockista przyznać, że zwlekał z tym wpisem od ponad roku chyba, czyli od czasu, gdy "I hear of Sherlock everywhere", podcast, który w zamian za intensywność reklamy powinien ShK sponsorować ;), zaprezentował wywiad z Fritzem Weaverem, gwiazdą oryginalnej obsady Baker Street właśnie (patrz: episode 26). Dlaczego zwlekał? Prawdopodobnie z tej prostej przyczyny, że ilekroć się do tej notki zabierał, tylekroć "na rozgrzewkę" słuchał sobie "It's so simple"... A potem właził na stronę Amazona, by po raz kolejny stwierdzić, że w świetle idiotycznych jakichś regulacji amazonowo-celnych mieszka w trzecim świecie i nie może sobie całego Baker Street kupić na mp3... za to może posłuchać próbek WSZYSTKICH piosenek :) A na koniec grzebał w youtubie, i odkrywał, że wprawdzie wszystkiego dalece tam nie ma, ale sporo wszelako jest. I na pisanie notki był już stanowczo zbyt rozczulony.
Zacznijmy jednak od początku.
Baker Street jest nie tylko lepszy, ale i pierwszy. W 1965 roku żył jeszcze Basil Rathbone, a premiera holmesowego musicalu, uświetniona przez obecność aktora, była kreowana na wielkie wydarzenie. Autorem tekstu, który zainspirował musical był Jerome Coppersmith, a muzykę i piosenki ułożyli Marian Grudeff i Raymond Jessel. W obsadzie, oprócz wspomnianego Fritza Weavera (SH), wystąpili Martin Gabel (Moriarty), Inga Swenson (Irene Adler), Peter Sallis (Watson), a nawet, w drugoplanowej roli, Christopher Walken. Intryga, jak można wydedukować po samej obsadzie i tytułach piosenek, przypomina luźno SCAN, głównie tym, że występuje w niej Irene Adler, ale najlepsze są fragmenty o geniuszu Holmesa (patrz: It's So Simple) i o więzi, która łączy go z Moriartym (I Shall Miss You, śpiewa Sherlockowi czule Napoleon Zbrodni). Sherlockista lubi musicale w ogóle, ale te o Sherlocku sprawiają mu szczególną przyjemność i to nie tylko z uwagi na tematykę. Jest coś uwodzicielskiego w tej lekkiej, ale skondensowanej formie, zwłaszcza gdy zamiast długiego spektaklu słuchamy tylko krótkich wypieszczonych piosenek. Sherlockista nigdy nie może się nadziwić, jak to się dzieje, że musicalowe adaptacje, które są tak wdzięczne, ale zarazem nie do końca poważne, doskonale uchwytują samą esencję Holmesa. Geniusz z problemami emocjonalnymi, wierny druh, miłość do zagadek i przygód, Napoleon Zbrodni w charakterze ulubionego - i niezbędnego w istocie - wroga, a do tego różne tajemnicze postaci w tle i the game is afoot... Czego więcej trzeba? It's so simple...
Późniejszy o ponad dwadzieścia lat musical Lesliego Bricusse'a Sherlock Holmes spełnia wszystkie powyższe wymagania i właściwie gorszy jest tylko o tyle, że może odrobinę za dużo w nim smętnawych piosenek dotyczących ew. kobiet w życiu Holmesa (ShK wnioskuje tylko z dostępnych urywków i tytułów) i... nie ma "It's so simple" ani Fritza Weavera ;).
W oryginalnej obsadzie w rolach Holmesa i Watsona wystąpili Ron Moody i Derek Waring, we wznowieniu Robert Powell i Roy Barraclough. Tym razem treść nieco bardziej odbiega od ACD: główną oponentką Holmesa jest zabójczo inteligentna córka samego Moriarty'ego Bella, która, jak się domyślamy, wzbudza w naszym detektywie ambiwalentne uczucia. To, że nie ma w Sherlock Holmes: The Musical niczego na miarę "It's so simple" nie oznacza, że nie znajdziemy tam wspaniałych perełek, jak na przykład rozczulającego i jakże trafnego z kanonicznego punktu widzenia peanu Holmesa na cześć Moriarty'ego:
... w którym świetna i naprawdę zabawna jest już sama ta wyliczanka różnych spraw Holmesa na początku.
Podobnie, cudny jest hołd dla samego Londynu, który jak wiemy również w Kanonie doczekał się wielu pełnych emocji słów:
Sama frazka "London Bridge has no intention of falling down" wystarczyłaby, żeby pokochać ten musical, prawda?
Sherlockista osobiście nie przepada za końcami, a uwielbia za to wszelkie początki, zwłaszcza te zapowiadające przygody i Holmesa. Na koniec zatem zaserwuje Wam początek Sherlocka Holmesa, który na youtubie został przepracowany na wszelkie sposoby, w tym włączony został do musicalu-wygłupu złożonego ze zlepków Ritchiego-Downeya. Z uwagi na delikatne nerwy niektórych Czytelniczek ;) Sherlockista wybrał poruszającą i dramatyczną wersję z Basilem, wspaniałym myszem-detektywem. Słuchajcie, oglądajcie i rozpływajcie się ze słodyczy :)
Jeśli ktoś z Czytelników dopiero zaczyna przygodę z musicalami, to nic nie wprowadzi go w ten świat lepiej niż jedna z najbardziej uroczych rzeczy w historii holmesologii, więc Sherlockista zachęca, by w tym miejscu od razu zrobił sobie przerwę na jej posłuchanie (może się zdarzyć, że jacyś [cenzura] strażnicy praw autorskich nie pozwolą obejrzeć jej w oknie poniżej, ale da się wtedy przekliknąć na YouTube i tam się uruchomi):
Teraz już może się Sherlockista przyznać, że zwlekał z tym wpisem od ponad roku chyba, czyli od czasu, gdy "I hear of Sherlock everywhere", podcast, który w zamian za intensywność reklamy powinien ShK sponsorować ;), zaprezentował wywiad z Fritzem Weaverem, gwiazdą oryginalnej obsady Baker Street właśnie (patrz: episode 26). Dlaczego zwlekał? Prawdopodobnie z tej prostej przyczyny, że ilekroć się do tej notki zabierał, tylekroć "na rozgrzewkę" słuchał sobie "It's so simple"... A potem właził na stronę Amazona, by po raz kolejny stwierdzić, że w świetle idiotycznych jakichś regulacji amazonowo-celnych mieszka w trzecim świecie i nie może sobie całego Baker Street kupić na mp3... za to może posłuchać próbek WSZYSTKICH piosenek :) A na koniec grzebał w youtubie, i odkrywał, że wprawdzie wszystkiego dalece tam nie ma, ale sporo wszelako jest. I na pisanie notki był już stanowczo zbyt rozczulony.
Zacznijmy jednak od początku.
Baker Street jest nie tylko lepszy, ale i pierwszy. W 1965 roku żył jeszcze Basil Rathbone, a premiera holmesowego musicalu, uświetniona przez obecność aktora, była kreowana na wielkie wydarzenie. Autorem tekstu, który zainspirował musical był Jerome Coppersmith, a muzykę i piosenki ułożyli Marian Grudeff i Raymond Jessel. W obsadzie, oprócz wspomnianego Fritza Weavera (SH), wystąpili Martin Gabel (Moriarty), Inga Swenson (Irene Adler), Peter Sallis (Watson), a nawet, w drugoplanowej roli, Christopher Walken. Intryga, jak można wydedukować po samej obsadzie i tytułach piosenek, przypomina luźno SCAN, głównie tym, że występuje w niej Irene Adler, ale najlepsze są fragmenty o geniuszu Holmesa (patrz: It's So Simple) i o więzi, która łączy go z Moriartym (I Shall Miss You, śpiewa Sherlockowi czule Napoleon Zbrodni). Sherlockista lubi musicale w ogóle, ale te o Sherlocku sprawiają mu szczególną przyjemność i to nie tylko z uwagi na tematykę. Jest coś uwodzicielskiego w tej lekkiej, ale skondensowanej formie, zwłaszcza gdy zamiast długiego spektaklu słuchamy tylko krótkich wypieszczonych piosenek. Sherlockista nigdy nie może się nadziwić, jak to się dzieje, że musicalowe adaptacje, które są tak wdzięczne, ale zarazem nie do końca poważne, doskonale uchwytują samą esencję Holmesa. Geniusz z problemami emocjonalnymi, wierny druh, miłość do zagadek i przygód, Napoleon Zbrodni w charakterze ulubionego - i niezbędnego w istocie - wroga, a do tego różne tajemnicze postaci w tle i the game is afoot... Czego więcej trzeba? It's so simple...
Późniejszy o ponad dwadzieścia lat musical Lesliego Bricusse'a Sherlock Holmes spełnia wszystkie powyższe wymagania i właściwie gorszy jest tylko o tyle, że może odrobinę za dużo w nim smętnawych piosenek dotyczących ew. kobiet w życiu Holmesa (ShK wnioskuje tylko z dostępnych urywków i tytułów) i... nie ma "It's so simple" ani Fritza Weavera ;).
W oryginalnej obsadzie w rolach Holmesa i Watsona wystąpili Ron Moody i Derek Waring, we wznowieniu Robert Powell i Roy Barraclough. Tym razem treść nieco bardziej odbiega od ACD: główną oponentką Holmesa jest zabójczo inteligentna córka samego Moriarty'ego Bella, która, jak się domyślamy, wzbudza w naszym detektywie ambiwalentne uczucia. To, że nie ma w Sherlock Holmes: The Musical niczego na miarę "It's so simple" nie oznacza, że nie znajdziemy tam wspaniałych perełek, jak na przykład rozczulającego i jakże trafnego z kanonicznego punktu widzenia peanu Holmesa na cześć Moriarty'ego:
... w którym świetna i naprawdę zabawna jest już sama ta wyliczanka różnych spraw Holmesa na początku.
Podobnie, cudny jest hołd dla samego Londynu, który jak wiemy również w Kanonie doczekał się wielu pełnych emocji słów:
Sama frazka "London Bridge has no intention of falling down" wystarczyłaby, żeby pokochać ten musical, prawda?
Sherlockista osobiście nie przepada za końcami, a uwielbia za to wszelkie początki, zwłaszcza te zapowiadające przygody i Holmesa. Na koniec zatem zaserwuje Wam początek Sherlocka Holmesa, który na youtubie został przepracowany na wszelkie sposoby, w tym włączony został do musicalu-wygłupu złożonego ze zlepków Ritchiego-Downeya. Z uwagi na delikatne nerwy niektórych Czytelniczek ;) Sherlockista wybrał poruszającą i dramatyczną wersję z Basilem, wspaniałym myszem-detektywem. Słuchajcie, oglądajcie i rozpływajcie się ze słodyczy :)
sobota, 5 listopada 2011
Ważne! Wielka debata! BBC-Sherlock, Ritchie-Downey i Rathbone-Brett! I miłość.
Sherlockista wspominał już o The Great Sherlock Holmes Debate, ale wówczas nie wiedział jeszcze wielu różnych rzeczy, niektórych zupełnie wspaniałych.
Po pierwsze, debata jest częścią promocji książki Charlotte Ann Walters pod tytułem "Barefoot on Baker Street"...
... która jest bardzo sympatycznie się zapowiadającą historią dziewczyny o imieniu Red, jej perypetii i spotkania z wielkim Sherlockiem. Charlotte Ann Walters sama porwała się na niemało w ramach reklamy swojej książki: przez 56 dni do debaty codziennie opisuje w blogu jedno z opowiadań z Kanonu. Sherlockista ciekawie zerknął na kilka z tych eseików, ale są, niestety, rozczarowujące. W zasadzie składają się z luźnego streszczenia i kilku oczywistych refleksji - na przykład w podsumowaniu jednego z ukochanych opowiadań ShK, DEVI, Autorka zauważa, że można w nim znaleźć jeden z ulubionych dialogów sherlockistów wszechczasów ("Śledziłem pana" - "Nikogo nie widziałem" - "Tyle właśnie może pan zobaczyć, kiedy to ja pana śledzę") oraz, że znajduje się w nim szczególnie wzruszająca scena (serdeczne przeprosiny Holmesa, dzięki którym Watson ma rzadką okazję wejrzeć w jego serce). No, nie wie Sherlockista, czy taki cykl ma jakąś szczególną wartość, chyba, że dla studentów literatury angielskiej, którzy Holmesa nie lubią, a muszą zaliczyć całość na egzaminie z kursu, który nieopatrznie wybrali.
Drugie rozczarowanie - tym razem potężne - czyhało na Sherlockistę tuż za winklem.
Za winklem bowiem znalazł składy trzech drużyn występujących w debacie. Pierwsza z nich, broniąca interesów BBC-Sherlocka, od początku interesowała go najbardziej, ponieważ sam zamierzał stanąć po jej stronie. Pełen skład w skrócie znajdą Czytelnicy tu:
Jak widać, oprócz zupełnie oczywistego członka: Sherlockology, która jest przesympatyczną i bardzo aktywną fan-stroną serialu BBC, a także kilku innych znanych postaci - w tym przedstawianej wyżej Charlotte Walters, szefa SHSL i nieznanych bliżej polskiemu czytelnikowi autorów, jest w tej drużynie, i to w prestiżowej roli kapitana cały nowy holmesologiczny podcast. Baker Street Babes (odcinki i więcej informacji do ściągnięcia tu) to przesięwzięcie fanek Holmesa z Ameryki i Wielkiej Brytanii, które z założenia miało być pierwszym holmesologicznym podcastem (autorki przegapiły wielokrotnie tu chwalony i na stałe podlinkowany w pasu po lewej I hear of Sherlock Everywhere :D) i to w dodatku kobiecym. Pierwszy, jak już wiemy, nie jest, kobiecy jest bez wątpliwości. Aż do bólu. To serduszko na czubku fajki to tylko wierzchołek góry lodowej. Sherlockista - sam, wbrew używanym końcówkom gramatycznym, płci żeńskiej - być może wykazuje się tu dość absurdalnym męskim szowinizmem, ale takiego stężenia stereotypowej kobiecości w holmesologicznym przedsięwzięciu po prostu nie jest w stanie znieść. Usiłował przesłuchać dokładnie dwa odcinki - pierwszy i najnowszy - i za każdym razem wymiękał po trzeciej minucie dziewczęcych chichotów autorek. Wymiękał, ale twardo słuchał dalej. I już nie licząc irytujących achów i śmieszków kompletnie nie potrafił się wywodami pań zainteresować. Absolutnie nie wątpi ShK, że, nie licząc może wpadki z "I hear...", wszystkie autorki są oddanymi holmesistkami i świetnie się znają na all-things-sherlockian. Mało tego, jest nawet Sherlockista głęboko przekonany, że BSB wybrały najlepszą drużynę (przypomina: BBC-Sherlocka) i powiodą ją do zwycięstwa. Nie ma też nic przeciwko idei, by o Holmesie mówić po dziewczęcemu - sam nigdy nie usiłował wykreować sobie szczególnie szorstkiego i machoidalnego image'u. Ale tego podcastu chyba nie zdzierży, choćby z powodu koszmarnej piosenki na początku i nieznośnego zalotnego tonu całego przedsięwzięcia (dlaczego sherlockiści płci męskiej gadają sobie po prostu o Holmesie, a sherlockistki muszą przy okazji jeszcze podkreślać, jakie są od tego seksi?).
Tymczasem jego faworyci z "I hear..." wystąpią, co może trochę dziwić, w Drużynie Ritchiego-Downeya:
Sherlockista rozumie to o tyle, że ekipa "I hear..." od początku nie była źle nastawiona do filmowych Sherlocków z Downeyem, przeprowadziła też linkowany tu kiedyś długi wywiad z Klingerem, który był konsultantem ekipy WB. A poza tym, wbrew temu, co twierdzą niektóre Czytelniczki ;), to naprawdę nie jest taki zły Sherlock i można się kłócić, czy to aby nie Ritchie lepiej popularyzuje ACD w 21 wieku. Nie zapominajmy, że debata dotyczy raczej tego, kto zapewnia Sherlockowi lepszą przyszłość w popkulturze - a nie, kto zrobił najlepszą adaptację dla geeków.
Najmniej znanych twarzy, nie licząc może linkowanego również z lewej strony Sherlockianów Alastaira Duncana, pojawiło się w ekipie tradycjonalistów, czyli nieformalnego fanklubu Jeremy'ego Bretta:
Ekipa ta została dokooptowana do imprezy najpóźniej, ale trudno byłoby sobie wyobrazić porządną debatę nad (najprawdopodobniej świetlaną) przyszłością Sherlocka Holmesa bez przypomnienia Rathbone'ów, a zwłaszcza legendarnej serii Granady z jej nieodżałowaną, wielką ekipą w składzie Brett, Burke i Hardwicke. Gdyby nie ta seria, gdyby nie ta ekipa, to ani Sherlockisty ani Sherlockianów być może w ogóle by tu nie było (co zupełnie nie znaczy, że jest to jedyny wspaniały Holmes, którego ShK pokochał).
Na koniec wreszcie, czekały Sherlockistę te dwie najwspanialsze niespodzianki. Po pierwsze, debata - oprócz promocji Charlotte Walters - służy sprawom zaiste godnym:
W skrócie: ratujemy dom ACD w Undershaw (w sprawie szczegółów patrz etykieta na dole), walczymy o pośmiertną BAFTę dla Jeremy'ego i reklamujemy cudowny blog Always1985. W takim przedsięwzięciu nie wypada wręcz nie wziąć udziału.
I - to już ostatni punkt programu - Sherlockista pod tą presją się ugiął :) Jeśli ktoś z Czytelników sprawdzał pełną listę uczestników Debaty na miniblogu mxpublishing, to być może zwrócił uwagę na Kraków, Poland? To właśnie ShK. Co więcej jest na tej liście i druga polska Uczestniczka (z Bydgoszczy) i ta Uczestniczka to Czytelniczka Sherlockianów. Po tych wspaniałych wiadomościach (o miejsca w Debacie wcale nie było łatwo) i po zbadaniu gruntu, myślał Sherlockista, że wszystkie trudności już za nim i gdy dziś otrzymał linka rejestracyjnego, popędził na właściwą stronę, wpisał dane i w punkcie "którą drużynę popierasz przed debatą?" pewną ręką zaznaczył BBC-Sherlocka. Nie da się chcieć więcej: jest bardzo nowoczesny, lubią go nawet ludzie, dla którego Homes Doyle'a to poczciwa ramota, przyciąga mnóstwo fanów i robi to inteligentniej i subtelniej niż Ritchie, a poza tym jest wierną i naprawdę dobrą adaptacją oryginału. I tak wpatrzył się Sherlockista w swój formularz i już miał wysyłać, kiedy nagle...
... kiedy nagle zaklął szpetnie i z pełnym poczuciem obiektywnej niesłuszności swojego wyboru, z całkowitą świadomością, że wspiera drużynę, która musi przegrać, wbrew wszelkim racjonalnym argumentom kliknął na Team 3 Traditionalists.
Może usłyszał triumfalny Brettowy okrzyk, może zobaczył jego uśmiech, może przypomniał sobie, jak, dumnie wyprostowany, przeprawiał się łodzią do starego zamczyska w poszukiwaniu skarbu i trupa, a może zobaczył Jeremy'ego-Sherlocka w koszuli nocnej na błotnistej Baker Street, udręczonego koszmarami.
A może po prostu przypomniał sobie, że dość żartów, to jest właśnie jego najprawdziwszy, jedyny taki Holmes i że choćby nie wiadomo co mówiły dzisiaj słupki oglądalności - w oczach Sherlockisty nikt od czasów ACD nie zrobił dla Sherlocka więcej. I to jest właśnie, cholera, miłość.
Po pierwsze, debata jest częścią promocji książki Charlotte Ann Walters pod tytułem "Barefoot on Baker Street"...
... która jest bardzo sympatycznie się zapowiadającą historią dziewczyny o imieniu Red, jej perypetii i spotkania z wielkim Sherlockiem. Charlotte Ann Walters sama porwała się na niemało w ramach reklamy swojej książki: przez 56 dni do debaty codziennie opisuje w blogu jedno z opowiadań z Kanonu. Sherlockista ciekawie zerknął na kilka z tych eseików, ale są, niestety, rozczarowujące. W zasadzie składają się z luźnego streszczenia i kilku oczywistych refleksji - na przykład w podsumowaniu jednego z ukochanych opowiadań ShK, DEVI, Autorka zauważa, że można w nim znaleźć jeden z ulubionych dialogów sherlockistów wszechczasów ("Śledziłem pana" - "Nikogo nie widziałem" - "Tyle właśnie może pan zobaczyć, kiedy to ja pana śledzę") oraz, że znajduje się w nim szczególnie wzruszająca scena (serdeczne przeprosiny Holmesa, dzięki którym Watson ma rzadką okazję wejrzeć w jego serce). No, nie wie Sherlockista, czy taki cykl ma jakąś szczególną wartość, chyba, że dla studentów literatury angielskiej, którzy Holmesa nie lubią, a muszą zaliczyć całość na egzaminie z kursu, który nieopatrznie wybrali.
Drugie rozczarowanie - tym razem potężne - czyhało na Sherlockistę tuż za winklem.
Za winklem bowiem znalazł składy trzech drużyn występujących w debacie. Pierwsza z nich, broniąca interesów BBC-Sherlocka, od początku interesowała go najbardziej, ponieważ sam zamierzał stanąć po jej stronie. Pełen skład w skrócie znajdą Czytelnicy tu:
Jak widać, oprócz zupełnie oczywistego członka: Sherlockology, która jest przesympatyczną i bardzo aktywną fan-stroną serialu BBC, a także kilku innych znanych postaci - w tym przedstawianej wyżej Charlotte Walters, szefa SHSL i nieznanych bliżej polskiemu czytelnikowi autorów, jest w tej drużynie, i to w prestiżowej roli kapitana cały nowy holmesologiczny podcast. Baker Street Babes (odcinki i więcej informacji do ściągnięcia tu) to przesięwzięcie fanek Holmesa z Ameryki i Wielkiej Brytanii, które z założenia miało być pierwszym holmesologicznym podcastem (autorki przegapiły wielokrotnie tu chwalony i na stałe podlinkowany w pasu po lewej I hear of Sherlock Everywhere :D) i to w dodatku kobiecym. Pierwszy, jak już wiemy, nie jest, kobiecy jest bez wątpliwości. Aż do bólu. To serduszko na czubku fajki to tylko wierzchołek góry lodowej. Sherlockista - sam, wbrew używanym końcówkom gramatycznym, płci żeńskiej - być może wykazuje się tu dość absurdalnym męskim szowinizmem, ale takiego stężenia stereotypowej kobiecości w holmesologicznym przedsięwzięciu po prostu nie jest w stanie znieść. Usiłował przesłuchać dokładnie dwa odcinki - pierwszy i najnowszy - i za każdym razem wymiękał po trzeciej minucie dziewczęcych chichotów autorek. Wymiękał, ale twardo słuchał dalej. I już nie licząc irytujących achów i śmieszków kompletnie nie potrafił się wywodami pań zainteresować. Absolutnie nie wątpi ShK, że, nie licząc może wpadki z "I hear...", wszystkie autorki są oddanymi holmesistkami i świetnie się znają na all-things-sherlockian. Mało tego, jest nawet Sherlockista głęboko przekonany, że BSB wybrały najlepszą drużynę (przypomina: BBC-Sherlocka) i powiodą ją do zwycięstwa. Nie ma też nic przeciwko idei, by o Holmesie mówić po dziewczęcemu - sam nigdy nie usiłował wykreować sobie szczególnie szorstkiego i machoidalnego image'u. Ale tego podcastu chyba nie zdzierży, choćby z powodu koszmarnej piosenki na początku i nieznośnego zalotnego tonu całego przedsięwzięcia (dlaczego sherlockiści płci męskiej gadają sobie po prostu o Holmesie, a sherlockistki muszą przy okazji jeszcze podkreślać, jakie są od tego seksi?).
Tymczasem jego faworyci z "I hear..." wystąpią, co może trochę dziwić, w Drużynie Ritchiego-Downeya:
Sherlockista rozumie to o tyle, że ekipa "I hear..." od początku nie była źle nastawiona do filmowych Sherlocków z Downeyem, przeprowadziła też linkowany tu kiedyś długi wywiad z Klingerem, który był konsultantem ekipy WB. A poza tym, wbrew temu, co twierdzą niektóre Czytelniczki ;), to naprawdę nie jest taki zły Sherlock i można się kłócić, czy to aby nie Ritchie lepiej popularyzuje ACD w 21 wieku. Nie zapominajmy, że debata dotyczy raczej tego, kto zapewnia Sherlockowi lepszą przyszłość w popkulturze - a nie, kto zrobił najlepszą adaptację dla geeków.
Najmniej znanych twarzy, nie licząc może linkowanego również z lewej strony Sherlockianów Alastaira Duncana, pojawiło się w ekipie tradycjonalistów, czyli nieformalnego fanklubu Jeremy'ego Bretta:
Ekipa ta została dokooptowana do imprezy najpóźniej, ale trudno byłoby sobie wyobrazić porządną debatę nad (najprawdopodobniej świetlaną) przyszłością Sherlocka Holmesa bez przypomnienia Rathbone'ów, a zwłaszcza legendarnej serii Granady z jej nieodżałowaną, wielką ekipą w składzie Brett, Burke i Hardwicke. Gdyby nie ta seria, gdyby nie ta ekipa, to ani Sherlockisty ani Sherlockianów być może w ogóle by tu nie było (co zupełnie nie znaczy, że jest to jedyny wspaniały Holmes, którego ShK pokochał).
Na koniec wreszcie, czekały Sherlockistę te dwie najwspanialsze niespodzianki. Po pierwsze, debata - oprócz promocji Charlotte Walters - służy sprawom zaiste godnym:
W skrócie: ratujemy dom ACD w Undershaw (w sprawie szczegółów patrz etykieta na dole), walczymy o pośmiertną BAFTę dla Jeremy'ego i reklamujemy cudowny blog Always1985. W takim przedsięwzięciu nie wypada wręcz nie wziąć udziału.
I - to już ostatni punkt programu - Sherlockista pod tą presją się ugiął :) Jeśli ktoś z Czytelników sprawdzał pełną listę uczestników Debaty na miniblogu mxpublishing, to być może zwrócił uwagę na Kraków, Poland? To właśnie ShK. Co więcej jest na tej liście i druga polska Uczestniczka (z Bydgoszczy) i ta Uczestniczka to Czytelniczka Sherlockianów. Po tych wspaniałych wiadomościach (o miejsca w Debacie wcale nie było łatwo) i po zbadaniu gruntu, myślał Sherlockista, że wszystkie trudności już za nim i gdy dziś otrzymał linka rejestracyjnego, popędził na właściwą stronę, wpisał dane i w punkcie "którą drużynę popierasz przed debatą?" pewną ręką zaznaczył BBC-Sherlocka. Nie da się chcieć więcej: jest bardzo nowoczesny, lubią go nawet ludzie, dla którego Homes Doyle'a to poczciwa ramota, przyciąga mnóstwo fanów i robi to inteligentniej i subtelniej niż Ritchie, a poza tym jest wierną i naprawdę dobrą adaptacją oryginału. I tak wpatrzył się Sherlockista w swój formularz i już miał wysyłać, kiedy nagle...
... kiedy nagle zaklął szpetnie i z pełnym poczuciem obiektywnej niesłuszności swojego wyboru, z całkowitą świadomością, że wspiera drużynę, która musi przegrać, wbrew wszelkim racjonalnym argumentom kliknął na Team 3 Traditionalists.
Może usłyszał triumfalny Brettowy okrzyk, może zobaczył jego uśmiech, może przypomniał sobie, jak, dumnie wyprostowany, przeprawiał się łodzią do starego zamczyska w poszukiwaniu skarbu i trupa, a może zobaczył Jeremy'ego-Sherlocka w koszuli nocnej na błotnistej Baker Street, udręczonego koszmarami.
A może po prostu przypomniał sobie, że dość żartów, to jest właśnie jego najprawdziwszy, jedyny taki Holmes i że choćby nie wiadomo co mówiły dzisiaj słupki oglądalności - w oczach Sherlockisty nikt od czasów ACD nie zrobił dla Sherlocka więcej. I to jest właśnie, cholera, miłość.
wtorek, 28 czerwca 2011
Różne kradzione cudeńka, uspokajająca wieść o Sherlocku Ritchiego no i Batman!
Po ostatnich rewelacjach na temat śmierci Spidermana ([*]), wobec odejścia Captain America oraz Batmana (w sprawie skojarzeń z superbohaterami patrz też przypis pod postem), Sherlockista nie mógł odmówić sobie na otarcie łez bezczelnego przekopiowania tego rozkosznego komiksu:

(ukradł go stąd)
---
W samym środku posta ukryje ShK malutką informację na temat sequela Sherlocka Ritchiego, która mogła umknąć uwadze Czytelników, nawet jeśli za radą Sherlockisty wiernie słuchają podcastów ekipy Baker Street Bloga (I hear of Sherlock Everywhere - najnowszy odcinek poświęcony jest ukochanemu Watsonowi wszechczasów, niedawno zmarłemu Edwardowi Hardwicke'owi). Otóż na początku długiego wywiadu z Lesliem Klingerem (link jest do Sherlockianowej etykiety, warto przegrzebać starsze posty) uzyskujemy kojącą informację, że twórcy tej produkcji, przez którą niektórzy z nas czasem budzą się w środku nocy z sercem ściśniętym nieokreślonym lękiem, poszli po sherlockistyczny rozum do głowy, a kiedy wrócili z niczym, wybrali się poń właśnie do Klingera. Innymi słowy: ten naprawdę wielki ekspert od wszelkich holmesologicznych spraw podobno udzielał autorom filmu jakichś konsultacji... Może od dziś będziemy spać trochę lepiej ;)
---
Wreszcie, na koniec, Sherlockista serdecznie dziękuje również CheshireCatto, która zaopatrzyła go w mnóstwo informacji i nowy teaser najnowszej gry Frogwares poświęconej Sherlockowi - Testament of Sherlock Holmes. Gra ma się ukazać zarówno w wersji na konsolę jak i na pecety. Sherlockista, chociaż za każdym razem zarzeka się, że na grach nie zna się nawet w takim stopniu, w jakim obecnie znają się na nich szanujące się siedmiolatki, to jednak musi przyznać, że jest bardzo zaintrygowany. Postaci w wersji Frogwares znamy już z wspominanych tu poprzednich gier o Sherlocku, wiadomo zatem, że można oczekiwać całkiem dobrych i całkiem kanonicznych dialogów, a także kanonicznie wyglądającej grafiki. Ta ostatnia chyba zresztą sporo zyskała, i to nie tylko w sensie sherlockistycznym. Trailer (poniżej) momentami naprawdę wygląda atrakcyjnie, a już na pewno nieskończenie bardziej atrakcyjnie niż pierwsza zapowiedź gry z makabrycznymi dziećmi i Watsonem-pacynką (do obejrzenia w starej notce ShK na temat Testamentu).
Co więcej, z również podlinkowanego przez Życzliwą Informatorkę :) forum Sherlockista dowiedział się, że i fabuła wygląda bardziej interesująco niż dotychczas (Kuba Rozpruwacz, Arsene Lupin itp. to oklepane historie). Sherlock pakuje się w kłopoty i musi oczyścić się z zarzutów, a idzie mu to na tyle słabo, że nawet Watson zaczyna traktować go podejrzliwie. Takie dramatyczne wersje Holmesa lubi ShK w każdym wydaniu, chociaż przejście gry pewnie znowu zajmie mu długie dni...
---
Sherlockista zastanawia się, czy ktokolwiek spośród jego Czytelników jest może fanem serialu Queer as Folk? Pamiętacie "Captain Astro", którego uwielbiał Michael i który sam odegrał niebanalną rolę w rozwoju akcji? O ile można wierzyć plotkom, to wbrew pozorom nie był to fikcyjny odpowiednik "Captain America". Początkowo obiektem fascynacji Michaela miał być ponoć sam Batman, jednak właściciele praw autorskich nie zgodzili na wykorzystanie wizerunku swojego superbohatera w gejowskim serialu...

(ukradł go stąd)
---
W samym środku posta ukryje ShK malutką informację na temat sequela Sherlocka Ritchiego, która mogła umknąć uwadze Czytelników, nawet jeśli za radą Sherlockisty wiernie słuchają podcastów ekipy Baker Street Bloga (I hear of Sherlock Everywhere - najnowszy odcinek poświęcony jest ukochanemu Watsonowi wszechczasów, niedawno zmarłemu Edwardowi Hardwicke'owi). Otóż na początku długiego wywiadu z Lesliem Klingerem (link jest do Sherlockianowej etykiety, warto przegrzebać starsze posty) uzyskujemy kojącą informację, że twórcy tej produkcji, przez którą niektórzy z nas czasem budzą się w środku nocy z sercem ściśniętym nieokreślonym lękiem, poszli po sherlockistyczny rozum do głowy, a kiedy wrócili z niczym, wybrali się poń właśnie do Klingera. Innymi słowy: ten naprawdę wielki ekspert od wszelkich holmesologicznych spraw podobno udzielał autorom filmu jakichś konsultacji... Może od dziś będziemy spać trochę lepiej ;)
---
Wreszcie, na koniec, Sherlockista serdecznie dziękuje również CheshireCatto, która zaopatrzyła go w mnóstwo informacji i nowy teaser najnowszej gry Frogwares poświęconej Sherlockowi - Testament of Sherlock Holmes. Gra ma się ukazać zarówno w wersji na konsolę jak i na pecety. Sherlockista, chociaż za każdym razem zarzeka się, że na grach nie zna się nawet w takim stopniu, w jakim obecnie znają się na nich szanujące się siedmiolatki, to jednak musi przyznać, że jest bardzo zaintrygowany. Postaci w wersji Frogwares znamy już z wspominanych tu poprzednich gier o Sherlocku, wiadomo zatem, że można oczekiwać całkiem dobrych i całkiem kanonicznych dialogów, a także kanonicznie wyglądającej grafiki. Ta ostatnia chyba zresztą sporo zyskała, i to nie tylko w sensie sherlockistycznym. Trailer (poniżej) momentami naprawdę wygląda atrakcyjnie, a już na pewno nieskończenie bardziej atrakcyjnie niż pierwsza zapowiedź gry z makabrycznymi dziećmi i Watsonem-pacynką (do obejrzenia w starej notce ShK na temat Testamentu).
Co więcej, z również podlinkowanego przez Życzliwą Informatorkę :) forum Sherlockista dowiedział się, że i fabuła wygląda bardziej interesująco niż dotychczas (Kuba Rozpruwacz, Arsene Lupin itp. to oklepane historie). Sherlock pakuje się w kłopoty i musi oczyścić się z zarzutów, a idzie mu to na tyle słabo, że nawet Watson zaczyna traktować go podejrzliwie. Takie dramatyczne wersje Holmesa lubi ShK w każdym wydaniu, chociaż przejście gry pewnie znowu zajmie mu długie dni...
---
Sherlockista zastanawia się, czy ktokolwiek spośród jego Czytelników jest może fanem serialu Queer as Folk? Pamiętacie "Captain Astro", którego uwielbiał Michael i który sam odegrał niebanalną rolę w rozwoju akcji? O ile można wierzyć plotkom, to wbrew pozorom nie był to fikcyjny odpowiednik "Captain America". Początkowo obiektem fascynacji Michaela miał być ponoć sam Batman, jednak właściciele praw autorskich nie zgodzili na wykorzystanie wizerunku swojego superbohatera w gejowskim serialu...
czwartek, 2 grudnia 2010
[minipostuś] A jednak się twittuje...
Sherlockista został przekonany do Twittera. Raz na zawsze. Pod koniec nowego odcinka absolutnie cudownego podcastu, którego wysłuchał ze skandalicznym opóźnieniem (podcast to oczywiście I Hear of Sherlock Everywhere Scotta Monty'ego, podlinkowany ostatni "numer", czyli odcinek o przyjaźni Holmesa i Watsona, po raz kolejny się okazuje, że główny konik Sherlockisty jest chyba takim głównym konikiem Sherlockizmu w ogóle :) padł argument, który ShK zupełnie powalił. Otóż Twitter ma swoje odrobinę tylko utajone sherlockistyczne powiązanie. Ile ma wpis na Twitterze? Maksymalnie 140 znaków. Kto już widzi związek?
Oczywiście. 140 było rodzajów tytoniu, które zbadał Holmes w swoim bardzo sławnym eksperymencie (owocem owego eksperymentu był monograf oraz dwie niezapomniane sceny z PLOSH...).
Sherlockista znów rozważa, by Twittera używać do czegoś więcej niż publikowania linków do nowych notek na Sherlockianach...
Oczywiście. 140 było rodzajów tytoniu, które zbadał Holmes w swoim bardzo sławnym eksperymencie (owocem owego eksperymentu był monograf oraz dwie niezapomniane sceny z PLOSH...).
Sherlockista znów rozważa, by Twittera używać do czegoś więcej niż publikowania linków do nowych notek na Sherlockianach...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

