Kiedy pisałam o ostatnim odcinku, że "Sherlock" jest dla mnie przeżyciem paradoksalnie intymnym, nawet nie wiedziałam jeszcze, co to jest intymny "Sherlock".
Odcinek Bożonarodzeniowy, to jest orgia - dla nas, dla Moffata, Gatissa, i dla tych wszystkich maniaków rozsianych po świecie, którzy zobaczą w nim długi, szczegółowy list miłosny. Nie tylko do Kanonu i do sir Arthura Conan Doyle'a - do Holmesa samego, do Watsona, do wiktoriańskich duchów plączących się między gazowymi latarniami, a przede wszystkim do całej wielkiej tradycji najstarszego fandomu świata, od pierwszych sztuk przez Rathbone'a i Bruce'a po Jeremy'ego Bretta; od ilustracji Pageta po gify na tumblerze; od naukowych biografii Holmesa przez literackie analizy po niekończące się dyskusje przy szklaneczce brandy gdzieś w zacisznym scionie Baker Street Irregulars albo w wątku na forum.
Ci genialni wariaci tak strasznie nas wszystkich kochają.