sobota, 4 lutego 2012

Prezent na urodziny: Cumberbatch czy Brett? W promocji Merrison!

Sherlockiana urodziły się 26 stycznia 2010, ale pierwszy prawdziwy post opublikowałam dopiero prawie miesiąc później, 22 lutego. W związku z czym postanowiłam obchodzić urodziny wtedy, kiedy akurat przyjdzie mi do głowy dobry prezent.
W tym roku pomysł po raz pierwszy nasunął mi się właściwie jeszcze przy okazji Wielkiej Debaty, kiedy po raz pierwszy doszło do bezpośredniego starcia zwolenników Starej Szkoły Granady i fanów nowego Sherlocka BBC. Cierpliwie walczyłam ze sobą, wiedząc, że jeśli zabiorę głos w tej sprawie bardziej wyraziście niż tu, to czeka mnie obsunięcie się w tak straszliwy sentymentalizm, którego nikt z Czytelników nie zniesie.
Dziś jednak są urodziny Sherlockianów i z tej okazji niech wolno mi będzie raz się trochę obsunąć :) - a poza tym od dawna już jestem prowokowana.
Tu i ówdzie, z poczatku nieśmiało, potem coraz częściej, zaczęły pojawiać się różne dziwne głosy. Że Cumberbatch jest - lub będzie - najlepszym Sherlockiem. Że BBC przerośnie Granadę. Że Tradycjonaliści nie mają argumentów, poza pieczołowitym odwzorowaniem epoki (zobaczymy zresztą, co wymyśli kapitan Briggs w drugim odcinku wielkiej debaty...). To jeszcze, co wypisują gazety, mogłam spokojnie zignorować. Ale rozkwit fandomu Cumberbatcha, do którego należy tylu Czytelników tego bloga (i mnóstwo moich znajomych z tak zwanego rila), zaczął mnie w końcu zastanawiać. Zwłaszcza, że i u Ninedin i, na przykład, u autorki Bigosu Kulturalnego, i między wierszami wielu innych tekstów wyczytuję pewną niepojętą myśl: "Brett był super, Cumberbatch jest supszy - Bretta ogromnie cenię, ale raczej go nie kocham".
I nagle uświadomiłam sobie, że trochę w imię uczciwego postawienia sprawy, a trochę dla czystej przyjemności, pragnę uczynić małe urodzinowe wyznanie (przypadkiem od wyznania zaczęłam też w ogóle tego bloga):

Benedict Cumberbatch jest świetny, ale to tylko aktor. Sherlock, mój Sherlock - to Jeremy Brett.

Mogę wypisywać - zasłużone! - peany na temat kolejnych odcinków znakomitego BBC-Sherlocka. Mogę nawet dać się szczerze wzruszyć, jak w finale. Ale kiedy będę chciała przeżyć to do kości, włączę Jeremy'ego. Gdy zapragnę powzruszać się Holmesem, który odkrywa, czym jest uczucie kobiety, popatrzę na Bretta w przebraniu hydraulika, wyznającego Aggie "You touched my heart". Jeśli zamarzy mi się Holmes piękny i dumny, popatrzę na Jeremy'ego płynącego łodzią przez fosę w przefantastycznym MUSG. W tym samym MUSG podejrzę też oczywiście, jak wyglądał Sherlock na wesoło ućpany. Gdy będę chciała zobaczyć Holmesa w chwili triumfu, włączę finał SIXN - i te wielkie, czarne źrenice z czającą się łzą. A zaraz potem przypomnę sobie to brutalne zakończenie "The Master Blackmailer", w którym okrutnym echem odbija się dawny triumf z SIXN. I chociaż tyle szczerych emocji obudził we mnie Benedykt we wspaniałym Reichenbach Falls, to nic nie zasmuciło mnie w nim tak, jak Brett żegnający się z Burke'iem udawanym uśmiechem, by samotnie wyruszyć na spotkanie Moriarty'ego.

Nie zrozumcie mnie źle: nie twierdzę, że Sherlocki z Brettem są lepsze niż te z Cumberbatchem. Szczerze? Nie mam pojęcia, czy tak jest, czy nie. Ba, sam pomysł takiego porównania, chociaż coraz bardziej popularny, wydaje mi się  zupełnie chybiony. Po pierwsze, oczywiście dlatego, że niesprawiedliwie byłoby oceniać Cumberbatcha po zrobieniu zaledwie jednej czwartej tego, czego miał szansę dokonać Jeremy. Moffat powiedział przecież, że wszystko dopiero przed naszą BBC-ekipą - nie wiadomo, jak wielkie jeszcze rzeczy się wydarzą, jak głęboka okaże się postać Benedykta, jeśli damy jej szansę się rozwinąć i dojrzeć na naszych oczach.
Po drugie, bo nawet, jeśli spełnią się nasze sherlockistyczne sny, i ześle nam łaskawa opatrzność kolejne cudowne sezony, to wciąż nie będzie właściwie czego porównywać. Co najmniej od połowy cyklu Granady, filmy te nie były już tylko o Sherlocku. Późne odcinki - były w dużej mierze po prostu o Brettcie.
I to jest, oczywiście, jeden z najczęstszych zarzutów. Że opuchnięty taki (od leków) ten późny Brett, że stracił energię, że dziwaczny "Sussex Vampire" i upadlający wręcz "Eligible Bachelor", że coraz bardziej polegać musi Holmes na Hardwicke'u-Watsonie, że coraz mniej Kanonu, coraz więcej sztuczności, coraz mniej angielskiego chłodu, a coraz więcej manieryzmów, że w niektórych odcinkach Brett rusza się z widocznym trudem, a w MAZA był już tak chory, że w ogóle się nie pojawił... To wszystko prawda. 

Nigdy nie będę twierdzić, że Jeremy był najbardziej kanonicznym z Sherlocków - jest dla mnie zupełnie jasne, że najwierniejszym ACD-Holmesem był Clive Merrison, który wystąpił w głównej roli w radiowym cyklu BBC. Merrison, do spółki najpierw z Watsonem idealnym, czyli nieżyjącym już niestety Michaelem Williamsem a potem z Andrew Sachsem nagrał nie tylko cały - caluteńki! - Kanon, ale i jeszcze trochę zadziwiająco udanych apokryfów. Większość z tego wszystkiego napisał Bert Coules - i wszystko jest w tej serii genialne. Powiedziałabym wręcz, że nawet o brak wizji nie ma się co czepiać, bo z tym większą rozkoszą zachwycać się można subtelną grą głosów (kto czytał ostatnią notkę Zwierza o tej tak niedocenianej sztuce? :). Dialogi musiał chyba wygrzebać Coules w zapomnianej szufladzie u samego Doyle'a. Ale to, jak potrafił wzbogacić te miejscami dość byle jak nakreślone postaci, jak umiał pokazać rozwój znajomości Watsona i Holmesa, od pierwszego spotkania aż po ule w Sussex, z jaką subtelnością wypełniał luki pozostawione przez ACD... - to wymagało doskonałego połączenia wielkiego pisarskiego talentu i wielkiej miłości do Kanonu. Kto chce poznać Holmesa takim, jakim był naprawdę, kto chce się dowiedzieć wszystkich przez ACD pominiętych szczegółów jego i Watsona historii, kto chce wiedzieć, co czuł Sherlock, gdy przyjaciel opuszczał go w SIGN - i jakimi potem słowami pocieszał go po śmierci żony, kto chce poznać go w amoku i w skrajnym przygnębieniu, kto nie uświadamiał sobie dotąd, że i dlaczego Sherlock kochał Wagnera (przecież to oczywiste!), co myślał o Moriarty'm, jak się śmiał (i dlaczego wyprowadzało to z równowagi Watsona), jak się smucił i jak gniewał - ten niech posłucha cyklu BBC. Najlepiej od początku do końca, by przebyć całą tę oszałamiającą podróż razem z aktorami i zachwycić się stopniowym rozwijaniem i budowaniem postaci, ról, fabuły i naszych emocji. Zawsze powtarzałam, że najwierniejsze Sherlocki to nie te, które niewolniczo odtwarzają słowa Doyle'a, ale te, które potrafią twórczo wypełnić je ciałem, niczego ważnego nie zgubić, żadnej zupełnie fałszywej struny przy tym nie trącając - i nie schrzanić przyjaźni Holmesa z Watsonem. W tak zdefiniowanej kategorii "wierność" ma u mnie radiowy Sherlock BBC jakieś 30 punktów na 10 możliwych. Bretty - najwyżej z 7 (pierwsze serie 9).

Nie chodzi zatem o wierność - można by rzec, wręcz przeciwnie! Te późne Bretty, te smutne, późne Bretty pod pewnymi względami cenię sobie najbardziej. Nie miałam nic przeciwko, by pokazywać mniej Kanonu, a więcej życia Bretta, bo w którymś momencie to Brett zaczął interesować mnie bardziej. Jeremy, który do wszystkich zwracał się per "Darling", a musiał grać chłodnego socjopatę, od samego początku miał w sobie wewnętrzne rozedrganie. Rola Holmesa nie przyszła mu łatwo - twierdził, że Sherlocka nie znosi, a zarazem mówił o nim z pewnym współczuciem, że jest jak "damaged penguin". Stopniowo jednak zrósł się z nią do tego stopnia, że stał się bardziej Holmesem niż bohater Doyle'a. To podobieństwo zaczęło go niszczyć, gdy odezwała się choroba tak często przypisywana samemu Holmesowi - zwany niegdyś psychozą maniakalno-depresyjną ChAD, a do niej dołączyły osobiste nieszczęścia i poważna wada serca, która w końcu zresztą Bretta zabiła. Długo jednak ratowali Jeremy'ego Watsoni jego życia, w tym sam ekranowy Watson, Edward Hardwicke. A Brett, który miał o tyleż cieplejszą i wdzięczniejszą naturę niż Sherlock z Kanonu, z trudem maskował się na ekranie. Szczególnie wzruszającą anegdotę (z "Bending the Willow") przypomniała mi ostatnio na facebooku strona Better Holmes&Gardens:
As Watson bellows Holmess name repeatedly over the falls, we see Holmes clinging to the hillside some distance away, watching his friend. At one moment it almost seems as though he is about to respond with a cry of Watson, but then he stops himself. Brett explained: That was deliberate. It wasnt in the script but I just wanted to show that Holmes had affections for Watson and for a fleeting second they almost get the better of his practical mind. But they dont... It is a moment."
Cały Jeremy. Żaden Holmes nie ukrywał tyle uczuć, co on, żaden może tak mocno nie musiał trzymać siebie w ryzach - i może właśnie dlatego, jak już tu kiedyś wspomniałam, nie ma i nie będzie piękniejszego FINA/EMPT...
Gdy Brett odrobinę się przed nami odsłania - w "Eligible Bachelor", w przesmutnym DEVI - wtedy jego Holmes faktycznie nie jest już genialnym detektywem-maszyną, ale ja akurat zupełnie nie żałuję.
Nie, Brett nie był Holmesem z Kanonu - był moim Holmesem.
Ale nie chodzi tu o jakiś prosty sentyment do Sherlocka młodości. Często zdarza się, że jak te kaczki Lorenza, dajemy sobie "wdrukować" obraz pierwszego aktora, którego zobaczymy w danej roli. Mnóstwo fanów szczególnie ciepło odnosi się do swojego pierwszego Doktora, pierwszego kapitana USS Enterprise - albo do pierwszego Holmesa. Moim pierwszym był jednak, jak wyznałam tu kiedyś w komentarzach, nie Brett, a czytający Douglas Wilmer. Którego głos do dziś uwielbiam, ale, jak widać doskonale wyżej, w niczym mi to innych głosów uwielbiać nie przeszkadza.

Nie mogę nawet powiedzieć z całym przekonaniem, że Brett jest po prostu od Cumberbatcha przystojniejszy, bo w ogóle nie znam się na męskiej urodzie. Wiem, że ma Jeremy szlachetne długie palce, które szczególnie pięknie prezentują się z różą lub papierosem - i wiem, że jego głos porusza we mnie najgłębsze struny, zwłaszcza gdy pozwala sobie na to ostre "rrr". Wiem, że na zdjęciach z młodości jest zupełnie dashing, a potem coraz bardziej gaśnie i smutnieje. Ale wiem też, że tak jakoś mam w życiu, że zachwycają mnie ci mężczyźni, których kocham, a nigdy na odwrót. I choćbym ze wszystkich sił starała się być obiektywniejsza, w kategorii "aktor" najwyższa ocena brzmi "no, prawie tak piękny, jak Jeremy Brett".
Zdjęcie pożyczone z czyjegoś wpisu pod znamiennym tytułem
"In loving memory of Jeremy Brett"

Wychodzi na to, że w ogóle nie mam żadnych argumentów, a w dodatku stwierdziłam już przecież, że sama dyskusja jest źle pomyślana. I dobrze - przecież nie chciałam nikogo przekonywać. Cumberbatch jest wspaniały i cieszę się bardzo, że ma takie rzesze wielbicieli, nic lepszego nie mogło sherlockizmu w XXI wieku spotkać.
Chciałam tylko sprawić sobie - i mam nadzieję, że także niektórym przynajmniej z Was - trochę urodzinowych wzruszeń i przy okazji wytłumaczyć, dlaczego na Sherlockianach wielki Benedict zawsze będzie tylko - bardzo mile widzianym - gościem.
This is a Jeremy Brett's blog, through and through.

niedziela, 29 stycznia 2012

Pamiętajmy o Undershaw

Teraz, kiedy wszyscy czekamy, aż Moffat przywróci do życia Holmesa w trzeciej serii, to najlepszy moment, żeby przypomnieć sobie, jak - a zwłaszcza: gdzie! - zrobił to sam ACD.
Undershaw, dom ACD w latach 1897-1921 to zarówno miejsce narodzin HOUN, w którym Sherlock powrócił na łamy Strandu (chociaż historia ta była oficjalnie datowana przed FINA), jak i wreszcie samego zbioru Return of Sherlock Holmes, tego, któremu zawdzięczamy nie tylko EMPT i triumfalne zmartwychwstanie, ale też fantastyczne SIXN z niezapomnianym hołdem Lestrade'a, SECO (ach ten cudowny, przecudowny film z Brettem!), CHAS, które osobiście zaliczam do mojej piątki najukochańszych (Sherlock namawia Watsona na wspólny włam i zaręcza się z pokojówką...), DANC, to kultowe DANC, dzięki któremu niejedno szczęśliwe, karmione Holmesem dziecko, wymyślało swoje własne ludzikowe alfabety... Chyba już Was przekonałam?
Undershaw to nie jest tylko miejsce, w którym ACD przypadkiem mieszkał (od 1897 roku), ale dom zaprojektowany specjalnie dla niego, a także w znaczącym stopniu przez niego i dostosowany do potrzeb umierającej na gruźlicę Louise, jego pierwszej żony. Powietrze Surrey, piękny dom z czerwonej cegły i ogromne, rozsłonecznione okna, przez które widać było morze zieleni, przedłużyło Louise życie o prawie dziesięć lat.
Tu ACD przeżywał rozterki związane z miłością do Jean Leckie, którą poznał już w maju 1897 roku, a rycerski honor nie pozwolił mu rozwijać romansu przez całe dziewięć lat, aż do śmierci Louise - rok później Jean została jego drugą żoną. (Cały ten okres opisany jest niezwykle barwnie w recenzowanej kiedyś na Sherlockianach książce Barnesa Arthur & George). Z tego domu wyruszył na II Wojnę Burską. Tu wreszcie przyjmował wielkich swojej epoki, którzy byli dla niego kumplami i znajomymi - między innymi J. M. Barrie'ego, Brama Stokera, Virginię Woolf.


Na powyższym zdjęciu widać małego chłopca: to Kingsley, syn Doyle'a, który miał przejąć Undershaw po śmierci Louise. Niestety, chociaż Kingsley przeżył walkę na froncie pierwszej wojny światowej, padł ofiarą powojennej epidemii hiszpanki. W 1921 roku Doyle sprzedał Undershaw (wbrew oczekiwaniom- ze znaczną stratą), a już od roku 1924 aż do 2004, stary dom służył jako hotel i restauracja.
Kłopoty zaczęły się właśnie w roku 2004, kiedy dom przejął prywatny deweloper, a Waverley Borough Council odmówiła zakupu posiadłości. Odmówiła trochę dlatego, że fizycznie nie miała odpowiednich funduszy, ale przyznała też, że nie dość wysoko ceni historyczną i architektoniczną wartość domu. W końcu ACD, twórca jednej z największych ikon światowej kultury (nie lubię słowa popkultura), nie zasługuje na taką samą atencję, jak poważni pisarze. Sam Doyle byłby oczywiście zupełnie załamany taką diagnozą, bo całe życie wyrzucał sobie, że opowiadanka o Holmesie to nic godnego uwagi i pragnął wybić się przede wszystkim poważnymi powieściami historycznymi (bez sukcesu). Chwilowo nie ma więc niestety większych szans na to, by Undershaw zostało przeznaczone na muzeum.

W sprawie opisu wnętrza domu oddam głos komuś, kto robi to szczególnie wspaniale i z nieskrywanym wzruszeniem:

Save Undershaw from WetherbyPond on Vimeo.

A czemu to wszystko piszę? Bo to cenne miejsce ma zostać zniszczone - ale jest jeszcze czas, by zadziałać w jego obronie.
Jak pisałam tu niedawno, oficjalnie zaokrętowałam się na pokład The Undershaw Preservation Trust w roli tak zwanego ambasadora i moim zadaniem jest tłumaczyć, na czym polega niebezpieczeństwo, co chcemy osiągnąć i jak to można zrobić. Jest to potrzebne także dlatego, że wokół dwóch pierwszych punktów narosło trochę nieporozumień. Do dzieła!

NIEBEZPIECZEŃSTWO

Historię domu skończyłam na roku 2004, kiedy to został właściwie opuszczony i wpadł w ręce bezlitosnych developerów-kapitalistów ;)
Wbrew temu, co czasem można usłyszeć, nie planuje się zburzenia samego Undershaw. Na współczesnych zdjęciach i filmach widać, że do starego domu Doyle'a dołączono jeszcze coś - to budynek z 1920 roku. Ten właśnie fragment ma być wyburzony. Zamiast niego ma tam powstać aż 5 szeregowych domków, które będą większe niż wyjściowy budynek.
Największym problemem jest to, że dom Doyle'a ma zostać nieodwracalnie i nieusuwalnie podzielony na trzy podobne szeregówki. Zniszczony zostanie nie tylko zamysł architektoniczny (a, przypominam, autorem projektu był w dużej mierze sam ACD), ale i wartość zabytkowa obiektu.

CEL


The Undershaw Preservation Trust, także wbrew temu, co można czasem przeczytać, nie walczy już nawet o to, by Waverley Borough Council odnowiła dom i urządziła tam muzeum. Nie staram się nawet próbować wnikać w angielską terminologię prawniczą, ale w uproszczeniu: do odpowiedniej instancji sądu została zgłoszona skarga na działania WBC i odpowiednia instancja zgodziła się wysłuchać obu stron. Skarga dotyczy zgody WBC na podzielenie domu - a rozprawa ma się odbyć 23 maja 2012, dzień po urodzinach ACD.
Dodatkowym argumentem po naszej stronie jest fakt, że powstała droga ułatwiająca dostanie się do Undershaw, dzięki czemu bardziej realna stała się wizja, że w przyszłości mogliby tu przyjeżdżać liczni turyści.

POMOC


Największą rolę mają do odegrania oczywiście Ważne Osoby (na przykład duchowy przywódca Undershaw Preservation Trust, Mark Gatiss) i każdy, kto czuje w sobie moc przekonania WBC do tego, by zmieniła zdanie i zrobiła cokolwiek w sprawie ocalenia Undershaw. Na początek: niech chociaż obejmie dom ochroną przed nieodwracalnymi zmianami.
Nieliczni szczęśliwcy będą mogli wypełnić salę sądową i na żywo wspierać reprezentantów UPT.
Osoby związane z mediami mogą postarać się zadbać o odpowiednie nagłośnienie całej sprawy.
Wszyscy mamy za zadanie podpisać petycję (link na stałe w prawym górnym rogu bloga) i informować kogo się da (może przychodzą Wam do głowy różne znane osoby lub instytucje, które warto by zainteresować losami Undershaw?).
Warto reklamować akcję UPT - i petycję - na facebooku, twitterze, blogu.
Sherlock BBC zrobił furorę, Sherlock Ritchiego podbił box-office'y - czas zewrzeć szyki i pokazać, ile jest na świecie osób, dla których ocalenie domu Doyle'a to poważna sprawa.
P.S. Nie bójcie się wyskakującego okienka po petycji :) Jest nachalne, ale nie trzeba żadnych darowizn, wystarczy podpis :)

sobota, 21 stycznia 2012

Co po 2 serii Sherlocka BBC? It's Elementary.

Współczesny rynek jest bezlitosny i każde popularne zjawisko powoduje, że pojawiają się tłumy naśladowców. Harry Potter wywołał falę koszmarnych serii o czarodziejach, Zmierzch - jeszcze straszliwszy potop wampirów. Sherlocki Ritchiego i BBC też urodziły już nową mini-modę i samo w sobie nie jest to złe. Nawet najgorszy Holmes to wciąż lepiej niż... no niż to, co się stało w ostatnich latach z popkulturą kierowaną do młodzieży. Gorzej, że naśladowcy ci przeważnie zamierzają naśladować głównie wyniki finansowe...
Ale do rzeczy.
To, co wzbudza największe obawy i niechęć wręcz fandomu (ale także samych twórców) Sherlocka BBC, to projekt amerykańskiej telewizji CBS. Ich Sherlock, pod roboczym tytułem "Elementary", ma być również uwspółcześniony, a akcja będzie się toczyła w Nowym Jorku. Poza tym, wiadomo bardzo niewiele. Zamówiono pilota, którego napisze Rob Doherty, autor, między innymi "Medium", a także "Star Trek-Voyagera" (coś czuję, że przez tego całego Sherlocka będę musiała wejść jeszcze w "Star Treka", chociażby po to, żeby docenić Cumberbatcha w nowym filmie, i to już będzie mój koniec).
O obsadzie na razie cisza, podobnie o koncepcji. Trudno powiedzieć, czego w ogóle się spodziewać - czy teledysku w typie Ritchiego, tyle że nawet bez kostiumów epoki? Czy podrabiania BBC i ich genialnych sposobów na przeniesienie Doyle'owych fabuł w XXI wiek?
Amerykanie muszą uważać. Sue Vertue, producentka "naszego" Sherlocka, zdradziła, że CBS zgłaszało się do niej wcześniej, usiłując wydębić jakąś zgodę na remake - ale bezskutecznie. PBS, które pokazuje Sherlocka (i nie tylko) BBC w Ameryce, już jest wkurzone. Proces o plagiat wisi więc w powietrzu.
Paradoksalnie - dla nas to złe nowiny, bo im bardziej CBS postara się różnić od BBC, tym gorszy będzie to serial...
Lepiej już zapowiada się nowy rosyjski Sherlock Holmes, który ma być kręcony w Petersburgu. Od razu planuje się aż 16 odcinków (w ośmiu dwuodcinkowych miniseriach!) i obsadzono już najważniejsze role.
Sherlockiem ma być młody Igor Petrenko, którego polscy widzowie mieli szansę zobaczyć w "Kierowcy dla Wiery", w roli Wiktora.
Igor Petrenko (z bazy IMDB)
Jego Watson to Andrij Panin, a całość reżyseruje Andriej Kawun.
Rosjanie mają wspaniałe sherlockistyczne tradycje i dali nam już jednego świetnego Holmesa - Wasilija Liwanowa - jeszcze przed Jeremym Brettem. ("Pies..." z Liwanowem to jeden z tych pięciu, których nie mogłam sobie przypomnieć w recenzji drugiego odcinka BBC :) ). Sherlocki Liwanowa (i Witalija Sołomina w roli Watsona) powstawały w latach 1979-1986 i są miejscami całkiem wierne Kanonowi (chociaż w dużej mierze oryginalne), a już na pewno bardzo dobrze dają się oglądać do dziś. To także dzięki żywemu aktorstwu obu panów i niesamowitemu klimatowi. Udawana Anglia plus rosyjski samowar i dwóch prawdziwych Słowian, którzy usiłują zgrywać zdystansowanych dżentelmenów Zachodu, chociaż jest zupełnie oczywiste, że między ujęciami chodzą na wódeczkę (wódeczka pojawia się nawet w jednej sekwencji na ekranie :D) to zupełnie uroczy koktajl. Liwanow za zasługi dla "przyjaźni rosyjsko-brytyjskiej" dostał zresztą medal od samej królowej Elżbiety II. To kolejna seria, o której na Sherlockianach jeszcze będzie (jak już zrozumiem, że tak dłużej miotać się nie można i muszę w końcu zdecydować, czy rzucić dla bloga pracę, studia czy życie osobiste ;) ).
A oto i Liwanow, naturalnie z fają:
Po tym petersburskim Sherlocku spodziewam się raczej dobrych rzeczy - Rosjanie naprawdę kochają Holmesa, do tego stopnia, że w Moskwie postawili mu pomnik!
To fatalne zdjęcie pożyczam z tej strony.  Pomnik znajduje się w bardzo stosownym miejscu, bo przed ambasadą UK.

A na koniec jeszcze dwie średnie wiadomości na temat naszego Sherlocka BBC i jego trzeciej serii.
Chociaż Moffat pobudził nasze apetyty wiadomością, że nowa seria miałaby być jeszcze przed końcem roku, natychmiast na twitterze odezwała się wspomniana wyżej Sue Vertue, gasząc wszelkie nadzieje. Nie wiadomo, czy to znowu spisek i bezlitosne dręczenie fanów, czy po prostu Moffat naprawdę niezręcznie się wyraził i został źle zrozumiany przez dziennikarzy przeprowadzających wywiad. Mimo to, nie należy być zupełnie czarnej myśli, każą nam czekać, ale prawie na pewno nie dłużej niż ostatnio.
Bardziej niepokoją mnie coraz częściej pojawiające się wypowiedzi Moffata, że pierwsze 6 odcinków BBC pokazuje nam dopiero wczesny okres w przyjaźni/życiu Holmesa i Watsona. Oraz, że czeka ich wiele innych osobistych perturbacji. Wszystko to sugeruje jednoznacznie, że w imię wierności Kanonowi oraz realistycznego podejścia do rozwoju bohaterów/samego-życia będziemy katowani jakąś żoną Watsona. A to jest coś, czego nie toleruję nigdy i w żadnej, nawet najwspanialszej wersji. Obok wspaniałej akcji "I believe in Sherlock" chętnie zorganizowałabym jakąś taką specjalnie dla Moffa... na przykład "Mary Morstan is a pain in the ass"? ;)



P.S. UWAGA SPOILER 
Re: spiskowe teorie w komentarzach dotyczące tego, "Jak Sherlock to zrobił" :) - Cumberbatch opowiedział w wywiadzie dla dokumentalnego dodatku do DVD z drugim sezonem, jak on sam przeżył upadek z dachu. Zeskoczył na dach znajdujący się niecałe półtora metra niżej, a dalej zjechał na linach na wielką nadmuchiwaną poduchę. Moffat z kolei mówił, że od razu nakręcili, co naprawdę się stało (a co zobaczymy pewnie w EMPT). Prawdopodobnie w najbliższym czasie będę powtarzała "Reichenbach Falls" ze znajomymi, przyjrzę się tej śmieciarce!

czwartek, 19 stycznia 2012

I believe in Sherlock. Moriarty was real!

I jeszcze jeden post na zakończenie tego wspaniałego sezonu, zanim zaczną się spoilery, pogłoski i dygresje (w najbliższych notkach: o dwóch (!!) planowanych Sherlockach, z czego (co najmniej) jednym bardzo strasznym, o Undershaw i o Doctorze Who).

Uwaga, niżej (mały) spoiler finału!

Dziękuję najserdeczniej jednemu z anonimowych komentatorów recenzji Reichenbach Falls, dzięki któremu dowiedziałam się o czymś, co każdemu poprawi humor po tym wspaniałym, ale tak strasznie smutnym finale.
Sto dwadzieścia lat temu, kiedy ACD zabił Holmesa, Londyńczycy chodzili w czarnych opaskach. Dziś, ludzie skrzykują się na blogach i facebookowych stronach, by publicznie odkłamywać wielką bajkę Moriarty'ego. W bibliotekach, parkach, na ścianach domów i tiszertach pojawiają się napisy, ogłoszenia, ulotki i graffiti: I believe in Sherlock. Moriarty was real. Wierzę w Sherlocka. Moriarty istniał naprawdę.

Koniec (małego) spoilera.


Jeśli zblazowani i postmodernistyczni telewidzowie XXI wieku zaczynają robić coś tak szalonego i pięknego, to znaczy, że "Sherlock" jest wielki. Że Holmes i Watson są nieśmiertelni i nieuśmiercalni, to już było jakiś czas temu wiadomo. Że znów wylądują na szczytach sławy i zaczną rządzić masową wyobraźnią - to zasługa tej wspaniałej BBC-ekipy, Cumberbatcha, Freemana, Gatissa, Moffatta, Thompsona... Chwała! I bierzcie się szybko do roboty.
Żyjemy w dobrych czasach.
A ja szczególnie. Wszystkie te cudowności 2 sezonu - myślę, że bezsprzecznie, o dziwo, jeszcze lepszego niż pierwszy! - nie miałyby takiego smaku, gdyby nie Wy, tu i na facebookowej stronie Sherlockianów. Dziękuję za komentarze, za zachęty i dobre słowa, a najbardziej na świecie za to, że kiedy w okolicach piątej rano, po kolejnym odcinku, wpadałam na stronę, żeby dać ujście emocjom, zawsze znajdowałam tam kogoś, dzięki komu nie czułam się już samotnym Holmes-wariatem. Oby jak najwięcej takich miesięcy przed nami :)

wtorek, 17 stycznia 2012

Reichenbach Falls - koniec Sherlocka.

[Recenzja najeżona jest spoilerami - jeśli nie widzieliście, nie czytajcie dalej. Poważnie mówię.]

Turner, The Great Falls of the Reichenbach,
płótno odzyskane dzięki nieocenionej pomocy pana Sherlocka Holmesa


To było znacznie straszniejsze niż się spodziewałam. Straszniejsze niż którakolwiek z poprzednich adaptacji Final Problem. Straszne jak coś, co jest zupełnie blisko i zupełnie naprawdę.
ACD, umęczony popularnością Holmesa, usunął go szybko i byle jak. Zadbał tylko o dekoracje - jest efektowny wodospad i mroczny Napoleon zbrodni o nazwisku Moriarty, które w każdym zakątku świata, gdzie dotarła kiedykolwiek łacina, brzmi jak zwiastun śmierci. Intryga FINA to niczym nie poparte wywody o rzekomej "wielkiej organizacji" (którą w działaniu widzieliśmy w VALL, ale w tu Watson już nawet o tym nie pamięta), "pajęczej sieci" (do której, jak się potem okazuje, należy poza szefem dokładnie jedna wybitna jednostka), "geniuszu zła" (którego największym indywidualnym osiągnięciem jest wynajęcie pociągu) i pełna nonsensów akcja, w ramach której Holmes nie rozwiązuje nawet żadnej zagadki. Nie licząc Watsona i paru jego nieśmiertelnych słów, a także przejmującego obrazu smutnego Holmesa, który musi się z nim pożegnać, cały ten wodospad to wielka ściema, która spływa po nas jak po kaczce.
Reichenbach Falls jest jak kokon z pajęczyny, który oblepia nas stopniowo od pierwszych scen, a w finale niemal dusi. Stephen Thompson - ten najmniej sławny, ten, który dał nam do tej pory "tylko" Blind Bankera z poprzedniej serii - postanowił napisać FINA porządnie, tworząc sadystyczny wręcz i przerażająco smutny obraz. Często oglądając "Sherlocka" miałam wrażenie, że przeniesienie historii Doyle'a we współczesność, jakkolwiek błyskotliwe, skutkuje dodatkowym dystansem i ironią, nieobecnymi w wielu prostodusznych ekranizacjach "wiernych epoce". Te wszystkie przeróbki, aluzje, cytaty - jak by nie były genialne, zawsze będą jak perskie oczko puszczone do postmodernistycznego widza.

Reichenbach Falls jest zupełnie na poważnie - i jest opowiadane bezpośrednio nam, bez żadnego mrugnięcia okiem. Zwierz, który jak zawsze celnie zwrócił uwagę na mnóstwo spraw, zauważył też i to: ten odcinek wprost odwołuje się do bolączek brytyjskiej rzeczywistości, z jej absurdami, mitami i lękami. Są tu wszechwładne brukowce, których nieetyczne praktyki zwracają ostatnio coraz więcej uwagi. Nawet Watson ze swoim sławnym ale niezależnym (czytaj: biednym) blogiem jest bezsilny wobec siły rażenia irracjonalnie potężnych mediów i słusznie ostrzega przyjaciela, że te w każdej chwili mogą obrócić się przeciwko niemu. Jednego dnia pstrykają mu setne nieszkodliwe zdjęcie w tej głupiej czapce, wynoszą go na szczyty sławy i nazywają "Reichenbach Hero" (odnalezienie tego obrazu to nie tylko sposób na genialne wprowadzenie do akcji kanonicznego tytułu, ale także, być może zamierzony, piękny ukłon w stronę FINA z Jeremym Brettem).  W kolejnym numerze bardziej opłaca im się zrobić z Sherlocka oszusta, kłamcę i przestępcę. Sherlock naturalnie uznaje, że nic go to nie obchodzi, przecież opinie - opowieści... - idiotów są mu obojętne. To jego pierwszy wielki błąd. Opinie idiotów, pełne wrzasku i wściekłości Super Ekspres i Daily Mail, to życie - nawet najlepszych z nas. A Moriarty już zadbał, by Sherlock dobitnie to zrozumiał.

Są i kody komputerowe, współczesny złoty cielec. Szpitale, banki, muzea, samochody i lodówki rządzone są dziś linijkami zer i jedynek - z jaką czcią patrzymy na tych nielicznych i wtajemniczonych, którzy język ten posiedli i niczym dawni kapłani potrafią czynić cuda za pomocą tajemniczych symboli... Sam Sherlock jest skłonny uwierzyć, że aplikacja z iPhone'a potrafi otworzyć wszystkie zamki świata i wywołać ogólny Armageddon. I to jego druga porażka. Moriarty rzucił mu przynętę - wielką tłustą, efektowną zagadkę, jak mapę z ukrytym skarbem, a Sherlock połknął ją razem z haczykiem. Połknął ją też Mycroft, który, zupełnie wbrew Kanonowi, okazuje się tu najsłabszym ogniwem Sherlocka. On także w pewnym sensie dał się wplątać w wielką ściemę. Jim Moriarty naprawdę umie opowiadać bajki chętnym dzieciom.

I kiedy tak z rosnącym zdziwieniem zdziwieniem i smutkiem patrzymy, z jaką łatwością Moriarty krok po kroku osacza Holmesa i odbiera mu wszystko, opinię, sławę, nazwisko, zaufanie Lestrade'a, lojalność brata, a w końcu nawet wolność, niepostrzeżenie wpadamy w wielką pułapkę zastawioną specjalnie na nas: sceptycyzm, zakorzeniony w kompleksach. Nikt nie może być taki dobry, prawda? W każdym widzu siedzi mały Anderson, który dość już ma upokorzeń. Wydedukował, dokąd zabrano dzieci, na podstawie jednego odcisku buta? Seeeerio? Wypluwa z siebie wszystkie te dedukcje na podstawie jakiejś plamy z keczupu... a my ledwo w ogóle widzimy tę plamę. Czy ktoś nas tu nie wkręca? A współczesny inteligentny widz, który coraz boleśniej uświadamia sobie, jak bardzo i na każdym kroku manipulują nim te straszne wspomniane wyżej media, politycy i reklamy, stawia sobie za punkt honoru, żeby nie dać się wkręcić. I kiedy Moriarty umiejętnie podsuwa oczywiste, sceptyczne wyjaśnienie: Holmes tak błyskotliwie rozwiązuje zagadki, bo sam je wymyśla, a otoczenie Sherlocka rzuca się na nie jak na balsam na zranione ego, wtedy i my, stopniowo, niepostrzeżenie, zaprzeczając głośno, "bo przecież... ale... mówili, że ma być trzecia seria!", zaczynamy zadawać pytania.
W opowiadaniu jest tylko skromna wzmianka o próbach podważenia reputacji Holmesa przez brata Moriarty'ego. W Reichenbach Falls doświadczamy potęgi umiejętnego kłamstwa na samych sobie. 
I to jest przebłysk czystego geniuszu - ale nie najbardziej przejmujący.
Bo przecież skoro cały ten wielki upadek w niesławę, okrutne gry Moriarty'ego i jego domki z piernika to także i w tym FINA tylko wielka bajka dla naiwnych dzieci, to co tu jest w ogóle prawdziwe, co jest rzeczywiste, pod tymi wszystkimi fałszami?
To, co zawsze. Przecież już mówiłam. Watson. I smutny Holmes, który musi się z nim pożegnać.
Jak słusznie prawi Zwierz, Freeman kwalifikuje się do natychmiastowej drugiej BAFTY. Cumberbatch może dostać dwie na raz, bo budował tę rolę przez wszystkie sześć odcinków. Reichenbach Falls miało być o umieraniu - i jest. Bez zdrowego, postmodernistycznego dystansu, bez przymrużenia oka. Jest o ludzkim lęku przed utratą, zarówno kogoś, jak i własnego życia. I, jak jeszcze nigdy dotąd w tej serii, o miłości, w jej szczególnie pięknej odmianie. Więź Holmesa z Watsonem to samo serce Kanonu, bez niej te wszystkie przygody byłyby opowiadankami dla młodzieży o papierowym superbohaterze. Takie miłości są  szczególnie rzeczywiste, bo nie ma w nich amoku samolubnych genów, udawania kogoś, kim się tylko chce być, gierek, ulotnych namiętności, zaborczości. 
I nie ma dla Sherlocka - ale także dla nas - nic prawdziwszego, żadnego solidniejszego punktu oparcia w sypiącej się rzeczywistości niż żelazna lojalność Johna. A najprawdziwszym zagrożeniem jest po prostu śmierć przyjaciela. 
Ostatecznie i naprawdę plan Moriarty'ego opiera się na tym, że Sherlock jakoś w ciągu tych sześciu opowieści rzeczywiście stał się człowiekiem. Moriarty - czy już wspomniałam, że dla Scotta też BAFTA? - z człowieka przemienił się w pająka.
Ostateczny pojedynek między nimi byłby żywcem wyjęty z Kanonu, gdyby nie to, że Doyle nie zadał sobie trudu, by go bezpośrednio opisać. Watson odesłany pod byle pretektem. Niebezpieczna wysokość. Wojna nerwów szaleńca z socjopatą. I chociaż pozornie wydaje się, że sytuacja jest odwrócona, bo w tym FINA to Holmes został przyparty do muru, nadal to Moriarty ma mniej do stracenia.
I jeszcze jeden błysk najprawdziwszego geniuszu: cały ten Napoleon zła przegra ostatecznie, bo dopadnie go zemsta byłej.
Wierna Molly, której Sherlock nie docenia prawie do samego końca, która z wyjątkiem przeprosin nie usłyszała od niego jednego ludzkiego słowa, jest - i to właśnie dzięki temu! - jego jedynym sposobem na przetrwanie. Nie wiemy jeszcze, jak dokładnie twórcy rozwiązali odwieczny problem z FINA/EMPT (problem brzmi: "to nie trzyma się kupy!"), ale pomysł, by wielkiego Holmesa przed wielkim Moriartym ocalił największy kopciuszek całej serii szczerze mnie pewnie wzruszy, kiedy już znajdę na niego miejsce pośród wszystkich innych emocji.
To, co było do przewidzenia, pierwszy odcinek tej serii, który odebrałam bezpośrednio i osobiście - nie tylko na metapoziomie, "bo to taki wspaniały Sherlock", "bo to jest tak dobrze zrobione". Ten jest zresztą być może skonstruowany jeszcze doskonalej niż poprzednie, w czym niebagatelną rolę odegrała pewnie świetna muzyka. Ale też to pierwsza historia, w której błyskotliwe pomysły na uwspółcześnienie, zagadki i świetne dialogi zeszły w moich oczach na drugi plan. Po raz pierwszy bałam się i smuciłam naprawdę.
Jeśli coś mi się nie spodobało, to jedno: ostatnie ujęcia, z Sherlockiem przyczajonym na cmentarzu. Ale nie wiem, czy nie spodobało mi się to dlatego, że wolałabym, by jeszcze poudawali, że trzymają nas w niepewności - czy też po prostu nie da się po ostatniej scenie znieść myśli, że Watson został oszukany.
I ten smutek też jest prawdziwy.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Wiemy już, czy będzie 3 seria Sherlocka BBC...

NO PEWNIE, ŻE TAK!


Łobuzy - Moffat z Gatissem - popotwierdzały to na twitterach i dodały jeszcze bezczelnie, że 3 seria Sherlocków została zamówiona już razem z drugą. Czyli THEY KNEW ALL ALONG, a wszystkie te podpuchy, straszenie i podkręcanie atmosfery pod tytułem "Cumberbatch i Freeman zrobili się tacy sławni, rozchwytywani i wysoko opłacani, że niestety musieliśmy utopić Sherlocka, kto rzuci Hollywood dla telewizyjnego serialu" to była lipa, która miała tylko spotęgować nasze emocje związane z finałowym odcinkiem.
Co gorsza, i tak im wybaczymy, prawda? Tylko niech się trochę pospieszą. Dlaczego - o tym w następnym poście, w którym będzie przeżarta spojlerami recenzja.

P.S. Jedną z większych radości związanych z Sherlockianami jest wprowadzanie różnych pięknych etykiet. Była łezka przy "Jeremy Brett" czy "PLOSH", poczucie słusznej sprawy przy "Undershaw", guilty pleasure przy "Doctor Who", który po prostu musiał kiedyś wściubić tu nos. Przy "Sherlock BBC 3" jest po prostu ulga. Zaraz będzie też ekscytacja, przyjemność, ciekawość i wszystkie te uroki czekania na coś znakomitego. Ale na razie - ulga. Wizja, że "Sherlock" skończy się, bo Amerykanie ukradną obsadę, była zdecydowanie zbyt okrutna.

niedziela, 15 stycznia 2012

Undershaw - o domu ACD raz jeszcze

Z wielką przyjemnością ogłaszam, że Sherlockiana (jeszcze) oficjalnie(j) włączają się w akcję The Undershaw Preservation Trust - czyli towarzystwa walczącego o to, by nie niszczyć Undershaw, domu, w którym ACD napisał, między innymi, tak wspaniale odkurzone ostatnio przez BBC, HOUN.

Sherlockista jest teraz tak zwanym repem na Polskę, czyli osobą, do której można kierować te tłumy ludzi wypytujące Was bezustannie o to, na czym polega afera z domem ACD i jak można pomóc ;)
Naszym patronem jest ten sam BBC-Mark Gatiss, którego tak często tu wychwalam. Naszym celem jest tylko to, żeby nie dopuścić do nieodwracalnego zniszczenia zabytku (podzielenia go i dobudowania części znacznie większej niż wyjściowy dom), chociaż idealnym rozwiązaniem byłoby oczywiście przerobić Undershaw na muzeum.
Pomysł jest bardzo prosty: trzeba wywrzeć na radę (Waverley Borough Council), która o tych zmianach zdecyduje (prawdopodobnie w kwietniu) presję tak zwanej międzynarodowej opinii publicznej. Na początek - o czym jeszcze będę przypominać - podpiszmy petycję.

A kiedy skończy się ten cudowny Holmesowy styczeń z Sherlockiem BBC, pojawi się na Sherlockianach dłuższa notka na temat domu, jego historii i działań UPT (troszkę już można znaleźć w starszych notkach pod etykietą Undershaw).