Sherlockiana urodziły się 26 stycznia 2010, ale pierwszy prawdziwy post opublikowałam dopiero prawie miesiąc później, 22 lutego. W związku z czym postanowiłam obchodzić urodziny wtedy, kiedy akurat przyjdzie mi do głowy dobry prezent.
Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bert Coules. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bert Coules. Pokaż wszystkie posty
sobota, 4 lutego 2012
środa, 4 stycznia 2012
"Scandal in Belgravia". BBC Sherlock, season 2, episode 1. Po polsku: odlot!
[Można czytać spokojnie, nie ma żadnych nowych spojlerów.]
Pierwszy sezon Sherlocka z XXI wieku, Sherlocka uwspółcześnionego, przeniesionego w inną epokę, z wyrazistą obsadą i bardzo śmiałymi rozwiązaniami fabularnymi, powinien był wywołać kontrowersje i ambiwalentne uczucia. Tymczasem, ku radosnemu zdziwieniu Sherlockisty, otoczył go bez mała kult, i to zarówno ze strony hardkorowego Holmesowego fandomu, jak i zwykłych wielbicieli seriali detektywistycznych, którzy na myśl o Kanonie dyskretnie tłumią ziew.
Musi ShK wyznać, że choć oficjalnie w blogu tryskał entuzjazmem, w skrytości serca na myśl o kontynuacji odczuwał dreszcze obawy. Czy chłopcy dadzą radę? Czy udźwigną? Czy nie zepsują? - a stawka jest niebagatelna, bo podobnego rozkwitu nie zaznał wspomniany sherlockistyczny fandom od czasów Jeremy'ego Bretta i mamy szansę zostać świadkami narodzin kolejnej wielkiej legendy i wielkiego cyklu. Każda wtopa mogłaby przynieść niepowetowane straty - zdechnięcie oglądalności, brak zamówienia na kolejny sezon i szansy na poprawę, a w konsekwencji również wygaszenie mody na Holmesa. I kolejne dwadzieścia lat bryndzy, Richardów Roxburghów (brrrr) i innych Mattów Frewerów (auć). Pierwszego stycznia targał zatem Sherlockistą, obok noworocznego kaca, także stres.
Moffat, Gatiss, Cumberbatch, Freeman i reszta Ekipy ukoili nerwy ShK około trzeciej minuty projekcji. Przez kolejne 87 nie myślał już Sherlockista o niczym niezwiązanym z akcją, a jeśli dawał wyraz refleksjom o charakterze ocennym, to miały one postać głównie nie do końca artykułowanych, za to ekspresywnych okrzyków "ale czad!".
Jeśli zaś wahał się co do treści recenzji, to głównie w kwestii kolejności zachwytów. Po namyśle jednak...
po pierwsze chciałby powiedzieć, że Cumberbatch jest wspaniały. Dostała mu się rola trudniejsza niż w poprzedniej serii, wiele emocji do wygrania, wiele złożonych relacji, w których wspaniale potrafił się odnaleźć - nie tylko z Irene Adler, ale również z Johnem i Mycroftem, a nawet z biedną Molly Hooper. I dał popis.
Po drugie, sprawę ułatwili mu oczywiście scenarzyści. Sherlockista do tej pory myślał, że tylko Bert Coules (także z BBC) bezbłędnie wyczuwa, jak pisać Holmesa, jakie słowa wkładać mu w usta i jakie zachowania, kiedy pozwalać mu ujawnić odrobinę emocji, a kiedy podkreślić, jak mocno odbiega od społecznej normy. Moffat z Gatissem radzą sobie może nawet jeszcze lepiej. Oni po prostu robią wszystko dobrze. Właściwie. Jak powiedziałby Mozart z "Amadeusza" Formana: jest dokładnie tyle nut, ile trzeba. Tyle współczesnego luzu i tyle bezpośrednich cytatów, by Holmes brzmiał zarazem kanonicznie i naturalnie. Tyle dedukcji (świetnie i zabawnie pokazywanych na ekranie) i tyle towarzyskich wpadek, ile zaliczał ich Sherlock ACD. Tyle akcji (łącznie z absolutnie cudowną sceną defenestracji!) i tyle snucia się po domu (oraz pałacu Buckingham) w prześcieradle; tyle skrzypiec... a właśnie...
Po trzecie, ach, te skrzypce...
Czy Czytelnicy pamiętają może jedną z najczulszych notek w historii Sherlockianów, tę o PLOSH (Private Life of Sherlock Holmes)? To był ten oburzający film o Holmesie, miłości i smutnych skrzypcach, którego żaden szanujący się sherlockista by nie zniósł, gdyby zarazem go nie kochał, i którego niech nikt nigdy nie waży się naśladować. Oczywiście nikt oprócz ekipy BBC. Sherlockista nie wie naturalnie, na ile nawiązania do PLOSH były zamierzone, a na ile nasunęły się same na skutek podobieństw fabularnych, ale, o rany no, są naprawdę okropnie wzruszające. Także same w sobie. Nie znaczy to na szczęście, że jest to jednak wbrew obietnicom romansidło.
Po czwarte bowiem, Irene Adler jest dokładnie tą osobą, którą by była, gdyby nasza droga śpiewaczka i awanturnica z wieku XIX urodziła się sto lat później. Lara Pulver spisała się świetnie, ale jeszcze lepiej spisał się Moffat.
Wielbiciele "Sherlocka" mogli tego jeszcze nie zauważyć, ale fani drugiego słynnego dziecka Moffata, nowych serii Doktora Who, już wiedzą, że autor ten ma słabość do silnych postaci kobiecych. W fandomie whovistów jednym z ważnych punktów sporów jest to, czy Moffat nie przesadził, wprowadzając do fabuły postać żony Doktora, która jest tak barwna, tak wszystkowiedząca i tak we wszystkim oblatana (dosłownie! ona wie lepiej jak kierować samą TARDIS!), że przyćmiewa głównego bohatera. Można było się obawiać, że także Adler okaże się trochę przerysowana. Ale i ten niepokój okazał się nieuzasadniony. Irene jest wspaniałą, naprawdę godną przeciwniczką, jednak ilekroć wydaje nam się już, że Sherlock dał się podejść jak dziecko, tylekroć scenariusz funduje nam nowy zwrot akcji. Wszystkim, którzy wciąż nie mogą przełknąć superwoman Adler, Sherlockista uprzejmie przypomina, że w opowiadaniu to ONA wygrała :)
Po piąte, nie chciałby Sherlockista Was zanudzić achami i ochami na temat aktorów, ale nie da się pominąć Johna, a zwłaszcza Mycrofta. Hobbit po prostu trzyma formę, Mycroft jednak rozwinął się bardzo i wykorzystuje w pełni dłuższy czas ekranowy. Jego minę na widok Sherlocka w prześcieradle nazwałby Sherlockista 'bezcenną', ale jakie zachwyty pozostałyby mu wtedy na opisanie bardziej dramatycznych momentów w wykonaniu Gatissa?
Po szóste i ostatnie, twórcy nie bali się niczego. Nie bali się nakręcić Sherlocka z papierosem (za co jest im ShK osobiście wdzięczny, niewiele rzeczy budzi w nim tyle odrazy, co współczesny faszystowski prozdrowotny terror), nie bali się pokazać gołej kobiety przed 21 (za to, naturalnie, zgarniają baty od pruderyjnych recenzentów, ale tego rodzaju pruderia budzi w ShK bodaj jeszcze większą odrazę), i nie bali się wreszcie spisać na nowo aż kilku Kanonicznych przebojów. Dosłownie! Zajrzyjcie na blog Watsona, a znajdziecie zapiski z paru spraw, których "zajawki" pokazują nam na początku odcinka. "Speckled Blonde" i "Geek Interpreter" (to nie są literówki) to błyski Moffatowo-Gatissowego geniuszu. Za (uwaga! kto nie oglądał jeszcze filmu niech tam pod żadnym pozorem nie wchodzi, bo zepsuje sobie moment najczystszej holmesologicznej radości :)) wycinki prasowe pod tytułem "Hat-man and Robin" wybacza ShK całej ekipie wszystkie wpadki na dziewięć odcinków w przód.
A oby było ich jeszcze więcej.
Jeśli coś może Sherlockista zarzucić temu SCAN, to dotyczy to dialogów z Adler. Może trochę za bardzo wyeksponowane są prowokacje i aluzje seksualne? Momentami niby to śmiałe wypowiedzi Irene brzmią raczej komicznie niż ekscytująco. Poza tym, można by odrobinkę przerobić montaż. Z początku gubimy kilka miesięcy życia Sherlocka i nie jest do końca jasne czemu ani w jaki sposób, pod koniec troszkę zaczynamy tracić ciągłość w śledzeniu głównej intrygi. Ale to naprawdę czepialstwo, które ma raczej uwiarygodnić Sherlockistę w roli odpowiedzialnego recenzenta i zatuszować fakt, że w istocie jest po prostu pijanym z rozkoszy fanem ;)
Na szczęście, nie jest ShK w swojej radości odosobniony - zarówno Telegraph, jak i Den of Geek opublikowały recenzje, które aż wzruszają stężeniem zachwytu.
Bo i tak naprawdę, to porządnie wkurzają w nowym Sherlocku tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce legalnie dostępny jest tylko za ciężkie pieniądze.
A po drugie, jak ja mam po Czymś Takim iść i z życzliwą obiektywnością oglądać w czwartek jakiegoś Ritchiego???
P.S. Uwaga - w komentarzach już są spojlery!
Pierwszy sezon Sherlocka z XXI wieku, Sherlocka uwspółcześnionego, przeniesionego w inną epokę, z wyrazistą obsadą i bardzo śmiałymi rozwiązaniami fabularnymi, powinien był wywołać kontrowersje i ambiwalentne uczucia. Tymczasem, ku radosnemu zdziwieniu Sherlockisty, otoczył go bez mała kult, i to zarówno ze strony hardkorowego Holmesowego fandomu, jak i zwykłych wielbicieli seriali detektywistycznych, którzy na myśl o Kanonie dyskretnie tłumią ziew.
Musi ShK wyznać, że choć oficjalnie w blogu tryskał entuzjazmem, w skrytości serca na myśl o kontynuacji odczuwał dreszcze obawy. Czy chłopcy dadzą radę? Czy udźwigną? Czy nie zepsują? - a stawka jest niebagatelna, bo podobnego rozkwitu nie zaznał wspomniany sherlockistyczny fandom od czasów Jeremy'ego Bretta i mamy szansę zostać świadkami narodzin kolejnej wielkiej legendy i wielkiego cyklu. Każda wtopa mogłaby przynieść niepowetowane straty - zdechnięcie oglądalności, brak zamówienia na kolejny sezon i szansy na poprawę, a w konsekwencji również wygaszenie mody na Holmesa. I kolejne dwadzieścia lat bryndzy, Richardów Roxburghów (brrrr) i innych Mattów Frewerów (auć). Pierwszego stycznia targał zatem Sherlockistą, obok noworocznego kaca, także stres.
Moffat, Gatiss, Cumberbatch, Freeman i reszta Ekipy ukoili nerwy ShK około trzeciej minuty projekcji. Przez kolejne 87 nie myślał już Sherlockista o niczym niezwiązanym z akcją, a jeśli dawał wyraz refleksjom o charakterze ocennym, to miały one postać głównie nie do końca artykułowanych, za to ekspresywnych okrzyków "ale czad!".
Jeśli zaś wahał się co do treści recenzji, to głównie w kwestii kolejności zachwytów. Po namyśle jednak...
po pierwsze chciałby powiedzieć, że Cumberbatch jest wspaniały. Dostała mu się rola trudniejsza niż w poprzedniej serii, wiele emocji do wygrania, wiele złożonych relacji, w których wspaniale potrafił się odnaleźć - nie tylko z Irene Adler, ale również z Johnem i Mycroftem, a nawet z biedną Molly Hooper. I dał popis.
Po drugie, sprawę ułatwili mu oczywiście scenarzyści. Sherlockista do tej pory myślał, że tylko Bert Coules (także z BBC) bezbłędnie wyczuwa, jak pisać Holmesa, jakie słowa wkładać mu w usta i jakie zachowania, kiedy pozwalać mu ujawnić odrobinę emocji, a kiedy podkreślić, jak mocno odbiega od społecznej normy. Moffat z Gatissem radzą sobie może nawet jeszcze lepiej. Oni po prostu robią wszystko dobrze. Właściwie. Jak powiedziałby Mozart z "Amadeusza" Formana: jest dokładnie tyle nut, ile trzeba. Tyle współczesnego luzu i tyle bezpośrednich cytatów, by Holmes brzmiał zarazem kanonicznie i naturalnie. Tyle dedukcji (świetnie i zabawnie pokazywanych na ekranie) i tyle towarzyskich wpadek, ile zaliczał ich Sherlock ACD. Tyle akcji (łącznie z absolutnie cudowną sceną defenestracji!) i tyle snucia się po domu (oraz pałacu Buckingham) w prześcieradle; tyle skrzypiec... a właśnie...
Po trzecie, ach, te skrzypce...
Czy Czytelnicy pamiętają może jedną z najczulszych notek w historii Sherlockianów, tę o PLOSH (Private Life of Sherlock Holmes)? To był ten oburzający film o Holmesie, miłości i smutnych skrzypcach, którego żaden szanujący się sherlockista by nie zniósł, gdyby zarazem go nie kochał, i którego niech nikt nigdy nie waży się naśladować. Oczywiście nikt oprócz ekipy BBC. Sherlockista nie wie naturalnie, na ile nawiązania do PLOSH były zamierzone, a na ile nasunęły się same na skutek podobieństw fabularnych, ale, o rany no, są naprawdę okropnie wzruszające. Także same w sobie. Nie znaczy to na szczęście, że jest to jednak wbrew obietnicom romansidło.
Po czwarte bowiem, Irene Adler jest dokładnie tą osobą, którą by była, gdyby nasza droga śpiewaczka i awanturnica z wieku XIX urodziła się sto lat później. Lara Pulver spisała się świetnie, ale jeszcze lepiej spisał się Moffat.
Wielbiciele "Sherlocka" mogli tego jeszcze nie zauważyć, ale fani drugiego słynnego dziecka Moffata, nowych serii Doktora Who, już wiedzą, że autor ten ma słabość do silnych postaci kobiecych. W fandomie whovistów jednym z ważnych punktów sporów jest to, czy Moffat nie przesadził, wprowadzając do fabuły postać żony Doktora, która jest tak barwna, tak wszystkowiedząca i tak we wszystkim oblatana (dosłownie! ona wie lepiej jak kierować samą TARDIS!), że przyćmiewa głównego bohatera. Można było się obawiać, że także Adler okaże się trochę przerysowana. Ale i ten niepokój okazał się nieuzasadniony. Irene jest wspaniałą, naprawdę godną przeciwniczką, jednak ilekroć wydaje nam się już, że Sherlock dał się podejść jak dziecko, tylekroć scenariusz funduje nam nowy zwrot akcji. Wszystkim, którzy wciąż nie mogą przełknąć superwoman Adler, Sherlockista uprzejmie przypomina, że w opowiadaniu to ONA wygrała :)
Po piąte, nie chciałby Sherlockista Was zanudzić achami i ochami na temat aktorów, ale nie da się pominąć Johna, a zwłaszcza Mycrofta. Hobbit po prostu trzyma formę, Mycroft jednak rozwinął się bardzo i wykorzystuje w pełni dłuższy czas ekranowy. Jego minę na widok Sherlocka w prześcieradle nazwałby Sherlockista 'bezcenną', ale jakie zachwyty pozostałyby mu wtedy na opisanie bardziej dramatycznych momentów w wykonaniu Gatissa?
Po szóste i ostatnie, twórcy nie bali się niczego. Nie bali się nakręcić Sherlocka z papierosem (za co jest im ShK osobiście wdzięczny, niewiele rzeczy budzi w nim tyle odrazy, co współczesny faszystowski prozdrowotny terror), nie bali się pokazać gołej kobiety przed 21 (za to, naturalnie, zgarniają baty od pruderyjnych recenzentów, ale tego rodzaju pruderia budzi w ShK bodaj jeszcze większą odrazę), i nie bali się wreszcie spisać na nowo aż kilku Kanonicznych przebojów. Dosłownie! Zajrzyjcie na blog Watsona, a znajdziecie zapiski z paru spraw, których "zajawki" pokazują nam na początku odcinka. "Speckled Blonde" i "Geek Interpreter" (to nie są literówki) to błyski Moffatowo-Gatissowego geniuszu. Za (uwaga! kto nie oglądał jeszcze filmu niech tam pod żadnym pozorem nie wchodzi, bo zepsuje sobie moment najczystszej holmesologicznej radości :)) wycinki prasowe pod tytułem "Hat-man and Robin" wybacza ShK całej ekipie wszystkie wpadki na dziewięć odcinków w przód.
A oby było ich jeszcze więcej.
Jeśli coś może Sherlockista zarzucić temu SCAN, to dotyczy to dialogów z Adler. Może trochę za bardzo wyeksponowane są prowokacje i aluzje seksualne? Momentami niby to śmiałe wypowiedzi Irene brzmią raczej komicznie niż ekscytująco. Poza tym, można by odrobinkę przerobić montaż. Z początku gubimy kilka miesięcy życia Sherlocka i nie jest do końca jasne czemu ani w jaki sposób, pod koniec troszkę zaczynamy tracić ciągłość w śledzeniu głównej intrygi. Ale to naprawdę czepialstwo, które ma raczej uwiarygodnić Sherlockistę w roli odpowiedzialnego recenzenta i zatuszować fakt, że w istocie jest po prostu pijanym z rozkoszy fanem ;)
Na szczęście, nie jest ShK w swojej radości odosobniony - zarówno Telegraph, jak i Den of Geek opublikowały recenzje, które aż wzruszają stężeniem zachwytu.
Bo i tak naprawdę, to porządnie wkurzają w nowym Sherlocku tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce legalnie dostępny jest tylko za ciężkie pieniądze.
A po drugie, jak ja mam po Czymś Takim iść i z życzliwą obiektywnością oglądać w czwartek jakiegoś Ritchiego???
P.S. Uwaga - w komentarzach już są spojlery!
Labels:
"Sherlock" BBC 2,
BBC,
Benedict Cumberbatch,
Bert Coules,
Doctor Who,
Irene Adler,
Mark Gatiss,
PLOSH,
Recenzje,
SCAN,
Steven Moffat,
TV
piątek, 9 września 2011
Martin, Benedykt, zrzędy i dźwięki.
Dziś tylko okruszki - a dla lepszego smaku, niech będą to okruszki z urodzinowego tortu Martina Freemana. Kończy (właściwie to wczoraj skończył, bo jest już po północy) 40 lat!
I na pewno co najmniej 3 osoby upiekły/zamówiły mu dokładnie taki tort:
(Trzeba by tylko zmieścić "Martin" zamiast "Bob" - chętni po konsultacje w tej sprawie mogą się udać do autorki).
Kompan Martina, Sherlock-Benedict C. jakiś czas temu udzielił wywiadu Guardianowi, ale jest on niestety (nie Guardian i nie Benedykt tylko ten akurat wywiad) koszmarnie nudny. Dotyczy głównie kostiumów, ciuchów i współpracy na planie Tinker Tailor Soldier Spy. Właściwie najlepsze są te fragmenty, które dziennikarka dodaje od siebie, między innymi sugestywnie opisując dreszcze emocji, o jakie przyprawiła ją propozycja, by dzielić z Cumberbatchem torebkę herbaty. Możemy się też dowiedzieć, że Benedict jest chwilowo singlem, ale to nie dlatego, że nikt płci żadnej nie zasłużył sobie na jego afekt ale chyba, po prostu, wsiąkł w jakiś paskudny pracoholizm. Wreszcie, jest przebrzydłym pieszczoszkiem z wyższych sfer i jak przystoi takowemu w XXI wieku podkreśla, jak wielkie spotkały go przywileje, ale zarazem daje wyraz zdrowemu obrzydzeniu na myśl o ulicznych burdach i złodziejaszkach plądrujących Londyn. Poza tym chce mieć dzieci i zagrać kogoś w rodzaju Jamesa Bonda. Trzymamy kciuki. Całość - tylko dla naprawdę wielkich wielbicieli Cumberbatcha lub ciuchów męskich - tu.
A zrzędy odezwały się w Telegraphie, Guardianie i pewnie tysiącach innych miejsc, do których się Sherlockiście nie chce zaglądać, bo źli ludzie przyszli i niszczą kulturę ebookowego czytelnictwa. Niszczą ją, o zgrozo, posługując się do tego celu Kanonem (dobór narzędzia zagłady nie jest przypadkowy: opowiadania o SH od zawsze przegrywają pierwsze miejsce na liście ściąganych darmowo ebooków tylko z Kama Sutrą). A mianowicie: dodali - o podłości! - efekty dźwiękowe (teraz Czytelnicy rozumieją już zapewne, czemu jednak Holmes a nie zwycięzca rankingu, udźwiękowienie tej ostatniej pozycji mogłoby być dość kontrowersyjne...). I teraz felietoniści działów kultury i oświecenia gazet wszelakich mogą ubolewać, jak to grzmoty burzy i trzaski gałęzi gwałcą im magię elektronicznej lektury i mordują wyobraźnię. Co gorsza, zachodzi podejrzenie, że ludzie będą teraz bezczelnie odpalać takie grzmocące ebooki w pociągach. I wyobraźmy sobie tylko - my tu właśnie czytamy, jak Holmes ubija nakrapianego węża w SPEC, a tu tymczasem z siedzenia naprzeciwko "jebudu" sztormu, w którym zatonęła "Lone Star"...
(Niech nas nie zwiedzie uroda samej wizji przypadkowego spotkania dwóch Sherlockistów w jednym przedziale!)
Sherlockista oczywiście trochę tu przesadza i jakoś tam kątem duszy rozumie sentymenty konserwatystów. Ale zarazem okropnie go takie jojczenie irytuje. Jak podejrzewa, efekty dźwiękowe będzie można wyłączyć, to raz. O założenie słuchawek upierdliwego współtowarzysza podróży można poprosić. A wyobraźnię - tu Sherlockista zupełnie nie jest pewien - ale chyba nie każdy ma aż tak kruchą i wymagającą ochrony. ShK osobiście był kiedyś potężnym molem książkowym (teraz jest umiarkowanym) i to z kształconym muzycznie uchem, ale nigdy aż tak sobie znowu plastycznie, indywidualnie i niepowtarzalnie tych wszystkich sztormów, szumów i kroków nie wyobrażał. Kiedy po raz pierwszy dostał do ręki brytyjskie audiobooki, aktorsko odczytane i podrasowane odrobinę muzyką to z wrażenia umarł, z zachwytu padł, kasety na śmierć zajechał i zakochał się na amen w odczytywanych na nich książkach. Tak tak, dobrze się Czytelnicy domyślają, był to naturalnie Kanon, czytany przez Davida Timsona... (Potem był już udramatyzowany Kanon BBC i Bert Coules, a stamtąd to już naprawdę z górki pomknął ShK do w stronę holmesoholizmu, Sherlockianów, niespania po nocach z powodu plotek z planów, etc.). Samo zatem połączenie książki i dźwięku wydaje mu się przeto nie tylko niezwykle naturalne, ale wręcz pożądane, podobnie jak łączenie tekstu i obrazu. Nikogo jakoś specjalnie nie oburza, kiedy spomiędzy genialnych opisów ACD wychynie niekiedy grafika Pageta. I chyba nie zabija to naszej zdolności do obrazowania sobie skrzydlatych słów Watsona przed oczami dusz naszych.
Już na koniec, doda jeszcze Sherlockista, że od dawna żywi podejrzenie, że z tą wyobraźnią i wartością książek jako jej stymulatorów, to sprawa jest mocno szemrana. Po pierwsze, dlaczego właściwie zdolność do przekładania słów na konkretne wyobrażenia dźwięków i obrazów miałaby być w ogóle dla nas aż tak cenna? Nawet, gdyby kolejne pokolenia, chowane w o wiele większym stopniu na filmach i serialach, nie wspominając już o tych straszliwych udźwiękowionych ebookach, częściowo zdolność tę zatraciły, to w czym byłyby od nas gorsze? Po drugie zaś, Sherlockista wyzna, że może świadczy to o nim zupełnie fatalnie i nikt, kto przeczyta tę notkę nie powie mu więcej "cześć" na ulicy, ale osobiście wcale nie tak często czerpie z tego "wyobrażania sobie opisów" jakąś wielką przyjemność. Z wyjątkiem skrajnych przypadków - dpbrej prozy artystycznej, celowo pobudzającej zmysły, egzotycznej, pachnącej i dźwięcznej, poezji, Schulza, który jest poza wszelkimi ramami, i innych podobnych skarbów - czyta książki bezczelnie i wyłącznie dla dobrych, poruszających historii. I nie odczułby jakiejś straszliwej krzywdy, gdyby pod Watsonowe "wiatry wyjące jak dzieci w kominie" barbarzyńca-ebookowiec podłożył stosowny o dreszcz przyprawiający efekt, przeciwnie, pewnie bawiłby się jeszcze lepiej, mogąc jednocześnie wzruszyć się piękną angielszczyzną, poczciwym Watsonowym porównaniem i mrożącym krew w żyłach wiatrem. Ci, którzy jak Sherlockista, najbardziej lubią dobre historie, chyba polubią też ebooki w wersji "plus audio".
I na pewno co najmniej 3 osoby upiekły/zamówiły mu dokładnie taki tort:
(Trzeba by tylko zmieścić "Martin" zamiast "Bob" - chętni po konsultacje w tej sprawie mogą się udać do autorki).
Kompan Martina, Sherlock-Benedict C. jakiś czas temu udzielił wywiadu Guardianowi, ale jest on niestety (nie Guardian i nie Benedykt tylko ten akurat wywiad) koszmarnie nudny. Dotyczy głównie kostiumów, ciuchów i współpracy na planie Tinker Tailor Soldier Spy. Właściwie najlepsze są te fragmenty, które dziennikarka dodaje od siebie, między innymi sugestywnie opisując dreszcze emocji, o jakie przyprawiła ją propozycja, by dzielić z Cumberbatchem torebkę herbaty. Możemy się też dowiedzieć, że Benedict jest chwilowo singlem, ale to nie dlatego, że nikt płci żadnej nie zasłużył sobie na jego afekt ale chyba, po prostu, wsiąkł w jakiś paskudny pracoholizm. Wreszcie, jest przebrzydłym pieszczoszkiem z wyższych sfer i jak przystoi takowemu w XXI wieku podkreśla, jak wielkie spotkały go przywileje, ale zarazem daje wyraz zdrowemu obrzydzeniu na myśl o ulicznych burdach i złodziejaszkach plądrujących Londyn. Poza tym chce mieć dzieci i zagrać kogoś w rodzaju Jamesa Bonda. Trzymamy kciuki. Całość - tylko dla naprawdę wielkich wielbicieli Cumberbatcha lub ciuchów męskich - tu.
A zrzędy odezwały się w Telegraphie, Guardianie i pewnie tysiącach innych miejsc, do których się Sherlockiście nie chce zaglądać, bo źli ludzie przyszli i niszczą kulturę ebookowego czytelnictwa. Niszczą ją, o zgrozo, posługując się do tego celu Kanonem (dobór narzędzia zagłady nie jest przypadkowy: opowiadania o SH od zawsze przegrywają pierwsze miejsce na liście ściąganych darmowo ebooków tylko z Kama Sutrą). A mianowicie: dodali - o podłości! - efekty dźwiękowe (teraz Czytelnicy rozumieją już zapewne, czemu jednak Holmes a nie zwycięzca rankingu, udźwiękowienie tej ostatniej pozycji mogłoby być dość kontrowersyjne...). I teraz felietoniści działów kultury i oświecenia gazet wszelakich mogą ubolewać, jak to grzmoty burzy i trzaski gałęzi gwałcą im magię elektronicznej lektury i mordują wyobraźnię. Co gorsza, zachodzi podejrzenie, że ludzie będą teraz bezczelnie odpalać takie grzmocące ebooki w pociągach. I wyobraźmy sobie tylko - my tu właśnie czytamy, jak Holmes ubija nakrapianego węża w SPEC, a tu tymczasem z siedzenia naprzeciwko "jebudu" sztormu, w którym zatonęła "Lone Star"...
(Niech nas nie zwiedzie uroda samej wizji przypadkowego spotkania dwóch Sherlockistów w jednym przedziale!)
Sherlockista oczywiście trochę tu przesadza i jakoś tam kątem duszy rozumie sentymenty konserwatystów. Ale zarazem okropnie go takie jojczenie irytuje. Jak podejrzewa, efekty dźwiękowe będzie można wyłączyć, to raz. O założenie słuchawek upierdliwego współtowarzysza podróży można poprosić. A wyobraźnię - tu Sherlockista zupełnie nie jest pewien - ale chyba nie każdy ma aż tak kruchą i wymagającą ochrony. ShK osobiście był kiedyś potężnym molem książkowym (teraz jest umiarkowanym) i to z kształconym muzycznie uchem, ale nigdy aż tak sobie znowu plastycznie, indywidualnie i niepowtarzalnie tych wszystkich sztormów, szumów i kroków nie wyobrażał. Kiedy po raz pierwszy dostał do ręki brytyjskie audiobooki, aktorsko odczytane i podrasowane odrobinę muzyką to z wrażenia umarł, z zachwytu padł, kasety na śmierć zajechał i zakochał się na amen w odczytywanych na nich książkach. Tak tak, dobrze się Czytelnicy domyślają, był to naturalnie Kanon, czytany przez Davida Timsona... (Potem był już udramatyzowany Kanon BBC i Bert Coules, a stamtąd to już naprawdę z górki pomknął ShK do w stronę holmesoholizmu, Sherlockianów, niespania po nocach z powodu plotek z planów, etc.). Samo zatem połączenie książki i dźwięku wydaje mu się przeto nie tylko niezwykle naturalne, ale wręcz pożądane, podobnie jak łączenie tekstu i obrazu. Nikogo jakoś specjalnie nie oburza, kiedy spomiędzy genialnych opisów ACD wychynie niekiedy grafika Pageta. I chyba nie zabija to naszej zdolności do obrazowania sobie skrzydlatych słów Watsona przed oczami dusz naszych.
Już na koniec, doda jeszcze Sherlockista, że od dawna żywi podejrzenie, że z tą wyobraźnią i wartością książek jako jej stymulatorów, to sprawa jest mocno szemrana. Po pierwsze, dlaczego właściwie zdolność do przekładania słów na konkretne wyobrażenia dźwięków i obrazów miałaby być w ogóle dla nas aż tak cenna? Nawet, gdyby kolejne pokolenia, chowane w o wiele większym stopniu na filmach i serialach, nie wspominając już o tych straszliwych udźwiękowionych ebookach, częściowo zdolność tę zatraciły, to w czym byłyby od nas gorsze? Po drugie zaś, Sherlockista wyzna, że może świadczy to o nim zupełnie fatalnie i nikt, kto przeczyta tę notkę nie powie mu więcej "cześć" na ulicy, ale osobiście wcale nie tak często czerpie z tego "wyobrażania sobie opisów" jakąś wielką przyjemność. Z wyjątkiem skrajnych przypadków - dpbrej prozy artystycznej, celowo pobudzającej zmysły, egzotycznej, pachnącej i dźwięcznej, poezji, Schulza, który jest poza wszelkimi ramami, i innych podobnych skarbów - czyta książki bezczelnie i wyłącznie dla dobrych, poruszających historii. I nie odczułby jakiejś straszliwej krzywdy, gdyby pod Watsonowe "wiatry wyjące jak dzieci w kominie" barbarzyńca-ebookowiec podłożył stosowny o dreszcz przyprawiający efekt, przeciwnie, pewnie bawiłby się jeszcze lepiej, mogąc jednocześnie wzruszyć się piękną angielszczyzną, poczciwym Watsonowym porównaniem i mrożącym krew w żyłach wiatrem. Ci, którzy jak Sherlockista, najbardziej lubią dobre historie, chyba polubią też ebooki w wersji "plus audio".
środa, 23 lutego 2011
O NIEEEEEEE! [nowe zdjęcia Sherlock 2]
Sherlockista już kilkakrotnie sygnalizował ten fakt, ale w komentarzu do tego straszliwego zdjęcia:
pozwoli sobie na bardziej otwarty jęk: "jak ja nienawidzę Mary Morstan, jak ACD mógł ożenić Watsona, i to dwukrotnie, no jak mógł? (*&#^$%%@#!!!)"
Sherlockista wyzna, że cały Kanon w jego oczach jest opowieścią o wielkiej miłości między Holmesem i Watsonem (uwaga: niekoniecznie, choć być może także romantycznej - zainteresowani tematem mogą poczytać szczegółowe rozważania tu). Baby Watsona są pożądaną, ciekawą nawet komplikacją fabularno-emocjonalną, ale tylko dopóki nie zostają jego żonami. Jest to jedyna sprawa, w której Sherlockista nie zgadza się ze swoim BBC-guru, Bertem Coulesem, który w genialnych radiowych adaptacjach Sherlocka ożenił Watsona, jak trzeba, kanonicznie i dwukrotnie i jeszcze znakomicie uzasadnił to psychologicznie i przepięknie literacko pokazał wszelkie wynikłe z owych małżeństw napięcia między H i W.
Nie, nie pociesza Sherlockisty fakt, że Mary Morstan-Watson wiecznie siedziała u jakichś ciotek,po czym młodo zeszła na gruźlicę...
Drugie zdjęcie jest bardziej pocieszające, ponieważ stanowi jak na razie jedyny znak, że bohaterowie przynajmniej w jednej scenie filmu nie będą umorusani i wyśmodruchani...
pozwoli sobie na bardziej otwarty jęk: "jak ja nienawidzę Mary Morstan, jak ACD mógł ożenić Watsona, i to dwukrotnie, no jak mógł? (*&#^$%%@#!!!)"
Sherlockista wyzna, że cały Kanon w jego oczach jest opowieścią o wielkiej miłości między Holmesem i Watsonem (uwaga: niekoniecznie, choć być może także romantycznej - zainteresowani tematem mogą poczytać szczegółowe rozważania tu). Baby Watsona są pożądaną, ciekawą nawet komplikacją fabularno-emocjonalną, ale tylko dopóki nie zostają jego żonami. Jest to jedyna sprawa, w której Sherlockista nie zgadza się ze swoim BBC-guru, Bertem Coulesem, który w genialnych radiowych adaptacjach Sherlocka ożenił Watsona, jak trzeba, kanonicznie i dwukrotnie i jeszcze znakomicie uzasadnił to psychologicznie i przepięknie literacko pokazał wszelkie wynikłe z owych małżeństw napięcia między H i W.
Nie, nie pociesza Sherlockisty fakt, że Mary Morstan-Watson wiecznie siedziała u jakichś ciotek,po czym młodo zeszła na gruźlicę...
Drugie zdjęcie jest bardziej pocieszające, ponieważ stanowi jak na razie jedyny znak, że bohaterowie przynajmniej w jednej scenie filmu nie będą umorusani i wyśmodruchani...
środa, 11 sierpnia 2010
O rany... To znaczy, The Great Game
To znaczy, Wielki Finał.
Sherlockista z niecierpliwością ściągał ostatni odcinek pierwszej serii nowych BBC-Sherlocków, ale ociągał się z obejrzeniem (to znaczy całe dziesięć godzin się ociągał). Po pierwsze, bo przeczuwał, że jak zacznie oglądać to czeka go hop siup 90 minut sherlockistycznego szczęścia a potem szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???
Po drugie, bo Moriarty musi być wspaniały i zarazem Moriarty'ego - po którego sięga 3/4 autorów ekranizacji (pozostała 1/4 zamiast Moriarty'ego bierze Kubę Rozpruwacza) - schrzanić prawie najłatwiej (łatwiej jest schrzanić Irene Adler, która w tym serialu może jeszcze wystąpi, może nawet w męskiej postaci?). O geniuszu zła i Napoleonie Zbrodni, nie wolno po prostu powiedzieć (a tak trochę zrobił Doyle): uhaha to jest geniusz zła i Napoleon Zbrodni, jest strasznie groźny, wysoki i szarooki, publiczności lękajcie się. To zło ma od Moriarty'ego bić, a ponadto jego intrygi mają usprawiedliwiać użycie słowa geniusz i wytłumaczyć, czemu Holmes praktycznie się w Moriartym zakochuje.
Za intrygi, za pomysł na wielką grę, za relacje między Holmesem a Moriartym, skwitowane komentarzem Watsona, że "pasowaliby do siebie", za odurzającą mieszankę BRUC, VALL, 3GAR, FINA (oczywiście), FINA z wersji Granady (!!! :)), a nawet podejrzewa Sherlockista w więcej niż jednym miejscu inspirację Further Adventures Berta Coulesa, za napięcie i natężenie zagadek, dedukcji i akcji w tym ostatnim Sherlocku zasługują twórcy na 5 (nie 6 bo troszkę brakuje tym w takim pośpiechu przedstawianym historiom prawdziwego zaangażowania - to taka typowa zabawa dla Sherlocka, nie zaś dla wielbiącego romantyzm pracy detektywa Watsona).
Za samego Moriarty'ego, o którym Sherlockista naprawdę nie chce pisać za wiele, by nie zepsuć Czytelnikom napięcia i ekscytacji związanej z oczekiwaniem na Napoleona*, mocne db z plusem. W gust Sherlockisty zupełnie nie utrafił, ale nie da się nie docenić tego, co najbardziej charakterystyczne dla całej tej produkcji: połączenia oryginalności z rygorystycznym trzymaniem się Kanonu.
Za pogłębienie, skomplikowanie, zburzenie i odbudowanie relacji między Holmesem a Watsonem - 7 z wyróżnieniem. Twórcy nareszcie zaczęli rozwijać skrzydła przy konstrukcji postaci Sherlocka - pokazali obowiązkowe w każdej adaptacji Holmesa sceny czarnej desperacji w szlafroku ze skrzypcami, te, które tak często rodziły pytania o ChAD, pokazali też równie obowiązkowe sceny świadczące o skrajnym braku sentymentalizmu , który we współczesnym świecie skłania jego znajomych, a nawet Watsona do diagnozowania u detektywa psychopatii. Pokazali, jak Watson traci w końcu cierpliwość, jak boi się zarazem Sherlocka i o Sherlocka.
I wreszcie, pokazali skrawek serca Holmesa i za tę króciutką scenę, pożyczoną wprost od Doyle'a, ale doskonale XXI-wieczną, Sherlockista Cumberbatcha i Freemana pokochał.
Tak naprawdę, to pewnie pokochał ich już wcześniej, bo zagrany jest ten epizod popisowo, wszystkie postaci czują się pewnie w swoich rolach, a Cumberbatch "tańczący" (wyrażenie Moriarty'ego) w swoim zachwycającym płaszczu został już nawet obwołany arbitrem elegancji dla Brytyjczyków XXI wieku (patrz: Guardian). Co więcej, Sherlockista musi wycofać trochę pomyj, którymi obrzucił dwa damskie blogi stworzone na potrzeby promocji serialu. Jednak dobrze, że dowiedzieliśmy się czegoś więcej o Connie Price ;) I nawet blog z kotkami ostatecznie może okazać się interesujący.
Martwią tylko te wszystkie wpisy o zaginięciu Johna i Sherlocka, kwiecień to bardzo niebezpieczny miesiąc dla Holmesa, miejmy nadzieję, że nie włóczy się nigdzie po górach. Bo jeśli tak, to po tych trzech cudownych filmach czeka nas trzy lata Wielkiego Hiatusu...
Czyli szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???
***
*Napoleona oczywiście, podobnie jak Nelsona i Boswella być w Sherlocku XXI wieku już nie mogło... Ale "I am lost without my blogger" zabrzmiało uroczo :)
Sherlockista z niecierpliwością ściągał ostatni odcinek pierwszej serii nowych BBC-Sherlocków, ale ociągał się z obejrzeniem (to znaczy całe dziesięć godzin się ociągał). Po pierwsze, bo przeczuwał, że jak zacznie oglądać to czeka go hop siup 90 minut sherlockistycznego szczęścia a potem szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???
Po drugie, bo Moriarty musi być wspaniały i zarazem Moriarty'ego - po którego sięga 3/4 autorów ekranizacji (pozostała 1/4 zamiast Moriarty'ego bierze Kubę Rozpruwacza) - schrzanić prawie najłatwiej (łatwiej jest schrzanić Irene Adler, która w tym serialu może jeszcze wystąpi, może nawet w męskiej postaci?). O geniuszu zła i Napoleonie Zbrodni, nie wolno po prostu powiedzieć (a tak trochę zrobił Doyle): uhaha to jest geniusz zła i Napoleon Zbrodni, jest strasznie groźny, wysoki i szarooki, publiczności lękajcie się. To zło ma od Moriarty'ego bić, a ponadto jego intrygi mają usprawiedliwiać użycie słowa geniusz i wytłumaczyć, czemu Holmes praktycznie się w Moriartym zakochuje.
Za intrygi, za pomysł na wielką grę, za relacje między Holmesem a Moriartym, skwitowane komentarzem Watsona, że "pasowaliby do siebie", za odurzającą mieszankę BRUC, VALL, 3GAR, FINA (oczywiście), FINA z wersji Granady (!!! :)), a nawet podejrzewa Sherlockista w więcej niż jednym miejscu inspirację Further Adventures Berta Coulesa, za napięcie i natężenie zagadek, dedukcji i akcji w tym ostatnim Sherlocku zasługują twórcy na 5 (nie 6 bo troszkę brakuje tym w takim pośpiechu przedstawianym historiom prawdziwego zaangażowania - to taka typowa zabawa dla Sherlocka, nie zaś dla wielbiącego romantyzm pracy detektywa Watsona).
Za samego Moriarty'ego, o którym Sherlockista naprawdę nie chce pisać za wiele, by nie zepsuć Czytelnikom napięcia i ekscytacji związanej z oczekiwaniem na Napoleona*, mocne db z plusem. W gust Sherlockisty zupełnie nie utrafił, ale nie da się nie docenić tego, co najbardziej charakterystyczne dla całej tej produkcji: połączenia oryginalności z rygorystycznym trzymaniem się Kanonu.
Za pogłębienie, skomplikowanie, zburzenie i odbudowanie relacji między Holmesem a Watsonem - 7 z wyróżnieniem. Twórcy nareszcie zaczęli rozwijać skrzydła przy konstrukcji postaci Sherlocka - pokazali obowiązkowe w każdej adaptacji Holmesa sceny czarnej desperacji w szlafroku ze skrzypcami, te, które tak często rodziły pytania o ChAD, pokazali też równie obowiązkowe sceny świadczące o skrajnym braku sentymentalizmu , który we współczesnym świecie skłania jego znajomych, a nawet Watsona do diagnozowania u detektywa psychopatii. Pokazali, jak Watson traci w końcu cierpliwość, jak boi się zarazem Sherlocka i o Sherlocka.
I wreszcie, pokazali skrawek serca Holmesa i za tę króciutką scenę, pożyczoną wprost od Doyle'a, ale doskonale XXI-wieczną, Sherlockista Cumberbatcha i Freemana pokochał.
Tak naprawdę, to pewnie pokochał ich już wcześniej, bo zagrany jest ten epizod popisowo, wszystkie postaci czują się pewnie w swoich rolach, a Cumberbatch "tańczący" (wyrażenie Moriarty'ego) w swoim zachwycającym płaszczu został już nawet obwołany arbitrem elegancji dla Brytyjczyków XXI wieku (patrz: Guardian). Co więcej, Sherlockista musi wycofać trochę pomyj, którymi obrzucił dwa damskie blogi stworzone na potrzeby promocji serialu. Jednak dobrze, że dowiedzieliśmy się czegoś więcej o Connie Price ;) I nawet blog z kotkami ostatecznie może okazać się interesujący.
Martwią tylko te wszystkie wpisy o zaginięciu Johna i Sherlocka, kwiecień to bardzo niebezpieczny miesiąc dla Holmesa, miejmy nadzieję, że nie włóczy się nigdzie po górach. Bo jeśli tak, to po tych trzech cudownych filmach czeka nas trzy lata Wielkiego Hiatusu...
Czyli szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???
***
*Napoleona oczywiście, podobnie jak Nelsona i Boswella być w Sherlocku XXI wieku już nie mogło... Ale "I am lost without my blogger" zabrzmiało uroczo :)
piątek, 4 czerwca 2010
Sherlock Holmes w radiu - odcinek pierwszy!
Sherlockista od dawna już planował zwrócić uwagę czytelników na jedną z najwspanialszych adaptacji Sherlocka Holmesa. Chodzi, naturalnie o serię BBC radio dramas, która objęła wszystkie (!!!) kanoniczne opowiadania i powieści. Pisaniem adaptowanych scenariuszy zajmował się głównie (choć nie tylko) Bert Coules, holmesologiczny geniusz, który jak mało kto wyczuwa wszelkie subtelności charakterów Holemsa i Watsona (można to osądzić również po jego wypowiedziach na polecanych przez Sherlockistę forach).
W rolach głównych wystąpili Michael Williams jako Watson i Clive Merrison jako Holmes i to Holmes niezwykle subtelny. Sherlock Merrisona, choć odegrany tylko niestereotypowo radiowym głosem, to postać bodaj jeszcze bardziej złożona niż Sherlock Bretta. Potrafi śmiać się histerycznie, czym doprowadza do szału Watsona (o nie mniej genialnym Michaelu Williamsie za chwilę), by odcinek później popaść w najgłębszą depresję i snuć ponure rozważania o Wagnerze. Kiedy trzeba, jest podekscytowanym łowcą, kiedy trzeba - chłodnym komputerem, czasem wreszcie znudzonym kawalerem, którego nic już w świecie nie ciekawi. Relacje między nim a Watsonem zasługują na jeszcze kilka wpisów (i ShK ma nadzieję, że się doczekają). Coules, który sam jest twórcą, jak nikt inny potrafił uczynić z doktora Watsona postać samodzielną i interesującą. Dał mu bogatą, artystyczną duszę. Między autorem opowiadań a jego muzą panuje zatem w BBC równość niespotykana w żadnej innej, nawet najśmielszej adaptacji. Holmes i Watson potrzebują siebie nawzajem, ale mają też wiele sprzecznych interesów. Watson chce prowadzić normalne życie. Głos Merrisona, gdy rozmawia z przyjacielem najpierw przed ślubem (końcówka SIGN w wersji BBC należy w opinii Sherlockisty do najlepszych i najbardziej wzruszających momentów w historii adaptacji Holmesa w ogóle), a potem gdy pociesza Watsona po śmierci Mary, to aktorski majstersztyk. Głos Williamsa, w którym wyraża się wszystko, od irytacji, przez serdeczność, wielką, choć w tym wydaniu wolną od podtekstów seksualnych miłość, po troskę, strach, niezrozumienie, a nawet tę szczególną czułość, którą żywimy wobec wyjątkowo nieznośnych łobuzów... należy usłyszeć samemu :)
Natomiast, notkę tę pisze Sherlockista akurat teraz, ponieważ już kilka osób zwróciło mu uwagę, że BBC 7 znów powtarza całą serię. Dziś od 21.15 czasu brytyjskiego (czyli 22.15 naszego) przez siedem dni wysłuchać będzie można online SHOS. Sherlockista poleca stanowczo. Ma też nadzieję, że po zakończeniu całego kanonu BBC zacznie przypominać również apokryfy autorstwa Coulesa - The New Adventures of Sherlock Holmes, inspirowane słynnymi "aluzjami" Watsona rozsianymi po całym Kanonie. Coules, naturalnie, nie zawiódł i napisał scenariusze, które doskonale pasują do dzieł Doyle'a, chociaż mają swój indywidualny ton. Chociaż Williams, niestety, nie zdążył nagrać tych kolejnych perełek holmesologii, zastąpiła go godnie gwiazda BBC 7, Andrew Sachs.
Jednym słowem: słuchajcie drodzy Czytelnicy koniecznie!
P.S. Każdy, kto widział okładki od Sherlocków BBC żałuje, że Merrison nigdy nie zagrał Holmesa na ekranie...
W rolach głównych wystąpili Michael Williams jako Watson i Clive Merrison jako Holmes i to Holmes niezwykle subtelny. Sherlock Merrisona, choć odegrany tylko niestereotypowo radiowym głosem, to postać bodaj jeszcze bardziej złożona niż Sherlock Bretta. Potrafi śmiać się histerycznie, czym doprowadza do szału Watsona (o nie mniej genialnym Michaelu Williamsie za chwilę), by odcinek później popaść w najgłębszą depresję i snuć ponure rozważania o Wagnerze. Kiedy trzeba, jest podekscytowanym łowcą, kiedy trzeba - chłodnym komputerem, czasem wreszcie znudzonym kawalerem, którego nic już w świecie nie ciekawi. Relacje między nim a Watsonem zasługują na jeszcze kilka wpisów (i ShK ma nadzieję, że się doczekają). Coules, który sam jest twórcą, jak nikt inny potrafił uczynić z doktora Watsona postać samodzielną i interesującą. Dał mu bogatą, artystyczną duszę. Między autorem opowiadań a jego muzą panuje zatem w BBC równość niespotykana w żadnej innej, nawet najśmielszej adaptacji. Holmes i Watson potrzebują siebie nawzajem, ale mają też wiele sprzecznych interesów. Watson chce prowadzić normalne życie. Głos Merrisona, gdy rozmawia z przyjacielem najpierw przed ślubem (końcówka SIGN w wersji BBC należy w opinii Sherlockisty do najlepszych i najbardziej wzruszających momentów w historii adaptacji Holmesa w ogóle), a potem gdy pociesza Watsona po śmierci Mary, to aktorski majstersztyk. Głos Williamsa, w którym wyraża się wszystko, od irytacji, przez serdeczność, wielką, choć w tym wydaniu wolną od podtekstów seksualnych miłość, po troskę, strach, niezrozumienie, a nawet tę szczególną czułość, którą żywimy wobec wyjątkowo nieznośnych łobuzów... należy usłyszeć samemu :)
Natomiast, notkę tę pisze Sherlockista akurat teraz, ponieważ już kilka osób zwróciło mu uwagę, że BBC 7 znów powtarza całą serię. Dziś od 21.15 czasu brytyjskiego (czyli 22.15 naszego) przez siedem dni wysłuchać będzie można online SHOS. Sherlockista poleca stanowczo. Ma też nadzieję, że po zakończeniu całego kanonu BBC zacznie przypominać również apokryfy autorstwa Coulesa - The New Adventures of Sherlock Holmes, inspirowane słynnymi "aluzjami" Watsona rozsianymi po całym Kanonie. Coules, naturalnie, nie zawiódł i napisał scenariusze, które doskonale pasują do dzieł Doyle'a, chociaż mają swój indywidualny ton. Chociaż Williams, niestety, nie zdążył nagrać tych kolejnych perełek holmesologii, zastąpiła go godnie gwiazda BBC 7, Andrew Sachs.
Jednym słowem: słuchajcie drodzy Czytelnicy koniecznie!
P.S. Każdy, kto widział okładki od Sherlocków BBC żałuje, że Merrison nigdy nie zagrał Holmesa na ekranie...
poniedziałek, 8 marca 2010
Czy Sherlock H. był gejem? - każdy Sherlockista musi na to pytanie odpowiedzieć. Co najmniej 9 razy.
Sherlockista jakiś czas temu podlinkował jedno ze swoich ciekawszych znalezisk w zbiorze "Inne tropy", jednak nie miał wcześniej chwili, by je przedstawić i wyjaśnić, czemu właściwie uważa je za znalezisko ciekawe.
Autorzy tego bloga tropią wszelkie wzmianki/interpretacje/fanfiki/slashe, w których Holmes lub* Watson byli gejami.
Jako że Sherlockista w ogóle za slashami nie przepada (bowiem w wersji łagodnej są to przeważnie żałośnie słabe romansidła, a w wersji hard jeszcze żałośniej słabe porno), sam nie czytał tego więcej niż nakazywał reporterski obowiązek, przypomina sobie jednak co najmniej jedno takie dzieło, w którym akcja rozpoczęła się w punkcie oczywistym, czyli pewną słynną sceną z 3GAR, a nastęnie potoczyła się w sposób jeszcze bardziej oczywisty, jeśli zważyć, że we wspomnianej scenie Holmes rozcina Watsonowi spodnie.
Niezwykle wdzięcznym materiałem dla wspomnianych bloggerów jest omówiony tu film, bowiem nie tylko roi się w nim od różnego rodzaju sugestii i aluzji (Holmes i Watson kłócą się jak stare małżeństwo, a Downey spoziera na Law wzrokiem zazdrosnym i pożądliwym - nie sposób też uniknąć skojarzeń ze słynną rolą Law jako wielkiego kusiciela, który uwiódł Oscara Wilde'a), ale i sami twórcy filmu wypowiadają się na temat ewentualnego homoseksualizmu Holmesa z przymrużeniem oka. Nawet jeśli nie chcą jednoznacznej intepretacji ich bohatera jako geja, to nigdzie nie zamykają do takiej interpretacji drogi i to, jak się wydaje, raczej nie z powodu poprawności politycznej, a po prostu dlatego, że trochę tak istotnie została pomyślana ta postać, mimo stereotypowo hetero-męskiej skłonności do walk wręcz i romansu z Irene Adler. Niestety, sugestie Downeya nie spodobały się dysponentce prawami autorskimi do postaci Sherlocka Holmesa na terenie Stanów Zjednoczonych, Andrei Plunket, która zagroziła, że jeśli w sequelu wątek homoseksualizmu Holmesa zostanie wyeksponowany/pociągnięty, to ona za żadne pieniądze się na to nie zgodzi.
I z tej okazji Sherlockista zadał sobie pytanie, czy Plunket miała rację? ShK nie zamierza się tu wdawać w interpretacje jej zachowania (być może jest po prostu kretynką, która uznała przedstawienie Holmesa jako geja za uwłaczające a być może nie toleruje dopisywania do postaci czegoś, czego eksplicite nie ma w Kanonie, a gdy Ritchie kręcił pierwszy film po prostu jej się przysnęło) ani dyskutować tego, na ile twórcom adaptacji wolno ingerować w tekst etc. - zakłada tylko, że cokolwiek Plunket zrobiła, zrobiła to ponieważ wierzy mocno, że Holmes gejem nie był. Sherlockista zamierza zatem rozważyć publicznie kwestię, o którą pyta go ok. 80% rozmówców w czasie do 3 min. 20 sek. od dowiedzenia się, że Sherlockista jest Sherlockistą.**
Przeżyjmy to jeszcze raz - jedyna eksplicytna scena, w której napisane jest wielkimi literami, że Holmes kocha Watsona. Oddajmy głos owemu słynnemu 3GAR.
I felt a sudden hot sear as if a red-hot iron had been pressed to my thigh. There was a crash as Holmes's pistol came down on the man's head. I had a vision of him sprawling upon the floor with blood running down his face while Holmes rummaged him for weapons. Then my friend's wiry arms were round me, and he was leading me to a chair.
"You're not hurt, Watson? For God's sake, say that you are not hurt!"
It was worth a wound -- it was worth many wounds -- to know the depth of loyalty and love which lay behind that cold mask. The clear, hard eyes were dimmed for a moment, and the firm lips were shaking. For the one and only time I caught a glimpse of a great heart as well as of a great brain. All my years of humble but single-minded service culminated in that moment of revelation.
"It's nothing, Holmes. It's a mere scratch."
He had ripped up my trousers with his pocket-knife.
"You are right," he cried with an immense sigh of relief. "It is quite superficial." His face set like flint as he glared at our prisoner, who was sitting up with a dazed face. "By the Lord, it is as well for you. If you had killed Watson, you would not have got out of this room alive. Now, sir, what have you to say for yourself?"
"For the one and only time" nie jest prawdą - bardzo nasycona emocjami scena ma również miejsce w DEVI, co znamienne, obaj panowie znów leżą na sobie, ale tym razem to Watson wyciąga Holmesa z opałów, a właściwie oparów trucizny.
Drobne gesty i uwagi rozsiane są naturalnie po całym cyklu, na czele ze słynnym momentem w EMPT, kiedy to Watson - twardy żołnierz - mdleje z radości na widok powracającego Holmesa.
Że Watson Holmesa momentami ubóstwia - to dla każdego czytelnika jest jasne. Detektyw jest "najlepszym i najmądrzejszym człowiekiem", jakiego Watson zna (FINA), pokazuje mu nowe, ekscytujące życie, sprawia, że ranny, emerytowany lekarz znów czuje się potrzebny (what would I do without my Boswell?), fascynuje go pięknym umysłem i niecodziennymi nawykami, a zarazem sprawia, że i Watson, człowiek zgoła nieszablonowy, hazardzista, kobieciarz, artysta i wielbiciel zagadek czuje się bardziej wolny. Wspomniany już niegdyś w tym blogu Bert Coules z BBC, sam pisarz, tworząc radiowe adaptacje opowiadań genialnie wprost uwypukił w całym cyklu fakt, że Watson tworzy - przygody przeżywane z Holmesem są dla niego czymś więcej niż tylko inspiracją do uprawiania hobby.
Dla Holmesa przyjaźń - związek? - z Watsonem jest prawdopodobnie najważniejszą rzeczą w życiu. Watson, że się tak Sherlockista postmodernistycznie wyrazi, tworzy narrację o życiu Holmesa. Dzięki Watsonowi Holmes widzi swoje poczynania w nowym świetle, nie tylko banalnie zyskuje sławę, ale w pewnym sensie zyskuje samoświadomość. Tu znów ukłon w pas dla Coulesa za scenę, w której Holmes cytuje opowiadanie Watsona (SCAN) i przyznaje się, że regularnie dzieła doktora czytuje. Podobne motywy obecne są zresztą w każdej dobrej adaptacji Holmesa.
Watson to oczywiście niezawodny i zaopatrzony w wojskową broń towarzysz przygód, bez którego niejedna z ryzykownych wypraw mogłaby się zakończyć gorzej. Ale rola ta jest zupełnie nieistotna w porównaniu z faktem, że - nie licząc może Mycrofta - Watson jest jedyną osobą, wobec której Holmes żywi ciepłe uczucia. Wprawdzie zdarza mu się pisać o Watsonie z lekceważeniem, że był dla niego jak fajka czy inne akcesoria (CREE), ale przywołane wyżej fragmenty wyraźnie przeczą tej teorii. Watson też otwierał przed Holmesem nieznany mu egzotyczny świat - świat domu i rodziny, który daje ciepło i serdeczność, a nie wiąże się z mrocznymi uczuciami, przemocą i ukrytymi przed wzrokiem postronnych okrucieństwami. Niezależnie od tego jak wyglądało dzieciństwo detektywa, sama kariera Holmesa wystarcza, by zacząć na instytucję rodziny patrzeć co najmniej podejrzliwie (IDEN, BOSC, COPP). Watson, ze swoją tęsknotą za ciepłym kominkiem był pewnie w oczach Holmesa naiwnym kosmitą. Jednocześnie, ile razy by detektyw nie odmawiał ze zniecierpliwieniem kolejnego posiłku albo chwili odpoczynku, rodzinne i opiekuńcze odruchy Watsona najprawdopodobniej uratowały mu resztki zdrowia i życie. W serii Granady z powodu zadziwiającego zbiegnięcia się fabuły Sherlocków z historią życia odtwórcy głównej roli, szczególnie dobitnie pokazano, jak starzejący się, chorujący Holmes coraz bardziej potrzebuje opieki, a nawet lekarskiej pomocy Watsona. Jeśli Holmes istotnie chorował na ChAD (nt. tej hipotezy patrz jedna z poprzednich notek), to tylko Watson potrafił odróżnić znudzenie bezczynnością od depresji, na którą nawet najlepsza zagadka nie byłaby lekarstwem, ekscytację z powodu interesującej zagadki, od niezdrowego, wyczerpującego pobudzenia. Watson wie, kiedy odradzić Holmesowi branie następnej sprawy, kiedy przymusem niemal wysłać go na wakacje (DEVI), kiedy wyciągnąć na spacer (YELL). Watson kontroluje przyjmowane przez Holmesa dawki narkotyków (najlepsze dialogi na ten temat mają miejsce nie w Kanonie a w "The Private Life of Sherlock Holmes", niestety część znajduje się we fragmentach zachowanych tylko w scenariuszu...).
Watson powstrzymuje ten piękny, delikatny umysł przed niszczeniem samego siebie. I w zamian otrzymuje kawał Holmesowego serca.
I dlatego na pytanie czy Sherlock H. był gejem, odpowiada Sherlockista niezmiennie "ale co za różnica"...
Bo pytanie to mieści w sobie wprawdzie aż trzy różne kwestie, ale żadna z nich nijak tej powyżej przedstawionej, najistotniejszej o relacjach SH i JW prawdy nie tyka.
Pierwsza kwestia to zwyczajnie orientacja obu panów. Z Kanonu wiemy, że Watson miał co najmniej jedną żonę, ale to mogła być, oczywiście, przykrywka, więc tak naprawdę na pewno nie wiemy nic - roboczo można uznać jedynie, że na razie nic nas nie zmusza do trzymania się tezy, jakoby byli hetero.
Po drugie, można zatem przez to rozumieć trywialne pytanie o to, czy uprawiali seks. A cholera ich wie. W obliczu tak kosmicznego związku dwóch potężnych indywidualności jest to po prostu sprawa drugorzędna. Niektórzy ludzie trochę po hipisowsku przez seks wyrażają po prostu bliskość, nawet w związkach z przyjaciółmi. Dla innych seks i przyjaźń to dwa światy, którym z jakichś powodów przeciąć się nie wolno, bo przyjaźń stanie się "brudna". Naprawdę trudno by było określić, do którego rodzaju należeli Holmes i Watson, chociaż zważywszy na to, jak oryginalnie zachowywali się na co dzień (jak na surowe realia późnowiktoriańskiej Anglii), można wiele pikantnych rzeczy wnioskować na temat ich podejścia do seksu.
Po trzecie wreszcie, można zapytać, czy oprócz tego, że się kochali jak przyjaciele, byli w sobie zakochani? Czy oprócz ciepła i sympatii czuli czasem na swój widok jakieś szarpiące porywy namiętności, czy w finale SIGN, gdy Watson wyprowadza się do żony, Holmes pragnie oprócz żalu, smutku i przygnębienia wyrazić jeszcze potężniejsze uczucia, czy w scenie z 3GAR, gdyby Watson zginął, to Holmes zabiłby jego mordercę a na koniec sam pchnął się nożem w zdławioną bólem pierś?
Szczerze, to myśli Sherlockista, że raczej nie, ale... czy nie mamy po tym wszystkim już zupełnie dość poszlak, żeby zrobić dobry, holmesologiczny blog o gej-Sherlocku ;)?
---
*Sherlockista obiecał sobie, że w tym blogu filozoficznie wyżywać się nie będzie, ale wspomni tylko, że alternatywy używa zawsze w klasycznym sensie logicznym: możliwe, że zachodzi tylko jeden człon, ale możliwe też, że zachodzą oba człony na raz.
**Naprawdę wierni Czytelnicy być może pamiętają pierwszy wpis na ten temat na starym angielskim blogu ShK.
wtorek, 23 lutego 2010
Sherlock Holmes 2009
Gdyby Sherlockista zaczął pisać tę recenzję pół roku temu, nie miałby żadnego problemu - niewielu Holmesistów wyglądało wówczas premiery filmu Guya Ritchiego z nadziejami na cokolwiek więcej niż przeczytanie kilku zjadliwych paszkwili na zaprzyjaźnionych blogach i forach - naturalnie dopiero po czterech głębszych, dwóch godzinach męki na sali kinowej i jeszcze pięciu głębszych dla przywrócenia równowagi.
Sam pomysł, by ekranizować komiks, z Downeyem "metr sześćdziesiąt w kapeluszu" Juniorem w roli głównej przyprawiał o dreszcze. Jude Law z arystokratycznym nosem w chmurach nadawał się może X lat temu do uwodzenia Stephena Fry'a, a nawet samego Jeremy'ego Bretta w jednym z filmów Granady, ale przecież nie na Watsona - po Hardwicke'u, Masonie, Stocku... Frazy w rodzaju "trzeba tchnąć życie w skostniałego dziewiętnastowiecznego detektywa" lub "przemówić do nowoczesnego widza" skłaniały ortodoksyjnych fanów Sherlocka do lamentu nad powszechnym upadkiem obyczajów i ach-tą-dzisiejszą-młodzieżą. Wywiady z Ritchiem, beztrosko demonstrującym brak woli ścisłego dostosowywania się do Kanonu* (THE Kanonu!) oraz fotki z planu przedstawiające detektywa niższego od własnego Watsona i wystrojonego w jakieś niechlujne fulary i podejrzane okularki potęgowały niepokój, który przerodził się w istną panikę w momencie, gdy światło dzienne ujrzał trailer...
A w trailerze... Holmes półnagi na łóżku, niewybredne dowcipy, komiksowe sekwencje walk, jakaś wzmianka o Adler (brrr! romansidło będzie! uciekać!)... Powiedzmy sobie wprost: trailer przeraził nawet Bravehearta Waleczne Serce.
Miłość, drodzy Czytelnicy, wymaga wszelako poświęceń i tak oto dzień po premierze ruszył Sherlock nieustraszenie do krakowskiego kina Ars (lokalizację wybrał z uwagi na bliskość różnych przybytków, w których ewentualnie dałoby się po filmie złagodzić skołatane nerwy).
Start. Muzyka. Kałuża, w kałuży - logo WB. Szaro, groźnie, uojezu, zaraz się zacznie. Ktoś biegnie. Pościg. Niby wleką się konne powozy, a napięcie, jak gdyby ścigały się Porsche po autostradzie. Watson szykuje rewolwer. Bo to bez wątpienia Watson jest, nie ma gadania. Oho, zaraz się zacznie, the game is afoot!
*zaraz*
Przecież ja tu nie jestem, żeby się dobrze bawić, tylko gotować się wewnętrznie, pielęgnować zadrę w sercu i łezkę w oku dla umarłych i zhańbionych Sherlocków! - uświadomił sobie nagle Sherlockista, ale zanim zdążył pociągnąć ten wątek akcja rzeczywiście zaczęła się na dobre, Watson znalazł się, jak zawsze, we właściwym miejscu i we właściwym czasie, panowie uścisnęli sobie dłonie - a Sherlockista natychmiast przestał się wygłupiać i zaczął się bawić na sto cztery fajerki.
Bo, trzeba to sobie powiedzieć, nowy Sherlock to jest zabawa przednia. Owszem, montaż może jest i nieco komiksowy, a w scenach bójek bohaterowie nasi bardziej niż angielskich dżentelemenów przypominają skrzyżowanie Batmana z Karate Kidem, ale nie ma co udawać, że żwawej akcji nie śledzi się z przyjemnością. Zwłaszcza, że - o kosmiczna ulgo - akcji tej zupełnie nie spowalnia żaden z kontrowersyjnych kanonicznych związków, które prześladują Sherlockistów w licznych ekranizacjach Conan Doyle'a. Z faktem, że Watson miał żonę niewielu radzi sobie tak śmiało jak autorzy serii, która już wkrótce mocno będzie na tym blogu promowana - czyli legendarnej serii Granady ("radzi sobie", czytaj: kompletnie ją wycina), nikt też oprócz BBC-Berta Coulesa nie potrafił zrobić z niej mocnego i składnego punktu programu, więc jeśli powiem, że u Ritchiego obecność Mary Morstan nie razi to będzie to już spory komplement. Jakośtam miejscami pomaga panna Mary pokazywać relację łączącą naprawdę interesujących nas bohaterów (Holmes za wszelką cenę stara się zatrzymać Watsona dla siebie i sabotuje jego związek). Trudno powiedzieć, czemu Ritchie nie wykorzystał kanonicznego faktu, że to niejako z winy samego Holmesa Watson w ogóle Mary poznał (SIGN**), ale dzięki temu wyborowi Holmes ma okazję popisać się jedną z klasycznych dedukcji na temat jej osoby.
Klasycznych dedukcji, bowiem, wbrew pozorom - i wbrew potocznym o nowym Holmesie opiniom - nie brakuje. Ten Holmes dedukuje z iście amerykańską przesadą na każdym kroku: w co i jak mocno przyłożyć, żeby powalić przeciwnika, bardzo kanonicznie, którędy jedzie jego powóz (odkrywa to mimo zasłoniętych oczu); pojawia się nawet ściśle kanoniczny dialog na temat charakteru i obyczajów właściciela srebrnego zegarka (w oryginale brata Watsona).
I tu trzeba zauważyć, że takimi kanonicznymi smaczkami dla geeków i freaków i Sherlockistów wszelkich maści film ten jest przesycony. Inicjały VR na ścianie, urywki cytatów z kanonu (w tym takie przeboje, jak "data, data, data, I cannot make bricks without clay"), charakterystyczne żarty z Lestrade'a zwieńczone rozczulającą wręcz intrygą z jego udziałem, dyskretne i trudno powiedzieć, na ile zamierzone aluzje do innych filmów (widać tu jawne wpływy "Young Sherlock Holmes", nieco bardziej ukryte uroczego, komediowego "Without a Clue" - o jednym i drugim filmie jeszcze będzie w tym blogu, a nawet drobiazgi, które można potraktować jako aluzje do legendarnego "Private Life of Sherlock Holmes", jak na przykład wątek poszukiwania karła), pływanie nietypowym pojazdem wodnym po rzece, charakterystyczny motyw z SIGN, wreszcie poza Holmesa, który duma nad sprawą z nogami skrzyżowanymi po turecku na fotelu, jak Jeremy Brett w REDH - a Jeremy Brett przecież odtworzył tylko na ekranie oryginalną rycinę samego Sydneya Pageta... Nie da się powiedzieć, by film odbiegał aż tak dziko od Conandoyle'owej ortodoksji i szeroko pojętej tradycji, jak często się lamentuje.
Dziko od ortodoksji odbiega Holmesa strój, ale na to akurat można znaleźć szereg usprawiedliwień. Po pierwsze, lepsze to niż nagminny inverness w towarzystwie deerstalkera (czyli to coś z peleryną i kretyńska czapa z klapkami na uszy, związanymi zazwyczaj kokardką na czubku głowy) - Holmes owszem mógł mieć coś takiego na sobie z raz czy dwa, ale z całą pewnością nie w mieście, tymczasem autorzy ekranizacji nieodmiennie wtłaczają go w ten śmieszny dość kostiumik. Po drugie, Holmes jest w tym filmie kreowany na postrzelonego geniusza, wizjonera, artystę, który stwarza wokół siebie atmosferę bohemy. To wcale takie od oryginału odległe nie jest - Holmes Conan Doyle'a niejednokrotnie przedstawiany był jako ktoś, kto o swojej pracy myśli jak o sztuce właśnie (SIXN) miał aż nadto ekscentrycznych nawyków i upodobań (gra na skrzypcach po nocy, trzymanie tytoniu w perskim kapciu, strzelanie do sufitu, jedzenie i spanie o najdziwniejszych porach w zależności od samopoczucia i toku spraw, etc.). W filmie artystowskie rozpasanie Holmesa zostało pokazane - jak wszystko - z brutalną dosłownością, ale oglądamy w końcu kawał dobrej rozrywki, a nie kino europejskie, Michelangelo przedstawia, tu długie zbliżenie na nieistniejącą piłkę do tenisa.
Charaktery, nawyki i relacja Holmesa i Watsona - to co dla Holmesistów przeważnie jest najważniejsze w każdej ekranizacji - zostały karykaturalnie wykoślawione (skłonność Watsona do hazardu, w kanonie sygnalizowana, w filmie przeradza się w poważny nałóg; znudzony Holmes bez sprawy tresuje muchy w szklance - a propos, błagam, kto przypomni mi, gdzie ja już to widziałam? (nagrody;), boks Holmesa i odrobina baritsu w filmie dają mu moc trzech Chucków Norrisów, a kanoniczne drobne spięcia i mikre próby Watsona przeciwstawienia się Holmesowi przemieniają się w wykonaniu Jude'a Law w awantury, które przypominają histeryczne sceny urządzane przez lorda Douglasa zakochanemu w nim Wilde'owi). Jednocześnie, miał Sherlockista błogie poczucie, że jakieś nie do końca określone To, Co Naprawdę w Tej Historii Ważne zostało tu zachowane. Jest braterski duch towarzyszy broni. Jest zaufanie. Są niemałe uczucia. Jest współpraca. Jest pasja Watsona i jest jego fascynacja życiem detektywa-artysty. Brakuje trochę wyjaśnienia, dlaczego właściwie Holmes tak bardzo Watsona potrzebuje (a to temat, który zasługuje na kilka notek), jednak warto docenić, że w ogóle zostało to pokazane. Ma ten film wszystkie klepki na swoim miejscu.
I ma też - od siebie niejako - dużo wdzięku. Wdzięk ma Downey, tak jaskrawo niepasujący fizycznie do roli, że mógł ratować się tylko wyrazistymi oczami i brakiem kompleksów. Downey nie udaje, że jest wysokim, szczupłym, chłodnym angielskim dżentelmenem. Pozostał sobą, a taki manewr, choć czasem niezwykle kontrowersyjny (patrz Brett), czasem wychodził Holmesowym aktorom na dobre. Wdzięk ma intryżka rodem prosto z przygodowych filmów o ekscesach dziewiętnastowiecznych tajnych stowarzyszeń, machiny, cudownie bogaty obraz Londynu. Wdzięk ma irlandzka (z niepojętych przyczyn) muzyka. Wdzięk ma nawet zakończenie, które w rozbrajająco oczywisty sposób sugeruje, że ekipa pichci nam już drugą część.
Niech pichci. Sherlockista czeka, tym razem bez lęku.
A na koniec, do początku nawiązując, wypada wyjaśnić, dlaczego dziś, pełen ulgi, euforii wręcz i dumy z tego, jak sobie Holmes radzi w 21 wieku, miał Sherlockista z napisaniem tej recenzji problem? Bo po drodze obejrzał pochopnie po raz enty kilkanaście ulubionych Brettów i przypomniało mu się natychmiast, jak wygląda Holmesa naprawdę dobra ekranizacja...
ale o tym już w kolejnych wpisach!
---
*Jako że blog ma mieć charakter misyjny, pozwolę sobie wyjaśniać niektóre słówka i skróty stosowane dość powszechnie przez maniaków. Kanon to zbiór wszystkich opowiadań i powieści o Sherlocku H. autorstwa Arthura Conan Doyle'a. Do Kanonu nie należą zatem filmy (co nie znaczy, że nie ma filmów wręcz kanonicznych ;), pastisze, przeróbki, apokryfy, etc.
**Używam często stosowanych czteroliterowych skrótów na oznaczenie tytułu kanonicznego opowiadania (powieści). SIGN to naturalnie polski "Znak czterech", a angielska lista tu: http://webspace.webring.com/people/sp/porlock/watson/abbrev_yop.html
Sam pomysł, by ekranizować komiks, z Downeyem "metr sześćdziesiąt w kapeluszu" Juniorem w roli głównej przyprawiał o dreszcze. Jude Law z arystokratycznym nosem w chmurach nadawał się może X lat temu do uwodzenia Stephena Fry'a, a nawet samego Jeremy'ego Bretta w jednym z filmów Granady, ale przecież nie na Watsona - po Hardwicke'u, Masonie, Stocku... Frazy w rodzaju "trzeba tchnąć życie w skostniałego dziewiętnastowiecznego detektywa" lub "przemówić do nowoczesnego widza" skłaniały ortodoksyjnych fanów Sherlocka do lamentu nad powszechnym upadkiem obyczajów i ach-tą-dzisiejszą-młodzieżą. Wywiady z Ritchiem, beztrosko demonstrującym brak woli ścisłego dostosowywania się do Kanonu* (THE Kanonu!) oraz fotki z planu przedstawiające detektywa niższego od własnego Watsona i wystrojonego w jakieś niechlujne fulary i podejrzane okularki potęgowały niepokój, który przerodził się w istną panikę w momencie, gdy światło dzienne ujrzał trailer...
A w trailerze... Holmes półnagi na łóżku, niewybredne dowcipy, komiksowe sekwencje walk, jakaś wzmianka o Adler (brrr! romansidło będzie! uciekać!)... Powiedzmy sobie wprost: trailer przeraził nawet Bravehearta Waleczne Serce.
Miłość, drodzy Czytelnicy, wymaga wszelako poświęceń i tak oto dzień po premierze ruszył Sherlock nieustraszenie do krakowskiego kina Ars (lokalizację wybrał z uwagi na bliskość różnych przybytków, w których ewentualnie dałoby się po filmie złagodzić skołatane nerwy).
Start. Muzyka. Kałuża, w kałuży - logo WB. Szaro, groźnie, uojezu, zaraz się zacznie. Ktoś biegnie. Pościg. Niby wleką się konne powozy, a napięcie, jak gdyby ścigały się Porsche po autostradzie. Watson szykuje rewolwer. Bo to bez wątpienia Watson jest, nie ma gadania. Oho, zaraz się zacznie, the game is afoot!
*zaraz*
Przecież ja tu nie jestem, żeby się dobrze bawić, tylko gotować się wewnętrznie, pielęgnować zadrę w sercu i łezkę w oku dla umarłych i zhańbionych Sherlocków! - uświadomił sobie nagle Sherlockista, ale zanim zdążył pociągnąć ten wątek akcja rzeczywiście zaczęła się na dobre, Watson znalazł się, jak zawsze, we właściwym miejscu i we właściwym czasie, panowie uścisnęli sobie dłonie - a Sherlockista natychmiast przestał się wygłupiać i zaczął się bawić na sto cztery fajerki.
Bo, trzeba to sobie powiedzieć, nowy Sherlock to jest zabawa przednia. Owszem, montaż może jest i nieco komiksowy, a w scenach bójek bohaterowie nasi bardziej niż angielskich dżentelemenów przypominają skrzyżowanie Batmana z Karate Kidem, ale nie ma co udawać, że żwawej akcji nie śledzi się z przyjemnością. Zwłaszcza, że - o kosmiczna ulgo - akcji tej zupełnie nie spowalnia żaden z kontrowersyjnych kanonicznych związków, które prześladują Sherlockistów w licznych ekranizacjach Conan Doyle'a. Z faktem, że Watson miał żonę niewielu radzi sobie tak śmiało jak autorzy serii, która już wkrótce mocno będzie na tym blogu promowana - czyli legendarnej serii Granady ("radzi sobie", czytaj: kompletnie ją wycina), nikt też oprócz BBC-Berta Coulesa nie potrafił zrobić z niej mocnego i składnego punktu programu, więc jeśli powiem, że u Ritchiego obecność Mary Morstan nie razi to będzie to już spory komplement. Jakośtam miejscami pomaga panna Mary pokazywać relację łączącą naprawdę interesujących nas bohaterów (Holmes za wszelką cenę stara się zatrzymać Watsona dla siebie i sabotuje jego związek). Trudno powiedzieć, czemu Ritchie nie wykorzystał kanonicznego faktu, że to niejako z winy samego Holmesa Watson w ogóle Mary poznał (SIGN**), ale dzięki temu wyborowi Holmes ma okazję popisać się jedną z klasycznych dedukcji na temat jej osoby.
Klasycznych dedukcji, bowiem, wbrew pozorom - i wbrew potocznym o nowym Holmesie opiniom - nie brakuje. Ten Holmes dedukuje z iście amerykańską przesadą na każdym kroku: w co i jak mocno przyłożyć, żeby powalić przeciwnika, bardzo kanonicznie, którędy jedzie jego powóz (odkrywa to mimo zasłoniętych oczu); pojawia się nawet ściśle kanoniczny dialog na temat charakteru i obyczajów właściciela srebrnego zegarka (w oryginale brata Watsona).
I tu trzeba zauważyć, że takimi kanonicznymi smaczkami dla geeków i freaków i Sherlockistów wszelkich maści film ten jest przesycony. Inicjały VR na ścianie, urywki cytatów z kanonu (w tym takie przeboje, jak "data, data, data, I cannot make bricks without clay"), charakterystyczne żarty z Lestrade'a zwieńczone rozczulającą wręcz intrygą z jego udziałem, dyskretne i trudno powiedzieć, na ile zamierzone aluzje do innych filmów (widać tu jawne wpływy "Young Sherlock Holmes", nieco bardziej ukryte uroczego, komediowego "Without a Clue" - o jednym i drugim filmie jeszcze będzie w tym blogu, a nawet drobiazgi, które można potraktować jako aluzje do legendarnego "Private Life of Sherlock Holmes", jak na przykład wątek poszukiwania karła), pływanie nietypowym pojazdem wodnym po rzece, charakterystyczny motyw z SIGN, wreszcie poza Holmesa, który duma nad sprawą z nogami skrzyżowanymi po turecku na fotelu, jak Jeremy Brett w REDH - a Jeremy Brett przecież odtworzył tylko na ekranie oryginalną rycinę samego Sydneya Pageta... Nie da się powiedzieć, by film odbiegał aż tak dziko od Conandoyle'owej ortodoksji i szeroko pojętej tradycji, jak często się lamentuje.
Dziko od ortodoksji odbiega Holmesa strój, ale na to akurat można znaleźć szereg usprawiedliwień. Po pierwsze, lepsze to niż nagminny inverness w towarzystwie deerstalkera (czyli to coś z peleryną i kretyńska czapa z klapkami na uszy, związanymi zazwyczaj kokardką na czubku głowy) - Holmes owszem mógł mieć coś takiego na sobie z raz czy dwa, ale z całą pewnością nie w mieście, tymczasem autorzy ekranizacji nieodmiennie wtłaczają go w ten śmieszny dość kostiumik. Po drugie, Holmes jest w tym filmie kreowany na postrzelonego geniusza, wizjonera, artystę, który stwarza wokół siebie atmosferę bohemy. To wcale takie od oryginału odległe nie jest - Holmes Conan Doyle'a niejednokrotnie przedstawiany był jako ktoś, kto o swojej pracy myśli jak o sztuce właśnie (SIXN) miał aż nadto ekscentrycznych nawyków i upodobań (gra na skrzypcach po nocy, trzymanie tytoniu w perskim kapciu, strzelanie do sufitu, jedzenie i spanie o najdziwniejszych porach w zależności od samopoczucia i toku spraw, etc.). W filmie artystowskie rozpasanie Holmesa zostało pokazane - jak wszystko - z brutalną dosłownością, ale oglądamy w końcu kawał dobrej rozrywki, a nie kino europejskie, Michelangelo przedstawia, tu długie zbliżenie na nieistniejącą piłkę do tenisa.
Charaktery, nawyki i relacja Holmesa i Watsona - to co dla Holmesistów przeważnie jest najważniejsze w każdej ekranizacji - zostały karykaturalnie wykoślawione (skłonność Watsona do hazardu, w kanonie sygnalizowana, w filmie przeradza się w poważny nałóg; znudzony Holmes bez sprawy tresuje muchy w szklance - a propos, błagam, kto przypomni mi, gdzie ja już to widziałam? (nagrody;), boks Holmesa i odrobina baritsu w filmie dają mu moc trzech Chucków Norrisów, a kanoniczne drobne spięcia i mikre próby Watsona przeciwstawienia się Holmesowi przemieniają się w wykonaniu Jude'a Law w awantury, które przypominają histeryczne sceny urządzane przez lorda Douglasa zakochanemu w nim Wilde'owi). Jednocześnie, miał Sherlockista błogie poczucie, że jakieś nie do końca określone To, Co Naprawdę w Tej Historii Ważne zostało tu zachowane. Jest braterski duch towarzyszy broni. Jest zaufanie. Są niemałe uczucia. Jest współpraca. Jest pasja Watsona i jest jego fascynacja życiem detektywa-artysty. Brakuje trochę wyjaśnienia, dlaczego właściwie Holmes tak bardzo Watsona potrzebuje (a to temat, który zasługuje na kilka notek), jednak warto docenić, że w ogóle zostało to pokazane. Ma ten film wszystkie klepki na swoim miejscu.
I ma też - od siebie niejako - dużo wdzięku. Wdzięk ma Downey, tak jaskrawo niepasujący fizycznie do roli, że mógł ratować się tylko wyrazistymi oczami i brakiem kompleksów. Downey nie udaje, że jest wysokim, szczupłym, chłodnym angielskim dżentelmenem. Pozostał sobą, a taki manewr, choć czasem niezwykle kontrowersyjny (patrz Brett), czasem wychodził Holmesowym aktorom na dobre. Wdzięk ma intryżka rodem prosto z przygodowych filmów o ekscesach dziewiętnastowiecznych tajnych stowarzyszeń, machiny, cudownie bogaty obraz Londynu. Wdzięk ma irlandzka (z niepojętych przyczyn) muzyka. Wdzięk ma nawet zakończenie, które w rozbrajająco oczywisty sposób sugeruje, że ekipa pichci nam już drugą część.
Niech pichci. Sherlockista czeka, tym razem bez lęku.
A na koniec, do początku nawiązując, wypada wyjaśnić, dlaczego dziś, pełen ulgi, euforii wręcz i dumy z tego, jak sobie Holmes radzi w 21 wieku, miał Sherlockista z napisaniem tej recenzji problem? Bo po drodze obejrzał pochopnie po raz enty kilkanaście ulubionych Brettów i przypomniało mu się natychmiast, jak wygląda Holmesa naprawdę dobra ekranizacja...
ale o tym już w kolejnych wpisach!
---
*Jako że blog ma mieć charakter misyjny, pozwolę sobie wyjaśniać niektóre słówka i skróty stosowane dość powszechnie przez maniaków. Kanon to zbiór wszystkich opowiadań i powieści o Sherlocku H. autorstwa Arthura Conan Doyle'a. Do Kanonu nie należą zatem filmy (co nie znaczy, że nie ma filmów wręcz kanonicznych ;), pastisze, przeróbki, apokryfy, etc.
**Używam często stosowanych czteroliterowych skrótów na oznaczenie tytułu kanonicznego opowiadania (powieści). SIGN to naturalnie polski "Znak czterech", a angielska lista tu: http://webspace.webring.com/people/sp/porlock/watson/abbrev_yop.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)


