środa, 4 stycznia 2012

"Scandal in Belgravia". BBC Sherlock, season 2, episode 1. Po polsku: odlot!

[Można czytać spokojnie, nie ma żadnych nowych spojlerów.]

Pierwszy sezon Sherlocka z XXI wieku, Sherlocka uwspółcześnionego, przeniesionego w inną epokę, z wyrazistą obsadą i bardzo śmiałymi rozwiązaniami fabularnymi, powinien był wywołać kontrowersje i ambiwalentne uczucia. Tymczasem, ku radosnemu zdziwieniu Sherlockisty, otoczył go bez mała kult, i to zarówno ze strony hardkorowego Holmesowego fandomu, jak i zwykłych wielbicieli seriali detektywistycznych, którzy na myśl o Kanonie dyskretnie tłumią ziew.
Musi ShK wyznać, że choć oficjalnie w blogu tryskał entuzjazmem, w skrytości serca na myśl o kontynuacji odczuwał dreszcze obawy. Czy chłopcy dadzą radę? Czy udźwigną? Czy nie zepsują? - a stawka jest niebagatelna, bo podobnego rozkwitu nie zaznał wspomniany sherlockistyczny fandom od czasów Jeremy'ego Bretta i mamy szansę zostać świadkami narodzin kolejnej wielkiej legendy i wielkiego cyklu. Każda wtopa mogłaby przynieść niepowetowane straty - zdechnięcie oglądalności, brak zamówienia na kolejny sezon i szansy na poprawę, a w konsekwencji również wygaszenie mody na Holmesa. I kolejne dwadzieścia lat bryndzy, Richardów Roxburghów (brrrr) i innych Mattów Frewerów (auć). Pierwszego stycznia targał zatem Sherlockistą, obok noworocznego kaca, także stres.
Moffat, Gatiss, Cumberbatch, Freeman i reszta Ekipy ukoili  nerwy ShK około trzeciej minuty projekcji. Przez kolejne 87 nie myślał już Sherlockista o niczym niezwiązanym z akcją, a jeśli dawał wyraz refleksjom o charakterze ocennym, to miały one postać głównie nie do końca artykułowanych, za to ekspresywnych okrzyków "ale czad!".
Jeśli zaś wahał się co do treści recenzji, to głównie w kwestii kolejności zachwytów. Po namyśle jednak...
po pierwsze chciałby powiedzieć, że Cumberbatch jest wspaniały. Dostała mu się rola trudniejsza niż w poprzedniej serii, wiele emocji do wygrania, wiele złożonych relacji, w których wspaniale potrafił się odnaleźć - nie tylko z Irene Adler, ale również z Johnem i Mycroftem, a nawet z biedną Molly Hooper. I dał popis.
Po drugie, sprawę ułatwili mu oczywiście scenarzyści. Sherlockista do tej pory myślał, że tylko Bert Coules (także z BBC) bezbłędnie wyczuwa, jak pisać Holmesa, jakie słowa wkładać mu w usta i jakie zachowania, kiedy pozwalać mu ujawnić odrobinę emocji, a kiedy podkreślić, jak mocno odbiega od społecznej normy. Moffat z Gatissem radzą sobie może nawet jeszcze lepiej. Oni po prostu robią wszystko dobrze. Właściwie. Jak powiedziałby Mozart z "Amadeusza" Formana: jest dokładnie tyle nut, ile trzeba. Tyle współczesnego luzu i tyle bezpośrednich cytatów, by Holmes brzmiał zarazem kanonicznie i naturalnie. Tyle dedukcji (świetnie i zabawnie pokazywanych na ekranie) i tyle towarzyskich wpadek, ile zaliczał ich Sherlock ACD. Tyle akcji (łącznie z absolutnie cudowną sceną defenestracji!) i tyle snucia się po domu (oraz pałacu Buckingham) w prześcieradle; tyle skrzypiec... a właśnie...
Po trzecie, ach, te skrzypce...
Czy Czytelnicy pamiętają może jedną z najczulszych notek w historii Sherlockianów, tę o PLOSH (Private Life of Sherlock Holmes)? To był ten oburzający film o Holmesie, miłości i smutnych skrzypcach, którego żaden szanujący się sherlockista by nie zniósł, gdyby zarazem go nie kochał, i którego niech nikt nigdy nie waży się naśladować. Oczywiście nikt oprócz ekipy BBC. Sherlockista nie wie naturalnie, na ile nawiązania do PLOSH były zamierzone, a na ile nasunęły się same na skutek podobieństw fabularnych, ale, o rany no, są naprawdę okropnie wzruszające. Także same w sobie. Nie znaczy to na szczęście, że jest to jednak wbrew obietnicom romansidło.
Po czwarte bowiem, Irene Adler jest dokładnie tą osobą, którą by była, gdyby nasza droga śpiewaczka i awanturnica z wieku XIX urodziła się sto lat później. Lara Pulver spisała się świetnie, ale jeszcze lepiej spisał się Moffat.
Wielbiciele "Sherlocka" mogli tego jeszcze nie zauważyć, ale fani drugiego słynnego dziecka Moffata, nowych serii Doktora Who, już wiedzą, że autor ten ma słabość do silnych postaci kobiecych. W fandomie whovistów jednym z ważnych punktów sporów jest to, czy Moffat nie przesadził, wprowadzając do fabuły postać żony Doktora, która jest tak barwna, tak wszystkowiedząca i tak we wszystkim oblatana (dosłownie! ona wie lepiej jak kierować samą TARDIS!), że przyćmiewa głównego bohatera. Można było się obawiać, że także Adler okaże się trochę przerysowana. Ale i ten niepokój okazał się nieuzasadniony. Irene jest wspaniałą, naprawdę godną przeciwniczką, jednak ilekroć wydaje nam się już, że Sherlock dał się podejść jak dziecko, tylekroć scenariusz funduje nam nowy zwrot akcji. Wszystkim, którzy wciąż nie mogą przełknąć superwoman Adler, Sherlockista uprzejmie przypomina, że w opowiadaniu to ONA wygrała :)
Po piąte, nie chciałby Sherlockista Was zanudzić achami i ochami na temat aktorów, ale nie da się pominąć Johna, a zwłaszcza Mycrofta. Hobbit po prostu trzyma formę, Mycroft jednak rozwinął się bardzo i wykorzystuje w pełni dłuższy czas ekranowy. Jego minę na widok Sherlocka w prześcieradle nazwałby Sherlockista 'bezcenną', ale jakie zachwyty pozostałyby mu wtedy na opisanie bardziej dramatycznych momentów w wykonaniu Gatissa?
Po szóste i ostatnie, twórcy nie bali się niczego. Nie bali się nakręcić Sherlocka z papierosem (za co jest im ShK osobiście wdzięczny, niewiele rzeczy budzi w nim tyle odrazy, co współczesny faszystowski prozdrowotny terror), nie bali się pokazać gołej kobiety przed 21 (za to, naturalnie, zgarniają baty od pruderyjnych recenzentów, ale tego rodzaju pruderia budzi w ShK bodaj jeszcze większą odrazę), i nie bali się wreszcie spisać na nowo aż kilku Kanonicznych przebojów. Dosłownie! Zajrzyjcie na blog Watsona, a znajdziecie zapiski z paru spraw, których "zajawki" pokazują nam na początku odcinka. "Speckled Blonde" i "Geek Interpreter" (to nie są literówki) to błyski Moffatowo-Gatissowego geniuszu. Za (uwaga! kto nie oglądał jeszcze filmu niech tam pod żadnym pozorem nie wchodzi, bo zepsuje sobie moment najczystszej holmesologicznej radości :)) wycinki prasowe pod tytułem "Hat-man and Robin" wybacza ShK całej ekipie wszystkie wpadki na dziewięć odcinków w przód.
A oby było ich jeszcze więcej.
Jeśli coś może Sherlockista zarzucić temu SCAN, to dotyczy to dialogów z Adler. Może trochę za bardzo wyeksponowane są prowokacje i aluzje seksualne? Momentami niby to śmiałe wypowiedzi Irene brzmią raczej komicznie niż ekscytująco. Poza tym, można by odrobinkę przerobić montaż. Z początku gubimy kilka miesięcy życia Sherlocka i nie jest do końca jasne czemu ani w jaki sposób, pod koniec troszkę zaczynamy tracić ciągłość w śledzeniu głównej intrygi. Ale to naprawdę czepialstwo, które ma raczej uwiarygodnić Sherlockistę w roli odpowiedzialnego recenzenta i zatuszować fakt, że w istocie jest po prostu pijanym z rozkoszy fanem ;)
Na szczęście, nie jest ShK w swojej radości odosobniony - zarówno Telegraph, jak i Den of Geek opublikowały recenzje, które aż wzruszają stężeniem zachwytu.
Bo i tak naprawdę, to porządnie wkurzają w nowym Sherlocku tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce legalnie dostępny jest tylko za ciężkie pieniądze.
A po drugie, jak ja mam po Czymś Takim iść i z życzliwą obiektywnością oglądać w czwartek jakiegoś Ritchiego???
P.S. Uwaga - w komentarzach już są spojlery!

19 komentarzy:

lola137 pisze...

Ja oglądając, w regularnych odstępach czasowych (nie dłuższych niż 10 sekund), zachłystywałam się powietrzem. Odcinek zapierał dech w piersiach grą aktorską, scenariuszem i ogólnie wszystkim. Wciąż jak oglądam niektóre ze scen dostaję głupawki i nie mogę przestać się śmiać. Jedyne co ma za złe to to, że seria ma tylko 3 odcinki ;)

Daga pisze...

Czyli wychodzi na to, że nawet w polskiej części fandomu będę osamotniona w swojej opinii, bo ja się rozczarowałam. Okej, skrzypce, prześcieradło, pani Hudson, mnóstwo fajnych nawiązań, ale Irenę moim zdaniem Moffat przefajnował i zniszczył. Śmiem polemizować, czy pani Adler urodzona w XX wieku wyglądałaby właśnie tak. Czy żeby ją "unowocześnić", koniecznie trzeba było jej dać taki zawód i zachowanie? Dla mnie to było bardziej irytujące niż fascynujące. Nie jestem pruderyjna, ale cała ta otoczka była moim zdaniem zwykłym efekciarstwem.

VN pisze...

nie zgadzam się z jednym, mianowicie oceną Irene Adler; kolejna "silna bohaterka Moffata", którą zdradza puls. i o ile zawsze bronię szurniętej Amy Pond, o ile zaplątanie emocjonalne River Song wpisuje się w historię i konwencję, tak kolejnej dziewczyny, która ostatecznie i tak och i ach dla moffatowego herosa (okej, Amy udało się uciec - w Rory'ego), znieść nie mogę.
Irene Adler miała wygrać! (i zdawałoby się, że to zapowiada dialog: - czemu piszesz o sprawach, których nie rozwiązałem? - ludzie chcą wiedzieć, że jesteś człowiekiem!).
czemu nie wygrała? i co tam robił Moriarty??
nie przeszkadza mi jej zawód; figura "wyzwolonej damy do towarzystwa" (whatever, nie mam lepszego terminu) chyba nie została jeszcze dostatecznie zinterpretowana, a w każdym razie zawiera w sobie wielki ładunek dwuznaczności. niemniej w świetle ostatnich minut odcinka zaczyna zalatywać tandetą.

ShK pisze...

No, te kobiety Moffata zawsze powodują jakieś flejmy ;) Mnie tam się to podoba.
I lubię zarówno River jak i Irene (jako postaci).
Osobom, które się wkurzają, bo i Amy i River i Irene niby takie silne, a ulegają urokowi głównego bohatera odpowiadam, że to moim zdaniem głupi stereotyp, że uczuciowość/miłość, to słabość i że naprawdę silna kobieta to byłaby jak cyborg. Moffat chyba też tak nie uważa. Jego faceci przecież też są uczuciowi. Sam Sherlock okazuje to w tym odcinku, wielokrotnie, zdradza się wobec Johna, pani Hudson no i przecież wobec samej Irene :) I to lubię. Myślę, że nawet jeśli kobiety Moffata zakochują się przeciętnie bardziej niż mężczyźni (a mam co do tego wątpliwości), to nie ma powodu uznawać, że czegoś im to ujmuje, to raz.
Osobom, które się wkurzają, że Irene nie wygrała, odpowiadam, że podobnie jak w opowiadaniu, wygrała tam, gdzie była po dobrej stronie, po prostu. Przegrała w intrydze, którą kleciła z Moriartym, bo Moriarty w Kanonie zawsze przegrywa. I wygrała na samym końcu - żeby Sherlock takiego babsztyla wrednego i fałszywego w dzicz pojechał ratować :)? Pod tym względem było zupełnie kanonicznie.
Osobom, które się wkurzają, że Irene jest dominatrix, przypominam, że w oryginale jest po prostu nałożnicą króla. W wieku XIX pokornie czekała na łaski i marzyła o obrączce. W wieku XXI chłoszcze wypieszczone królewiątka (płci żeńskiej) po twarzach (na ich własne życzenie) i ma z tego, jak się wydaje, sporo radości. To mi się spodobało ;) Ona nie była jednoznaczna u ACD, przecież - "dubious and questionable memory" ;)

ShK pisze...

P.S. Jest tylko jedna rzecz, której w silnych kobietach Moffa nie trawię absolutnie - kiedy są Silne Miłością Macierzyńską. Ale i tu, niestety, jest symetrycznie. W DW mniej więcej co drugi odcinek mamy rodzica płci obojętnej, który z miłości do dziatek może Ocalić Wszechświat - patrz nowy Christmas Special, patrz rzyg (cyt. za Whomanistyka na fejsie ;)).

Justeene pisze...

Czysty geniusz nam się w tym odcinku objawił (w szczególności aktorski) i powtórzę za Sherlockistą, że panowie właściwie wszystko robią dobrze. A nawet lepiej niż dobrze ;)

Fajnie ich znowu wszystkich oglądać (a Andrew Scott jako Jim Moriarty po prostu wymiata! ;)

Anonimowy pisze...

Witajcie, jestem tu po raz pierwszy- czuję palącą potrzebę podzielenia się wstrząsem po obejrzeniu kilku minut odcinka z polskimi napisami. Wczoraj oglądając odcinek w oryginale zastanawiałam się, jak poradzi sobie tłumacz z błyskotliwymi intertekstualnymi nawiązaniami do opowiadań o Sherlocku np. Geek Interpreter... A dziś niespodzianka: mam wrażenie, że tłumacz (skądinąd tłumaczenie jest na wysokim poziomie) kompletnie te aluzje zignorował! Co powiecie na "Blondynkę w kropki"?? Albo nawet sam tytuł całości Skandal w dzielnicy Belgravia?? Pozdrawiam wszystkich

D.Max pisze...

Szczerze mówiąc oglądałem ten odcinek już z 4 razy zanim wyszły napisy i z nimi obejrzałem tylko z ciekawości jak tłumacz wybrnie z tej fajowej gry słów... niestety nie wybrnął :D Ale generalnie odcinek był Holmesowskim arcydziełem, żeby nie powiedzieć że w ogóle wśród seriali kryminalnych postawił wysoko poprzeczkę. Co do recenzji to wydaje mi się że trochę może zabrać frajdę, zniszczyć zaskoczenie w kilku momentach. Ale i tak najlepiej obejrzeć. I powiedzieć: jest świetnie. :D

ShK pisze...

DMax (i wszyscy, którzy coś takiego widzą): co powinnam jakoś ukryć albo oznaczyć jako spoiler? Zależy mi na tym, żeby nikomu nie psuć, jakoś wydawało mi się, że wszystko, o czym piszę wprost już było w plotkach albo zajawkach :)

Anonimowy pisze...

To znowu ja-w trakcie oglądania. Pseudonim Irene Adler to w polskim tłumaczeniu "PANI"..! Mam nieodparte wrażenie, że tłumaczenie zrobił ktoś, kto nie ma pojęcia, że był jakiś literacki pierwowzór S.Holmesa ... Nie mogę odżałować, taka strategia przekładowa zabija przecież cały postmodernistyczny smak tej ekranizacji - żal, żal, żal... Mam tylko nadzieję, że pojawi się kiedyś lepszy przekład.

ShK pisze...

Anonimowy: nie wiem, czy dało się jakoś bardziej superowsko wybrnąć z tych tłumaczeń. Speckled Band to po polsku "Nakrapiana przepaska", a Belgravia to naprawdę dzielnica Londynu i naprawdę stąd tytuł - polskie tytuły oryginalnego SCAN to "Królewski skandal" i po prostu "Skandal w Czechach". Nie ma - cenzuralnych ;) - przekładów, które byłyby zarazem podobnie brzmiące i zbliżone znaczeniem. Geek interpreter to już całkiem odjazd, oryginał po polsku to "Grecki tłumacz", pomyślę nad tym (sama jestem tłumaczką :)), ale też czarno widzę sprawę. Polski jest - serio serio! - uboższy niż angielski, między innymi dlatego często tłumaczenia mimo starań nie wychodzą, albo wychodzą bardzo daleko od oryginałów.

Anonimowy pisze...

Pomyśl koniecznie, czekam na jakieś fajne pomysły- tu nie chodzi tylko o ubóstwo języka i grę słow, ale o zakorzenione w świadomości odbiorców już istniejące polskie tytuły, do których można by się odwołać. Ja pamiętam z dzieciństwa "Cętkowaną wstęgę", ale teraz kupiłam sobie Księgę wszytskich dokonań SH w nowym przekładzie i tam widzę, że jest "Nakrapiana wstęga". Więc jaka powinna być Blondynka- oto jest pytanie..:) A kto rozwiąże Geek interpreter- jest Bogiem wśród tłumaczy;))

ShK pisze...

O! To znaczy, że było znacznie więcej tłumaczeń kanonicznych tytułów niż myślałam :) My niestety dużo słabiej (niż Anglicy czy Francuzi) łączymy interpretowanie z tłumaczeniem, stąd cały problem ;)

ShK pisze...

Jeszcze dodam, bo to chyba nie było jasne: dlatego właśnie byłam zdziwiona, że tak mocno krytykujesz tamte przekłady, bo sama znałam bardzo podobne do nich polskie tytuły :)

VN pisze...

@ ShK

"I lubię zarówno River jak i Irene (jako postaci)."

Ja też lubię River, bo jej związek z Doktorem idealnie wpisuje się w konwencję serialu i wzajemne zaplątanie ich relacji; chodzi o powtarzalność motywu



"Moffat chyba też tak nie uważa. Jego faceci przecież też są uczuciowi. Sam Sherlock okazuje to w tym odcinku, wielokrotnie, zdradza się wobec Johna, pani Hudson no i przecież wobec samej Irene :)"

Nie chodzi o uczuciowość, a uczuciowość, przez którą przegrywa się pojedynek!



"Osobom, które się wkurzają, że Irene nie wygrała, odpowiadam, że podobnie jak w opowiadaniu, wygrała tam, gdzie była po dobrej stronie, po prostu. "

Oj tam, kogo obchodzi moralność ;) Tam miał być pojedynek mózgów!



"Przegrała w intrydze, którą kleciła z Moriartym, bo Moriarty w Kanonie zawsze przegrywa. "

Ta Kobieta, ta konkretna kobieta, tak pobudzająca wyobraźnię i prosząca się o interpretacje - koleżanką Moriarty'ego? Nie, tego przyjąć nie mogę; czemu nie mogła być niezależna? Wątpię, aby spójność serii od tego ucierpiała.



"Osobom, które się wkurzają, że Irene jest dominatrix, przypominam, że w oryginale jest po prostu nałożnicą króla. W wieku XIX pokornie czekała na łaski i marzyła o obrączce."

Nie, ona samodzielnie kombinowała, gdzie tu wykorzystać sytuację. W ramach systemu - ale samodzielnie. Dominatrix jest super (jako przeciwieństwo Sherlocka, musi dzielić z nim seksualną niejednoznaczność, chociaż z innej strony;), to nawrócona jawnogrzesznica - nie jest.

Justeene pisze...

Dorzucę swe trzy grosze w dyskusji translatorskiej. W jednym ze zbiorów opowiadań wydanych u nas całe wieki temu SCAN widnieje jako, uwaga, "Niezwykła kobieta"...

ninedin pisze...

@ Justeenee
....i o ile pamiętam (nie mam płyty pod ręką) taki też jest polski tytuł adaptacji z Brettem :))

ShK pisze...

@Justeene, ninedin:

Brett został przetłumaczony jako "Królewski skandal", Niezwykła kobieta pojawia się w polskiej Wiki: http://pl.wikipedia.org/wiki/Niezwyk%C5%82a_kobieta

obok, uwaga uwaga, "Skandalu w Bohemii" :D

Justeene pisze...

:) A to tylko jedno małe opowiadanie.
Ze swojej strony polecam stare polskie tłumaczenia ENGR - cały wachlarz tytułów, mnóstwo ciekawych dodatków oraz wrażenie, że się czyta zupełnie inne historie :D