Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedict Cumberbatch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedict Cumberbatch. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lipca 2018

Co to znaczy "być fanką Sherlocka"? Rzecz o Sherlockonie.


Często opowiadam o tym, że należę do najstarszego i pewnie pod wieloma względami największego fandomu świata, opowiadam to, oczywiście, z dumą. Pokazuję artykuł Knoxa, opowiadam, jak to w roku 2005 dowiadywałam się wszystkiego, co wiem z amerykańskich forów dla wielbicieli wytwórni Hammer, albo, że wypożyczałam kiedyś kasety wideo z serią Granady z British Council (oraz co to u diabła jest “kaseta wideo”). Podaję kilka przykładów, jak grać w Grę, szukać, w jakim pociągu Holmes liczył prędkość ze słupków albo ile też żon mógł mieć John-James-Hamish Watson. Wyświetlam kilka zdjęć z dorocznych, uroczystych kolacji Baker Street Irregulars, które narodziły się w roku 1934, a przetrwały do dziś. I patrzę potem na te czarno-białe obrazki bogatych starszych panów przy luksusowo zastawionych stołach (panie wpuszczono łaskawie w te najzaszczytniejsze progi już w roku 1992, nie są sherlockiści z Ameryki organizacją nazbyt skwapliwie poddającą się szałowi postępu). 
I czuję, jak bardzo nie mam z nimi nic zupełnie wspólnego.

Sherlockon 2018, nie pamiętam, kto mi zrobił to cudowne zdjęcie, ale bardzo tej osobie dziękuję!

piątek, 15 stycznia 2016

Sherlock i upiorna panna młoda. Korespondencja miłosna.

Kiedy pisałam o ostatnim odcinku, że "Sherlock" jest dla mnie przeżyciem paradoksalnie intymnym, nawet nie wiedziałam jeszcze, co to jest intymny "Sherlock".

Odcinek Bożonarodzeniowy, to jest orgia - dla nas, dla Moffata, Gatissa, i dla tych wszystkich maniaków rozsianych po świecie, którzy zobaczą w nim długi, szczegółowy list miłosny. Nie tylko do Kanonu i do sir Arthura Conan Doyle'a - do Holmesa samego, do Watsona, do wiktoriańskich duchów plączących się między gazowymi latarniami, a przede wszystkim do całej wielkiej tradycji najstarszego fandomu świata, od pierwszych sztuk przez Rathbone'a i Bruce'a po Jeremy'ego Bretta; od ilustracji Pageta po gify na tumblerze; od naukowych biografii Holmesa przez literackie analizy po niekończące się dyskusje przy szklaneczce brandy gdzieś w zacisznym scionie Baker Street Irregulars albo w wątku na forum.
Ci genialni wariaci tak strasznie nas wszystkich kochają.

piątek, 17 lutego 2012

Jeden z tych postów, jeden z tych momentów...

...kiedy nie cytuje się Rejsu tylko dlatego, że już się to robiło zbyt wiele razy. Czyta się Ninedin i Zwierza o różnorakich rozkoszach fangirlizmu i usycha się z zazdrości. Bo taki Sherlockista, owszem, lubi coś poza Sherlockami, niektóre rzeczy nawet całkiem całkiem, nawet dwa tygodnie temu (!!!) rozgrzebał obiecaną notkę o Doktorze Who, nawet niby zaczął myśleć, czy nie napisać, jak to na warsztatach filozoficznych wybrał się w szerokim gronie filozofów na "Mroczne Widmo" w 3D, po czym w towarzystwie dziesięciorga ogarniętych narkotycznym głodem młodych naukowców zorganizował błyskawiczną akcję ściągania, kopiowania, synchronizowania laptopów oraz plądrowania ośrodka wczasowego w poszukiwaniu przedłużacza celem natychmiastowego obejrzenia kolejnych trzech epizodów (o piątej rano, ze wstydem wyznaję, posnęliśmy)... Ale to wszystko nie to. No nie to!

sobota, 4 lutego 2012

Prezent na urodziny: Cumberbatch czy Brett? W promocji Merrison!

Sherlockiana urodziły się 26 stycznia 2010, ale pierwszy prawdziwy post opublikowałam dopiero prawie miesiąc później, 22 lutego. W związku z czym postanowiłam obchodzić urodziny wtedy, kiedy akurat przyjdzie mi do głowy dobry prezent.

wtorek, 17 stycznia 2012

Reichenbach Falls - koniec Sherlocka.

[Recenzja najeżona jest spoilerami - jeśli nie widzieliście, nie czytajcie dalej. Poważnie mówię.]

Turner, The Great Falls of the Reichenbach,
płótno odzyskane dzięki nieocenionej pomocy pana Sherlocka Holmesa


To było znacznie straszniejsze niż się spodziewałam. Straszniejsze niż którakolwiek z poprzednich adaptacji Final Problem. Straszne jak coś, co jest zupełnie blisko i zupełnie naprawdę.
ACD, umęczony popularnością Holmesa, usunął go szybko i byle jak. Zadbał tylko o dekoracje - jest efektowny wodospad i mroczny Napoleon zbrodni o nazwisku Moriarty, które w każdym zakątku świata, gdzie dotarła kiedykolwiek łacina, brzmi jak zwiastun śmierci. Intryga FINA to niczym nie poparte wywody o rzekomej "wielkiej organizacji" (którą w działaniu widzieliśmy w VALL, ale w tu Watson już nawet o tym nie pamięta), "pajęczej sieci" (do której, jak się potem okazuje, należy poza szefem dokładnie jedna wybitna jednostka), "geniuszu zła" (którego największym indywidualnym osiągnięciem jest wynajęcie pociągu) i pełna nonsensów akcja, w ramach której Holmes nie rozwiązuje nawet żadnej zagadki. Nie licząc Watsona i paru jego nieśmiertelnych słów, a także przejmującego obrazu smutnego Holmesa, który musi się z nim pożegnać, cały ten wodospad to wielka ściema, która spływa po nas jak po kaczce.
Reichenbach Falls jest jak kokon z pajęczyny, który oblepia nas stopniowo od pierwszych scen, a w finale niemal dusi. Stephen Thompson - ten najmniej sławny, ten, który dał nam do tej pory "tylko" Blind Bankera z poprzedniej serii - postanowił napisać FINA porządnie, tworząc sadystyczny wręcz i przerażająco smutny obraz. Często oglądając "Sherlocka" miałam wrażenie, że przeniesienie historii Doyle'a we współczesność, jakkolwiek błyskotliwe, skutkuje dodatkowym dystansem i ironią, nieobecnymi w wielu prostodusznych ekranizacjach "wiernych epoce". Te wszystkie przeróbki, aluzje, cytaty - jak by nie były genialne, zawsze będą jak perskie oczko puszczone do postmodernistycznego widza.

Reichenbach Falls jest zupełnie na poważnie - i jest opowiadane bezpośrednio nam, bez żadnego mrugnięcia okiem. Zwierz, który jak zawsze celnie zwrócił uwagę na mnóstwo spraw, zauważył też i to: ten odcinek wprost odwołuje się do bolączek brytyjskiej rzeczywistości, z jej absurdami, mitami i lękami. Są tu wszechwładne brukowce, których nieetyczne praktyki zwracają ostatnio coraz więcej uwagi. Nawet Watson ze swoim sławnym ale niezależnym (czytaj: biednym) blogiem jest bezsilny wobec siły rażenia irracjonalnie potężnych mediów i słusznie ostrzega przyjaciela, że te w każdej chwili mogą obrócić się przeciwko niemu. Jednego dnia pstrykają mu setne nieszkodliwe zdjęcie w tej głupiej czapce, wynoszą go na szczyty sławy i nazywają "Reichenbach Hero" (odnalezienie tego obrazu to nie tylko sposób na genialne wprowadzenie do akcji kanonicznego tytułu, ale także, być może zamierzony, piękny ukłon w stronę FINA z Jeremym Brettem).  W kolejnym numerze bardziej opłaca im się zrobić z Sherlocka oszusta, kłamcę i przestępcę. Sherlock naturalnie uznaje, że nic go to nie obchodzi, przecież opinie - opowieści... - idiotów są mu obojętne. To jego pierwszy wielki błąd. Opinie idiotów, pełne wrzasku i wściekłości Super Ekspres i Daily Mail, to życie - nawet najlepszych z nas. A Moriarty już zadbał, by Sherlock dobitnie to zrozumiał.

Są i kody komputerowe, współczesny złoty cielec. Szpitale, banki, muzea, samochody i lodówki rządzone są dziś linijkami zer i jedynek - z jaką czcią patrzymy na tych nielicznych i wtajemniczonych, którzy język ten posiedli i niczym dawni kapłani potrafią czynić cuda za pomocą tajemniczych symboli... Sam Sherlock jest skłonny uwierzyć, że aplikacja z iPhone'a potrafi otworzyć wszystkie zamki świata i wywołać ogólny Armageddon. I to jego druga porażka. Moriarty rzucił mu przynętę - wielką tłustą, efektowną zagadkę, jak mapę z ukrytym skarbem, a Sherlock połknął ją razem z haczykiem. Połknął ją też Mycroft, który, zupełnie wbrew Kanonowi, okazuje się tu najsłabszym ogniwem Sherlocka. On także w pewnym sensie dał się wplątać w wielką ściemę. Jim Moriarty naprawdę umie opowiadać bajki chętnym dzieciom.

I kiedy tak z rosnącym zdziwieniem zdziwieniem i smutkiem patrzymy, z jaką łatwością Moriarty krok po kroku osacza Holmesa i odbiera mu wszystko, opinię, sławę, nazwisko, zaufanie Lestrade'a, lojalność brata, a w końcu nawet wolność, niepostrzeżenie wpadamy w wielką pułapkę zastawioną specjalnie na nas: sceptycyzm, zakorzeniony w kompleksach. Nikt nie może być taki dobry, prawda? W każdym widzu siedzi mały Anderson, który dość już ma upokorzeń. Wydedukował, dokąd zabrano dzieci, na podstawie jednego odcisku buta? Seeeerio? Wypluwa z siebie wszystkie te dedukcje na podstawie jakiejś plamy z keczupu... a my ledwo w ogóle widzimy tę plamę. Czy ktoś nas tu nie wkręca? A współczesny inteligentny widz, który coraz boleśniej uświadamia sobie, jak bardzo i na każdym kroku manipulują nim te straszne wspomniane wyżej media, politycy i reklamy, stawia sobie za punkt honoru, żeby nie dać się wkręcić. I kiedy Moriarty umiejętnie podsuwa oczywiste, sceptyczne wyjaśnienie: Holmes tak błyskotliwie rozwiązuje zagadki, bo sam je wymyśla, a otoczenie Sherlocka rzuca się na nie jak na balsam na zranione ego, wtedy i my, stopniowo, niepostrzeżenie, zaprzeczając głośno, "bo przecież... ale... mówili, że ma być trzecia seria!", zaczynamy zadawać pytania.
W opowiadaniu jest tylko skromna wzmianka o próbach podważenia reputacji Holmesa przez brata Moriarty'ego. W Reichenbach Falls doświadczamy potęgi umiejętnego kłamstwa na samych sobie. 
I to jest przebłysk czystego geniuszu - ale nie najbardziej przejmujący.
Bo przecież skoro cały ten wielki upadek w niesławę, okrutne gry Moriarty'ego i jego domki z piernika to także i w tym FINA tylko wielka bajka dla naiwnych dzieci, to co tu jest w ogóle prawdziwe, co jest rzeczywiste, pod tymi wszystkimi fałszami?
To, co zawsze. Przecież już mówiłam. Watson. I smutny Holmes, który musi się z nim pożegnać.
Jak słusznie prawi Zwierz, Freeman kwalifikuje się do natychmiastowej drugiej BAFTY. Cumberbatch może dostać dwie na raz, bo budował tę rolę przez wszystkie sześć odcinków. Reichenbach Falls miało być o umieraniu - i jest. Bez zdrowego, postmodernistycznego dystansu, bez przymrużenia oka. Jest o ludzkim lęku przed utratą, zarówno kogoś, jak i własnego życia. I, jak jeszcze nigdy dotąd w tej serii, o miłości, w jej szczególnie pięknej odmianie. Więź Holmesa z Watsonem to samo serce Kanonu, bez niej te wszystkie przygody byłyby opowiadankami dla młodzieży o papierowym superbohaterze. Takie miłości są  szczególnie rzeczywiste, bo nie ma w nich amoku samolubnych genów, udawania kogoś, kim się tylko chce być, gierek, ulotnych namiętności, zaborczości. 
I nie ma dla Sherlocka - ale także dla nas - nic prawdziwszego, żadnego solidniejszego punktu oparcia w sypiącej się rzeczywistości niż żelazna lojalność Johna. A najprawdziwszym zagrożeniem jest po prostu śmierć przyjaciela. 
Ostatecznie i naprawdę plan Moriarty'ego opiera się na tym, że Sherlock jakoś w ciągu tych sześciu opowieści rzeczywiście stał się człowiekiem. Moriarty - czy już wspomniałam, że dla Scotta też BAFTA? - z człowieka przemienił się w pająka.
Ostateczny pojedynek między nimi byłby żywcem wyjęty z Kanonu, gdyby nie to, że Doyle nie zadał sobie trudu, by go bezpośrednio opisać. Watson odesłany pod byle pretektem. Niebezpieczna wysokość. Wojna nerwów szaleńca z socjopatą. I chociaż pozornie wydaje się, że sytuacja jest odwrócona, bo w tym FINA to Holmes został przyparty do muru, nadal to Moriarty ma mniej do stracenia.
I jeszcze jeden błysk najprawdziwszego geniuszu: cały ten Napoleon zła przegra ostatecznie, bo dopadnie go zemsta byłej.
Wierna Molly, której Sherlock nie docenia prawie do samego końca, która z wyjątkiem przeprosin nie usłyszała od niego jednego ludzkiego słowa, jest - i to właśnie dzięki temu! - jego jedynym sposobem na przetrwanie. Nie wiemy jeszcze, jak dokładnie twórcy rozwiązali odwieczny problem z FINA/EMPT (problem brzmi: "to nie trzyma się kupy!"), ale pomysł, by wielkiego Holmesa przed wielkim Moriartym ocalił największy kopciuszek całej serii szczerze mnie pewnie wzruszy, kiedy już znajdę na niego miejsce pośród wszystkich innych emocji.
To, co było do przewidzenia, pierwszy odcinek tej serii, który odebrałam bezpośrednio i osobiście - nie tylko na metapoziomie, "bo to taki wspaniały Sherlock", "bo to jest tak dobrze zrobione". Ten jest zresztą być może skonstruowany jeszcze doskonalej niż poprzednie, w czym niebagatelną rolę odegrała pewnie świetna muzyka. Ale też to pierwsza historia, w której błyskotliwe pomysły na uwspółcześnienie, zagadki i świetne dialogi zeszły w moich oczach na drugi plan. Po raz pierwszy bałam się i smuciłam naprawdę.
Jeśli coś mi się nie spodobało, to jedno: ostatnie ujęcia, z Sherlockiem przyczajonym na cmentarzu. Ale nie wiem, czy nie spodobało mi się to dlatego, że wolałabym, by jeszcze poudawali, że trzymają nas w niepewności - czy też po prostu nie da się po ostatniej scenie znieść myśli, że Watson został oszukany.
I ten smutek też jest prawdziwy.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

"Hounds of Baskerville". Wierny "Pies..."!

To był najlepszy, jak dotąd, odcinek z obu sezonów "Sherlocka" BBC - a to pewnie będzie moja pierwsza opinia o tym wspaniałym serialu, która wywoła kontrowersje.
Czytałam* już sporo komentarzy w rodzaju "nie no, w sumie też fajne..." i zupełnie im się nie dziwię. W kategorii "film detektywistyczny dla szerszej publiczności" żaden "Pies..." nigdy nie będzie miał szans w pojedynku z dynamicznymi mieszankami kryminałów, szpiegowskich intryg i pojedynków z kultowymi postaciami Holmes-świata.

Ale ja nie jestem normalną publicznością, tylko maniaczką Sherlocka Holmesa, a to jest to najwspanialszy "Pies..." w historii wielkiego i małego ekranu. Co prawda, konkurencja imponuje raczej ilością (Rathbone, 2 Cushingi, Brett, Frewer, Roxburgh, 5 innych, o których akurat zapomniałam i 20, o których w życiu nie słyszałam i pewnie nie chciałabym słyszeć) niż jakością, ale właśnie dlatego osiągnięcie Gatissa zupełnie poważnie odebrało mi oddech. Tego się nie da dobrze zekranizować. Holmesa przez większość czasu nie ma. Bagno jest wdzięcznym obiektem romantycznych opisów Watsona, ale na ekranie wygląda potem jak mało ekscytujące błocko. Potwór jest z gatunku takich, które straszne są głównie wtedy, gdy wyobrażamy je sobie przy lampce nocnej. Pokazany - wypada żałośnie. Intryga jest nawet niezła, ale po stu latach już wszyscy wiedzą, jak to było. No i, serio, kto w XXI wieku przestraszy się "śladów wielkiego psa" ?!
Nie wiadomo, skąd Gatiss wziął odwagę, żeby mimo wszystko zmierzyć się z HOUN - ale za to, co z nim zrobił, mogę mu od dziś codziennie osobiście pastować buty. 
Wiadomo tylko, że jako holmesolog musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tych starych kłopotów i pewnie dlatego z nadludzką zwinnością udało mu się ominąć wszystkie bagienne pułapki - choć musiał wprowadzić do akcji również inne zwierzęta...




SPOILERY. DUŻE!



Holmes wyjeżdża i ludzie się nudzą, patrząc na Watsona? A czemu nie miałby wygłosić cytatu z Kanonu o ważnych sprawach i wysyłaniu Watsona, a potem przestać się wygłupiać? Bagno jest nudne? Zróbmy z tego las z czarcim jarem i autentyczne pole minowe przed wojskową bazą. Na pewno nie będzie mniej nastrojowo (oj, nie jest!). Potwór straszy tylko w wyobraźni? To niech i tam pozostanie! Pokażmy strach, pokażmy terror, pokażmy szaleństwo... ale pamiętajmy, że, jak powiedział Brett-Holmes w Eligible Bachelor, "there are no such horrors as the horrors of the mind". To nie jakiś kundel przyprawia ludzi o obłęd ze strachu, tylko ich własny umysł, poddany eksperymentom. Co więcej: to jest sam Kanon. Przecież ACD sugerował wyraźnie, jak ważną rolę odgrywało bezustanne podsycanie lęku Baskerville'ów przed starą legendą. Pamiętają, że to Stapleton? To niech tym razem nazwisko to nosi bezwzględna morderczyni fosforyzujących królików. Kanalią będzie kto inny. Nie będą się bali "śladów wielkiego psa", już choćby dlatego że samo zdanie "Mr Holmes, they were the footsteps of a gigantic hound" (ukochany przez sherlockistów cytat wszechczasów) brzmi dziś staroświecko? Obróćmy słabość w siłę. Niech Sherlock się nim zachwyci. Niech każe je powtórzyć - tu holmesiści będą już autentycznie ryczeć z zachwytu. Niech z jego powodu postanowi zająć się tą sprawą i niech wreszcie to właśnie zdanie i ten staroświecki "Hound" stanie się kluczem do całej, upiornej intrygi. Paradoksalnie niemal: o wiele bardziej realistycznej niż w dotychczasowych odcinkach. Podobne - koszmarne -  badania naprawdę miały miejsce. Ludzie naprawdę próbują zmajstrować fosforyzujące króliki. I gdyby tylko ktoś w jakiejś zabitej dechami dziurze zwęszył szansę na znęcenie turystów legenda o koszmarnym pas-kundlu, to z całą pewnością następnego dnia pierwszy dostępny, szczekający czworonóg zostałby ucharakteryzowany na potwora Frankensteina i byłby pokazywany za odpowiednią opłatą.



KONIEC SPOILERÓW

Efekt? "Hounds of Baskerville" są zarazem jedną z najwierniejszych i jedną z najśmielszych ekranizacji HOUN. Ale ten film, w odróżnieniu od innych "Psów...", ogląda się w napięciu od początku do końca.
"Psy..." Gatissa podobały mi się najbardziej ze wszystkich tych BBC-perełek także dlatego, że to "najprostszy" epizod. Nie ma tu, jak zauważył także Zwierz (którego recenzję podlinkuję jeszcze raz na końcu - nasze wrażenia były pod wieloma względami identyczne!) typowych dla Moffata fajerwerków i fabularnych efektów specjalnych. Tej prostoty, charakterystycznej dla opowiadań naszego kochanego Doktora, chyba trochę mi brakowało w porzednich odcinkach, które są takie nowoczesne, zamotane, szybkie, pękające od wątków i wymyślnych dialogów. Może się starzeję, ale potrzebuję więcej czasu na pełne przeżycie emocji i wejście w historię. Tu, na przykład, znalazło się dość scen, by wspaniale dawkować napięcie w wątku biedaczka Henry'ego, czyli naszego kochanego Alonsa (patrz: przedostatni post z przypisem). Jeszcze nigdy przedtem autentycznie nie bałam się o tego bohatera HOUN.
"Psy..." dają także Sherlockowi i Johnowi troszkę więcej czasu na świadome rozwijanie ich relacji. Tym razem zresztą i Cumberbatch i Freeman dostali wielkie pole do aktorskiego popisu i oni już wiedzieli, jak je wykorzystać.



MAŁE SPOILERY

Sherlock jest wspaniały w scenach manii i paniki. To po prostu on, Holmes z Kanonu, na drugim biegunie depresji (w sprawie Holmesa-ChADowca więcej w postach oznaczonych tą etykietą). Zakrwawiony, z harpunem w ręce, rozdygotany, wściekły, błagający o sprawę, o jakikolwiek ochłap, który mógłby cisnąć na pożarcie swojemu rozszalałemu umysłowi. Nie: podekscytowany. Nie: zabawnie gadatliwy, jak Downey. To jest prawdziwa mania, gonitwa myśli, nieznośne, wyczerpujące, pożerające napięcie.
I to jest prawdziwe przerażenie. Mało kto pokazał nam kiedykolwiek porządnie przestraszonego Holmesa, prawda? A to jest przecież - tak jak w Kanonie! - opowieść, w której Sherlock przez cały czas walczy o odzyskanie kontroli, nad przestępcą, ale i nad sobą. Jest poza swoim naturalnym środowiskiem - Londynem - i mierzy się ze sprawą, którą ze wszystkich sił stara się wyjaśnić w racjonalny sposób. Holmes nie może sobie pozwolić na najmniejsze zwątpienie w światło rozumu (i zdrowego rozsądku), to byłby jego koniec. Cumberbatch pokazuje nam to wstrząsająco dobitnie. Co ciekawe - i wspaniałe - wydaje się, że wizja utraty przyjaźni Watsona wywołuje w nim podobną panikę. Przez moment Sherlock chwyta za serce swoją nieporadnością w relacjach międzyludzkich... ale po chwili znowu wkurza bezczelnym eksperymentem na przyjacielu. Cały Holmes.
Watson... Watson nigdy nie był lepiej napisany ani zagrany. U Zwierza znajdziecie - między innymi - wspaniały gif, który pokazuje, jak nasz doktor potrafi przeobrazić się nagle w wysokiego rangą oficera. Potrafi też pięknie się fochać, z cudownym dystansem podchodzić do narcyzmu Sherlocka, z troską - do jego szaleństwa no i, co najważniejsze, jest wymarzonym partnerem. Każdy sherlockista zachwycony będzie sceną przeniesioną prosto z BLUE, w której Holmes usiłuje wyłudzić informacje pod pretekstem lipnego zakładu, a Watson musi błyskawicznie odnaleźć się w tej sytuacji.

KONIEC MAŁYCH SPOILERÓW

A na sam koniec: to, że nie było fajerwerków, nie oznacza, że brakowało charakterystycznych dla tej serii smaczków. Niezapomnianych min Mycrofta. Scen, w których fan Sherlocka wyraża rozczarowanie, że detektyw nie ma "tego kapelusza"... Korespondencji od niedoszłych klientów. Fantastycznych dedukcji, których, co naprawdę zadziwiające, twórcy w ogóle nam nie żałują. Jeszcze nigdy nie było takiej ekranizacji Sherlocka, w której włożono by tyle pracy w dopieszczanie jego rozumowań...
Nie chcę kończyć tej recenzji. Nie chciałam, by kończył się ten cudowny, najlepszy z możliwych HOUN, przedostatni już odcinek w króciutkim sezonie "Sherlocka".
A już na pewno nie chcę oglądać tego, TEGO Watsona, gdy dowie się, że Holmes spadł w otchłań Reichenbach.

Możemy się pocieszać, że "pewnie kiedyś zrobią następny sezon", że "można obejrzeć przecież inne EMPT". Za tydzień czeka nas emocjonalna jatka.


---
*Stali Czytelnicy pewnie są zdziwieni, skąd ten pierwszosobowy coming out Sherlockisty. To proste: szykuję uroczysty nastrój przed recenzją z "Reichenbach Falls". Przecież nie napiszę "Sherlockista się zryczał"!

środa, 4 stycznia 2012

"Scandal in Belgravia". BBC Sherlock, season 2, episode 1. Po polsku: odlot!

[Można czytać spokojnie, nie ma żadnych nowych spojlerów.]

Pierwszy sezon Sherlocka z XXI wieku, Sherlocka uwspółcześnionego, przeniesionego w inną epokę, z wyrazistą obsadą i bardzo śmiałymi rozwiązaniami fabularnymi, powinien był wywołać kontrowersje i ambiwalentne uczucia. Tymczasem, ku radosnemu zdziwieniu Sherlockisty, otoczył go bez mała kult, i to zarówno ze strony hardkorowego Holmesowego fandomu, jak i zwykłych wielbicieli seriali detektywistycznych, którzy na myśl o Kanonie dyskretnie tłumią ziew.
Musi ShK wyznać, że choć oficjalnie w blogu tryskał entuzjazmem, w skrytości serca na myśl o kontynuacji odczuwał dreszcze obawy. Czy chłopcy dadzą radę? Czy udźwigną? Czy nie zepsują? - a stawka jest niebagatelna, bo podobnego rozkwitu nie zaznał wspomniany sherlockistyczny fandom od czasów Jeremy'ego Bretta i mamy szansę zostać świadkami narodzin kolejnej wielkiej legendy i wielkiego cyklu. Każda wtopa mogłaby przynieść niepowetowane straty - zdechnięcie oglądalności, brak zamówienia na kolejny sezon i szansy na poprawę, a w konsekwencji również wygaszenie mody na Holmesa. I kolejne dwadzieścia lat bryndzy, Richardów Roxburghów (brrrr) i innych Mattów Frewerów (auć). Pierwszego stycznia targał zatem Sherlockistą, obok noworocznego kaca, także stres.
Moffat, Gatiss, Cumberbatch, Freeman i reszta Ekipy ukoili  nerwy ShK około trzeciej minuty projekcji. Przez kolejne 87 nie myślał już Sherlockista o niczym niezwiązanym z akcją, a jeśli dawał wyraz refleksjom o charakterze ocennym, to miały one postać głównie nie do końca artykułowanych, za to ekspresywnych okrzyków "ale czad!".
Jeśli zaś wahał się co do treści recenzji, to głównie w kwestii kolejności zachwytów. Po namyśle jednak...
po pierwsze chciałby powiedzieć, że Cumberbatch jest wspaniały. Dostała mu się rola trudniejsza niż w poprzedniej serii, wiele emocji do wygrania, wiele złożonych relacji, w których wspaniale potrafił się odnaleźć - nie tylko z Irene Adler, ale również z Johnem i Mycroftem, a nawet z biedną Molly Hooper. I dał popis.
Po drugie, sprawę ułatwili mu oczywiście scenarzyści. Sherlockista do tej pory myślał, że tylko Bert Coules (także z BBC) bezbłędnie wyczuwa, jak pisać Holmesa, jakie słowa wkładać mu w usta i jakie zachowania, kiedy pozwalać mu ujawnić odrobinę emocji, a kiedy podkreślić, jak mocno odbiega od społecznej normy. Moffat z Gatissem radzą sobie może nawet jeszcze lepiej. Oni po prostu robią wszystko dobrze. Właściwie. Jak powiedziałby Mozart z "Amadeusza" Formana: jest dokładnie tyle nut, ile trzeba. Tyle współczesnego luzu i tyle bezpośrednich cytatów, by Holmes brzmiał zarazem kanonicznie i naturalnie. Tyle dedukcji (świetnie i zabawnie pokazywanych na ekranie) i tyle towarzyskich wpadek, ile zaliczał ich Sherlock ACD. Tyle akcji (łącznie z absolutnie cudowną sceną defenestracji!) i tyle snucia się po domu (oraz pałacu Buckingham) w prześcieradle; tyle skrzypiec... a właśnie...
Po trzecie, ach, te skrzypce...
Czy Czytelnicy pamiętają może jedną z najczulszych notek w historii Sherlockianów, tę o PLOSH (Private Life of Sherlock Holmes)? To był ten oburzający film o Holmesie, miłości i smutnych skrzypcach, którego żaden szanujący się sherlockista by nie zniósł, gdyby zarazem go nie kochał, i którego niech nikt nigdy nie waży się naśladować. Oczywiście nikt oprócz ekipy BBC. Sherlockista nie wie naturalnie, na ile nawiązania do PLOSH były zamierzone, a na ile nasunęły się same na skutek podobieństw fabularnych, ale, o rany no, są naprawdę okropnie wzruszające. Także same w sobie. Nie znaczy to na szczęście, że jest to jednak wbrew obietnicom romansidło.
Po czwarte bowiem, Irene Adler jest dokładnie tą osobą, którą by była, gdyby nasza droga śpiewaczka i awanturnica z wieku XIX urodziła się sto lat później. Lara Pulver spisała się świetnie, ale jeszcze lepiej spisał się Moffat.
Wielbiciele "Sherlocka" mogli tego jeszcze nie zauważyć, ale fani drugiego słynnego dziecka Moffata, nowych serii Doktora Who, już wiedzą, że autor ten ma słabość do silnych postaci kobiecych. W fandomie whovistów jednym z ważnych punktów sporów jest to, czy Moffat nie przesadził, wprowadzając do fabuły postać żony Doktora, która jest tak barwna, tak wszystkowiedząca i tak we wszystkim oblatana (dosłownie! ona wie lepiej jak kierować samą TARDIS!), że przyćmiewa głównego bohatera. Można było się obawiać, że także Adler okaże się trochę przerysowana. Ale i ten niepokój okazał się nieuzasadniony. Irene jest wspaniałą, naprawdę godną przeciwniczką, jednak ilekroć wydaje nam się już, że Sherlock dał się podejść jak dziecko, tylekroć scenariusz funduje nam nowy zwrot akcji. Wszystkim, którzy wciąż nie mogą przełknąć superwoman Adler, Sherlockista uprzejmie przypomina, że w opowiadaniu to ONA wygrała :)
Po piąte, nie chciałby Sherlockista Was zanudzić achami i ochami na temat aktorów, ale nie da się pominąć Johna, a zwłaszcza Mycrofta. Hobbit po prostu trzyma formę, Mycroft jednak rozwinął się bardzo i wykorzystuje w pełni dłuższy czas ekranowy. Jego minę na widok Sherlocka w prześcieradle nazwałby Sherlockista 'bezcenną', ale jakie zachwyty pozostałyby mu wtedy na opisanie bardziej dramatycznych momentów w wykonaniu Gatissa?
Po szóste i ostatnie, twórcy nie bali się niczego. Nie bali się nakręcić Sherlocka z papierosem (za co jest im ShK osobiście wdzięczny, niewiele rzeczy budzi w nim tyle odrazy, co współczesny faszystowski prozdrowotny terror), nie bali się pokazać gołej kobiety przed 21 (za to, naturalnie, zgarniają baty od pruderyjnych recenzentów, ale tego rodzaju pruderia budzi w ShK bodaj jeszcze większą odrazę), i nie bali się wreszcie spisać na nowo aż kilku Kanonicznych przebojów. Dosłownie! Zajrzyjcie na blog Watsona, a znajdziecie zapiski z paru spraw, których "zajawki" pokazują nam na początku odcinka. "Speckled Blonde" i "Geek Interpreter" (to nie są literówki) to błyski Moffatowo-Gatissowego geniuszu. Za (uwaga! kto nie oglądał jeszcze filmu niech tam pod żadnym pozorem nie wchodzi, bo zepsuje sobie moment najczystszej holmesologicznej radości :)) wycinki prasowe pod tytułem "Hat-man and Robin" wybacza ShK całej ekipie wszystkie wpadki na dziewięć odcinków w przód.
A oby było ich jeszcze więcej.
Jeśli coś może Sherlockista zarzucić temu SCAN, to dotyczy to dialogów z Adler. Może trochę za bardzo wyeksponowane są prowokacje i aluzje seksualne? Momentami niby to śmiałe wypowiedzi Irene brzmią raczej komicznie niż ekscytująco. Poza tym, można by odrobinkę przerobić montaż. Z początku gubimy kilka miesięcy życia Sherlocka i nie jest do końca jasne czemu ani w jaki sposób, pod koniec troszkę zaczynamy tracić ciągłość w śledzeniu głównej intrygi. Ale to naprawdę czepialstwo, które ma raczej uwiarygodnić Sherlockistę w roli odpowiedzialnego recenzenta i zatuszować fakt, że w istocie jest po prostu pijanym z rozkoszy fanem ;)
Na szczęście, nie jest ShK w swojej radości odosobniony - zarówno Telegraph, jak i Den of Geek opublikowały recenzje, które aż wzruszają stężeniem zachwytu.
Bo i tak naprawdę, to porządnie wkurzają w nowym Sherlocku tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce legalnie dostępny jest tylko za ciężkie pieniądze.
A po drugie, jak ja mam po Czymś Takim iść i z życzliwą obiektywnością oglądać w czwartek jakiegoś Ritchiego???
P.S. Uwaga - w komentarzach już są spojlery!

środa, 21 grudnia 2011

Trailery Sherlocka BBC 2! Tak, jest straszny kundel! I jeszcze straszniejszy Moriarty.

Na początek, upajający koktail z wszystkich trzech epizodów. Prawda, że "a monstrous hound" brzmi wspaniale w ustach Cumberbatcha?




A tu zajawka Psa - Tego Diabelskiego Psa, którego jeszcze nikomu nie udało się dobrze nakręcić. Może tym razem?




Czy "He's back!" oznacza, że wrócił ON on, niezrównoważony Jim? Trailer wykorzystuje materiał z pierwszego i trzeciego odcinka. Tak, Sherlockista też się trochę tego - i w ogóle trójki - boi...




No i wreszcie: sam Jim... ląduje w więzieniu... razem z Sherlockiem... ?




A na koniec, może ktoś jeszcze nie widział fragmencików nowego wspaniałego SCAN?
Oto pierwszy:


I drugi:



Sherlockista właściwie ma ochotę wydać z siebie tylko jakiś długi entuzjastyczny okrzyk. Absolustnie wszystko wskazuje na to, że druga seria będzie co najmniej równie dobra jak pierwsza. Co najmniej! I, uwaga, przypomina ShK, że cała ta uczta dla osób, które potrafią zdobyć brytyjskie IP legalnie dostępna będzie prawdopodobnie już 1, a najdalej 2 stycznia! (Tak rok temu działał bbc iplayer, czyli striming na stronie naszej ulubionej brytyjskiej telewizji.

sobota, 17 grudnia 2011

Game of Shadows - pierwsze recenzje, Sherlock 2 BBC, Cumberbatch contra Downey i inne ploteczki...

Dziś notka podsumowująca ploteczki i pierwsze refleksje krytyczne na temat dwóch wyczekiwanych Holmesowych produkcji.
Sherlock Holmes: A Game of Shadows, które  u nas zawita dopiero w urodziny Sherlocka, 6 stycznia, na Zachodzie zbiera już pierwsze recenzje. Takie... takie średnie, ale nie w pejoratywnym sensie tego słowa. W zasadzie, Sherlockista w ogóle nie jest zaskoczony.
Na plus zapisują nowemu Sherlockowi Ritchiego tempo akcji, ale też coś, na co Sherlockista się szczerze cieszy, czyli radość, humor, polot i klimat chłopięcej wyprawy dwóch przyjaciół-awanturników. To może być całkiem sympatyczne i może nawet uratować ten film - przynajmniej w oczach ShK.
Wszyscy doceniają fakt, że Holmes i Watson, chociaż skandalicznie, zdaniem większości krytyków, różni od literackiego pierwowzoru, są przynajmniej wyraziści i koncentrują na sobie uwagę. To pewnie dobrze.
Na minus: to, czego od początku się obawialiśmy. Wybuchy, chaos, popisówy i afekciarstwo. Nie do końca składna fabuła, w której Moriarty'ego jest za dużo - a, jak trafnie zauważył jeden z recenzentów, nie przypadkiem sam Doyle chował go w cieniu, by pobudzić wyobraźnię - podczas gdy Sim, postać grana przez Noomi Rapace, jest trochę za mało. Sama Noomi wyraziła żal, że nie pozwolono jej więcej pobawić się nożami, co może sugerować, że nie jest to kreacja szczególnie złożona. Irene Adler pojawia się ponoć tylko po to, by była. Stephen Fry jakoś nie zasłużył na zbyt wiele wzmianek, co szczerze ShK zaniepokoiło. Ekipa nie pozostawia złudzeń, że film był realizowany według precyzyjnie zaplanowanego scenariusza - przeciwnie, wyznaje rozkosznie, że dialogi i sceny rodziły się w większości na planie. Nie brzmi to zachęcająco. Nie ma też żadnych jasnych pomysłów na przyszłość. Zupełnie bez żenady informuje się nas, że zależy to od ilości sprzedanych biletów. Sherlockista wolałby, żeby Ritchiemu chociaż chciało się kłamać, że obmyślił elegancki pomysł na trzy spójne filmy, na rozwój postaci, na intrygi...
W dodatku, okazuje się, że nawet wszystkie obiecane europejskie krajobrazy - Paryże i Alpy - zostały zrekonstruowane w samej Anglii, co jednak jest pewnym rozczarowaniem.
No i na koniec, nieuniknione: kompletna masakra z ACD, zarzut, który pojawił się już po pierwszej części, a teraz wypowiadany jest z jeszcze większą zjadliwością. Sherlockista bronił Downeya i Ritchiego dwa lata temu i chociaż boi się, że nie da rady sam przed sobą wybronić ich po sequelu, to jednak przypomina nieśmiało, że ludzi, którzy wylewają żółć na amerykańskich barbarzyńców, przeważnie płaczą po "Holmesie - kanapowym detektywie" i wyrażają zdziwienie, a nawet oburzenie faktem, że Downey żwawo biega i "nie mógłby mieć grama tłuszczu" (autentyk!). Jednym słowem: mylą Sherlocka z Mycroftem, ewentualnie z Poirotem Agathy Christie (z najwspanialszym pod słońcem Davidem Suchetem) - co bierze się z różnych niefortunnych ekranizacji ACD, w których Holmesa grali zasuszeni staruszkowie w rodzaju Christophera Lee pod koniec kariery czy późnego Cushinga, a Watsona dziadzio Bruce. Bierzmy więc na to poprawkę. Dla tych ludzi Brett przeskakujący przez kanapę byłby szokującym przeżyciem (i Sherlockista wie to z własnego doświadczenia - sam czuł się zupełnie wstrząśnięty, gdy nieopierzonym zupełnie jeszcze holmesolożęciem w kolebce będąc, po raz pierwszy zetknął się z Sherlockami prawdziwymi). Nie traćmy więc nadziei...


...zresztą, czym jest najstraszliwszy nawet Ritchie wobec powrotu Sherlocka BBC :)
Tu, dla odmiany, każda kolejna informacja jest coraz bardziej uspokajająca. W pierwszym odcinku, tym z Irene Adler, będzie wprawdzie miłość, ale nie będzie zakochanego Sherlocka (uff). W drugim będzie groza. W trzecim będzie mnóstwo emocji - i prawdę mówiąc, Sherlockista już je trochę odczuwa (no bo a jak go jednak zrzucą i nie zrobią kolejnej serii...). Wiadomo to z wywiadu z Benedictem Cumberbatchem (szczegółowych zapowiedzi BBC Sherlockista nie czytał, bo nastraszyli go, że są tam spoilery), który wyznał ponadto, że odkąd gra Sherlocka, stara się bawić w detektywa i dociekać w pociągu, skąd jego towarzysze podróży mają błoto na butach, albo kim mogą być z zawodu. Jest to tym bardziej urocze - i znaczące - że Downey w odpowiedzi na analogiczne pytanie odparł rozkosznie, że sam nie mógłby być detektywem i że woli być "twórczy". I to właściwie nam wystarczy, by wiedzieć o obu produkcjach wszystko, prawda?
ShK nie wyglądał końca grudnia z taką niecierpliwością odkąd skończył 7 lat...

P.S. Kto jeszcze nie był, temu przypomina Sherlockista, że można zobaczyć Benedicta na rozgrzewkę w "Szpiegu" (Tinker Tailor Soldier Spy). Sam film budzi mieszane uczucia, bo, z całym szacunkiem dla stylizacji, wypieszczenia, klasycznego ducha, etc., etc., jak bardzo refleksyjne, poetyckie i powolne może być kino w gruncie rzeczy jednak szpiegowskie?! Ale role Cumberbatcha i zwłaszcza jego filmowego zwierzchnika, Gary'ego Oldmana, są naprawdę wspaniałe i rozkosz przynosi widzowi samo oglądanie tak świetnej obsady (w tym także wspaniałego jak zawsze Colina Firtha i czarnego charakteru z poprzedniego Ritchiego, Marka Stronga), zgromadzonej w jednym miejscu.

wtorek, 22 listopada 2011

O tym, czego nie ma i czego też nie ma: debata i BBC Study in Pink, jakiego nie znacie

Sherlockista spóźnił się mocno z relacją z sherlockistycznej debaty, co mogło wzbudzić podejrzenia Czytelników, że nic szczególnego się nie wydarzyło. Słuszne to podejrzenia.
Debatę w odczuciu Sherlockisty odrobinę zepsuły kłopoty techniczne (kapitan jednej z drużyn nie został wpuszczony przez system i prezentacji argumentów dokonał za niego prowadzący całą debatę...) a już bardzo, ale to bardzo: fatalna prezentacja jego, Sherlockisty ekipy, czyli Tradycjonalistów.
ShK zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli pytamy o to, kto najlepiej przyczynia się do rozkwitu holmesowego dziedzictwa w perspektywie przyszłości, to BBC-Sherlock będzie miał żelazne argumenty. Przed debatą miał zresztą przygniatającą przewagę - 52 głosy. Wyobrażał sobie jednak, że argumenty te może odrobinę nadgryźć ekipa Warner Bros. (w końcu film jest jeszcze bardziej popularny niż serial), a także drużyna, którą osobiście popierał. W końcu gdyby nie klasyczne adaptacje 20 w., a zwłaszcza Brett, to z pewnością dziedzictwo to nie byłoby zachowane w tak dobrej kondycji, już nie wspominając o tym, że czym innym jest przechowanie Sherlocka w masowej pamięci jako superdetektywa i idola, a czym innym popularyzowanie samego ACD, razem z gazowymi latarniami, powozami, sentymentalnym obrazem wieku XIX i Watsonem-dżentelmenem.
Drużyna BBC-Sherlocka, mimo irytujących Baker Street Babes na czele, zaprezentowała się zgodnie z oczekiwaniami fantastycznie, eksponując trafnie wszystkie zalety serialu, jego zaskakującą wierność mimo uwspółcześnienia realiów, aktualność, nowoczesność, popularność i, po prostu, dobrą jakość.
Drużyna filmowa zrobiła co mogła, wskazując na to, że Ritchie potrafił zachwycić masową publiczność nową, nieco podkręconą wersją Sherlocka osadzonego wciąż jednak jakoś tam w czymś, co z daleka może wyglądać jak amerykański pogląd na to, jak mógł wyglądać wiek dziewiętnasty. Burt Wolder, kapitan owej drużyny (z ramienia podcastu I hear of Sherlock...) pokusił się nawet o przedstawienie niezwykle imponującego wykresu, który pokazywał, jak oglądalność Sherlocków wzrastała gwałtownie w okresach, w których pokazywano adaptacje utrzymane w epoce (i malała wówczas, gdy na przykład Rathbone z Bruce'em kręcili potworki o Sherlocku w Waszyngtonie i tym podobne).
Drużyna trzecia - to, jak wspomniał Sherlockista - rozczarowanie na całej linii. Prezentacja ta, czytana niestety przez organizatorów, była w zasadzie zbiorem refleksji różnych członków ekipy, które w większości mówiły mniej więcej tyle, że, no kurczę, jakoś tak głupio, jak ten Holmes poza swoją epoką jest pokazywany... i że chyba Sherlock w XIX w. to wierniej i fajniej... i że XIX-wieczny Londyn jest wierniejszy i fajniejszy... Autorzy ewidentnie nie wzięli pod uwagę, że taka "strategia" argumentacyjna pracuje również na rzecz filmu Ritchiego i nie zadali sobie trudu, by zdobyć się  na jakiekolwiek konkretne przykłady udanych adaptacji utrzymanych w epoce (a z filmów z Brettem można by wyciąć stosy wspaniałych typowo dziewiętnastowiecznych momentów). Nie wspomnieli też o zasługach klasycznych adaptacji dla podtrzymania tradycji i w ogóle zamiast na podkreślaniu zalet przebrzmiałych już jak widać sław holmesowego świata, skupili się na promocji strony jednego z członków drużyny...
Po tych prezentacjach nadszedł czas na dyskusję, w której wszyscy radzili sobie nieźle, ale też i pytania były stosunkowo przyjazne. A to, jak obejść (wydumany przez współczesnych faszystów z działu cenzury, zdaniem Sherlockisty) problem pokazywania Holmesa z używkami, a to o wątek homoseksualny... takie tam typowe holmesowe świergolenie. Bardzo miłe, ale zupełnie niekonkluzywne. (Ani Shk ani Czytelniczce, których wymianę zdań na żywo można zresztą poczytać na fan-stronie Sherlockianów, nie udało się niestety zmieścić z własnym pytaniem).
Sherlockista był więc naprawdę i szczerze zdumiony wynikami debaty:
A konkretnie faktem, że aż tyle osób zmieniło zdanie (!) i dopiero po debacie wybrało opcję "Niezdecydowany". Sherlockista wahał się tylko, czy głosować wciąż na to, co w sercu swoim uważa za najlepsze dla Holmesa, czyli Drużynę 3, czy uszanować tego, kto bezwzględnie najskuteczniej przedstawił swoje racje w debacie (Drużyna BBC). Czemu inni uczestnicy zmienili zdanie tak, jak zmienili, a zwłaszcza już czemu zarówno odpłynęli zarówno od ekipy BBC jak i od ekipy filmowej (która zaprezentowała się całkiem przyzwoicie i nie powinna była nikogo zniechęcić) - tego ShK nie pojmuje w ogóle. Bo - co jest wnioskiem końcowym organizatorów - że Debata pokazała wyraźnie, jak wspaniały, zaskakująco zwarty, liczny i zdeterminowany jest fandom nowego Sherlocka BBC, to Sherlockisty nie dziwi wcale. Bardzo dobrze! Przypomniał sobie dziś ShK The Great Game i zachwycił się od nowa :)

***

A skoro mowa o Sherlocku BBC, to obiecane w tytule nowe, nieznane wcielenie poznał Sherlockista przypadkiem, dzięki pewnemu doniesieniem, które otrzymał już jakiś czas temu. Wyczytał mianowicie, że w Seulu furorę robi musical na podstawie ACD, obejrzał zdjęcie:














...i jako wielki wielbiciel nie tylko Holmes-musicali (o tym wciąż czeka Czytelników kiedyś wielka notka), ale i faktu, że na Dalekim Wschodzie Sherlock czczony jest co najmniej jak Chopin, zapragnął nad życie wysłuchać chociaż fragmentu. Fragmentu, niestety, się nie doguglał, ale za to...



...przecież to brzmi, jak gdyby Cumbi się w Seulu urodził... :D

sobota, 1 października 2011

BBC-Sherlock po polsku! Tego nie wolno przegapić!

Powiedzcie wszystkim, którzy jeszcze nie widzieli. Zaciągnijcie przed telewizory każdego, kto twierdzi, że Sherlock Holmes to ramota z dziewiętnastego wieku! Zadzwońcie do tych szlachetnych, którzy wciąż jeszcze naprawdę fantastycznej produkcji BBC z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem nie oglądali - bo mieli opory moralne, finansowe lub językowe. Powysyłajcie maile i linki do sympatyków kryminalnych seriali, niech wreszcie zobaczą coś naprawdę dobrego. Wsuńcie sympatycznym sąsiadom kartkę pod drzwi a na kartce napis:

UWAGA

JUTRO, W NIEDZIELĘ, o 19, NA BBC ENTERTAINMENT DAJĄ PIERWSZY ODCINEK I SERII NOWEGO SHERLOCKA!!!

Gdyby ktoś Was pytał, dlaczego koniecznie trzeba Sherlocka obejrzeć, możecie zawsze podlinkować recenzje z Sherlockianów (z pierwszych dwóch odcinków i finału ) ;)... albo ze dwa tysiące innych peanów na temat tego serialu, które wiszą w najprzeróżniejszych kątach Sieci.
Z przekonywaniem nie powinniście mieć większego problemu, podobno, jak twierdzi stacja BBC Entertainment, która zleciła jakowej badania w tej sprawie - obok uroczego detektywa Monka - Sherlock Holmes jest ukochanym detektywem Polaków (prowadzą przed m. in. porucznikiem Columbo oraz agentami z Archiwum X :D).


P.S. Tylko uprzedźcie ich, że to się będzie działo w XXI wieku... Gdyby ktoś Wam jojczył, że chce "hansom cabs", powiedzcie, że londyńskie taksówki nie są wcale gorsze i że naprawdę się przekona ;)

piątek, 23 września 2011

Sherlock BBC przenosi się do Polski a w Ameryce robią nowego i inne historie...

... Sherlockista właśnie wrócił z ostatniej już długiej podróży tych wakacji i tym razem ma za swoje. Przegapił całkiem sporo mniejszych i większych wydarzeń naszego holmesologicznego świata, w tym jedno takie, że ma ogromne wyrzuty sumienia (rocznica śmierci Jeremy'ego Bretta - 12 września) i jedno takie, że może wolałby dowiedzieć się o tym jeszcze później (CBS... ale to będzie za chwilę).
Rocznicę wspaniale uczciła za to pewna włoska zamożna fanka wielkiego i zarazem kochanego Jeremy'ego, fundując stypendium jego imienia, dla studentów londyńskiej szkoły aktorskiej (Central School of Speech and Drama), w której kwalifikacje zdobywał sam Brett (ur. Huggins). O Brettcie, najulubieńszym swoim i najdroższym Sherlocku pisuje ShK dużo i czule, więc może się ostatecznie czuć usprawiedliwiony.

Zdąży też jeszcze przypomnieć wszystkim sto razy - i podręczyć Czytelników, by oni też wszystkim bliskim swoim Sherlockiem zainteresowanym przypominali - że od 2 października polskie BBC Entertainment będzie nam pokazywało genialnego BBC-Sherlocka Moffata i Gatissa. Rozgłaszajcie tę wieść, zachęcajcie znajomych, niech wszyscy się przekonają, jak wspaniale odnajduje się symbol ery dorożek i gazowych latarni w Londynie, w którym nikogo już nie stać na palenie fajki. Propagujcie Sherlocka BBC tym bardziej, że nadchodzą tak zwane ciekawe czasy - i Sherlockista mówi to dokładnie takim samym tonem, jakiego użyłby w tej sytuacji Pratchettowski Rincewind...

Ciekawe czasy zamierza zafundować nam amerykańska telewizja CBS, która postanowiła przyrządzić nowego Sherlocka Holmesa w wersji uwspółcześnionej. Czyli zrobić Moffata po swojemu. Będą to pichcić Sarah Timberman i Carl Beverly (jeśli ktoś z Czytelników zna np. "A Gifted Man", to ShK serdecznie prosi o komentarz w sprawie talentów twórców). Właściwie niewiele jeszcze na ten temat wiadomo, tyle tylko, że prawa kupione i scenariusz zamówiony (u Roba Doherty'ego), ale Sherlockista nie jest przekonany do tego pomysłu. Wszyscy komentatorzy podkreślają, że nie ma szczególnego sensu robić kolejnego uwspółcześnionego Sherlocka, bo i tak nie będzie lepszy niż Moffat (Moffat, nawiasem mówiąc, zgarnął kolejne nagrody, tym razem na TV Choice Awards; żeby było śmieszniej, wygrał zarówno kategorię "New Drama" - Sherlockiem, jak i "Family Drama" - Drem Who). Naturalnie trzeba zrozumieć, że Amerykanie mają po prostu taką potrzebę, żeby wszystkie fajne rzeczy z Europy przerabiać na "po swojemu" (patrz: casus "Millenium"), ale Sherlockista przypomina sobie dokładnie jeden taki przypadek, gdy zrobili to lepiej. Ktokolwiek widział "Queer as Folk" w wersji brytyjskiej i w wersji amerykańskiej, ten może potwierdzić. Ktokolwiek je widział, wie też, że w punkcie startowym Amerykanie po prostu przepisali żywcem znaczne partie scenariusza i potem dopiero historia rozkwitła im pod palcami (także dzięki absolutnie fantastycznie dobranym aktorom). Podsumowując: nie wiadomo, czy wyjdzie z tego coś dobrego. Wprawdzie amerykański odłam fandomu Sherlocka jest najpotężniejszy na świecie, ale... nie wiemy, na ile CBS postanowi w ogóle liczyć się z tym faktem.

Na koniec tego pełnego niepokoju wpisu jeszcze jedna smutna informacja, którą Sherlockista zamierzał podzielić się już dawno. Nasz ulubieniec Benedykt Cumberbatch w programie Jonathana Rossa stwierdził, że chociaż jego stary kumpel David Tennant namawiał go do ubiegania się o rolę Doktora, to jednak on sam zupełnie nie ma takiego zamiaru. Sherlockista bardzo uważnie poszukiwał wśród różnych doniesień na ten temat jakiegokolwiek cytatu, który mógłby Benia usprawiedliwić, ale niestety wszystkie mówią to samo: popularność wśród młodzieży, fandom piszczących nastolatków, którzy marzą o kupowaniu pudełek na kanapki z wizerunkiem każdego nowego Doktora to coś, czym nasz Sherlock gardzi. Może to taki arystokratyczny rys, który łączy Cumberbatcha z Holmesem, ale Sherlockista naprawdę potrzebowałby bardziej przekonujących argumentów, by zrozumieć, dlaczego ktoś nie chce zagrać jednej z najbardziej legendarnych ról w historii telewizji. W dodatku, gdy ten ktoś nie musiałby się nawet obawiać, że zostanie zaszufladkowany - bo Benedykt po kolejnej serii i tak już zawsze bardziej szufladkowany będzie jako ikona wszechczasów, Holmes.

A Sherlockista, tak osobiście, to i tak najchętniej strzeliłby sobie lunchbox z uśmiechniętym, młodym, preSherlockowym Jeremym:
(zdjęcie ukradł z bardzo wspaniałej strony JeremyBrett.info - która zaprowadziła go także do niezwykle sentymentalnego, ale dla wielbicieli niezastąpionego kanału youtubowego)

piątek, 9 września 2011

Martin, Benedykt, zrzędy i dźwięki.

Dziś tylko okruszki - a dla lepszego smaku, niech będą to okruszki z urodzinowego tortu Martina Freemana. Kończy (właściwie to wczoraj skończył, bo jest już po północy) 40 lat!
I na pewno co najmniej 3 osoby upiekły/zamówiły mu dokładnie taki tort:

(Trzeba by tylko zmieścić "Martin" zamiast "Bob" - chętni po konsultacje w tej sprawie mogą się udać do autorki).

Kompan Martina, Sherlock-Benedict C. jakiś czas temu udzielił wywiadu Guardianowi, ale jest on niestety (nie Guardian i nie Benedykt tylko ten akurat wywiad) koszmarnie nudny. Dotyczy głównie kostiumów, ciuchów i współpracy na planie Tinker Tailor Soldier Spy. Właściwie najlepsze są te fragmenty, które dziennikarka dodaje od siebie, między innymi sugestywnie opisując dreszcze emocji, o jakie przyprawiła ją propozycja, by dzielić z Cumberbatchem torebkę herbaty. Możemy się też dowiedzieć, że Benedict jest chwilowo singlem, ale to nie dlatego, że nikt płci żadnej nie zasłużył sobie na jego afekt ale chyba, po prostu, wsiąkł w jakiś paskudny pracoholizm. Wreszcie, jest przebrzydłym pieszczoszkiem z wyższych sfer i jak przystoi takowemu w XXI wieku podkreśla, jak wielkie spotkały go przywileje, ale zarazem daje wyraz zdrowemu obrzydzeniu na myśl o ulicznych burdach i złodziejaszkach plądrujących Londyn. Poza tym chce mieć dzieci i zagrać kogoś w rodzaju Jamesa Bonda. Trzymamy kciuki. Całość - tylko dla naprawdę wielkich wielbicieli Cumberbatcha lub ciuchów męskich - tu.

A zrzędy odezwały się w Telegraphie, Guardianie i pewnie tysiącach innych miejsc, do których się Sherlockiście nie chce zaglądać, bo źli ludzie przyszli i niszczą kulturę ebookowego czytelnictwa. Niszczą ją, o zgrozo, posługując się do tego celu Kanonem (dobór narzędzia zagłady nie jest przypadkowy: opowiadania o SH od zawsze przegrywają  pierwsze miejsce na liście ściąganych darmowo ebooków tylko z Kama Sutrą). A mianowicie: dodali - o podłości! - efekty dźwiękowe (teraz Czytelnicy rozumieją już zapewne, czemu jednak Holmes a nie zwycięzca rankingu, udźwiękowienie tej ostatniej pozycji mogłoby być dość kontrowersyjne...). I teraz felietoniści działów kultury i oświecenia gazet wszelakich mogą ubolewać, jak to grzmoty burzy i trzaski gałęzi gwałcą im magię elektronicznej lektury i mordują wyobraźnię. Co gorsza, zachodzi podejrzenie, że ludzie będą teraz bezczelnie odpalać takie grzmocące ebooki w pociągach. I wyobraźmy sobie tylko - my tu właśnie czytamy, jak Holmes ubija nakrapianego węża w SPEC, a tu tymczasem z siedzenia naprzeciwko "jebudu" sztormu, w którym zatonęła "Lone Star"...
(Niech nas nie zwiedzie uroda samej wizji przypadkowego spotkania dwóch Sherlockistów w jednym przedziale!)
Sherlockista oczywiście trochę tu przesadza i jakoś tam kątem duszy rozumie sentymenty konserwatystów. Ale zarazem okropnie go takie jojczenie irytuje. Jak podejrzewa, efekty dźwiękowe będzie można wyłączyć, to raz. O założenie słuchawek upierdliwego współtowarzysza podróży można poprosić. A wyobraźnię - tu Sherlockista zupełnie nie jest pewien - ale chyba nie każdy ma aż tak kruchą i wymagającą ochrony. ShK osobiście był kiedyś potężnym molem książkowym (teraz jest umiarkowanym) i to z kształconym muzycznie uchem, ale nigdy aż tak sobie znowu plastycznie, indywidualnie i niepowtarzalnie tych wszystkich sztormów, szumów i kroków nie wyobrażał. Kiedy po raz pierwszy dostał do ręki brytyjskie audiobooki, aktorsko odczytane i podrasowane odrobinę muzyką to z wrażenia umarł, z zachwytu padł, kasety na śmierć zajechał i zakochał się na amen w odczytywanych na nich książkach. Tak tak, dobrze się Czytelnicy domyślają, był to naturalnie Kanon, czytany przez Davida Timsona... (Potem był już udramatyzowany Kanon BBC i Bert Coules, a stamtąd to już naprawdę z górki pomknął ShK do w stronę holmesoholizmu, Sherlockianów, niespania po nocach z powodu plotek z planów, etc.). Samo zatem połączenie książki i dźwięku wydaje mu się przeto nie tylko niezwykle naturalne, ale wręcz pożądane, podobnie jak łączenie tekstu i obrazu. Nikogo jakoś specjalnie nie oburza, kiedy spomiędzy genialnych opisów ACD wychynie niekiedy grafika Pageta. I chyba nie zabija to naszej zdolności do obrazowania sobie skrzydlatych słów Watsona przed oczami dusz naszych.
Już na koniec, doda jeszcze Sherlockista, że od dawna żywi podejrzenie, że z tą wyobraźnią i wartością książek jako jej stymulatorów, to sprawa jest mocno szemrana. Po pierwsze, dlaczego właściwie zdolność do przekładania słów na konkretne wyobrażenia dźwięków i obrazów miałaby być w ogóle dla nas aż tak cenna? Nawet, gdyby kolejne pokolenia, chowane w o wiele większym stopniu na filmach i serialach, nie wspominając już o tych straszliwych udźwiękowionych ebookach, częściowo zdolność tę zatraciły, to w czym byłyby od nas gorsze? Po drugie zaś, Sherlockista wyzna, że może świadczy to o nim zupełnie fatalnie i nikt, kto przeczyta tę notkę nie powie mu więcej "cześć" na ulicy, ale osobiście wcale nie tak często czerpie z tego "wyobrażania sobie opisów" jakąś wielką przyjemność. Z wyjątkiem skrajnych przypadków - dpbrej prozy artystycznej, celowo pobudzającej zmysły, egzotycznej, pachnącej i dźwięcznej, poezji, Schulza, który jest poza wszelkimi ramami, i innych podobnych skarbów - czyta książki bezczelnie i wyłącznie dla dobrych, poruszających historii. I nie odczułby jakiejś straszliwej krzywdy, gdyby pod Watsonowe "wiatry wyjące jak dzieci w kominie" barbarzyńca-ebookowiec podłożył stosowny o dreszcz przyprawiający efekt, przeciwnie, pewnie bawiłby się jeszcze lepiej, mogąc jednocześnie wzruszyć się piękną angielszczyzną, poczciwym Watsonowym porównaniem i mrożącym krew w żyłach wiatrem. Ci, którzy jak Sherlockista, najbardziej lubią dobre historie, chyba polubią też ebooki w wersji "plus audio".

sobota, 3 września 2011

Wrzesień na Sherlockianach

...nastał, a Sherlockista wyzna, że chociaż obijał się w sierpniu skandalicznie, to wyrzutów sumienia większych nie ma, bo, po prostu, nic się specjalnego nie działo i można było z czystym sumieniem korzystać ze słońca oraz, jak by powiedział przytłoczony kondycją młodzieży polskiej prof. Hartman, piwa, muzy i plaży. Kto żyje życiem Akademii mógł rozkoszować się wraz z Sherlockistą błogą świadomością, że to sam środek wakacji, a kto jeszcze w szkole lub już w pracy, ten tym bardziej czuł presję, by mijający bezpowrotnie miesiąc wykorzystywać gdzieś z dala od komputera.
Sherlockista zapewnia jednak, że po prostu stęsknił się za Sherlockianami jako takimi, za Waszymi komentarzami i za tym cudownym poczuciem, że rok 1895 jest żywy jeszcze wieczniej niż towarzysz Lenin, w związku z czym we wrześniu będzie coś pisał, choćby w materiałach miał kilka ploteczek z planu i informacje w rodzaju "ach jej, lament w Ameryce, przesuwają premierę Tinker Tailor Soldier Spy, w której gra Cumberbatch".
Jakie ogórki tymczasem zakwitły nam w tych ostatnich tygodniach sezonu?
Po pierwsze, ShK uzbierał dwie dobre informacje na temat Sherlocka 2 Ritchiego (Game of Shadows - dla polskich guglatorów, "Gra cieni").
Pierwsza z tych informacji to taka, że Downey był niepocieszony, bo, uwaga, w przeciwieństwie do tego, jak przebiegały prace nad pierwszym filmem, tym razem sceny akcji kręcono na samym końcu. Można stąd wywnioskować taki - pocieszający! - wniosek, że w nowym Sherlocku będą jakieś sceny, które nie są scenami akcji i które nakręcono na początku. Na potwierdzenie tych jutrzenkę nadziei niosących z sobą słów wypłynęło na serwisy filmowe zdjęcie Moriarty'ego-Harrisa oraz Holmesa-Downeya, którzy oddają się rozrywce w powszechnej wyobraźni jak najdalszej od wszelkiej akcji, czyli grze w szachy.
Oto i ono:


 Co prawda jest to najprawdopodobniej ujęcie "zza kulis", na którym Moriarty i jakaś tajemnicza siwa postać z boku chyba podczytują jeszcze scenariusz, ale można optymistycznie założyć, że szachownica nie została tam przywleczona tylko przez znudzonych oczekiwaniem na swoje wejście kaskaderów.
Informacja, którą Sherlockista najchętniej by zignorował, ale jakaś sadystyczna potrzeba zrzucenia cierpienia na innych mu nie pozwala, jest taka, że Amerykanie szykują się już na ekscytujący pojedynek. Trzeba tu zaznaczyć, że dla nich z jakichś bardzo smutnych przyczyn każda premiera kinowa to pojedynek, bo zazwyczaj w ten sam weekend wychodzi więcej niż jeden "duży" film. Sherlock i "Game of Shadows" na przykład zmierzy się w bitwie o widza z sequelem "Alvina i wiewiórek" i Sherlockista... z całym szacunkiem dla wiewiórek... wolałby nie poznać nigdy wyników tej rywalizacji...
źródło: imdb
Sam Ritchie ponoć wierzy w swojego drugiego Sherlocka, więc i my wierzmy.

Aby zadośćuczynić Czytelnikom za długą przerwę, od razu dorzuci też Sherlockista garść wiadomości na temat drugiego Sherlocka, którego wyglądamy chyba jeszcze bardziej, i który nadejdzie od strony BBC.

Na pierwszą odsłonę BBC-Sherlocka spłynęła kolejna ważna nagroda, tym razem na festiwalu w Edynburgu.

O Cumberbatchu wiemy już, że wkrótce ujawni talenty szpiegowskie w Tinker Tailor Soldier Spy i na plakacie wyszedł tak:



Można też w tym miejscu dodać, że bardzo dzielnie sprawił się w plebiscycie BBC America na ulubieńców płci męskiej. Odpadł dopiero w półfinałach, gdy przyszło mu się zmierzyć z późniejszym triumfatorem imprezy, Alanem Rickmanem. (Sherlockista wyzna z pewnym zażenowaniem, że osobiście kibicował jeszcze bodaj bardziej drugiej "nodze" półfinałów, gdzie jego najukochańszy Doktor (Who) David Tennant poległ w boju z wielkim Colinem Firthem).

O Gatissie, a zwłaszcza o Stevenie Moffatcie dowiedział się natomiast Sherlockista w ten leniwy sierpień, że są jeszcze bardziej utalentowani niż kiedykolwiek mu się wydawało. Niniejszym zachęca i gorąco namawia wszystkich Sherlockistów, żeby dali się wkręcić w nowego Doktora Who (reaktywowanego w roku 2005). Pełnię władzy pisarskiej przejął Moffat dopiero wraz z nadejściem Doktora 11, czyli od piątego sezonu, w roku 2010 - i zupełnie niesamowite jest to, o ileż bardziej dorosłe, skomplikowane i wciągające są teraz scenariusze. Sherlockista nie jest nawet pewien, czy go za bardzo aby nie męczy ten nowy, zupełnie nie rozhisteryzowany Doktor i jego wielowątkowa historia budowana spójnie od dwóch już sezonów i czy nie tęskni jednak nade wszystko za dziecięcą rozkoszą, jaką dawał Tennant uganiając się z krzykiem za wielkimi, zielonymi potworami. Wystarczy jednak zobaczyć kilka epizodów Moffata, żeby widzieć jasno, że scenariusze trzech pierwszych Sherlocków nieprzypadkowo były tak dobre, inteligentne, trzymające w napięciu i pełne zagadek. Ten facet (ci faceci) mają naprawdę ogromny talent do budowania intryg i jasnego opowiadania zawiłych opowieści, który to talent w dodatku rozwija się z każdym nowym filmem. O ile tylko Moffat kompletnie się nie wypali (a w wywiadach trochę jednak narzeka na zmęczenie - pisanie na raz dwóch najważniejszych seriali Wielkiej Brytanii to nie przelewki), to sądząc po nowym Doktorze, druga seria Sherlocków powinna być naprawdę wciągająca.
Ma Sherlockista jeszcze jeden ładny niusik o autorach BBC-Sherlocka, ale ponieważ domaga się dłuższego komentarza, a w tej notce by utonął, to zaprezentuje go jutro :) Nie ma już wiele zaległego Doktora do oglądania, więc można mu wierzyć, że wróci.

czwartek, 11 sierpnia 2011

O tym, że wszyscy mamy wakacje...

... Sherlockista, bo nawet jak wyjeżdża, to i tak nic się właściwie nie dzieje.
Ekipa Sherlocka BBC też ma wymuszone wakacje, bo w Londynie są zamieszki, przez co trzeba było przerwać zdjęcia.
Tylko Cumberbatch ponoć szykuje się z entuzjazmem do wystąpienia w życiowej roli smoka Smauga w ekranizacji Hobbita - chociaż jego wypowiedzi na temat przyjemności płynących z wiązania nóg do roli gada traktuje ShK jednak z przymrużeniem oka.
Do wspomnianej ekipy dołączyła tymczasem Lara Pulver obsadzona - tak, o tak! - w roli Irene Adler. Sherlockista jest bardzo ucieszony tym wyborem, bo chociaż nie widział rzeczonej ani w Robin Hoodzie BBC ani w True Blood, to jednak jest to laureatka kilku nagród teatralnych i kobieta o inteligentnej i myślącej twarzy. A to w wypadku Adler najważniejsze (na marginesie: zdaje się, że w kwestii "THE Woman" mamy wśród Czytelników Sherlockianów zupełnie wyjątkową zgodę :), a przynajmniej wynika tak z dyskusji pod poprzednią notką oraz, naturalnie, samej notki).
Oto i Adler AD 2011, bohaterka A Scandal in Belgravia:
Pod nieobecność Sherlockisty serwisy obiegły alarmistyczne wieści o przesunięciu premiery Sherlocka BBC (2) na rok 2012 ale dotyczyło to amerykańskiej telewizji PBS. BBC faktycznie stwierdziło, że z powodu napiętego grafiku Martina Freemana, naszego Hobbita, przedłuży się proces produkcyjny drugiej serii Sherlocków, ale emisja powinna nastąpić jeszcze w roku 2011. O ile oczywiście całego tego misternego planu nie zburzą wspomniane wyżej zamieszki...
Na pocieszenie, nic już chyba nie zatrzyma premiery Tinker, Tailor, Soldier, Spy, ekranizacji szpiegowskiej powieści Johna le Carre*, w której, obok plejady gwiazd z Garym Oldmanem i Colinem Firthem na czele, wystąpi również BBC-Sherlock, Benedykt. Dla zainteresowanych całkiem zachęcający trailer tego ostatniego filmu, z Cumberbatchem w wersji złocisty blond:







Wreszcie, na sam koniec, kolejne gratulacje dla twórców pierwszej serii: zdobyła ona nagrodę za "Outstanding Achievement in Movies, Miniseries and Specials" (czyli po prostu wygrała w kategorii filmy, miniseriale i odcinki specjalne) od TCA (Television Critics Association).
Jako że w ten sposób stworzył się Sherlockiście zgrabny bloczek informacji na temat BBC-Sherlocka, inne drobne doniesienia pojawią się w odrębnym poście. Stay tuned :)

---
"szpiegowska powieść Johna le Carre" to brzmi trochę jak pleonazm, prawda?

wtorek, 26 lipca 2011

O tym, że nie należy przegapiać tego, czego nie ma, poza tym nie ma: zdjęć z planu BBC, powodów do obaw o Freemana oraz ratunku dla Sherlockisty

Jednym z ukochanych i najbardziej znanych, a przy okazji, o dziwo, serio kanonicznych (w odróżnieniu od "Elementary...") dialogów z udziałem Holmesa jest niewątpliwie ten z SILV. Holmes podkreśla, że ważnym tropem jest dziwne zachowanie psa w noc zbrodni, a kiedy słyszy zdziwioną uwagę inspektora, że "przecież pies nic nie zrobił", odpowiada legendarnym "and that was the curious incident". Fraza "Curious Incident of the Dog in the Nighttime" doczekała się nawet własnej książki, której została tytułem.

Właśnie tę frazę wzięła też na warsztat autorka pierwszej części obiecującego cyklu "lekcje Sherlocka Holmesa" ze strony bigthink.com  w swoim artykule poświęconym wskazówkom, które możemy z Holmesa wyciągnąć, by zacząć w końcu aktywnie obserwować świat wokół nas, a nie tylko "widzieć", czyli bezrefleksyjnie przyjmować serwowaną nam papkę.
Bardzo zgrabnie pokazuje, jak zasada zwracania uwagi na to, czego nie ma, może nam pomóc wyślizgnąć się z macek marketingowców, którzy sztucznie dobierają nam informacje i ograniczają wybór a także to, że często niezrobienie niczego - jak pies, który nie ostrzegł właścicieli przed włamaniem - też w istocie jest decyzją i działaniem. Pies mógł zaszczekać, ale nie zaszczekał, bo znał włamywacza.
Wśród filozofów nauki nie ma zgody co do tego, czy należy uznawać tak zwane przyczyny negatywne, czyli niezajście pewnych okoliczności za zdarzenia w ogólności a przyczyny w szczególności (na przykład, czy przyczyną pożaru może być fakt, że w pobliżu nie było Sherlocka Holmesa z wiadrem wody? a czy przyczyną wypadku na przejeździe nie był fakt, że w pobliżu nie było dróżnika?). W wyjaśnianiu zjawisk i w indukcyjno-dedukcyjnej metodzie Holmesa to, co się nie zdarzyło niejednokrotnie odgrywa równie ważną rolę. A w życiu Sherlockisty to, że uroczy pan sprzedający mu internet nie powiedział, że bez ostrzeżenia internetu może nie być, za to ShK dowie się, że z powodu braku działań zerwał swoją umowę i otrzyma za to straszliwą karę - na której temat również żadnych informacji też nigdzie na wierzchu nie widać odegrało ostatnio rolę dość bolesną. Po pierwsze, ma utrudniony dostęp do Sherlockianów i materiałów. Po drugie, kto jak kto, ale ShK, który SILV, także z uwagi na piękną ekranizację z Brettem, wręcz uwielbia, mógł o tym wymownym nieszczekaniu psa pamiętać...
___
Dalej będzie już krótko, bo niczego nie ma, jak u Kononowicza :)
Zdjęć z planu Reichenbach Falls nie ma, bo są zupełnie nieciekawe - Cumberbatch jest ładnie ubrany w fioletową koszulę i granatowy szalik, Lestrade ma urocze okularki, które pożycza też uśmiechniętemu Hobbitowi Watsonowi, ponadto widać dobrze już nam znany plan na Baker Street... - to wszystko razem nie jest warte zachodu z pożyczaniem/bezczelnym łupieniem cudzych fotografii. Mnóstwo takowych można obejrzeć na przykład tu, jeśli ktoś jest bardzo ciekawy ;), a podrasowane i skoncentrowane na Sherlocku znaleźć można na bardzo sprytnej fan-stronie Cumberbatcha.
Nie ma też powodów do obaw o Freemana - a konkretnie obaw wysłowionych przez Fandorina w komentarzu pod ostatnim postem  (że zrzucą Cumberbatcha z wodospadu, bo nie będą mieli jak kręcić kolejnych sezonów z powodu Hobbita) :) Nie tylko pozwalają Freemanowi grać na dwa fronty, ale jeszcze wykorzystują ten fakt, żeby Jakcson (szef Hobbita) mógł sobie zrobić przerwę i skoczyć do San Diego (gdzie odbył się Comic Con i gdzie jest fantastyczne zoo, w którym można obserwować na żywo słonie przez kamerkę - ShK nie mógł sobie odmówić). Jeśli ubiją Sherlocka, to nie z powodu jakichś maluchów z owłosionymi stopami.
Na koniec - żeby nie było, że nie ma w poście nawet wszystkiego tego, czego miało nie być zgodnie z tytułem - nie ma nadziei dla Sherlockisty bo wiedziony uwielbieniem dla Moffata i Gatissa postanowił wreszcie obczaić to, z czego panowie ci byli znani w Wielkiej Brytanii wiele lat przedtem, zanim zrobili nam nowego, fantastycznego Sherlocka. O tak, Sherlockista wsiąkł w Doktora Who... I tak, jest dokładnie tak uroczy i wspaniały, jak można by tego po Moffacie i Gatissie oczekiwać. Problem w tym, że jest to serial, który wychowuje Brytyjczyków od lat kilkudziesięciu, odcinków ma około 800 i Sherlockista musi dokonać dość poważnego przeorganizowania swojego życia, by to wszystko teraz ogarnąć. Takiej TARDIS po prostu, potrzebuje... (zwróćmy uwagę, że TARDIS, chociaż na skutek awarii aparatury maskującej "utknęła" w postaci granatowej budki policyjnej z lat sześćdziesiątych, nigdy nie bywa przez ludzką rasę zauważana - a gdy Doktor wyrzeka na nasze gapiostwo brzmi zupełnie jak Holmes margający na Watsona, który widzi, ale nie obserwuje...).
Można w każdym razie oczekiwać, że na Sherlockianach wzmianki o Doktorze traktowane będą od tego dnia nieco poważniej niż dotąd.

środa, 20 lipca 2011

Och nie! Łamiące serce zdjęcia z planu Sherlocka 2 BBC!

Straszliwe zdjęcia zakrwawionego Sherlocka BBC obiegły dziś brytyjskie bulwarówki...
Zdaje się, że podczas kręcenia "A Scandal in Belgravia", Cumberbatch-Holmes zostaje zepchnięty z dachu. Cały we krwi, ląduje w szpitalu...
Tu Sherlock przed upadkiem:


A tu po:

Na koniec: Benedykt odpoczywa między ujęciami:

(zdjęcia pożyczył ShK z tej strony)
Czułe serce Sherlockisty zwinęło się w trąbkę na ten widok. Jeśli to jest  "A Scandal in Belgravia", czyli wariacje na temat SCAN, a SCAN to - nie licząc może brawurowej akcji Watsona - opowiadanie całkiem łagodne w treści, to co czeka nas w "Hounds of Baskerville" i "The Reichenbach Fall" ?! Sherlockista po raz pierwszy wypowie tę obawę na głos: a co jeśli oni go naprawdę ubiją? 
Dla odwrócenia uwagi już za chwilę pościk o tym, co czeka nas w tym drugim Sherlocku...

sobota, 16 lipca 2011

Coś starego i coś nowego o Sherlocku Moffata, Gatissa, Cumberbatcha i Freemana

Sherlock BBC, to ten Sherlock z XXI w., którego nie boją się nawet nieholmesologiczni znajomi Sherlockisty, przymuszani do jego oglądania. ShK wygrzebał bardzo starą jakąś zajaweczkę z Moffatem i Gatissem, reklamującymi drugą serię swojego genialnego "Sherlocka" - w trzech kuszących słowach. Nie dowiemy się niczego nowego - bo wiadomo już od dawna, że nowa seria będzie o Irenie, o psie (a nawet, jak okazało się ostatnio, psach) i o wodospadach, ale zawsze można popatrzeć na Gatissa i Moffata celem uspokojenia nerwów. To ostatnie kieruje Sherlockista zwłaszcza do osób, które tak jak on będą oglądały w najbliższym czasie różne superprodukcje, przed którymi na wielki ekran wjechał z hukiem niedogolony i uszminkowany Downey, z jakichś przyczyn nazywany "Holmesem".




A drugi niusik jest taki, że "The Sun" i Metro.co.uk przyuważyły Benedykta kręcącego jakąś scenę bójki do nowych odcinków. Uwaga - nie jest rozebrany, nie zdjął nawet płaszcza, nie ma potu na nagiej klatce piersiowej ani makijażu na oczach, w ogóle wygląda, jak gdyby załatwił oprycha paroma sprytnymi ciosami i nie dostał przy tym zadyszki. Czyli jak Sherlock Holmes :)
(Osoby tak sentymentalne jak Sherlockista pewnie zauważą, że na jednym z poniższych zdjęć widać, że Cumberbatch tak samo stawia stopy jak Jeremy Brett...)


czwartek, 14 lipca 2011

Małe pocieszki

Po poprzednim poście - pełnym grozy, płaczu i zgrzytania zębami - coś na lepszy sen.
Pierwsza malutka sympatyczna wiadomość jest taka, że w sondzie dotyczącej naszego ukochanego odtwórcy Holmesa, wiszącej na www.facebook.com/Sherlockiana, czyli naszej fan-stronie na fejsie prowadzi Jeremy Brett i to przed Benedictem Cumberbatchem. Oczywiście głosów na razie jest tylko troszkę - Sherlockista zachęca do wypowiedzenia się, żebyśmy osiągnęli jakąś bardziej imponującą istotność statystyczną ;) - ale ShK postanowił potraktować te wyniki symbolicznie. Od wielu już lat wydawało się, że po końcówce 80/początku 90 i śmierci Bretta przed ukończeniem ekranizacji całego Kanonu poziom Sherlockianów wszelkiej maści już tylko boleśnie się obniżał. Że już nie będzie tak wiernych ekranizacji, tak wspaniałego i charyzmatycznego Sherlocka, że już zawsze będziemy truć się Freemanami i, za przeproszeniem, Roxburghami (Rupertów Everettów w ogóle przez litość pomińmy). Cumberbatch i serial BBC to wspaniały i kompletnie niespodziewany powrót Sherlocków naprawdę wielkich, który nastąpił wtedy, gdy zaczęliśmy już tracić nadzieje i to uczcijmy gromkim... hm, co by Holmesa ucieszyło... long live the Queen :) ?


Druga malutka sympatyczna wiadomość dotyczy właśnie Sherlocka Cumberbatcha. Otóż mamy dwa szczególiki dotyczące drugiej prawdopodobnie części nowego planowanego tryptyku: Hounds of Baskerville (tak tak, to nie literówki!): po pierwsze, pojawi się w nim jakiś Henry, który ma za sobą jakieś traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa i zwróci się do Sherlocka po pomoc, a po drugie, zagra go przesympatyczny Russell Toovey, znany brytyjskiej i może także części polskiej publiczności jako Alonso z doktora Who.



A trzecia naprawdę malutka i może mniej w kontekście ostatniego posta sympatyczna wiadomość jest taka, że plakat z nowego Sherlocka - ten przedstawiający Downeya-Holmesa - jest całkiem ładny... może dlatego, że nic na nim nie wybucha...
W tej sytuacji pozostaje Sherlockiście życzyć wszystkim miłych snów o Sherlocku BBC i liczyć na to, że już jutro przyniesie Czytelnikom nowe i lepsze wiadomości!

czwartek, 23 czerwca 2011

[minipost] Nowe okularki Sherlocka i inne drobiazgi...

Sherlockista wprawdzie w czerwcu, miesiącu różnych straszliwych zakończeń, tradycyjnie z największą trudnością znajduje czas na śledzenie doniesień - co o tyle dobrze się składa, że trudno powiedzieć, by takowe zalewały media i skrzynki pocztowe - ale pragnie zasygnalizować od czasu do czasu, że Holmesowy świat wciąż istnieje. Dziś zatem nowe zdjęcie z wyczekiwanej przez wielu Czytelników z niecierpliwością, choć nie zawsze z entuzjazmem produkcji Ritchiego:

Holmes i Watson najwyraźniej coś tam sobie w okularkach ochronnych spawają, a tymczasem Moriarty knuje i to knuje, jak twierdzi Jared Harris, nie dlatego, że jest wredny, ale bo nie pasuje do naszego świata. Aktor poświęcił trochę uwagi swojej postaci i doszedł do wniosku, że Napoleon zbrodni w istocie nie jest zły - po prostu wspiął się ponad poziom ferowania ocen moralnych i nie lęka się piekła i nieba. Taki z niego indywidualista, który myśli nieco inaczej niż większość. Sherlockista musi przyznać, że męczy go takie naiwne silenie się na oryginalność. Niech Harrisowi będzie, że amoralny, chociaż może barwniejszy byłby wtedy, gdyby po prostu lubił czynić zło z pełną tego świadomością.
Poza tym, co z pewnością bardzo wszystkich zaskoczy, aktor chwali atmosferę na planie, postęp prac i to, jaki Downey jest sympatyczny i kontaktowy. Aw, cute...

---
A ponadto dowiedzieliśmy się, kogo zagra nasz bardziej kochany Sherlock, Benedict Cumberbatch: Smauga :D Dla tych, z Czytelników, którzy nie pamiętają dobrze Hobbita, Smaug to ten wielki smok, który na co dzień głównie chrapał oraz strzegł skarbów i którego trzeba było na koniec pokonać. Trzeba powiedzieć, że tak z twarzy to nawet, trochę...

...jakiejś przesadnej charakteryzacji w każdym razie Benedykt nie potrzebuje.
Przy okazji, Sherlockista chciałby zapytać, czy może on coś źle pamięta, ale skąd w filmowym "Hobbicie" Legolas? Czyżby ukłon w stronę wielbicielek, um, talentu aktorskiego Orlando Blooma?