Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata.
Tu zawsze jest rok 1895.
Dwa są powody, dla których piszę dziś tę notkę. Pierwszy taki, że Zwierz zapytał mnie o opinię w sprawie filmu, którego jeszcze tu nie recenzowałam, a kiedy ktoś mnie prosi o opinię typu "co myślisz o tym-jako-Sherlockista", to spieszę wywiązać się z misji, która zawsze przyświecała Sherlockianom.
Ten prawdziwy jest taki, że Zwierz swoją prośbą na jeden wieczór zrobił ze mnie bardzo szczęśliwego sześciolatka i nie mogłam się nie odwdzięczyć chociaż komentarzem.
[Można czytać spokojnie, nie ma żadnych nowych spojlerów.]
Pierwszy sezon Sherlocka z XXI wieku, Sherlocka uwspółcześnionego, przeniesionego w inną epokę, z wyrazistą obsadą i bardzo śmiałymi rozwiązaniami fabularnymi, powinien był wywołać kontrowersje i ambiwalentne uczucia. Tymczasem, ku radosnemu zdziwieniu Sherlockisty, otoczył go bez mała kult, i to zarówno ze strony hardkorowego Holmesowego fandomu, jak i zwykłych wielbicieli seriali detektywistycznych, którzy na myśl o Kanonie dyskretnie tłumią ziew.
Musi ShK wyznać, że choć oficjalnie w blogu tryskał entuzjazmem, w skrytości serca na myśl o kontynuacji odczuwał dreszcze obawy. Czy chłopcy dadzą radę? Czy udźwigną? Czy nie zepsują? - a stawka jest niebagatelna, bo podobnego rozkwitu nie zaznał wspomniany sherlockistyczny fandom od czasów Jeremy'ego Bretta i mamy szansę zostać świadkami narodzin kolejnej wielkiej legendy i wielkiego cyklu. Każda wtopa mogłaby przynieść niepowetowane straty - zdechnięcie oglądalności, brak zamówienia na kolejny sezon i szansy na poprawę, a w konsekwencji również wygaszenie mody na Holmesa. I kolejne dwadzieścia lat bryndzy, Richardów Roxburghów (brrrr) i innych Mattów Frewerów (auć). Pierwszego stycznia targał zatem Sherlockistą, obok noworocznego kaca, także stres.
Moffat, Gatiss, Cumberbatch, Freeman i reszta Ekipy ukoili nerwy ShK około trzeciej minuty projekcji. Przez kolejne 87 nie myślał już Sherlockista o niczym niezwiązanym z akcją, a jeśli dawał wyraz refleksjom o charakterze ocennym, to miały one postać głównie nie do końca artykułowanych, za to ekspresywnych okrzyków "ale czad!".
Jeśli zaś wahał się co do treści recenzji, to głównie w kwestii kolejności zachwytów. Po namyśle jednak... po pierwsze chciałby powiedzieć, że Cumberbatch jest wspaniały. Dostała mu się rola trudniejsza niż w poprzedniej serii, wiele emocji do wygrania, wiele złożonych relacji, w których wspaniale potrafił się odnaleźć - nie tylko z Irene Adler, ale również z Johnem i Mycroftem, a nawet z biedną Molly Hooper. I dał popis. Po drugie, sprawę ułatwili mu oczywiście scenarzyści. Sherlockista do tej pory myślał, że tylko Bert Coules (także z BBC) bezbłędnie wyczuwa, jak pisać Holmesa, jakie słowa wkładać mu w usta i jakie zachowania, kiedy pozwalać mu ujawnić odrobinę emocji, a kiedy podkreślić, jak mocno odbiega od społecznej normy. Moffat z Gatissem radzą sobie może nawet jeszcze lepiej. Oni po prostu robią wszystko dobrze. Właściwie. Jak powiedziałby Mozart z "Amadeusza" Formana: jest dokładnie tyle nut, ile trzeba. Tyle współczesnego luzu i tyle bezpośrednich cytatów, by Holmes brzmiał zarazem kanonicznie i naturalnie. Tyle dedukcji (świetnie i zabawnie pokazywanych na ekranie) i tyle towarzyskich wpadek, ile zaliczał ich Sherlock ACD. Tyle akcji (łącznie z absolutnie cudowną sceną defenestracji!) i tyle snucia się po domu (oraz pałacu Buckingham) w prześcieradle; tyle skrzypiec... a właśnie... Po trzecie, ach, te skrzypce...
Czy Czytelnicy pamiętają może jedną z najczulszych notek w historii Sherlockianów, tę o PLOSH (Private Life of Sherlock Holmes)? To był ten oburzający film o Holmesie, miłości i smutnych skrzypcach, którego żaden szanujący się sherlockista by nie zniósł, gdyby zarazem go nie kochał, i którego niech nikt nigdy nie waży się naśladować. Oczywiście nikt oprócz ekipy BBC. Sherlockista nie wie naturalnie, na ile nawiązania do PLOSH były zamierzone, a na ile nasunęły się same na skutek podobieństw fabularnych, ale, o rany no, są naprawdę okropnie wzruszające. Także same w sobie. Nie znaczy to na szczęście, że jest to jednak wbrew obietnicom romansidło. Po czwarte bowiem, Irene Adler jest dokładnie tą osobą, którą by była, gdyby nasza droga śpiewaczka i awanturnica z wieku XIX urodziła się sto lat później. Lara Pulver spisała się świetnie, ale jeszcze lepiej spisał się Moffat.
Wielbiciele "Sherlocka" mogli tego jeszcze nie zauważyć, ale fani drugiego słynnego dziecka Moffata, nowych serii Doktora Who, już wiedzą, że autor ten ma słabość do silnych postaci kobiecych. W fandomie whovistów jednym z ważnych punktów sporów jest to, czy Moffat nie przesadził, wprowadzając do fabuły postać żony Doktora, która jest tak barwna, tak wszystkowiedząca i tak we wszystkim oblatana (dosłownie! ona wie lepiej jak kierować samą TARDIS!), że przyćmiewa głównego bohatera. Można było się obawiać, że także Adler okaże się trochę przerysowana. Ale i ten niepokój okazał się nieuzasadniony. Irene jest wspaniałą, naprawdę godną przeciwniczką, jednak ilekroć wydaje nam się już, że Sherlock dał się podejść jak dziecko, tylekroć scenariusz funduje nam nowy zwrot akcji. Wszystkim, którzy wciąż nie mogą przełknąć superwoman Adler, Sherlockista uprzejmie przypomina, że w opowiadaniu to ONA wygrała :) Po piąte, nie chciałby Sherlockista Was zanudzić achami i ochami na temat aktorów, ale nie da się pominąć Johna, a zwłaszcza Mycrofta. Hobbit po prostu trzyma formę, Mycroft jednak rozwinął się bardzo i wykorzystuje w pełni dłuższy czas ekranowy. Jego minę na widok Sherlocka w prześcieradle nazwałby Sherlockista 'bezcenną', ale jakie zachwyty pozostałyby mu wtedy na opisanie bardziej dramatycznych momentów w wykonaniu Gatissa? Po szóste i ostatnie, twórcy nie bali się niczego. Nie bali się nakręcić Sherlocka z papierosem (za co jest im ShK osobiście wdzięczny, niewiele rzeczy budzi w nim tyle odrazy, co współczesny faszystowski prozdrowotny terror), nie bali się pokazać gołej kobiety przed 21 (za to, naturalnie, zgarniają baty od pruderyjnych recenzentów, ale tego rodzaju pruderia budzi w ShK bodaj jeszcze większą odrazę), i nie bali się wreszcie spisać na nowo aż kilku Kanonicznych przebojów. Dosłownie! Zajrzyjcie na blog Watsona, a znajdziecie zapiski z paru spraw, których "zajawki" pokazują nam na początku odcinka. "Speckled Blonde" i "Geek Interpreter" (to nie są literówki) to błyski Moffatowo-Gatissowego geniuszu. Za (uwaga! kto nie oglądał jeszcze filmu niech tam pod żadnym pozorem nie wchodzi, bo zepsuje sobie moment najczystszej holmesologicznej radości :)) wycinki prasowe pod tytułem "Hat-man and Robin" wybacza ShK całej ekipie wszystkie wpadki na dziewięć odcinków w przód.
A oby było ich jeszcze więcej.
Jeśli coś może Sherlockista zarzucić temu SCAN, to dotyczy to dialogów z Adler. Może trochę za bardzo wyeksponowane są prowokacje i aluzje seksualne? Momentami niby to śmiałe wypowiedzi Irene brzmią raczej komicznie niż ekscytująco. Poza tym, można by odrobinkę przerobić montaż. Z początku gubimy kilka miesięcy życia Sherlocka i nie jest do końca jasne czemu ani w jaki sposób, pod koniec troszkę zaczynamy tracić ciągłość w śledzeniu głównej intrygi. Ale to naprawdę czepialstwo, które ma raczej uwiarygodnić Sherlockistę w roli odpowiedzialnego recenzenta i zatuszować fakt, że w istocie jest po prostu pijanym z rozkoszy fanem ;)
Na szczęście, nie jest ShK w swojej radości odosobniony - zarówno Telegraph, jak i Den of Geek opublikowały recenzje, które aż wzruszają stężeniem zachwytu.
Bo i tak naprawdę, to porządnie wkurzają w nowym Sherlocku tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce legalnie dostępny jest tylko za ciężkie pieniądze.
A po drugie, jak ja mam po Czymś Takim iść i z życzliwą obiektywnością oglądać w czwartek jakiegoś Ritchiego???
P.S. Uwaga - w komentarzach już są spojlery!
W oczekiwaniu na... na... na jakiekolwiek ciekawe wiadomości o czymkolwiek (od założenia tego bloga Sherlockiście nie zdarzył się tak ogórkowy sezon, a gorąca pod każdym względem wiosna nie sprzyja długim recenzjom), mały sherlockistyczny micik. A właściwie to trzy różne miciki, z których każdy jest nieprawdziwy, ale wszystkie jakoś tam w Kanonie osadzone.
Po pierwsze zatem, mówi się, że "baritsu", o którym wspomina Holmes w EMPT nie istnieje. Przypomnijmy, że ta właśnie sztuka walki pozwoliła ponoć Sherlockowi pokonać Moriarty'ego i utrzymać równowagę na krawędzi wodospadu Reichenbach. W rzeczywistości, jest to najprawdopodobniej literówka ACD, i to literówka, którą powtórzył za gazetowym artykułem. W późnowiktoriańskiej Anglii rodziła się bowiem moda na sztukę walki zwaną bartitsu, o której będzie jeszcze za chwilę.
Skoro wiemy już, że Holmes uprawiał jakąś sztukę walki, to możemy rozprawić się z mitem drugim: że był to detektyw typowo kanapowy (consulting detective), który zagadki rozwiązuje paląc fajkę przy kominku i którego może zagrać nawet 150-letni Christopher Lee.
(kto nie wie, ten niech się dowie, że dwadzieścia parę lat po roli Mycrofta w PLOSH już wówczas dość wiekowy Christopher Lee dostał rolę Sherlocka w sympatycznej skądinąd telewizyjnej serii długometrażowych filmów u boku całkiem przyzwoitego ale równie podstarzałego Patricka Macnee, prawdopodobnie dlatego, że bez Christophera Lee nie ma żadnych przebojów kina, ani Drakuli ani Gwiezdnych Wojen ani Tolkiena ani Holmesa ;) )
Z tym mitem z kolei rozprawili się już dość skutecznie Ritchie i Downey Jr., pokazując... jak by to powiedzieć... pokazując TO:
Często zdarza się, że zbyt brutalne kwestionowanie pewnych mitów prowadzi do popadania w skrajności, które także z prawdą nie mają wiele wspólnego i goła klata Downeya to klasyczny wręcz przypadek takiej sytuacji. Wprawdzie Sherlockista ucieszył się bardzo, że nareszcie wydobywa się z Kanonu mniej znane wątki (Holmes naprawdę umiał boksować), jednak po filmie Ritchiego zaczęto na nie kłaść nieproporcjonalny nacisk, tworząc kolejny, ostatni już mit: Holmesa jako wiktoriańskiego Chucka Norrisa.
Przede wszystkim, w Kanonie nie ma aż tylu wzmianek o tych Holmesowych walkach, żeby przypuszczać, że miał do nich szczególne upodobanie i tak wybitny talent, jak bohater Ritchiego, powalający przeciwników z pomocą błyskotliwych dedukcji. Dżentelmen w każdej epoce i w każdym kraju powinien potrafić się obronić, zwłaszcza jeśli w dodatku na co dzień zajmuje się tropieniem przestępców. Wiemy, że Sherlock uprawia boks, ale wątpliwe jest, czy regularnie, bo nigdy nie dowiadujemy się nic na temat walk, które mógłby ewentualnie staczać. Brak podstaw, by sądzić, że uczęszczał do wiktoriańskich fight-clubów. Wiemy poza tym tylko tyle, że świetnie się bawił w czasie bójki w gospodzie w SOLI (ach ta cudowna scena z Jeremym Brettem i opatrującym go potem Davidem Burkiem... :). I wiemy wreszcie, że poznał owo tajemnicze baritsu/bartitsu. Bartitsu, czyli jiujitsu w wersji dla wiktoriańskich dżentelmenów (ale także dobra samoobrona dla pań), wymyślone przez Edwarda Bartona-Wrighta, który w 1899 roku założył w Londynie ośrodek treningowy dla panów zainteresowanych mieszaniną różnych technik walki wręcz (a także przy użyciu laski) oraz ćwiczeń. Szkoła działała zaledwie trzy lata, po czym została w niejasnych okolicznościach zamknięta, a Barton-Wright zniknął w odmętach historii.
Wypłynął, o ironio, właśnie dzięki Ritchiemu i Downeyowi. To ich popularny, nowoczesny i ostro reklamowany Sherlock zainspirował aktywistów do szerszego promowania zapomnianej postaci. Linkowany na Sherlockianach Will Thomas jest zresztą jednym z bardziej znanych popularyzatorów bartitsu, a słynna wzmianka z EMPT zainspirowała powstanie filmu dokumentalnego, którego trailer Sherlockista załącza:
Trzeba przyznać, że jest coś wzruszającego w potędze prozy ACD. Jedno zdanie i to jeszcze z błędem sprawia, że po ponad stu latach ludzie gromadzą się w klubach i na forach, by dyskutować o sztuce walki wiktoriańskich i edwardiańskich dżentelmenów.
Zainteresowanych filmem odsyła Sherlockista tu, gdzie można również znaleźć link do wywiadu z twórcą filmu, Tonym Wolfe'em i dowiedzieć się więcej o samym bartitsu, Bartonie-Wrighcie oraz o przepięknej wyprawie badawczej śladami Sherlocka do wodospadu Reichenbach, gdzie miał miejsce najsłynniejszy pojedynek w historii tej sztuki walki...
Z cyklu "mocno zaległe linki", który Sherlockista bez większej dumy zainaugurował jakiś czas temu (odkrywa owe linki metodą zaglądania w otwarte od niepamiętnych czasów karty swojego Chrome'a), dziś bardzo sympatyczny wywiad z Moffatem i Gatissem.
Mówią mniej więcej to, co zwykle, ale dodają więcej szczegółów. Znów możemy usłyszeć, że pomysł na uwspółcześnionego "Sherlocka" wziął się z genialnej refleksji nad tym, że znowu mamy idiotyczną wojnę w Afganistanie (a także w Iraku), że ludzie wciąż wysyłają sobie wiadomości tekstowe, tylko esemesem zamiast telegramem i że mieszkania w Londynie wciąż są za drogie, żeby samotny mężczyzna u progu kariery mógł sobie na nie pozwolić. Wracają do opowieści o castingu, o "idealnym" Cumberbatchu i o tym, jak Freeman wspaniale się z nim komponował (dajmy im prawo do tej dumy - zasłużyli!).
Przepiękny, długi fragment wywiadu poświęcony jest przyjaźni między Holmesem i Watsonem i temu, że dla większości fanów to właśnie jest sens i istota całej tej historii. Gdyby twórcy różnych straszliwych produkcji przeczytali to, co Gatiss i Moffat mówią (i to, jak ciepło, ze zrozumieniem i bez zgrywania twardych macho potrafią opowiadać o przyjaźni między dwoma facetami, co w XXI naprawdę jest dla mężczyzn dużo trudniejsze niż mogłoby się wydawać), to do wielu katastrof nigdy by nie doszło. Sherlockiście zwłaszcza przypadło do gustu wyjaśnienie, czemu "wierzymy" w Watsona w wersji Bruce'a, chociaż tak niewiele ma wspólnego z Doyle'em - po prostu dlatego, że widzimy, że kocha Holmesa a Holmes kocha jego. I podobnie jak Sherlockista, Moffat i Gatiss najwyraźniej uważają pytanie o fizyczne relacje między panami za czwartorzędne wobec tego, jak niesamowita więź łączy detektywa i jego kronikarza.
Ze wzruszeniem przeczytał ShK wyrazy uwielbienia dla Bretta oraz dla Wildera za PLOSH, ale chociaż zgadza się z M&G, że niezwykle ważne jest w ekranizacjach Holmesa odpowiednie poczucie humoru, to nie do końca podziela skłonność do potępiania wszystkich wersji "zbyt poważnych" - zwłaszcza, gdy do tych wersji zaliczane są niektóre Bretty... ;)
Na koniec, za autorem wywiadu, Sherlockista ogłasza konkurs: o co chodzi w wypowiedzi na temat jakiegoś Donalda, który został na powrót wprowadzony do "Sherlocka"? Możliwe, że wiąże się to jakoś z tym humorem, ale jak? Nie dopuszczajmy do siebie podejrzenia, że chodzi o Kaczora ;)... Sherlockista prosi o pomoc zwłaszcza Czytelników, którzy - w przeciwieństwie do niego - nie gubią się na twitterze i śledzą, co tam się dzieje ;)
---
Tymczasem wychwalany wyżej Benedykt otrzymał skomplikowaną rolę w londyńskim teatrze: przyjdzie mu grać w scenicznej wersji "Frankensteina". Większość z nas przynajmniej raz w życiu pomyliła postać doktora Frankensteina (czyli człowieka, genialnego naukowaca) z jego dzieckiem, potworem, którego stworzył i który wcale się Frankenstein nie nazywał. Cumberbatch będzie pogłębiał zamieszanie, grając na zmianię to jednego i drugiego bohatera. Sherlockista nie może doczekać się zdjęć... Adaptację dzieła Mary Shelley wystawi reżyser Danny Boyle, a Cumberbatchowi jako, odpowiednio, dr Frankenstein i potwór, partnerować będzie Johnny Lee Miller.
Uwaga, alter ego naszego ulubionego nowego Sherlocka wygląda tak:
(Jeśli gdzieś już widzieliście tego pana to prawdopodobnie w Trainspotting, jako Sick Boya)
Na koniec: zdecydowanie mniej przez Czytelników ceniony Downey może nie znaleźć czasu dla Alfonso Cuarona i jego Gravity. Z powodu jakichś niejasności związanych z obsadą roli żeńskiej (Angelina, ta od Brangeliny) doszło do opóźnienia, które może uniemożliwić Downeyowi pogodzenie wszystkich planów. Sherlockista mimo wszystko cieszy się, że Downey stawia raczej na Sherlocka 2 ;)
Tytułowy PLOSH to dla wielu Sherlockistów akronim niemal kanoniczny, jak FINA czy NAVA, a ShK zachęca do pogmerania w podlinkowanych wątkach, albowiem pochodzą one ze zdecydowanie najlepszego holmesologicznego forum i sama ich ilość wskazuje na to, jak ważną rolę odgrywa PLOSH wśród niezliczonych ekranizacji i apokryfów. Nic więc dziwnego, że The Private Life of Sherlock Holmes Billy'ego Wildera wielokrotnie już sam wpychał się do różnych notek Sherlockisty (zwłaszcza gdy dało się pod jakimś pretekstem napomknąć o Robercie Stephensie).
PLOSH to film-cud, film-szczęściarz i film-pechowiec zarazem. Film, który nie ma prawa się nikomu podobać, a jednak podoba się większości ortodoksów, tym samym, którzy nie trawią Downeya, uważają, że Brett był zbyt osobisty, Rathbone miał złego Watsona, Plummer był za stary, Wilmer zbyt wyniosły, Merrison zbyt piskliwy, Gielgud za drętwy a Cushing nijaki i chudy.
PLOSH to film o romansie Holmesa (!), Watson (nienajwspanialszy Colin Blakely) zachowuje się cokolwiek histerycznie (!), całość okrasza targająca za serce muzyka (obrosły już legendą koncert skrzypcowy Miklosa Rozsy) (!), która ponoć zainspirowała Wildera do napisania scenariusza, pełnego uprowadzonych karłów (!), martwych kanarków, potworów z Loch Ness, podstarzałych baletnic (!!), pięknych niemieckich szpiegiń (?) i sentymentalnych bredni. Jednym słowem: wielki skandal. A jednak... na sam początek, zanim zdążycie się drodzy Czytelnicy zniechęcić i zaprzestać dalszej lektury, Sherlockista spróbuje Was zniewolić tą właśnie słynną muzyką z pomocą Jaschy Heifetza. (Dlaczego jeszcze film Wildera jest wielki, o tym za chwilę.)
Koncert ten miał w zamierzeniu wyrażać zawiłości duszy Sherlocka Holmesa i cel ten osiągnięty został z wielkim sukcesem, a Robert Stephens zagrał Sherlocka równie wspaniale jak Heifetz melodie Rozsy. Jest chłodny i kruchy, flegmatyczny i energiczny, zgorzkniały i romantyczny, pewny siebie i płochliwy, gdy wkracza na tereny, na których nie jest ekspertem (uwaga ta nie dotyczy, co ciekawe, romansów). Stephens, podobnie jak Brett, wygrywając Holmesowe melancholie i manie, grał trochę samego siebie. Nie miał szczęścia. Gdy otrzymał rolę w filmie Billy'ego Wildera* - rolę, którą, co wierni Czytelnicy tego bloga pewnie pamiętają, miał grać sam Peter O'Toole, czuł się tak, jakby złapał przyjazne bóstwo za nogi. Bóstwo tymczasem okazało się Freddiem z Ulicy Wiązów. Metody Wildera, jak wspominał potem sam Stephens, były trudne do zniesienia i bardziej niż instruowanie aktorów przypominały torturowanie jeńców. Trzecia (z czterech) żona nieżyjącego już Stephensa, Dame Maggie Smith zdradziła w wywiadzie, że doprowadzony do ostateczności aktor usiłował nawet popełnić samobójstwo. Co gorsza, kariera Stephensa mimo tych wszystkich mąk nie nabrała oczekiwanego rozpędu, niedługo później aktor rozpił się i stoczył, a sam film czekał nielepszy los.
Prawie każdy fandom ma swoją legendę o Zaginionym Dziele - wielbiciele Schulza poszukują jego "Mesjasza", prawdziwi fani "Gwiezdnych Wojen" wciąż czekają na "prawdziwe" zakończenie (bo Epizod VI z miśkami rzekomo się nie liczy*), a holmesiści marzą o tym, by ktoś odnalazł powycinane sceny z The Private Life of Sherlock Holmes. Naturalnie każdy film chudnie w montażu i często wychodzi mu to na dobre, jednak PLOSH potraktowany został wyjątkowo okrutnie. Początkowo trwał bodaj trzy i pół godziny i zawierał cztery głóne wątki oraz flashbacki i flashforwardy (uniwersytecka kariera Holmesa i potomkowie Watsona). Zostały z niego dwie przeplecione historie, a i te są pocięte. Nawet scenariusz dostępny w sieci nie jest kompletny - ale można w nim przynajmniej znaleźć jedną cudowną scenę, w której Watson usiłuje się wyprowadzić oraz finał z Lestrade'em, który próbuje namówić Holmesa do podjęcia pewnej sprawy. Krążą pogłoski, jakoby jeszcze jedną scenę i trochę zdjęć z planu wraz ze ścieżką dźwiękową dodano do wydania DVD - Sherlockista nie miał jeszcze funduszy, by to zweryfikować.
To, jak bardzo bolejemy nad utratą zaginionych scen świadczy tylko o tym, jakie dobre jest to, co się ostało. Jak kłuje cierpki i absurdalny humor. Jak rozczula potęga podskórnych emocji, które w tak wzruszający sposób wychodzą z ukrycia w finale. Mimo szarżującego Blakely'ego, zachwyca w tym filmie dynamika relacji Holmesa z Watsonem, który jest - jak i w każdej dobrej ekranizacji być powinien - oparciem, lekarzem, przyjacielem, dostawcą kokainy ;), ale i pisarzem, artystą, człowiekiem z własnym życiem i własnymi wadami. Momentami wykończony ekscesami Holmesa, momentami wściekły, momentami pakujący manatki, choć zawsze niezawodny, wystarczająco inteligentny, żeby być pomocny i wystarczająco wrażliwy, żeby wyczuwać, jak to robić.
A sam Holmes... Wilder, jako holmesolog, chociaż poszalał przy tworzeniu intryg i wątków romansowych, umiał z bolesną celnością wydobyć wszystko, co w tej postaci ważne. Holmes Wildera jest zmanierowanym geniuszem i narkomanem, słabym, nieodpornym na załamania, zamkniętym w sobie ekstrawagantem, który tonie we własnej frustracji, bo ani przestępcy ani kobiety nie dorastają do jego potrzeb i wymagań. Dla Holmesa nie ma w społeczeństwie wiktoriańskim dobrego miejsca. To (uwaga, spojler!) człowiek, którego otacza taka aura absurdu, że starzejąca się rosyjska gwiazda baletu może go wybrać na ojca swoich dzieci, dyrektor cyrku bez żenady poprosi go o odnalezienie sześciu zbiegłych karłów, a Watson będzie na zmianę niańczył jak nieodpowidzialne dziecko i usiłował zamordować. Holmes Wildera jest bez wątpienia wspaniałym detektywem - ale zbyt dobrym, by zająć uwagę badaniem popiołów z fajek czy kradzieżami kanarków a zbyt słabym, by przeniknąć intrygi własnego brata (w roli szarej eminencji Wielkiej Brytanii, Mycrofta, znakomity Christopher Lee). Ma w sobie jakieś tragiczne piętno, które sprawia, że, trawestując słynny slogan Mefistofelesa, dobra pragnąc wiecznie zło czyni - ale to na niego samego spadają wszystkie zła tego owoce. Wszystko mu się udaje, wie wszystko, wszystko potrafi wydedukować i przewidzieć, a wtedy, gdy umiejętności te przydałyby się mu najbardziej, zawodzi, ponosząc sromotną klęskę. A pokazany jest ten Holmes, jak w tytule - intymnie, z nieskończoną czułością i ciepłem, którego Wilderowi zabrakło dla żywych ludzi na planie. Widać Sherlock bardziej potrzebował odrobiny delikatności.
Niewiele jest równie smutnych toposów, jak geniusz, który się myli - a te Holmesiana, które potrafiły Sherlocka pokazać w chwili jego upadku należą do najlepszych. Tak jak PLOSH.
Na koniec wreszcie, chociaż Sherlockista nie poleca oglądania tego poranionego filmu w wersji rozczłonkowanej jeszcze przez youtube'a, lepsze to niż nic :)
---
* Dla Czytelników ceniących źródła ;) - można to wyczytać m. in. tu.
* Disclaimer offtopic: Sherlockista stanowczo NIE należy do osób, które mają jakikolwiek problem z miśkami z szóstki ;)
...i Piramida Strachu" z 1985 roku to był strasznie fajny film. Młody Holmes (bardzo przystojny Nicholas Rowe) poznał młodego Watsona (Alan Cox) w szkole i razem wplątali się w poważne kłopoty z pewną sektą. Miał ten film swoje zalety (Holmes elegancko dedukował, Watson był jego inteligentnym i sprawnym towarzyszem boju), miał też i wady (och, ten tragicznie zakończony romans, po którym nasz biedny Sherlock już nigdy w dorosłym życiu się nie pozbierał - błeeee, takie coś wyszło tylko raz, i to w legendarnym PLOSH i wymagało połączonych geniuszów Wildera, Stephensa i Rozsy; o tym ostatnim filmie na pewno jeszcze Sherlockista napisze szczegółowo). W sumie: udana hollywoodzka rozrywka.
Sherlockista nie może jednak powiedzieć, by zachwycał go pomysł całej książkowej serii o przygodach młodego (czternastoletniego) Sherlocka, której napisanie zostało oficjalnie (bo przez Conan Doyle Estate, czyli opiekunów spuścizny po ACD) zlecone Andrew Lane'owi. Pierwsza powieść z cyklu ma się ukazać wiosną, nakładem wydawnictwa Macmillan (w serii książek dla dzieci). Garść szczegółów w The Guardian, a dlaczego Sherlockisty to nie zachwyca najlepiej wyjaśni trailer (?) owych książek: