Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BBC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BBC. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lutego 2012

Prezent na urodziny: Cumberbatch czy Brett? W promocji Merrison!

Sherlockiana urodziły się 26 stycznia 2010, ale pierwszy prawdziwy post opublikowałam dopiero prawie miesiąc później, 22 lutego. W związku z czym postanowiłam obchodzić urodziny wtedy, kiedy akurat przyjdzie mi do głowy dobry prezent.

środa, 4 stycznia 2012

"Scandal in Belgravia". BBC Sherlock, season 2, episode 1. Po polsku: odlot!

[Można czytać spokojnie, nie ma żadnych nowych spojlerów.]

Pierwszy sezon Sherlocka z XXI wieku, Sherlocka uwspółcześnionego, przeniesionego w inną epokę, z wyrazistą obsadą i bardzo śmiałymi rozwiązaniami fabularnymi, powinien był wywołać kontrowersje i ambiwalentne uczucia. Tymczasem, ku radosnemu zdziwieniu Sherlockisty, otoczył go bez mała kult, i to zarówno ze strony hardkorowego Holmesowego fandomu, jak i zwykłych wielbicieli seriali detektywistycznych, którzy na myśl o Kanonie dyskretnie tłumią ziew.
Musi ShK wyznać, że choć oficjalnie w blogu tryskał entuzjazmem, w skrytości serca na myśl o kontynuacji odczuwał dreszcze obawy. Czy chłopcy dadzą radę? Czy udźwigną? Czy nie zepsują? - a stawka jest niebagatelna, bo podobnego rozkwitu nie zaznał wspomniany sherlockistyczny fandom od czasów Jeremy'ego Bretta i mamy szansę zostać świadkami narodzin kolejnej wielkiej legendy i wielkiego cyklu. Każda wtopa mogłaby przynieść niepowetowane straty - zdechnięcie oglądalności, brak zamówienia na kolejny sezon i szansy na poprawę, a w konsekwencji również wygaszenie mody na Holmesa. I kolejne dwadzieścia lat bryndzy, Richardów Roxburghów (brrrr) i innych Mattów Frewerów (auć). Pierwszego stycznia targał zatem Sherlockistą, obok noworocznego kaca, także stres.
Moffat, Gatiss, Cumberbatch, Freeman i reszta Ekipy ukoili  nerwy ShK około trzeciej minuty projekcji. Przez kolejne 87 nie myślał już Sherlockista o niczym niezwiązanym z akcją, a jeśli dawał wyraz refleksjom o charakterze ocennym, to miały one postać głównie nie do końca artykułowanych, za to ekspresywnych okrzyków "ale czad!".
Jeśli zaś wahał się co do treści recenzji, to głównie w kwestii kolejności zachwytów. Po namyśle jednak...
po pierwsze chciałby powiedzieć, że Cumberbatch jest wspaniały. Dostała mu się rola trudniejsza niż w poprzedniej serii, wiele emocji do wygrania, wiele złożonych relacji, w których wspaniale potrafił się odnaleźć - nie tylko z Irene Adler, ale również z Johnem i Mycroftem, a nawet z biedną Molly Hooper. I dał popis.
Po drugie, sprawę ułatwili mu oczywiście scenarzyści. Sherlockista do tej pory myślał, że tylko Bert Coules (także z BBC) bezbłędnie wyczuwa, jak pisać Holmesa, jakie słowa wkładać mu w usta i jakie zachowania, kiedy pozwalać mu ujawnić odrobinę emocji, a kiedy podkreślić, jak mocno odbiega od społecznej normy. Moffat z Gatissem radzą sobie może nawet jeszcze lepiej. Oni po prostu robią wszystko dobrze. Właściwie. Jak powiedziałby Mozart z "Amadeusza" Formana: jest dokładnie tyle nut, ile trzeba. Tyle współczesnego luzu i tyle bezpośrednich cytatów, by Holmes brzmiał zarazem kanonicznie i naturalnie. Tyle dedukcji (świetnie i zabawnie pokazywanych na ekranie) i tyle towarzyskich wpadek, ile zaliczał ich Sherlock ACD. Tyle akcji (łącznie z absolutnie cudowną sceną defenestracji!) i tyle snucia się po domu (oraz pałacu Buckingham) w prześcieradle; tyle skrzypiec... a właśnie...
Po trzecie, ach, te skrzypce...
Czy Czytelnicy pamiętają może jedną z najczulszych notek w historii Sherlockianów, tę o PLOSH (Private Life of Sherlock Holmes)? To był ten oburzający film o Holmesie, miłości i smutnych skrzypcach, którego żaden szanujący się sherlockista by nie zniósł, gdyby zarazem go nie kochał, i którego niech nikt nigdy nie waży się naśladować. Oczywiście nikt oprócz ekipy BBC. Sherlockista nie wie naturalnie, na ile nawiązania do PLOSH były zamierzone, a na ile nasunęły się same na skutek podobieństw fabularnych, ale, o rany no, są naprawdę okropnie wzruszające. Także same w sobie. Nie znaczy to na szczęście, że jest to jednak wbrew obietnicom romansidło.
Po czwarte bowiem, Irene Adler jest dokładnie tą osobą, którą by była, gdyby nasza droga śpiewaczka i awanturnica z wieku XIX urodziła się sto lat później. Lara Pulver spisała się świetnie, ale jeszcze lepiej spisał się Moffat.
Wielbiciele "Sherlocka" mogli tego jeszcze nie zauważyć, ale fani drugiego słynnego dziecka Moffata, nowych serii Doktora Who, już wiedzą, że autor ten ma słabość do silnych postaci kobiecych. W fandomie whovistów jednym z ważnych punktów sporów jest to, czy Moffat nie przesadził, wprowadzając do fabuły postać żony Doktora, która jest tak barwna, tak wszystkowiedząca i tak we wszystkim oblatana (dosłownie! ona wie lepiej jak kierować samą TARDIS!), że przyćmiewa głównego bohatera. Można było się obawiać, że także Adler okaże się trochę przerysowana. Ale i ten niepokój okazał się nieuzasadniony. Irene jest wspaniałą, naprawdę godną przeciwniczką, jednak ilekroć wydaje nam się już, że Sherlock dał się podejść jak dziecko, tylekroć scenariusz funduje nam nowy zwrot akcji. Wszystkim, którzy wciąż nie mogą przełknąć superwoman Adler, Sherlockista uprzejmie przypomina, że w opowiadaniu to ONA wygrała :)
Po piąte, nie chciałby Sherlockista Was zanudzić achami i ochami na temat aktorów, ale nie da się pominąć Johna, a zwłaszcza Mycrofta. Hobbit po prostu trzyma formę, Mycroft jednak rozwinął się bardzo i wykorzystuje w pełni dłuższy czas ekranowy. Jego minę na widok Sherlocka w prześcieradle nazwałby Sherlockista 'bezcenną', ale jakie zachwyty pozostałyby mu wtedy na opisanie bardziej dramatycznych momentów w wykonaniu Gatissa?
Po szóste i ostatnie, twórcy nie bali się niczego. Nie bali się nakręcić Sherlocka z papierosem (za co jest im ShK osobiście wdzięczny, niewiele rzeczy budzi w nim tyle odrazy, co współczesny faszystowski prozdrowotny terror), nie bali się pokazać gołej kobiety przed 21 (za to, naturalnie, zgarniają baty od pruderyjnych recenzentów, ale tego rodzaju pruderia budzi w ShK bodaj jeszcze większą odrazę), i nie bali się wreszcie spisać na nowo aż kilku Kanonicznych przebojów. Dosłownie! Zajrzyjcie na blog Watsona, a znajdziecie zapiski z paru spraw, których "zajawki" pokazują nam na początku odcinka. "Speckled Blonde" i "Geek Interpreter" (to nie są literówki) to błyski Moffatowo-Gatissowego geniuszu. Za (uwaga! kto nie oglądał jeszcze filmu niech tam pod żadnym pozorem nie wchodzi, bo zepsuje sobie moment najczystszej holmesologicznej radości :)) wycinki prasowe pod tytułem "Hat-man and Robin" wybacza ShK całej ekipie wszystkie wpadki na dziewięć odcinków w przód.
A oby było ich jeszcze więcej.
Jeśli coś może Sherlockista zarzucić temu SCAN, to dotyczy to dialogów z Adler. Może trochę za bardzo wyeksponowane są prowokacje i aluzje seksualne? Momentami niby to śmiałe wypowiedzi Irene brzmią raczej komicznie niż ekscytująco. Poza tym, można by odrobinkę przerobić montaż. Z początku gubimy kilka miesięcy życia Sherlocka i nie jest do końca jasne czemu ani w jaki sposób, pod koniec troszkę zaczynamy tracić ciągłość w śledzeniu głównej intrygi. Ale to naprawdę czepialstwo, które ma raczej uwiarygodnić Sherlockistę w roli odpowiedzialnego recenzenta i zatuszować fakt, że w istocie jest po prostu pijanym z rozkoszy fanem ;)
Na szczęście, nie jest ShK w swojej radości odosobniony - zarówno Telegraph, jak i Den of Geek opublikowały recenzje, które aż wzruszają stężeniem zachwytu.
Bo i tak naprawdę, to porządnie wkurzają w nowym Sherlocku tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce legalnie dostępny jest tylko za ciężkie pieniądze.
A po drugie, jak ja mam po Czymś Takim iść i z życzliwą obiektywnością oglądać w czwartek jakiegoś Ritchiego???
P.S. Uwaga - w komentarzach już są spojlery!

środa, 21 grudnia 2011

Trailery Sherlocka BBC 2! Tak, jest straszny kundel! I jeszcze straszniejszy Moriarty.

Na początek, upajający koktail z wszystkich trzech epizodów. Prawda, że "a monstrous hound" brzmi wspaniale w ustach Cumberbatcha?




A tu zajawka Psa - Tego Diabelskiego Psa, którego jeszcze nikomu nie udało się dobrze nakręcić. Może tym razem?




Czy "He's back!" oznacza, że wrócił ON on, niezrównoważony Jim? Trailer wykorzystuje materiał z pierwszego i trzeciego odcinka. Tak, Sherlockista też się trochę tego - i w ogóle trójki - boi...




No i wreszcie: sam Jim... ląduje w więzieniu... razem z Sherlockiem... ?




A na koniec, może ktoś jeszcze nie widział fragmencików nowego wspaniałego SCAN?
Oto pierwszy:


I drugi:



Sherlockista właściwie ma ochotę wydać z siebie tylko jakiś długi entuzjastyczny okrzyk. Absolustnie wszystko wskazuje na to, że druga seria będzie co najmniej równie dobra jak pierwsza. Co najmniej! I, uwaga, przypomina ShK, że cała ta uczta dla osób, które potrafią zdobyć brytyjskie IP legalnie dostępna będzie prawdopodobnie już 1, a najdalej 2 stycznia! (Tak rok temu działał bbc iplayer, czyli striming na stronie naszej ulubionej brytyjskiej telewizji.

wtorek, 22 listopada 2011

O tym, czego nie ma i czego też nie ma: debata i BBC Study in Pink, jakiego nie znacie

Sherlockista spóźnił się mocno z relacją z sherlockistycznej debaty, co mogło wzbudzić podejrzenia Czytelników, że nic szczególnego się nie wydarzyło. Słuszne to podejrzenia.
Debatę w odczuciu Sherlockisty odrobinę zepsuły kłopoty techniczne (kapitan jednej z drużyn nie został wpuszczony przez system i prezentacji argumentów dokonał za niego prowadzący całą debatę...) a już bardzo, ale to bardzo: fatalna prezentacja jego, Sherlockisty ekipy, czyli Tradycjonalistów.
ShK zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli pytamy o to, kto najlepiej przyczynia się do rozkwitu holmesowego dziedzictwa w perspektywie przyszłości, to BBC-Sherlock będzie miał żelazne argumenty. Przed debatą miał zresztą przygniatającą przewagę - 52 głosy. Wyobrażał sobie jednak, że argumenty te może odrobinę nadgryźć ekipa Warner Bros. (w końcu film jest jeszcze bardziej popularny niż serial), a także drużyna, którą osobiście popierał. W końcu gdyby nie klasyczne adaptacje 20 w., a zwłaszcza Brett, to z pewnością dziedzictwo to nie byłoby zachowane w tak dobrej kondycji, już nie wspominając o tym, że czym innym jest przechowanie Sherlocka w masowej pamięci jako superdetektywa i idola, a czym innym popularyzowanie samego ACD, razem z gazowymi latarniami, powozami, sentymentalnym obrazem wieku XIX i Watsonem-dżentelmenem.
Drużyna BBC-Sherlocka, mimo irytujących Baker Street Babes na czele, zaprezentowała się zgodnie z oczekiwaniami fantastycznie, eksponując trafnie wszystkie zalety serialu, jego zaskakującą wierność mimo uwspółcześnienia realiów, aktualność, nowoczesność, popularność i, po prostu, dobrą jakość.
Drużyna filmowa zrobiła co mogła, wskazując na to, że Ritchie potrafił zachwycić masową publiczność nową, nieco podkręconą wersją Sherlocka osadzonego wciąż jednak jakoś tam w czymś, co z daleka może wyglądać jak amerykański pogląd na to, jak mógł wyglądać wiek dziewiętnasty. Burt Wolder, kapitan owej drużyny (z ramienia podcastu I hear of Sherlock...) pokusił się nawet o przedstawienie niezwykle imponującego wykresu, który pokazywał, jak oglądalność Sherlocków wzrastała gwałtownie w okresach, w których pokazywano adaptacje utrzymane w epoce (i malała wówczas, gdy na przykład Rathbone z Bruce'em kręcili potworki o Sherlocku w Waszyngtonie i tym podobne).
Drużyna trzecia - to, jak wspomniał Sherlockista - rozczarowanie na całej linii. Prezentacja ta, czytana niestety przez organizatorów, była w zasadzie zbiorem refleksji różnych członków ekipy, które w większości mówiły mniej więcej tyle, że, no kurczę, jakoś tak głupio, jak ten Holmes poza swoją epoką jest pokazywany... i że chyba Sherlock w XIX w. to wierniej i fajniej... i że XIX-wieczny Londyn jest wierniejszy i fajniejszy... Autorzy ewidentnie nie wzięli pod uwagę, że taka "strategia" argumentacyjna pracuje również na rzecz filmu Ritchiego i nie zadali sobie trudu, by zdobyć się  na jakiekolwiek konkretne przykłady udanych adaptacji utrzymanych w epoce (a z filmów z Brettem można by wyciąć stosy wspaniałych typowo dziewiętnastowiecznych momentów). Nie wspomnieli też o zasługach klasycznych adaptacji dla podtrzymania tradycji i w ogóle zamiast na podkreślaniu zalet przebrzmiałych już jak widać sław holmesowego świata, skupili się na promocji strony jednego z członków drużyny...
Po tych prezentacjach nadszedł czas na dyskusję, w której wszyscy radzili sobie nieźle, ale też i pytania były stosunkowo przyjazne. A to, jak obejść (wydumany przez współczesnych faszystów z działu cenzury, zdaniem Sherlockisty) problem pokazywania Holmesa z używkami, a to o wątek homoseksualny... takie tam typowe holmesowe świergolenie. Bardzo miłe, ale zupełnie niekonkluzywne. (Ani Shk ani Czytelniczce, których wymianę zdań na żywo można zresztą poczytać na fan-stronie Sherlockianów, nie udało się niestety zmieścić z własnym pytaniem).
Sherlockista był więc naprawdę i szczerze zdumiony wynikami debaty:
A konkretnie faktem, że aż tyle osób zmieniło zdanie (!) i dopiero po debacie wybrało opcję "Niezdecydowany". Sherlockista wahał się tylko, czy głosować wciąż na to, co w sercu swoim uważa za najlepsze dla Holmesa, czyli Drużynę 3, czy uszanować tego, kto bezwzględnie najskuteczniej przedstawił swoje racje w debacie (Drużyna BBC). Czemu inni uczestnicy zmienili zdanie tak, jak zmienili, a zwłaszcza już czemu zarówno odpłynęli zarówno od ekipy BBC jak i od ekipy filmowej (która zaprezentowała się całkiem przyzwoicie i nie powinna była nikogo zniechęcić) - tego ShK nie pojmuje w ogóle. Bo - co jest wnioskiem końcowym organizatorów - że Debata pokazała wyraźnie, jak wspaniały, zaskakująco zwarty, liczny i zdeterminowany jest fandom nowego Sherlocka BBC, to Sherlockisty nie dziwi wcale. Bardzo dobrze! Przypomniał sobie dziś ShK The Great Game i zachwycił się od nowa :)

***

A skoro mowa o Sherlocku BBC, to obiecane w tytule nowe, nieznane wcielenie poznał Sherlockista przypadkiem, dzięki pewnemu doniesieniem, które otrzymał już jakiś czas temu. Wyczytał mianowicie, że w Seulu furorę robi musical na podstawie ACD, obejrzał zdjęcie:














...i jako wielki wielbiciel nie tylko Holmes-musicali (o tym wciąż czeka Czytelników kiedyś wielka notka), ale i faktu, że na Dalekim Wschodzie Sherlock czczony jest co najmniej jak Chopin, zapragnął nad życie wysłuchać chociaż fragmentu. Fragmentu, niestety, się nie doguglał, ale za to...



...przecież to brzmi, jak gdyby Cumbi się w Seulu urodził... :D

piątek, 28 października 2011

Zepsuty detektyw, Skándal v Čechách i "omne trinum dość kasy dat"

Czyli szybka notka informacyjno-gawędziarska o wszystkim po trochu.
"Zepsuty detektyw" to tytuł recenzji Sherlocka BBC autorstwa Piotra Zaremby z tygodnika o bijącym boleśnie po oczach tytule "Uważam rze". (Kto chce, może zerknąć na zajawkę tu.) Spokojnie, nie nastąpi teraz ani tyrada na temat katastrofy smoleńskiej ani też tyrada na temat nieznośnych spiskowych teorii - ShK na Sherlockianach od przepychanek bieżących trzymać się będzie, o ile się da, z daleka. Recenzja jest wprawdzie pisana trochę w duchu zgorzkniałego konserwatysty (ach ta dzisiejsza młodzież...), ale Sherlockiście nie spodobała się głównie dlatego, że Zaremba propaguje w niej pewien mit. Jak niektórzy Czytelnicy pamiętają - obalanie sherlockistycznych mitów należy tymczasem do celów statutowych niniejszego bloga.
Autor przyznaje wprawdzie, że powieści ACD trochę "zlewają mu się w głowie", ale nie przeszkadza mu to stawiać stanowczych tez na temat niewierności adaptacji BBC. Niewierność ta polega zaś rzekomo na tym, że Sherlock został przedstawiony jako osoba chłodna, nieludzka i niesympatyczna, chociaż Zaremba zapamiętał go jako szlachetnego i dobrego. Ględzenie o tym, że jest to (w domyśle: gorzka) "prawda o naszych czasach" można spokojnie zignorować, łącznie z zakamuflowanym lamentem nad tym, jak to kiedyś pisarze-dżentelmeni nigdy nie ośmielali się ukazywać publiczności brzydkch wnętrz swoich bohaterów. Warto natomiast podkreślić jedno: jeśli Moffat i Gatiss pokazują Holmesa jako "zepsute genialne dziecko" i "obrzydliwego socjopatę", który traktuje ludzi "bez empatii", to nie dlatego, że musieli dostosować postać Sherlocka do smutnych realiów Londynu wieku XXI. Holmes właśnie tak opisywany jest przez - wpatrzonego w niego przecież! - Watsona. Jest taki niewątpliwie i w STUD i w SIGN, pierwszych opowieściach, w których go poznajemy. To, że potem jego wizerunek momentami łagodnieje, że Watson mniej skarży się na to, że Holmes jest "maszyną", że zachowuje się "nieludzko", że pozostaje nieczuły na wdzięki, uroki i nieszczęścia swoich klientek i tym podobne - te fragmenty musiały zresztą Zarembie zupełnie umknąć - to między innymi skutek tego, że postać Holmesa trochę się rozwija, dojrzewa, zyskuje ludzki wymiar dzięki przyjaźni z Watsonem. Nie w każdej adaptacji przemiana ta jest tak przejmująca jak w serii Granady z nieodżałowanym Jeremym Brettem, ale nawet w pierwszym filmie nowego cyklu BBC mamy pewne sygnały, że Sherlock ma w sobie różne ludzkie cechy, które Watson potrafi w nim obudzić. Jeśli Zarembie Holmes Cumberbatcha wydaje się jednoznacznie "antypatyczny", to tylko dlatego, że patrzy na niego jak na bohatera dla młodzieży. Sherlock wymaga uwagi i czułości. I nigdy, a już na pewno nie w Kanonie, nie jest "sympatyczny".
---
Druga informacja jest zarazem wesoła i smutna. Wesoła dlatego, że wszyscy kochamy czytać po czesku i Sherlockista z dużą przyjemnością poleca zajrzeć na stronę: http://www.sherlockholmes.cz , gdzie w ankiecie "Znate cely kanon?" prowadzi odpowieź "ano" :) A poza tym dużo ciekawych rzeczy jest po angielsku. Smutność - i skandal - leży po prostu w fakcie, że Czesi, choćby chcieli, nie mają okazji pośmiać się z sherlockizmu po polsku. Sherlockista wciąż liczy na to, że po najnowszych popularnych produkcjach uda mu się zebrać grupkę entuzjastów na tyle dużą, by było sens w końcu założyć przyzwoity scion i tym wpisem nieśmiało po raz pierwszy zapowiada taki zamiar. Chyba, że się poddamy i wiedzeni sentymentem do tytułu SCAN, będziemy po prostu zapisywać się do najbliższego ośrodka...

---
A trzecia informacja to ta, którą już jakiś czas temu Czytelniczka Sherlockianów wkleiła na naszą fan-stronę. Podobnie jak przy pierwszej części, jeszcze przed wypuszczeniem Ritchie-Sherlocka na ekrany kin, od razu zamówiono scenariusz sequela. Oznacza to, że jeśli drugi Downey zarobi dość kasy, dostaniemy jeszcze trzecią część trylogii. Ponieważ Sherlockista nie jest jednoznacznie źle nastawiony do tej produkcji, nie przyjął też tej informacji jednoznacznie źle. W każdym razie, scenariusz ma napisać Drew Pearce, który chyba jest wiodącym specjalistą od filmów z Downeyem - dostał również zlecenie na Iron Mana 3. Oby tylko mu się te produkcje nie pokręciły, bo już przy "jedynkach" można było mieć wątpliwości...

sobota, 1 października 2011

BBC-Sherlock po polsku! Tego nie wolno przegapić!

Powiedzcie wszystkim, którzy jeszcze nie widzieli. Zaciągnijcie przed telewizory każdego, kto twierdzi, że Sherlock Holmes to ramota z dziewiętnastego wieku! Zadzwońcie do tych szlachetnych, którzy wciąż jeszcze naprawdę fantastycznej produkcji BBC z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem nie oglądali - bo mieli opory moralne, finansowe lub językowe. Powysyłajcie maile i linki do sympatyków kryminalnych seriali, niech wreszcie zobaczą coś naprawdę dobrego. Wsuńcie sympatycznym sąsiadom kartkę pod drzwi a na kartce napis:

UWAGA

JUTRO, W NIEDZIELĘ, o 19, NA BBC ENTERTAINMENT DAJĄ PIERWSZY ODCINEK I SERII NOWEGO SHERLOCKA!!!

Gdyby ktoś Was pytał, dlaczego koniecznie trzeba Sherlocka obejrzeć, możecie zawsze podlinkować recenzje z Sherlockianów (z pierwszych dwóch odcinków i finału ) ;)... albo ze dwa tysiące innych peanów na temat tego serialu, które wiszą w najprzeróżniejszych kątach Sieci.
Z przekonywaniem nie powinniście mieć większego problemu, podobno, jak twierdzi stacja BBC Entertainment, która zleciła jakowej badania w tej sprawie - obok uroczego detektywa Monka - Sherlock Holmes jest ukochanym detektywem Polaków (prowadzą przed m. in. porucznikiem Columbo oraz agentami z Archiwum X :D).


P.S. Tylko uprzedźcie ich, że to się będzie działo w XXI wieku... Gdyby ktoś Wam jojczył, że chce "hansom cabs", powiedzcie, że londyńskie taksówki nie są wcale gorsze i że naprawdę się przekona ;)

piątek, 23 września 2011

Sherlock BBC przenosi się do Polski a w Ameryce robią nowego i inne historie...

... Sherlockista właśnie wrócił z ostatniej już długiej podróży tych wakacji i tym razem ma za swoje. Przegapił całkiem sporo mniejszych i większych wydarzeń naszego holmesologicznego świata, w tym jedno takie, że ma ogromne wyrzuty sumienia (rocznica śmierci Jeremy'ego Bretta - 12 września) i jedno takie, że może wolałby dowiedzieć się o tym jeszcze później (CBS... ale to będzie za chwilę).
Rocznicę wspaniale uczciła za to pewna włoska zamożna fanka wielkiego i zarazem kochanego Jeremy'ego, fundując stypendium jego imienia, dla studentów londyńskiej szkoły aktorskiej (Central School of Speech and Drama), w której kwalifikacje zdobywał sam Brett (ur. Huggins). O Brettcie, najulubieńszym swoim i najdroższym Sherlocku pisuje ShK dużo i czule, więc może się ostatecznie czuć usprawiedliwiony.

Zdąży też jeszcze przypomnieć wszystkim sto razy - i podręczyć Czytelników, by oni też wszystkim bliskim swoim Sherlockiem zainteresowanym przypominali - że od 2 października polskie BBC Entertainment będzie nam pokazywało genialnego BBC-Sherlocka Moffata i Gatissa. Rozgłaszajcie tę wieść, zachęcajcie znajomych, niech wszyscy się przekonają, jak wspaniale odnajduje się symbol ery dorożek i gazowych latarni w Londynie, w którym nikogo już nie stać na palenie fajki. Propagujcie Sherlocka BBC tym bardziej, że nadchodzą tak zwane ciekawe czasy - i Sherlockista mówi to dokładnie takim samym tonem, jakiego użyłby w tej sytuacji Pratchettowski Rincewind...

Ciekawe czasy zamierza zafundować nam amerykańska telewizja CBS, która postanowiła przyrządzić nowego Sherlocka Holmesa w wersji uwspółcześnionej. Czyli zrobić Moffata po swojemu. Będą to pichcić Sarah Timberman i Carl Beverly (jeśli ktoś z Czytelników zna np. "A Gifted Man", to ShK serdecznie prosi o komentarz w sprawie talentów twórców). Właściwie niewiele jeszcze na ten temat wiadomo, tyle tylko, że prawa kupione i scenariusz zamówiony (u Roba Doherty'ego), ale Sherlockista nie jest przekonany do tego pomysłu. Wszyscy komentatorzy podkreślają, że nie ma szczególnego sensu robić kolejnego uwspółcześnionego Sherlocka, bo i tak nie będzie lepszy niż Moffat (Moffat, nawiasem mówiąc, zgarnął kolejne nagrody, tym razem na TV Choice Awards; żeby było śmieszniej, wygrał zarówno kategorię "New Drama" - Sherlockiem, jak i "Family Drama" - Drem Who). Naturalnie trzeba zrozumieć, że Amerykanie mają po prostu taką potrzebę, żeby wszystkie fajne rzeczy z Europy przerabiać na "po swojemu" (patrz: casus "Millenium"), ale Sherlockista przypomina sobie dokładnie jeden taki przypadek, gdy zrobili to lepiej. Ktokolwiek widział "Queer as Folk" w wersji brytyjskiej i w wersji amerykańskiej, ten może potwierdzić. Ktokolwiek je widział, wie też, że w punkcie startowym Amerykanie po prostu przepisali żywcem znaczne partie scenariusza i potem dopiero historia rozkwitła im pod palcami (także dzięki absolutnie fantastycznie dobranym aktorom). Podsumowując: nie wiadomo, czy wyjdzie z tego coś dobrego. Wprawdzie amerykański odłam fandomu Sherlocka jest najpotężniejszy na świecie, ale... nie wiemy, na ile CBS postanowi w ogóle liczyć się z tym faktem.

Na koniec tego pełnego niepokoju wpisu jeszcze jedna smutna informacja, którą Sherlockista zamierzał podzielić się już dawno. Nasz ulubieniec Benedykt Cumberbatch w programie Jonathana Rossa stwierdził, że chociaż jego stary kumpel David Tennant namawiał go do ubiegania się o rolę Doktora, to jednak on sam zupełnie nie ma takiego zamiaru. Sherlockista bardzo uważnie poszukiwał wśród różnych doniesień na ten temat jakiegokolwiek cytatu, który mógłby Benia usprawiedliwić, ale niestety wszystkie mówią to samo: popularność wśród młodzieży, fandom piszczących nastolatków, którzy marzą o kupowaniu pudełek na kanapki z wizerunkiem każdego nowego Doktora to coś, czym nasz Sherlock gardzi. Może to taki arystokratyczny rys, który łączy Cumberbatcha z Holmesem, ale Sherlockista naprawdę potrzebowałby bardziej przekonujących argumentów, by zrozumieć, dlaczego ktoś nie chce zagrać jednej z najbardziej legendarnych ról w historii telewizji. W dodatku, gdy ten ktoś nie musiałby się nawet obawiać, że zostanie zaszufladkowany - bo Benedykt po kolejnej serii i tak już zawsze bardziej szufladkowany będzie jako ikona wszechczasów, Holmes.

A Sherlockista, tak osobiście, to i tak najchętniej strzeliłby sobie lunchbox z uśmiechniętym, młodym, preSherlockowym Jeremym:
(zdjęcie ukradł z bardzo wspaniałej strony JeremyBrett.info - która zaprowadziła go także do niezwykle sentymentalnego, ale dla wielbicieli niezastąpionego kanału youtubowego)

sobota, 3 września 2011

Wrzesień na Sherlockianach

...nastał, a Sherlockista wyzna, że chociaż obijał się w sierpniu skandalicznie, to wyrzutów sumienia większych nie ma, bo, po prostu, nic się specjalnego nie działo i można było z czystym sumieniem korzystać ze słońca oraz, jak by powiedział przytłoczony kondycją młodzieży polskiej prof. Hartman, piwa, muzy i plaży. Kto żyje życiem Akademii mógł rozkoszować się wraz z Sherlockistą błogą świadomością, że to sam środek wakacji, a kto jeszcze w szkole lub już w pracy, ten tym bardziej czuł presję, by mijający bezpowrotnie miesiąc wykorzystywać gdzieś z dala od komputera.
Sherlockista zapewnia jednak, że po prostu stęsknił się za Sherlockianami jako takimi, za Waszymi komentarzami i za tym cudownym poczuciem, że rok 1895 jest żywy jeszcze wieczniej niż towarzysz Lenin, w związku z czym we wrześniu będzie coś pisał, choćby w materiałach miał kilka ploteczek z planu i informacje w rodzaju "ach jej, lament w Ameryce, przesuwają premierę Tinker Tailor Soldier Spy, w której gra Cumberbatch".
Jakie ogórki tymczasem zakwitły nam w tych ostatnich tygodniach sezonu?
Po pierwsze, ShK uzbierał dwie dobre informacje na temat Sherlocka 2 Ritchiego (Game of Shadows - dla polskich guglatorów, "Gra cieni").
Pierwsza z tych informacji to taka, że Downey był niepocieszony, bo, uwaga, w przeciwieństwie do tego, jak przebiegały prace nad pierwszym filmem, tym razem sceny akcji kręcono na samym końcu. Można stąd wywnioskować taki - pocieszający! - wniosek, że w nowym Sherlocku będą jakieś sceny, które nie są scenami akcji i które nakręcono na początku. Na potwierdzenie tych jutrzenkę nadziei niosących z sobą słów wypłynęło na serwisy filmowe zdjęcie Moriarty'ego-Harrisa oraz Holmesa-Downeya, którzy oddają się rozrywce w powszechnej wyobraźni jak najdalszej od wszelkiej akcji, czyli grze w szachy.
Oto i ono:


 Co prawda jest to najprawdopodobniej ujęcie "zza kulis", na którym Moriarty i jakaś tajemnicza siwa postać z boku chyba podczytują jeszcze scenariusz, ale można optymistycznie założyć, że szachownica nie została tam przywleczona tylko przez znudzonych oczekiwaniem na swoje wejście kaskaderów.
Informacja, którą Sherlockista najchętniej by zignorował, ale jakaś sadystyczna potrzeba zrzucenia cierpienia na innych mu nie pozwala, jest taka, że Amerykanie szykują się już na ekscytujący pojedynek. Trzeba tu zaznaczyć, że dla nich z jakichś bardzo smutnych przyczyn każda premiera kinowa to pojedynek, bo zazwyczaj w ten sam weekend wychodzi więcej niż jeden "duży" film. Sherlock i "Game of Shadows" na przykład zmierzy się w bitwie o widza z sequelem "Alvina i wiewiórek" i Sherlockista... z całym szacunkiem dla wiewiórek... wolałby nie poznać nigdy wyników tej rywalizacji...
źródło: imdb
Sam Ritchie ponoć wierzy w swojego drugiego Sherlocka, więc i my wierzmy.

Aby zadośćuczynić Czytelnikom za długą przerwę, od razu dorzuci też Sherlockista garść wiadomości na temat drugiego Sherlocka, którego wyglądamy chyba jeszcze bardziej, i który nadejdzie od strony BBC.

Na pierwszą odsłonę BBC-Sherlocka spłynęła kolejna ważna nagroda, tym razem na festiwalu w Edynburgu.

O Cumberbatchu wiemy już, że wkrótce ujawni talenty szpiegowskie w Tinker Tailor Soldier Spy i na plakacie wyszedł tak:



Można też w tym miejscu dodać, że bardzo dzielnie sprawił się w plebiscycie BBC America na ulubieńców płci męskiej. Odpadł dopiero w półfinałach, gdy przyszło mu się zmierzyć z późniejszym triumfatorem imprezy, Alanem Rickmanem. (Sherlockista wyzna z pewnym zażenowaniem, że osobiście kibicował jeszcze bodaj bardziej drugiej "nodze" półfinałów, gdzie jego najukochańszy Doktor (Who) David Tennant poległ w boju z wielkim Colinem Firthem).

O Gatissie, a zwłaszcza o Stevenie Moffatcie dowiedział się natomiast Sherlockista w ten leniwy sierpień, że są jeszcze bardziej utalentowani niż kiedykolwiek mu się wydawało. Niniejszym zachęca i gorąco namawia wszystkich Sherlockistów, żeby dali się wkręcić w nowego Doktora Who (reaktywowanego w roku 2005). Pełnię władzy pisarskiej przejął Moffat dopiero wraz z nadejściem Doktora 11, czyli od piątego sezonu, w roku 2010 - i zupełnie niesamowite jest to, o ileż bardziej dorosłe, skomplikowane i wciągające są teraz scenariusze. Sherlockista nie jest nawet pewien, czy go za bardzo aby nie męczy ten nowy, zupełnie nie rozhisteryzowany Doktor i jego wielowątkowa historia budowana spójnie od dwóch już sezonów i czy nie tęskni jednak nade wszystko za dziecięcą rozkoszą, jaką dawał Tennant uganiając się z krzykiem za wielkimi, zielonymi potworami. Wystarczy jednak zobaczyć kilka epizodów Moffata, żeby widzieć jasno, że scenariusze trzech pierwszych Sherlocków nieprzypadkowo były tak dobre, inteligentne, trzymające w napięciu i pełne zagadek. Ten facet (ci faceci) mają naprawdę ogromny talent do budowania intryg i jasnego opowiadania zawiłych opowieści, który to talent w dodatku rozwija się z każdym nowym filmem. O ile tylko Moffat kompletnie się nie wypali (a w wywiadach trochę jednak narzeka na zmęczenie - pisanie na raz dwóch najważniejszych seriali Wielkiej Brytanii to nie przelewki), to sądząc po nowym Doktorze, druga seria Sherlocków powinna być naprawdę wciągająca.
Ma Sherlockista jeszcze jeden ładny niusik o autorach BBC-Sherlocka, ale ponieważ domaga się dłuższego komentarza, a w tej notce by utonął, to zaprezentuje go jutro :) Nie ma już wiele zaległego Doktora do oglądania, więc można mu wierzyć, że wróci.

sobota, 13 sierpnia 2011

Wiele twarzy Marka Gatissa, Ritchie, Undershaw i inne wspaniałości.

O tym, że Mark Gatiss jest wielkim skarbem dla każdego sherlockisty nie trzeba już chyba nikogo przekonywać, ale nawet ShK, który powoli zostaje jego szalikowcem, wciąż czasem jest zaskoczony celnością jego wypowiedzi. Tu można posłuchać dosyć ogólnej wypowiedzi na temat narodzin pomysłu i (braku) nadziei na książki firmowane przez spółkę Moffat/Gatiss, a tu z kolei poczytać można niezwykle obiecujący wywiad na temat drugiej serii. To, że miała być o psie, kobiecie i wodospadzie, to wiemy już od dawna, teraz jednak dowiadujemy się również, że w centrum uwagi znajdzie się relacja między Holmesem a Watsonem. Sherlockista nie jest mocny ze statystyki, ale podejrzewa, że nie trzeba przeczytać wielu notek na Sherlockianach, żeby wypatrzeć któreś z jego kazań na temat tego, dlaczego w każdej dobrej ekranizacji Kanonu "bromance" głównych bohaterów musi być na pierwszym planie. Jeśli Gatiss podziela poglądy ShK to... to niech się spieszą z tą emisją ;) Niezwykle celna wydaje się też Sherlockiście uwaga, że presja na trzymanie się kostiumowego sztafażu zabiła sporo ekranizacji Sherlocków - właśnie dlatego, że obowiązkowy deerstalker i fourwheeler przesłaniały autorom to, co jest w tych książkach najważniejsze (patrz dwa zdania wyżej;). Gatiss słusznie zauważa (czyni to zresztą także w linkowanym wcześniej materiale audio), że pierwsza ważna seria, w której Sherlocka uwolniono z gorsetu epoki to były filmy z niezapomnianymi Rathbone'em i Bruce'em, ale taktownie nie dodaje, że szansa na eksplorację psychicznej głębi bohaterów raczej nie została wówczas wykorzystana. Nieskromnie twierdzi natomiast, że mimo śmiałej decyzji o uwspółcześnieniu Sherlocków jego filmy stanowią jedną z najwierniejszych ekranizacji Kanonu w historii i trudno się z nim nie zgodzić. Tak, naprawdę widać, że i Gatiss i Moffat szczerze kochają te postaci i te książki. A najlepszą wiadomość z tego wywiadu zostawił Sherlockista na koniec: Gatiss cieszy się, że przypadło mu w udziale pisanie scenariuszy do filmów, które opowiadają o początkach znajomości Holmesa i Watsona. Jak twierdzi, zarówno stosunek Sherlocka do kobiet, jak i do zbrodni dopiero się kształtuje i wszystko jest dość plastyczne. My możemy się zatem cieszyć podwójnie: po pierwsze, bo ten plastyczny materiał Holmesowej psychiki kształtowany jest niezwykle fachowo i zgodnie z wytycznymi ACD, a po drugie, bo jeśli ktoś wspomina o "początkach" znajomości to prawie tak, jak gdyby sugerował, że mógłby zrobić jeszcze wiele filmów o środkach i końcach, prawda? A zatem wizja, że załatwią Sherlocka w wodospadzie i więcej na ekrany nie powrócą wydaje się możliwa tylko, gdyby oglądalność była zupełnie katastrofalna. Co, na szczęście, jest naprawdę mało prawdopodobne. Wariant optymistyczny? Czeka nas jeszcze kawał nowego, XXI-wiecznego kanonu.
Gatiss troszczy się również o uczczenie pamięci tego, któremu to wszystko zawdzięczamy, czyli ACD. ShK wspominał już kilkakrotnie, że dom ACD, Undershaw, ten, w którym swoich dni dożywała jego pierwsza żona Touie, ma zostać przebudowany i to dość gruntownie. Gatiss zaangażował się w działanie komisji mającej na celu ocalenie Undershaw, a o ostatnich wydarzeniach można poczytać tu. Jak się wydaje, Undershaw zyskało na budowie nowej autostrady, która zapewni mu lepsze skomunikowanie ze światem. ACD zależało na tym, by zamieszkać w ustronnym miejscu, ewentualni współcześni  turyści zdecydowanie bardziej docenią jednak możliwość łatwego dojazdu.
---
Uff... Wprawdzie po ostatniej notce kolejna miała nie być poświęcona Sherlockowi BBC, ale w obliczu tylu zachęcających faktów nie dało się inaczej. Na koniec zatem nieco mniej radosne informacje na temat postępków Ritchiego i amerykańskiego obłędu.
---

Otóż pojawiły się plotki - i to plotki oparte na wypowiedziach samego reżysera - że nasza największa sherlockistyczna nadzieja związana z "Game of Shadows", czyli Stephen Fry (Mycroft) będzie się rozbierał na ekranie. ShK nie ukrywa, że trochę go zmroziło. Goły Mycroft to nie brzmiałoby dobrze nawet, gdyby grał go jakiś młody tenisista. Ponadto możemy spodziewać się chusteczki z literą A rzuconej Sherlockowi przez Moriarty'ego w charakterze wyzwania oraz licznych fajerwerków, bo jakoś trzeba było wykorzystać amerykański budżet. Nie traćmy wiary. Nie traćmy wiary. Powtarzam, nie traćmy wiary, no!
---

Jedyna naprawdę smutna informacja dzisiejszego dnia dotyczy kondycji umysłowej pewnej wirginijskiej rady zarządząjącej listą podstawówkowych lektur. Otóż na skutek protestów jednego z rodziców, usunęła ona z tej listy STUD. Rodzic ów twierdził, że książka ACD w złym świetle przedstawia religię mormonów, a to z uwagi, m. in., na ten fragment:

(John Ferrier) had always determined, deep down in his resolute heart, that nothing would ever induce him to allow his daughter to wed a Mormon. Such marriage he regarded as no marriage at all, but as a shame and a disgrace. Whatever he might think of the Mormon doctrines, upon that one point he was inflexible. He had to seal his mouth on the subject, however, for to express an unorthodox opinion was a dangerous matter in those days in the Land of the Saints.

Sherlockista musi powiedzieć, że na wszelkie zamordyzmy spod znaku "obrażania uczuć religijnych" etc. reaguje dość alergicznie i  - naprawdę delikatnie rzecz ujmując - nie widzi powodu, by dopuszczać tylko te dzieła, w których wszyscy wszystkimi wyznaniami się zachwycają. Wprawdzie osobiście uważa, że HOUN - który ponoć ma szansę zastąpić STUD na liście - jest znacznie lepszą powieścią i lepszym wprowadzeniem do gatunku powieści kryminalnej, ale... STUD to powieść, w której Holmes poznaje Watsona. STUD to początek całej przygody, to Beeton's Christmas Annual, to Watsonowe listy i dociekania, to pierwsze razy, pierwsze emocje, pierwsze denouement w wykonaniu Holmesa. Kto usuwa książkę tej sławy z listy lektur, ponieważ niektórzy bohaterowie nie przepadają za wyznawcami Josepha Smitha, Mahometa albo Latającego Potwora Spaghetti*, ten... na pewno nie zasługuje na tyle miejsca na Sherlockianach ;)

Żeby zatem powrócić do optymistycznego tonu całej notki, na koniec zdjęcie Marka Gatissa... Czytelnicy z pewnością dobrze o tym wiedzą, ale Sherlockista dopiero niedawno uświadomił sobie, że ten wspaniały człowiek nie tylko napisał dla nas Sherlocka BBC, ale jeszcze osobiście - i znakomicie - zagrał Mycrofta :)

---
*Sherlockista ośmielił się tu przywołać Jego Makaronowatość, ponieważ jako jego wyznawca chciał w ten sposób dać wyraz swojej bezstronności w temacie ;)

czwartek, 11 sierpnia 2011

O tym, że wszyscy mamy wakacje...

... Sherlockista, bo nawet jak wyjeżdża, to i tak nic się właściwie nie dzieje.
Ekipa Sherlocka BBC też ma wymuszone wakacje, bo w Londynie są zamieszki, przez co trzeba było przerwać zdjęcia.
Tylko Cumberbatch ponoć szykuje się z entuzjazmem do wystąpienia w życiowej roli smoka Smauga w ekranizacji Hobbita - chociaż jego wypowiedzi na temat przyjemności płynących z wiązania nóg do roli gada traktuje ShK jednak z przymrużeniem oka.
Do wspomnianej ekipy dołączyła tymczasem Lara Pulver obsadzona - tak, o tak! - w roli Irene Adler. Sherlockista jest bardzo ucieszony tym wyborem, bo chociaż nie widział rzeczonej ani w Robin Hoodzie BBC ani w True Blood, to jednak jest to laureatka kilku nagród teatralnych i kobieta o inteligentnej i myślącej twarzy. A to w wypadku Adler najważniejsze (na marginesie: zdaje się, że w kwestii "THE Woman" mamy wśród Czytelników Sherlockianów zupełnie wyjątkową zgodę :), a przynajmniej wynika tak z dyskusji pod poprzednią notką oraz, naturalnie, samej notki).
Oto i Adler AD 2011, bohaterka A Scandal in Belgravia:
Pod nieobecność Sherlockisty serwisy obiegły alarmistyczne wieści o przesunięciu premiery Sherlocka BBC (2) na rok 2012 ale dotyczyło to amerykańskiej telewizji PBS. BBC faktycznie stwierdziło, że z powodu napiętego grafiku Martina Freemana, naszego Hobbita, przedłuży się proces produkcyjny drugiej serii Sherlocków, ale emisja powinna nastąpić jeszcze w roku 2011. O ile oczywiście całego tego misternego planu nie zburzą wspomniane wyżej zamieszki...
Na pocieszenie, nic już chyba nie zatrzyma premiery Tinker, Tailor, Soldier, Spy, ekranizacji szpiegowskiej powieści Johna le Carre*, w której, obok plejady gwiazd z Garym Oldmanem i Colinem Firthem na czele, wystąpi również BBC-Sherlock, Benedykt. Dla zainteresowanych całkiem zachęcający trailer tego ostatniego filmu, z Cumberbatchem w wersji złocisty blond:







Wreszcie, na sam koniec, kolejne gratulacje dla twórców pierwszej serii: zdobyła ona nagrodę za "Outstanding Achievement in Movies, Miniseries and Specials" (czyli po prostu wygrała w kategorii filmy, miniseriale i odcinki specjalne) od TCA (Television Critics Association).
Jako że w ten sposób stworzył się Sherlockiście zgrabny bloczek informacji na temat BBC-Sherlocka, inne drobne doniesienia pojawią się w odrębnym poście. Stay tuned :)

---
"szpiegowska powieść Johna le Carre" to brzmi trochę jak pleonazm, prawda?

wtorek, 26 lipca 2011

O tym, że nie należy przegapiać tego, czego nie ma, poza tym nie ma: zdjęć z planu BBC, powodów do obaw o Freemana oraz ratunku dla Sherlockisty

Jednym z ukochanych i najbardziej znanych, a przy okazji, o dziwo, serio kanonicznych (w odróżnieniu od "Elementary...") dialogów z udziałem Holmesa jest niewątpliwie ten z SILV. Holmes podkreśla, że ważnym tropem jest dziwne zachowanie psa w noc zbrodni, a kiedy słyszy zdziwioną uwagę inspektora, że "przecież pies nic nie zrobił", odpowiada legendarnym "and that was the curious incident". Fraza "Curious Incident of the Dog in the Nighttime" doczekała się nawet własnej książki, której została tytułem.

Właśnie tę frazę wzięła też na warsztat autorka pierwszej części obiecującego cyklu "lekcje Sherlocka Holmesa" ze strony bigthink.com  w swoim artykule poświęconym wskazówkom, które możemy z Holmesa wyciągnąć, by zacząć w końcu aktywnie obserwować świat wokół nas, a nie tylko "widzieć", czyli bezrefleksyjnie przyjmować serwowaną nam papkę.
Bardzo zgrabnie pokazuje, jak zasada zwracania uwagi na to, czego nie ma, może nam pomóc wyślizgnąć się z macek marketingowców, którzy sztucznie dobierają nam informacje i ograniczają wybór a także to, że często niezrobienie niczego - jak pies, który nie ostrzegł właścicieli przed włamaniem - też w istocie jest decyzją i działaniem. Pies mógł zaszczekać, ale nie zaszczekał, bo znał włamywacza.
Wśród filozofów nauki nie ma zgody co do tego, czy należy uznawać tak zwane przyczyny negatywne, czyli niezajście pewnych okoliczności za zdarzenia w ogólności a przyczyny w szczególności (na przykład, czy przyczyną pożaru może być fakt, że w pobliżu nie było Sherlocka Holmesa z wiadrem wody? a czy przyczyną wypadku na przejeździe nie był fakt, że w pobliżu nie było dróżnika?). W wyjaśnianiu zjawisk i w indukcyjno-dedukcyjnej metodzie Holmesa to, co się nie zdarzyło niejednokrotnie odgrywa równie ważną rolę. A w życiu Sherlockisty to, że uroczy pan sprzedający mu internet nie powiedział, że bez ostrzeżenia internetu może nie być, za to ShK dowie się, że z powodu braku działań zerwał swoją umowę i otrzyma za to straszliwą karę - na której temat również żadnych informacji też nigdzie na wierzchu nie widać odegrało ostatnio rolę dość bolesną. Po pierwsze, ma utrudniony dostęp do Sherlockianów i materiałów. Po drugie, kto jak kto, ale ShK, który SILV, także z uwagi na piękną ekranizację z Brettem, wręcz uwielbia, mógł o tym wymownym nieszczekaniu psa pamiętać...
___
Dalej będzie już krótko, bo niczego nie ma, jak u Kononowicza :)
Zdjęć z planu Reichenbach Falls nie ma, bo są zupełnie nieciekawe - Cumberbatch jest ładnie ubrany w fioletową koszulę i granatowy szalik, Lestrade ma urocze okularki, które pożycza też uśmiechniętemu Hobbitowi Watsonowi, ponadto widać dobrze już nam znany plan na Baker Street... - to wszystko razem nie jest warte zachodu z pożyczaniem/bezczelnym łupieniem cudzych fotografii. Mnóstwo takowych można obejrzeć na przykład tu, jeśli ktoś jest bardzo ciekawy ;), a podrasowane i skoncentrowane na Sherlocku znaleźć można na bardzo sprytnej fan-stronie Cumberbatcha.
Nie ma też powodów do obaw o Freemana - a konkretnie obaw wysłowionych przez Fandorina w komentarzu pod ostatnim postem  (że zrzucą Cumberbatcha z wodospadu, bo nie będą mieli jak kręcić kolejnych sezonów z powodu Hobbita) :) Nie tylko pozwalają Freemanowi grać na dwa fronty, ale jeszcze wykorzystują ten fakt, żeby Jakcson (szef Hobbita) mógł sobie zrobić przerwę i skoczyć do San Diego (gdzie odbył się Comic Con i gdzie jest fantastyczne zoo, w którym można obserwować na żywo słonie przez kamerkę - ShK nie mógł sobie odmówić). Jeśli ubiją Sherlocka, to nie z powodu jakichś maluchów z owłosionymi stopami.
Na koniec - żeby nie było, że nie ma w poście nawet wszystkiego tego, czego miało nie być zgodnie z tytułem - nie ma nadziei dla Sherlockisty bo wiedziony uwielbieniem dla Moffata i Gatissa postanowił wreszcie obczaić to, z czego panowie ci byli znani w Wielkiej Brytanii wiele lat przedtem, zanim zrobili nam nowego, fantastycznego Sherlocka. O tak, Sherlockista wsiąkł w Doktora Who... I tak, jest dokładnie tak uroczy i wspaniały, jak można by tego po Moffacie i Gatissie oczekiwać. Problem w tym, że jest to serial, który wychowuje Brytyjczyków od lat kilkudziesięciu, odcinków ma około 800 i Sherlockista musi dokonać dość poważnego przeorganizowania swojego życia, by to wszystko teraz ogarnąć. Takiej TARDIS po prostu, potrzebuje... (zwróćmy uwagę, że TARDIS, chociaż na skutek awarii aparatury maskującej "utknęła" w postaci granatowej budki policyjnej z lat sześćdziesiątych, nigdy nie bywa przez ludzką rasę zauważana - a gdy Doktor wyrzeka na nasze gapiostwo brzmi zupełnie jak Holmes margający na Watsona, który widzi, ale nie obserwuje...).
Można w każdym razie oczekiwać, że na Sherlockianach wzmianki o Doktorze traktowane będą od tego dnia nieco poważniej niż dotąd.

sobota, 16 lipca 2011

Coś starego i coś nowego o Sherlocku Moffata, Gatissa, Cumberbatcha i Freemana

Sherlock BBC, to ten Sherlock z XXI w., którego nie boją się nawet nieholmesologiczni znajomi Sherlockisty, przymuszani do jego oglądania. ShK wygrzebał bardzo starą jakąś zajaweczkę z Moffatem i Gatissem, reklamującymi drugą serię swojego genialnego "Sherlocka" - w trzech kuszących słowach. Nie dowiemy się niczego nowego - bo wiadomo już od dawna, że nowa seria będzie o Irenie, o psie (a nawet, jak okazało się ostatnio, psach) i o wodospadach, ale zawsze można popatrzeć na Gatissa i Moffata celem uspokojenia nerwów. To ostatnie kieruje Sherlockista zwłaszcza do osób, które tak jak on będą oglądały w najbliższym czasie różne superprodukcje, przed którymi na wielki ekran wjechał z hukiem niedogolony i uszminkowany Downey, z jakichś przyczyn nazywany "Holmesem".




A drugi niusik jest taki, że "The Sun" i Metro.co.uk przyuważyły Benedykta kręcącego jakąś scenę bójki do nowych odcinków. Uwaga - nie jest rozebrany, nie zdjął nawet płaszcza, nie ma potu na nagiej klatce piersiowej ani makijażu na oczach, w ogóle wygląda, jak gdyby załatwił oprycha paroma sprytnymi ciosami i nie dostał przy tym zadyszki. Czyli jak Sherlock Holmes :)
(Osoby tak sentymentalne jak Sherlockista pewnie zauważą, że na jednym z poniższych zdjęć widać, że Cumberbatch tak samo stawia stopy jak Jeremy Brett...)


czwartek, 14 lipca 2011

Małe pocieszki

Po poprzednim poście - pełnym grozy, płaczu i zgrzytania zębami - coś na lepszy sen.
Pierwsza malutka sympatyczna wiadomość jest taka, że w sondzie dotyczącej naszego ukochanego odtwórcy Holmesa, wiszącej na www.facebook.com/Sherlockiana, czyli naszej fan-stronie na fejsie prowadzi Jeremy Brett i to przed Benedictem Cumberbatchem. Oczywiście głosów na razie jest tylko troszkę - Sherlockista zachęca do wypowiedzenia się, żebyśmy osiągnęli jakąś bardziej imponującą istotność statystyczną ;) - ale ShK postanowił potraktować te wyniki symbolicznie. Od wielu już lat wydawało się, że po końcówce 80/początku 90 i śmierci Bretta przed ukończeniem ekranizacji całego Kanonu poziom Sherlockianów wszelkiej maści już tylko boleśnie się obniżał. Że już nie będzie tak wiernych ekranizacji, tak wspaniałego i charyzmatycznego Sherlocka, że już zawsze będziemy truć się Freemanami i, za przeproszeniem, Roxburghami (Rupertów Everettów w ogóle przez litość pomińmy). Cumberbatch i serial BBC to wspaniały i kompletnie niespodziewany powrót Sherlocków naprawdę wielkich, który nastąpił wtedy, gdy zaczęliśmy już tracić nadzieje i to uczcijmy gromkim... hm, co by Holmesa ucieszyło... long live the Queen :) ?


Druga malutka sympatyczna wiadomość dotyczy właśnie Sherlocka Cumberbatcha. Otóż mamy dwa szczególiki dotyczące drugiej prawdopodobnie części nowego planowanego tryptyku: Hounds of Baskerville (tak tak, to nie literówki!): po pierwsze, pojawi się w nim jakiś Henry, który ma za sobą jakieś traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa i zwróci się do Sherlocka po pomoc, a po drugie, zagra go przesympatyczny Russell Toovey, znany brytyjskiej i może także części polskiej publiczności jako Alonso z doktora Who.



A trzecia naprawdę malutka i może mniej w kontekście ostatniego posta sympatyczna wiadomość jest taka, że plakat z nowego Sherlocka - ten przedstawiający Downeya-Holmesa - jest całkiem ładny... może dlatego, że nic na nim nie wybucha...
W tej sytuacji pozostaje Sherlockiście życzyć wszystkim miłych snów o Sherlocku BBC i liczyć na to, że już jutro przyniesie Czytelnikom nowe i lepsze wiadomości!

czwartek, 26 maja 2011

Freeman o gejowskim Sherlocku, Cumberbatch w Hobbicie i jeszcze o walce...

Nasz obsypany nagrodami Watson, Martin Freeman, po raz kolejny zdradził w wywiadzie, co jest najważniejsze w BBC-Sherlocku i Sherlockista nie może sobie odmówić, by po raz kolejny nie napisać, że uważa to za sekret każdej, absolutnie każdej i bez miejsca na wyjątek dobrej adaptacji Kanonu (a także każdego filmu/książki/słuchowiska z gatunku "na motywach", każdego inspirowanego fanfiku i w ogóle każdej produkcji, która w napisach końcowych chce chociażby napomknąć, że scenariusz kiedyś został na chwilę zostawiony w tej samej toalecie, w której bywa czasem jakiś czytelnik ACD). Ten sekret to oczywiście skupienie się na relacji Holmesa i Watsona, pokomplikowanej, niejednoznacznej, głębokiej, rzadkiej i zachwycającej.
To, co zostało z tego oświadczenia w mediach to naturalnie to, że Freeman mówi, że "Sherlock" BBC jest bardzo gejowski i sporo w tym prawdy i sporo też niepotrzebnego uproszczenia (Sherlockistę trochę to drażni, kiedy przyjaźń wszechczasów w pewnym sensie "wyjaśnia się" ewentualnym pociągiem seksualnym czy namiętnością o charakterze romantycznym, chociaż było w niej chyba wiele ciekawszych aspektów - ale nie zamierza tu po raz kolejny wracać do tematu, który omówił już kiedyś szeroko).
W każdym razie Freeman wydaje się zupełnie z Sherlockistą zgadzać. "Dla nas wszystkich to jest historia miłosna. Nie zwykła love story, ale opowieść o ludziach, którzy się kochają. Chociaż ten związek bywa trochę dysfunkcyjny, to jednak razem dają radę" - powiedział, a ShK chciałby, żeby przyszli adaptatorzy Sherlocka powiesili sobie te słowa nad łóżkiem.

W tym kontekście, a także w kontekście BAFTA-wywiadu Freemana, w którym ten podkreślał, jak wspaniała chemia połączyła go od razu z Benem Cumberbatchem, trochę zabawnie jest pomyśleć, że nasz Sherlock prawdopodobnie dołączy do swojego Watsona na planie "Hobbita". Zdaje się, że miała to być tajemnica i że w tej sytuacji producenci chcą przynajmniej utajnić to, jaką dokładnie rolę dostanie "urodzony Holmes" (cyt. za: Martin Freeman). ShK wyzna, że nie może się doczekać, by zobaczyć takiego małego, przysadzistego Watsona z wielkimi, owłosionymi stopami w otoczeniu trzynastu krasnoludów i bardzo ciekawi go, jaki los czeka dumnego Sherlocka...
...a czy ShK nie zapomniał przypadkiem wspomnieć, że do ekipy Hobbita dołączył też najwspanialszy pod słońcem przyszły Mycroft Stephen Fry (z Sherlocka 2 Ritchiego)? Zapowiada nam się fuzja fandomów, z której to okazji Sherlockista oficjalnie otwiera etykietę "Hobbit" ;)

Oto 221B Baker Street po gruntownym remoncie:



A na koniec, dla zainteresowanych sztukami walk i Sherlockiem (dłuższa notka o baritsu/bartitsu do przeczytania tu), link do krótkiego editoriala na temat Wing Chun, ulubionej sztuki walki Roberta Downeya Jr., który wykorzystuje ją także w "Sherlocku". Ponoć to ona dała mu siłę w walce z uzależnieniami. Wing Chun to odmiana kung fu, którą reklamuje się jako połączenie naukowego podejścia (pamiętamy, jak Sherlock-Downey "dedukował" efekty każdego ciosu?) i wielu technik zadawania ciosów w obronie własnej lub kogoś innego. Podobnie jak inne wschodnie sztuki walki, Wing Chun to nie tylko seria chwytów przydatnych bójce, ale także sposób na zmianę podejścia do życia i mierzenie się nie tylko z czysto fizycznymi wyzwaniami.

poniedziałek, 23 maja 2011

Dwie radosne informacje dla odmiany :)

Wczoraj, 22 maja, miała miejsce pierwsza wspaniała rocznica tego, jak Sherlockista przegapił ostatnie urodziny samego ACD. Dla uczczenia tego wydarzenia, ShK przegapił je po raz kolejny. Nasz największy dobroczyńca, bez którego być może nigdy nie poznalibyśmy Sherlocka Holmesa (i to niezależnie od tego, czy wierzymy, że faktycznie był autorem Kanonu czy też tylko agentem literackim Watsona), przyszedł na świat 152 lata i jeden dzień temu (22 maja 1859 roku) w Edynburgu.
Specjalnie dla ACD (o którym więcej ShK na razie nie pisze, bo napisze wkrótce przy okazji dawno obiecanej recenzji pewnej książki o nim) wiktoriańskie cytrynowe ciasteczko, które ukradł Sherlockista z fantastycznej strony Victoriana.com :

(na wspomnianej stronie można znaleźć przepis, pochodzący z książki kucharskiej z 1860 r.)

---

A druga radosna informacja to podwójny triumf "Sherlocka" BBC na rozdaniu nagród BAFTA. Od razu widać, że Czytelnicy - zgodnie z zapowiedziami - naprawdę kibicowali :)
Martin Freeman, nasz wspaniały Watson, wygrał nagrodę za drugoplanową rolę męską - tu można wysłuchać jego przemowy, w której ku zachwytowi widowni wyznaje, że niczego innego się nie spodziewał ;) a także późniejszego wywiadu (uwaga, na koniec Freeman skarży się, że nie ma jak świętować, bo następnego dnia - czyli dziś! - kręci w Walii kolejnego Sherlocka :) ).
Sporo ciepłych słów poświęcił Freeman Cumberbatchowi, który niestety nagrody nie dostał, a także producentom, uhonorowanym całkiem zasłużoną BAFTĄ za całość. Króciutki wywiad z Gatissem, Moffatem i paniami Vertue można zobaczyć tu.
Gratulacje i chcemy więcej!

środa, 4 maja 2011

Tej 120 rocznicy nie przegapimy! - Wodospad Reichenbach!

Od dłuższego już czasu w notkach Sherlockisty dominuje klimat FINA. Najpierw było o baritsu/bartitsu, potem o zamiarach twórców drugiej serii Sherlocka BBC, wreszcie ostatnio o przegapionej wspaniałej rocznicy spotkania Holmesa z Moriartym.
Dziś nadszedł czas na uczczenie rocznicy drugiego spotkania obu panów, które miało miejsce czwartego maja 1891 roku i zakończyło się tragicznym upadkiem. Moriarty skończył wówczas na dnie wodospadu, Holmes, wbrew nadziejom samego autora, ACD, jakoś się jednak wykaraskał i trzy lata później, po tajemniczym okresie zwanym "Wielkim Hiatusem" powrócił w EMPT. Czytelnicy The Strand Magazine zżerani byli tęsknotą o wiele dłużej niż Watson, bo sprawy Holmesa z roku 1894 zostały opisane dopiero w roku 1903 (na pocieszenie dostali HOUN, jednak HOUN nie oznaczało jeszcze powrotu ukochanego przez wszystkich detektywa).
Z okazji majowej rocznicy niektóre sherlockistyczne organizacje urządzają pielgrzymki do Meiringen, by stanąć w miejscu, które było świadkiem kulminacjnego momentu w karierze Holmesa. ShK rozmawiał kiedyś z osobą, która była tam osobiście (choć nie w charakterze pielgrzyma) i... ku swemu zdziwieniu dowiedział się, że wodospad ten wcale nie zapiera tchu w piersiach ani nie budzi zgoła metafizycznej grozy. Tymczasem legenda (dobrze udokumentowana) głosi, że ACD  właśnie na widok Reichenbach nabrał pewności, że chce Holmesa zabić. Wodospad wydał się Doyle'owi godnym miejscem, by tam pozbyć się detektywa, którego sława okazała się zbyt wielka jak na wytrzymałość nerwową autora.
Zdjęcia rzeczywiście nie do końca wydają się korespondować z patetycznym opisem Watsona...




It is, indeed, a fearful place. The torrent, swollen by the melting snow, plunges into a tremendous abyss, from which the spray rolls up like the smoke from a burning house. The shaft into which the river hurls itself is an immense chasm, lined by glistening coal-black rock, and narrowing into a creaming, boiling pit of incalculable depth, which brims over and shoots the stream onward over its jagged lip.












A już z tłumem turystów w tle wodospad traci jakikolwiek urok...




Na tłum turystów musimy jednak przymknąć oko. W końcu w przewodnikach turystycznych wodospad Reichenbach polecany jest jako cel wycieczek wyłącznie z uwagi na nieśmiertelną historię o nieśmiertelnym Sherlocku Holmesie i jego mrocznej Nemezis, Moriartym.
A po 2011 roku turystów będzie tam pewnie jeszcze więcej, bo najprawdopodobniej czekają nas aż dwie filmowe adaptacje FINA: wspomniana już wersja BBC i drugi Sherlock Ritchiego, którego twórcy wielokrotnie już nawiązywali do Szwajcarii i wodospadów. Zwłaszcza ci drudzy z pewnością zadbają, by na wielkim ekranie skromne Reichenbach wyglądało jak Niagara ;)

poniedziałek, 2 maja 2011

BAFTA - kibicujmy BBC-Sherlockowi!

British Academy of Film and Television Arts to solidna instytucja, której statuetki są obiektem pożądania wielu brytyjskich twórców. W tym roku trzymamy kciuki, oczywiście, za "Sherlocka", który podobał się chyba wszystkim, Czytelnikom, Sherlockiście, Holmesologom wszystkich krajów i zupełnym laikom lubiącym dobre seriale.
- Odtwórca głównej roli, Benedict Cumberbatch został nominowany w kategorii aktor pierwszoplanowy.



- Znakomity Watson (prywatnie Hobbit), Martin Freeman ma szansę na nagrodę do pary (w kategorii aktor drugoplanowy).



                                                               (to nie jest zdjęcie z planu ;))
- A wspaniali scenarzyści i producenci (prywatnie prawdziwi sherlockiści), często w tym blogu cytowani Mark Gatiss, Steven Moffat, żona jednego z nich (ShK zawsze myli się, którego ;)) Sue Vertue i Beryl Vertue mogą i ze wszech miar powinni zgarnąć nagrodę za całokształt "Sherlocka" (w kategorii serial).



Sherlockista darował sobie wypisywanie konkurentów, bo odnosi wrażenie, że (może z wyjątkiem Doctora Who) są słabo w Polsce znani, ale ciekawych odsyła na stronę BAFTA.
Ceremonia odbędzie się 22 maja, nagrody zostaną ogłoszone tydzień wcześniej.
P.S. Chętni i wielbiciele mogą też zacisnąć jakiś wolny palec za Stephena Fry'a (przyszłego Mycrofta i znanego holmesistę, który zasłużył się już dla Czytelników Sherlockianów). Został nominowany w kategorii Entertainment Performance za "QI" (to również program kanału BBC One).

niedziela, 24 kwietnia 2011

O czym będzie druga seria Sherlocka BBC!!?!

Czyli obiecana wczoraj wstrząsająca notka wielkanocna.
Sherlockista chyba żył gdzieś w puszczy pod kamieniem, bo nie dotarły do niego plotki o nowym wywiadzie z Markiem Gatissem, w którym udzielił on odpowiedzi na powyższe pytanie.
Nowe trzy odcinki Sherlocka mają iść za ciosem i być oparte na trzech przebojach Kanonu: SCAN, HOUN i FINA (Czytelnikom niewtajemniczonym w charakterystyczne skróty J Finleya Christa poleca ShK tę stronę, błyskawicznie da się opanować regułę ich tworzenia, a bardzo ułatwia to czytanie jakichkolwiek tekstów pochodzących z kręgów bardziej hardkorowego fandomu).
A to oznacza, że Steve Moffat pisze scenariusz chorego romansu (SCAN to przecież Irena Adler...), sam Gatiss wybrał sobie "gotycki horror" i zmierzy się z legendą Psa (ShK gratuluje mu odwagi, zważywszy na to, że jest to najczęściej ekranizowana i zarazem najczęściej ekranizowana zupełnie fatalnie opowieść o SH), a Final Problem adaptuje dla BBC Steve Thompson, autor The Blind Banker, drugiej i chyba najsłabszej, choć wciąż znakomitej części pierwszej serii BBC-Sherlocków. Wszystko to ma być sprytnie nakręcone tak, żeby Watson - Martin Freeman - nie zawalił pracy na planie ekranizacji Hobbita (która oczywiście się opóźnia, ale to zupełnie nikogo po tylu latach od pierwszych zapowiedzi tego filmu nie dziwi).
Sherlockista bardzo się cieszy, ale nic kompletnie z tego nie rozumie...
Po pierwsze, nie rozumie, jak ktoś, kto rozumie Kanon tak dobrze, jak na to wskazywała pierwsza seria, może nazywać SCAN romansem, choćby i chorym, czy łagodniej "pokręconym" (oryg. twisted). Komu można zapłacić, żeby nie zapodali nam romansu Sherlocka, na przykład z tą laborantką od szminki???
Po drugie... nie, po drugie to właściwie rozumie. W "Psa..." całkiem mocno wierzy. Pewnie da się zrobić wiarygodną historię o demonicznym kundlu z legendy straszącym ludzi w XXI wieku, która nie odbiegnie zbyt mocno od kanonicznego HOUN. Pewnie tak.
Po trzecie jednak, kompletnie już nie rozumie, czemu oni chcą kręcić FINA - czy przypadkiem ten ostatni odcinek pierwszej serii to nie było do FINA dość wyraźne nawiązanie?! Ileż można robić cliff-hangerów zanim widzowie się zirytują? I, po trzecie i najstraszliwsze, czy oni nie chcą zamordować Sherlocka nieodwołalnie? (W kwestii stosunku Sherlockisty do osób mordujących Sherlocka patrz poprzednia notka...).
Najbardziej już ze wszystkiego przeraża jednak ShK taka wizja, że Sherlock, i owszem, będzie miał wrócić, jednak dopiero w jakimś EMPT kręconym w nowej serii za kolejny rok... A przecież w 2012 to ma już być koniec świata. I Sherlockista po prostu nie wyobraża sobie przeżyć śmierci Holmesa na ekranie i zaraz nie obejrzeć jego powrotu...
Podsumowując, musi więc Sherlockista przyznać, że jest wypowiedziami Gatissa w najwyższym stopniu zaniepokojony.

Sherlock Holmes, Wielkanoc i nowy, autoryzowany apokryf

Na temat Sherlocka Holmesa i Wielkiej Nocy Sherlockista przeprowadził może nie bardzo głęboki, ale jednak głębszy niż naskórkowy research, który... który zupełnie nic nie wykazał... Pewnie także dlatego, że Wielkanoc to zdecydowanie bardziej święto religijne dla wyznań chrześcijańskich niż "sezon świąteczny" dla wszystkich (którym jest okres bożonarodzeniowy) i stanowi mniej oczywisty punkt w kalendarzu. Nie jest też jakimś szczególnie atrakcyjnym tłem dla pastiszów i apokryfów (ShK wygmerał wprawdzie w Sieci jakieś straszliwe dzieło opisujące objawienia Holmesa doznane w czasie wielkanocnego kazania ale przez litość nie podlinkuje...).
Dlatego też Sherlockista (który szczerze mówiąc także do związków z Wielkanocą innych niż konsumpcja mazurków się nie poczuwa) postanowił po prostu napisać słów parę o innym apokryfie, który wzbudził już wśród Czytelników zainteresowanie. Ogłoszono bowiem tytuł i datę premiery słynnej już (!) książki Anthony'ego Horowitza, który otrzymał błogosławieństwo spadkobierców Conan Doyle'a na napisanie apokryfu dla uczczenia różnych rocznic ACD (Sherlockista zapowiadał tę książkę po raz pierwszy tu).
ShK zachęca do odwiedzenia strony tego Autora i podlinkowanego na niej artykułu z Guardiana, ale dla świątecznie rozleniwionych streści, że:
 - książka ma nosić tytuł Sherlock Holmes. The House of Silk, czyli, jeśli wykluczyć, że to kryptoreklama pewnego sklepu z jedwabną bielizną, trzeba założyć, że będzie o jakiejś przędzalni, sklepie bławatnym, "domu jedwabiu" czy tajemniczym wnętrzu o obitych jedwabiem ścianach, w którym leżeć będą warstwami trupy eterycznych blondynek poduszonych przez wielkie psy. Trudno powiedzieć ;)
 - akcja rozpocznie się od napadu na pociąg, a potem przeniesie się do Wimbledonu
 - narracja prowadzona będzie w pierwszej osobie (duże ryzyko, jak ocenia Sherlockista) i, co już bardzo ale to bardzo się ShK nie podoba, rzekomo zostaje spisana przez Watsona już po śmierci Holmesa (do ludzi, którzy usiłują nam wmówić, że Holmes nie żyje i/lub wyobrażają sobie, że są w stanie go zabić, chociaż wycofał się z tego nawet ACD ma ochotę Sherlockista...no... powiedzmy, że wykreślić z wish-list w Amazonie...)
 - Watson spisuje tę historię tak późno, bo wcześniej, oczywiście, "świat nie był na nią gotowy" (podobnie jak na mrożącą krew w żyłach opowieść o Wielkiej Nutrii z Sumatry). Co uważa ShK za chwyt po prostu zbyt oklepany, te frazesy o 'niegotowym świecie' są już zbyt wytarte nawet na to, by śmieszyć w branżowych sherlockistycznych dowcipach...
 - książka ukaże się 1 listopada nakładem wydawnictwa Orion i będzie kosztowała koszmarnie dużo...


...hm... Właściwie, to nie wie ShK, co o tym myśleć. Jeszcze niedawno cieszył się na książkę Horowitza, ale teraz chyba ogarniają go wątpliwości. Złe przeczucia takie. Z drugiej strony, ostatnio najgorsze przeczucia dręczyły go przed serialem BBC, a wszyscy wiemy, w jak wspaniałym stylu BBC te przeczucia rozwiało.
I właśnie o naszym ulubionym serialu BBC będzie następna, szokująca notka Sherlockisty, który wyzna ze wstydem, że dopiero szykując materiały do powyższej natknął się na 12 już dni mające nowiny, które wstrząsną Czytelnikami Sherlockianów ;)
Ale to już jutro ;)

sobota, 8 stycznia 2011

I nareszcie prezent - (już prawie) kręci się nowy Sherlock BBC!

Sherlockista ekspresowo donosi - dzięki Milwaukee Meg, której serdecznie dziękuje za komentarz do poprzedniej notki - że Mark Gatiss potwierdził na Twitterze (ach ten Twitter, jednak trzeba go śledzić ;) wspaniałą nowinę: w maju zaczną kręcić nową serię Sherlocków. Wiemy już, że nie będzie w niej Dra Who, ale będzie 3 razy po 90 minut Cumberbatcha i Freemana. Po pierwszej serii chyba wszyscy mamy mocno zaostrzone apetyty i Sherlockista był już nawet ku swemu radosnemu zdumieniu wypytywany przez kilka osób spoza ścisłego holmes-fandomu, czy będą kolejne odcinki.

Trzeba przyznać, że naprawdę rzadko zdarza się taka ekranizacja czy wariacja na temat obrośniętych legendą książek, która budzi zachwyt zarówno ludzi z najgłębszych czeluści fandomowego szaleństwa, jak i takich, których niespecjalnie interesuje, czy pani Hudson pochodziła ze Szkocji, ale za to lubią dobre filmy. Jeszcze raz brawa dla ekipy BBC.

A oto i Mark Gatiss (którego w tym wcieleniu może byśmy nie podejrzewali o zdolność do konstruowania błyskotliwie inteligentnych scenariuszy...):