"Sympatyczny" to takie pozytywne słowo. Przyjemne. Wesolutkie. Nieinwazyjne. No, takie sympatyczne. A teraz, czy wyobrażacie sobie, żeby komplement taki strzelić Sherlockowi Holmesowi?
No właśnie.
ShK bardzo się starał dać "Grze cieni" szansę. Do pierwszej części Sherlocka Ritchiego ma wręcz sentyment: była dla niego wielkim zaskoczeniem na plus, obejrzał ją w bardzo dramatycznych okolicznościach życiowych, a na dodatek, chociaż planował założenie sherlockistycznego bloga od dawna, to dopiero ten nowy, kinowy, masowo popularny Sherlock przekonał go, że w ogóle ktokolwiek będzie go kiedyś czytał. I tak oto entuzjastyczna wręcz recenzja z jedynki była pierwszym po powitaniu tekstem na Sherlockianach :)
Do końca miał ShK nadzieję, że dwójka, mimo zniechęcających trailerów i pogłosek, też go pozytywnie rozczaruje. No, niestety, nie tym razem.
Downey jest milutki, ma wielkie, sarnie oczy, bardzo jest nam przykro, kiedy go boli albo martwi się o Watsona, no a już zwłaszcza, gdy okazuje się, że taki wspaniały detektyw ma (bardzo liczne) słabostki i boi się wysokich koni. Ogromnie to jest wszystko sympatyczne, ale z postaci, która w pierwszej części miała sporo kanonicznych rysów (szczegóły w zlinkowanej recenzji) zostało skrzyżowanie Chucka Norrisa z klaunem. Niby twórcy podjęli jeszcze jakieś próby nawiązań do tekstów, była nawet garstka cytatów (wiadomość dla Watsona, skrawki dosłownie w dialogach z Moriarty'm), ale nie widać już żadnej spójności w tej postaci. Sherlockista napisałby, że wydaje się okropnie papierowa (aktorstwo Downeya też pozostawiło tym razem sporo do życzenia), ale momentami zastanawiał się, czy ekipa w ogóle zadała sobie trud, by spisywać jakieś scenariusze. Niby dzieje się sporo dramatycznych rzeczy, które powinny Sherlocka obejść osobiście - ale, no właśnie: niby. Niby na początku widzimy Sherlocka w manii, ale po chwili mu przechodzi i jest tym samym luzakiem, co zawsze. Niby rozwiązuje najważniejszą sprawę w karierze, ale dopytuje się co chwila, czy Watson dobrze się bawi, jak gdyby w gruncie rzeczy chodziło jednak o to, by wygrać w pojedynku na fajność z Mary...
Najgorsze jest chyba to, że tego Sherlocka nikt nie szanuje. Nawet pani Hudson pozwala sobie na pyskowanie. Wprawdzie Holmes potrafi wspaniale przywalić, i to dedukując precyzyjnie zachowanie przeciwnika, ale poza tym jest raczej zabawny. Hoduje w domu dżunglę, chodzi wiecznie wyśmodruchany i niedogolony, bez przerwy mu się coś myli, przymila się do opryskliwego Watsona, tańcuje z Cyganami... Amerykańskie nastolatki na pewno są zachwycone. Sherlockista mniej.
Teoretycznie niżej znajdzie się sporo spoilerów, ale ponieważ większość z tego była w trailerach a trudno spoilować film, który, jak już zostało powiedziane, ma tylko śladowe ilości scenariusza i właściwie żadnych specjalnie zaskakujących elementów, chyba można czytać spokojnie.
Poprzednia część ujęła Sherlockistę od razu - świetną muzyką - i była jak zaproszenie do dobrej zabawy, któremu nie dało się odmówić. Ta, z wszystkimi wybuchami, Irenami, Cyganami, terrorystami, oprychami, ślubami i naparzankami - jest zupełnie nijaka. To żadne zaskoczenie. Filmy są jakieś prawie zawsze dzięki wyrazistym głównym bohaterom, trzymającemu w napięciu konfliktowi lub tajemnicy. Prawie nigdy - z powodu bogatego wyboru płaskich zupełnie postaci, których nie mamy ani kiedy poznać ani się nimi przejąć oraz licznych wybuchających drzew.
Abstrahując od zepsutego zupełnie w sequelu Sherlocka Holmesa, główna wada filmu jest taka: między wszystkimi tymi burdami i strzelaninami nie ma kiedy zbudować spójnej fabuły, wciągającej zagadki, którą Holmes musiałby rozwiązać (inaczej niż pięścią), wielkiego konfliktu, który budziłby narastające emocje bohaterów i nasze (widać ślady po chaotycznych próbach dodania bohaterom rzeczywistych motywacji, ale tu też twórcy przesadzili: może Sherlockowi chodzi trochę o Adler, na pewno o, to, żeby przyimponować Watsonowi, przy okazji go chroniąc, ale też tak w ogóle o to, żeby wygrać pojedynek, no i w sumie warto by było uchronić społeczeństwo przed gadem, a i jeszcze przy okazji pomóc tej fajnej Cygance... - u ACD mamy proste starcie największego z detektywów z Napoleonem Zbrodni i wszyscy przejmują się tym o wiele bardziej).
Sherlockista nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że kręcąc kolejne sceny, twórcy zamiast klecić historię o Holmesie, zadawali sobie pytania w rodzaju: "a co by tu zrobić, żeby było z jajem? może niech Watson pobije się przy kartach? ekstra, nie? A może potańczą? E! Ze sobą potańczą, takie pikantne się zrobi! O, a w pociągu niech Sherlock przebierze się za kobietę, na tym zawsze się śmieją, rany no, Holmes w szmineczce, ale odjazd, popkornem będą prychać na odległość! Tylko Mycroft taki sztywny... może niech się rozbierze!!! Goły Mycroft! Czujecie? Goły! Buahaha!"
A potem naprawdę trudno powiedzieć, czemu właściwie Watson gra w karty zamiast pomagać Sherlockowi i czemu, na litość boską, Mycroft epatuje biedną Mary swoimi wdziękami. Czyżby był aż takim oryginałem i do tego stopnia odwykł od życia towarzyskiego, że nie przyszło mu do głowy włożyć szlafrok? Czemu w takim razie w innych scenach jest czarującym dyplomatą i duszą towarzystwa? Nie zrozumcie Sherlockisty źle, Stephen Fry akurat stanął na wysokości zadania i tak jak wszyscy oczekiwali, cudownie pasuje do swojej roli. Tylko że jego rolą jest bycie kolejnym comic relief, czyli zabawnym gościem dającym nam odpocząć od stresów, które rzekomo rodzi główna linia fabuły. Kto w tym filmie właściwie nie służy za comic relief?
Na szczęście: Moriarty, czyli Jared Harris. Oraz jedna z najbardziej udanych i kanonicznych postaci w Game of Shadows: supersnajper, pułkownik Moran (Paul Anderson). ShK musi przyznać, że czarne charaktery udały się w sequelu nadspodziewanie dobrze. Budzą autentyczną grozę i są bardzo blisko ACD. Spotkanie bohaterów - wprawdzie nie na Baker Street, ale uniwersytet jest do zaakceptowania - należy do lepszych fragmentów filmu, a ich finałowy pojedynek nad wodospadem to już wręcz kawał wspaniałego holmesowego kina. Serio serio. Pewnie także dlatego, że Ritchie pokornie skorzystał w tych akurat partiach z prozy ACD...
Świetnym oryginalnym pomysłem Ritchiego było też wysłanie Profesora do opery. Don Giovanni zawsze fenomenalnie wygląda w kinie i w "Grze cieni" także nie zawodzi.
Niestety, nawet Moriarty'emu przyszło też wystąpić w sekwencji zupełnie groteskowej, z rzeźnickim hakiem (jak wiadomo, scenom tortur musi towarzyszyć dla kontrastu sielska muzyka klasyczna) oraz długim, nużącym pościgiem, w którym burzy się kilka budynków i strzela ze sporych armat. Do ludzi w lesie. I na koniec, pokazuje się subtelnie, że Watson jest jednak przywiązany do Holmesa: robi mu się smutno, gdy przyjaciel prawie umiera.
Sam Watson zresztą jest bardzo dobrze zagrany, ale w tej części mocno już przerysowany. W relacji bohaterów zdecydowanie za dużo jest efektów specjalnych w postaci bójek, kłótni, rywalizacji nawet (!), łez, uwodzenia i przytulania się nago, a za mało esencji: czyli partnerstwa.
O Sim nie ma ShK zbyt wiele do powiedzenia. Ktoś uznał, że Cyganka będzie elementem cool - i jest, zwłaszcza w wydaniu utalentowanej Noomi Rapace. Co Simza robi poza tym dla rozwoju fabuły/akcji lub bohaterów, trudno powiedzieć. A, dobrze i sprytnie się bije.
Ktoś uznał też, że elementem cool będzie, jeśli Watsonowa Mary (Kelly Reilly) także przyczyni się do powalenia Moriarty'ego, co jest bardzo sympatycznym pomysłem z punktu widzenia ruchu na rzecz pokazywania w kinie kobiet jako ciekawych ludzi, a nie tylko laleczek w opałach. Niestety, jeśli obstawimy Holmesa nie tylko superinteligentną Adler, bitnym, sprytnym i momentami dominującym Watsonem, Cyganką-karateką, ale jeszcze na dodatek asertywną i oblataną w szpiegowskich technikach Mary, to przestaje go być widać. A pamiętajmy, że Downey sam z siebie jest niewysoki...
Podsumowując, ani zwykłym widzom ani sherlockistom nie grozi na tym filmie atak szału, rozpaczy lub śmiechu. W ogóle nic szczególnego się nie wydarzy. Zobaczycie takiego sobie hollywoodzkiego wycierucha z kilkoma błyskami czegoś lepszego. Sherlockista nie mógł się oprzeć wrażeniu, że pod tymi wszystkimi burdami, żarcikami i gonitwami siedzi o wiele lepszy film, który trzeba by było najpierw ociosać z amerykańskich pomysłów na to, co bawi widownię.
Gdyby twórcy byli zainteresowani, jak to się robi, zawsze mogą obejrzeć z nami Sherlocka BBC: dziś Brytole dostaną "Hounds of Baskerville".
Porównywania obu produkcji raczej Sherlockista nie przewiduje. Byłoby to zupełnie zbędne, a przy tym okrutne.
P.S. Dla śledzących Sherlockianowy spór o Irene (głównie w komentarzach): przeczytajcie głos Ninedin (na stałe podlinkowana z lewej strony ;).
Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen Fry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen Fry. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 8 stycznia 2012
sobota, 13 sierpnia 2011
Wiele twarzy Marka Gatissa, Ritchie, Undershaw i inne wspaniałości.
O tym, że Mark Gatiss jest wielkim skarbem dla każdego sherlockisty nie trzeba już chyba nikogo przekonywać, ale nawet ShK, który powoli zostaje jego szalikowcem, wciąż czasem jest zaskoczony celnością jego wypowiedzi. Tu można posłuchać dosyć ogólnej wypowiedzi na temat narodzin pomysłu i (braku) nadziei na książki firmowane przez spółkę Moffat/Gatiss, a tu z kolei poczytać można niezwykle obiecujący wywiad na temat drugiej serii. To, że miała być o psie, kobiecie i wodospadzie, to wiemy już od dawna, teraz jednak dowiadujemy się również, że w centrum uwagi znajdzie się relacja między Holmesem a Watsonem. Sherlockista nie jest mocny ze statystyki, ale podejrzewa, że nie trzeba przeczytać wielu notek na Sherlockianach, żeby wypatrzeć któreś z jego kazań na temat tego, dlaczego w każdej dobrej ekranizacji Kanonu "bromance" głównych bohaterów musi być na pierwszym planie. Jeśli Gatiss podziela poglądy ShK to... to niech się spieszą z tą emisją ;) Niezwykle celna wydaje się też Sherlockiście uwaga, że presja na trzymanie się kostiumowego sztafażu zabiła sporo ekranizacji Sherlocków - właśnie dlatego, że obowiązkowy deerstalker i fourwheeler przesłaniały autorom to, co jest w tych książkach najważniejsze (patrz dwa zdania wyżej;). Gatiss słusznie zauważa (czyni to zresztą także w linkowanym wcześniej materiale audio), że pierwsza ważna seria, w której Sherlocka uwolniono z gorsetu epoki to były filmy z niezapomnianymi Rathbone'em i Bruce'em, ale taktownie nie dodaje, że szansa na eksplorację psychicznej głębi bohaterów raczej nie została wówczas wykorzystana. Nieskromnie twierdzi natomiast, że mimo śmiałej decyzji o uwspółcześnieniu Sherlocków jego filmy stanowią jedną z najwierniejszych ekranizacji Kanonu w historii i trudno się z nim nie zgodzić. Tak, naprawdę widać, że i Gatiss i Moffat szczerze kochają te postaci i te książki. A najlepszą wiadomość z tego wywiadu zostawił Sherlockista na koniec: Gatiss cieszy się, że przypadło mu w udziale pisanie scenariuszy do filmów, które opowiadają o początkach znajomości Holmesa i Watsona. Jak twierdzi, zarówno stosunek Sherlocka do kobiet, jak i do zbrodni dopiero się kształtuje i wszystko jest dość plastyczne. My możemy się zatem cieszyć podwójnie: po pierwsze, bo ten plastyczny materiał Holmesowej psychiki kształtowany jest niezwykle fachowo i zgodnie z wytycznymi ACD, a po drugie, bo jeśli ktoś wspomina o "początkach" znajomości to prawie tak, jak gdyby sugerował, że mógłby zrobić jeszcze wiele filmów o środkach i końcach, prawda? A zatem wizja, że załatwią Sherlocka w wodospadzie i więcej na ekrany nie powrócą wydaje się możliwa tylko, gdyby oglądalność była zupełnie katastrofalna. Co, na szczęście, jest naprawdę mało prawdopodobne. Wariant optymistyczny? Czeka nas jeszcze kawał nowego, XXI-wiecznego kanonu.
Gatiss troszczy się również o uczczenie pamięci tego, któremu to wszystko zawdzięczamy, czyli ACD. ShK wspominał już kilkakrotnie, że dom ACD, Undershaw, ten, w którym swoich dni dożywała jego pierwsza żona Touie, ma zostać przebudowany i to dość gruntownie. Gatiss zaangażował się w działanie komisji mającej na celu ocalenie Undershaw, a o ostatnich wydarzeniach można poczytać tu. Jak się wydaje, Undershaw zyskało na budowie nowej autostrady, która zapewni mu lepsze skomunikowanie ze światem. ACD zależało na tym, by zamieszkać w ustronnym miejscu, ewentualni współcześni turyści zdecydowanie bardziej docenią jednak możliwość łatwego dojazdu.
---
Uff... Wprawdzie po ostatniej notce kolejna miała nie być poświęcona Sherlockowi BBC, ale w obliczu tylu zachęcających faktów nie dało się inaczej. Na koniec zatem nieco mniej radosne informacje na temat postępków Ritchiego i amerykańskiego obłędu.
---
Otóż pojawiły się plotki - i to plotki oparte na wypowiedziach samego reżysera - że nasza największa sherlockistyczna nadzieja związana z "Game of Shadows", czyli Stephen Fry (Mycroft) będzie się rozbierał na ekranie. ShK nie ukrywa, że trochę go zmroziło. Goły Mycroft to nie brzmiałoby dobrze nawet, gdyby grał go jakiś młody tenisista. Ponadto możemy spodziewać się chusteczki z literą A rzuconej Sherlockowi przez Moriarty'ego w charakterze wyzwania oraz licznych fajerwerków, bo jakoś trzeba było wykorzystać amerykański budżet. Nie traćmy wiary. Nie traćmy wiary. Powtarzam, nie traćmy wiary, no!
---
Jedyna naprawdę smutna informacja dzisiejszego dnia dotyczy kondycji umysłowej pewnej wirginijskiej rady zarządząjącej listą podstawówkowych lektur. Otóż na skutek protestów jednego z rodziców, usunęła ona z tej listy STUD. Rodzic ów twierdził, że książka ACD w złym świetle przedstawia religię mormonów, a to z uwagi, m. in., na ten fragment:
(John Ferrier) had always determined, deep down in his resolute heart, that nothing would ever induce him to allow his daughter to wed a Mormon. Such marriage he regarded as no marriage at all, but as a shame and a disgrace. Whatever he might think of the Mormon doctrines, upon that one point he was inflexible. He had to seal his mouth on the subject, however, for to express an unorthodox opinion was a dangerous matter in those days in the Land of the Saints.
Sherlockista musi powiedzieć, że na wszelkie zamordyzmy spod znaku "obrażania uczuć religijnych" etc. reaguje dość alergicznie i - naprawdę delikatnie rzecz ujmując - nie widzi powodu, by dopuszczać tylko te dzieła, w których wszyscy wszystkimi wyznaniami się zachwycają. Wprawdzie osobiście uważa, że HOUN - który ponoć ma szansę zastąpić STUD na liście - jest znacznie lepszą powieścią i lepszym wprowadzeniem do gatunku powieści kryminalnej, ale... STUD to powieść, w której Holmes poznaje Watsona. STUD to początek całej przygody, to Beeton's Christmas Annual, to Watsonowe listy i dociekania, to pierwsze razy, pierwsze emocje, pierwsze denouement w wykonaniu Holmesa. Kto usuwa książkę tej sławy z listy lektur, ponieważ niektórzy bohaterowie nie przepadają za wyznawcami Josepha Smitha, Mahometa albo Latającego Potwora Spaghetti*, ten... na pewno nie zasługuje na tyle miejsca na Sherlockianach ;)
Żeby zatem powrócić do optymistycznego tonu całej notki, na koniec zdjęcie Marka Gatissa... Czytelnicy z pewnością dobrze o tym wiedzą, ale Sherlockista dopiero niedawno uświadomił sobie, że ten wspaniały człowiek nie tylko napisał dla nas Sherlocka BBC, ale jeszcze osobiście - i znakomicie - zagrał Mycrofta :)
---
*Sherlockista ośmielił się tu przywołać Jego Makaronowatość, ponieważ jako jego wyznawca chciał w ten sposób dać wyraz swojej bezstronności w temacie ;)
Gatiss troszczy się również o uczczenie pamięci tego, któremu to wszystko zawdzięczamy, czyli ACD. ShK wspominał już kilkakrotnie, że dom ACD, Undershaw, ten, w którym swoich dni dożywała jego pierwsza żona Touie, ma zostać przebudowany i to dość gruntownie. Gatiss zaangażował się w działanie komisji mającej na celu ocalenie Undershaw, a o ostatnich wydarzeniach można poczytać tu. Jak się wydaje, Undershaw zyskało na budowie nowej autostrady, która zapewni mu lepsze skomunikowanie ze światem. ACD zależało na tym, by zamieszkać w ustronnym miejscu, ewentualni współcześni turyści zdecydowanie bardziej docenią jednak możliwość łatwego dojazdu.
---
Uff... Wprawdzie po ostatniej notce kolejna miała nie być poświęcona Sherlockowi BBC, ale w obliczu tylu zachęcających faktów nie dało się inaczej. Na koniec zatem nieco mniej radosne informacje na temat postępków Ritchiego i amerykańskiego obłędu.
---
Otóż pojawiły się plotki - i to plotki oparte na wypowiedziach samego reżysera - że nasza największa sherlockistyczna nadzieja związana z "Game of Shadows", czyli Stephen Fry (Mycroft) będzie się rozbierał na ekranie. ShK nie ukrywa, że trochę go zmroziło. Goły Mycroft to nie brzmiałoby dobrze nawet, gdyby grał go jakiś młody tenisista. Ponadto możemy spodziewać się chusteczki z literą A rzuconej Sherlockowi przez Moriarty'ego w charakterze wyzwania oraz licznych fajerwerków, bo jakoś trzeba było wykorzystać amerykański budżet. Nie traćmy wiary. Nie traćmy wiary. Powtarzam, nie traćmy wiary, no!
---
Jedyna naprawdę smutna informacja dzisiejszego dnia dotyczy kondycji umysłowej pewnej wirginijskiej rady zarządząjącej listą podstawówkowych lektur. Otóż na skutek protestów jednego z rodziców, usunęła ona z tej listy STUD. Rodzic ów twierdził, że książka ACD w złym świetle przedstawia religię mormonów, a to z uwagi, m. in., na ten fragment:
(John Ferrier) had always determined, deep down in his resolute heart, that nothing would ever induce him to allow his daughter to wed a Mormon. Such marriage he regarded as no marriage at all, but as a shame and a disgrace. Whatever he might think of the Mormon doctrines, upon that one point he was inflexible. He had to seal his mouth on the subject, however, for to express an unorthodox opinion was a dangerous matter in those days in the Land of the Saints.
Sherlockista musi powiedzieć, że na wszelkie zamordyzmy spod znaku "obrażania uczuć religijnych" etc. reaguje dość alergicznie i - naprawdę delikatnie rzecz ujmując - nie widzi powodu, by dopuszczać tylko te dzieła, w których wszyscy wszystkimi wyznaniami się zachwycają. Wprawdzie osobiście uważa, że HOUN - który ponoć ma szansę zastąpić STUD na liście - jest znacznie lepszą powieścią i lepszym wprowadzeniem do gatunku powieści kryminalnej, ale... STUD to powieść, w której Holmes poznaje Watsona. STUD to początek całej przygody, to Beeton's Christmas Annual, to Watsonowe listy i dociekania, to pierwsze razy, pierwsze emocje, pierwsze denouement w wykonaniu Holmesa. Kto usuwa książkę tej sławy z listy lektur, ponieważ niektórzy bohaterowie nie przepadają za wyznawcami Josepha Smitha, Mahometa albo Latającego Potwora Spaghetti*, ten... na pewno nie zasługuje na tyle miejsca na Sherlockianach ;)
Żeby zatem powrócić do optymistycznego tonu całej notki, na koniec zdjęcie Marka Gatissa... Czytelnicy z pewnością dobrze o tym wiedzą, ale Sherlockista dopiero niedawno uświadomił sobie, że ten wspaniały człowiek nie tylko napisał dla nas Sherlocka BBC, ale jeszcze osobiście - i znakomicie - zagrał Mycrofta :)
---
*Sherlockista ośmielił się tu przywołać Jego Makaronowatość, ponieważ jako jego wyznawca chciał w ten sposób dać wyraz swojej bezstronności w temacie ;)
środa, 20 lipca 2011
Szczegóły Sherlocka 2 Ritchiego...
... nie brzmią tak źle jak trailer. Jak wynika ze streszczeń, które pojawiły się już w Sieci, film zacznie się od śmierci austriackiego księcia. Oczywiście, poczciwy Lestrade oraz opinia publiczna uznają tę śmierć za samobójstwo - ale Sherlock zwietrzy morderstwo. Co więcej, nabierze podejrzeń, że jest to tylko element wielkiej układanki autorstwa profesora Moriarty'ego. Wprowadzenie postaci Napoleona Zbrodni zostało nieźle przygotowane w pierwszej części Sherlocka, więc tu, nie licząc może trochę niepojętego dla Sherlockisty owłosienia odtwórcy tej roli, Jareda Harrisa:
...powinno wypaść całkiem naturalnie i zrozumiale. Akcja filmu zacznie się od wieczoru kawalerskiego Watsona. Przy okazji, to tam mamy poznać starszego i mądrzejszego z braci Holmesów: Stephena Fry'a ;)
To wtedy też Downey-Holmes spotka Cygankę Sim-Rapace, która odegrała jakąś rolę w planach Moriarty'ego, ale nie do końca zdaje sobie sprawę z powagi swojej sytuacji. Tymczasem jest następna na liście ofiar Profesora.
Holmesowi nie będzie łatwo uratować Sim i powstrzymać Moriarty'ego od realizacji, nazwijmy to ogólnikowo, "demonicznych planów" (mimo całej sympatii do pierwszej części nie można oczekiwać jakiejś składnej koncepcji w tej mierze), ponieważ nie potrafi się zdobyć na taką samą bezwzględność. I tak Moriarty i Holmes będą się uganiać za sobą przez Francję, Niemcy i, na koniec, uwaga, Szwajcarię...
No, trzeba powiedzieć, że mimo różnych zastrzeżeń, brzmi to jak całkiem przyzwoity - choć nieco amerykańsko-młodzieżowy - Sherlock ;) Pamiętajmy, że Holmesy nieco bardziej przygodowe i naiwne, takie w stylu "Młodego SH" czy nawet Indiany Jonesa to też Holmesy, często zabawne i dostarczające sporo dobrej rozrywki - mimo głupawych intryg i nadmiernej ilości gonitw - a te smętnawe, nastawione na bardziej melancholijne dedukcje oraz poważne refleksje potrafią być zupełnie kichowate, jak "Murder by Decree", z superpoważnym, miejscami wręcz łkającym Christopherem Plummerem...
![]() |
| Moriarty |
![]() |
| Mycroft |
Holmesowi nie będzie łatwo uratować Sim i powstrzymać Moriarty'ego od realizacji, nazwijmy to ogólnikowo, "demonicznych planów" (mimo całej sympatii do pierwszej części nie można oczekiwać jakiejś składnej koncepcji w tej mierze), ponieważ nie potrafi się zdobyć na taką samą bezwzględność. I tak Moriarty i Holmes będą się uganiać za sobą przez Francję, Niemcy i, na koniec, uwaga, Szwajcarię...
No, trzeba powiedzieć, że mimo różnych zastrzeżeń, brzmi to jak całkiem przyzwoity - choć nieco amerykańsko-młodzieżowy - Sherlock ;) Pamiętajmy, że Holmesy nieco bardziej przygodowe i naiwne, takie w stylu "Młodego SH" czy nawet Indiany Jonesa to też Holmesy, często zabawne i dostarczające sporo dobrej rozrywki - mimo głupawych intryg i nadmiernej ilości gonitw - a te smętnawe, nastawione na bardziej melancholijne dedukcje oraz poważne refleksje potrafią być zupełnie kichowate, jak "Murder by Decree", z superpoważnym, miejscami wręcz łkającym Christopherem Plummerem...
czwartek, 26 maja 2011
Freeman o gejowskim Sherlocku, Cumberbatch w Hobbicie i jeszcze o walce...
Nasz obsypany nagrodami Watson, Martin Freeman, po raz kolejny zdradził w wywiadzie, co jest najważniejsze w BBC-Sherlocku i Sherlockista nie może sobie odmówić, by po raz kolejny nie napisać, że uważa to za sekret każdej, absolutnie każdej i bez miejsca na wyjątek dobrej adaptacji Kanonu (a także każdego filmu/książki/słuchowiska z gatunku "na motywach", każdego inspirowanego fanfiku i w ogóle każdej produkcji, która w napisach końcowych chce chociażby napomknąć, że scenariusz kiedyś został na chwilę zostawiony w tej samej toalecie, w której bywa czasem jakiś czytelnik ACD). Ten sekret to oczywiście skupienie się na relacji Holmesa i Watsona, pokomplikowanej, niejednoznacznej, głębokiej, rzadkiej i zachwycającej.
To, co zostało z tego oświadczenia w mediach to naturalnie to, że Freeman mówi, że "Sherlock" BBC jest bardzo gejowski i sporo w tym prawdy i sporo też niepotrzebnego uproszczenia (Sherlockistę trochę to drażni, kiedy przyjaźń wszechczasów w pewnym sensie "wyjaśnia się" ewentualnym pociągiem seksualnym czy namiętnością o charakterze romantycznym, chociaż było w niej chyba wiele ciekawszych aspektów - ale nie zamierza tu po raz kolejny wracać do tematu, który omówił już kiedyś szeroko).
W każdym razie Freeman wydaje się zupełnie z Sherlockistą zgadzać. "Dla nas wszystkich to jest historia miłosna. Nie zwykła love story, ale opowieść o ludziach, którzy się kochają. Chociaż ten związek bywa trochę dysfunkcyjny, to jednak razem dają radę" - powiedział, a ShK chciałby, żeby przyszli adaptatorzy Sherlocka powiesili sobie te słowa nad łóżkiem.
W tym kontekście, a także w kontekście BAFTA-wywiadu Freemana, w którym ten podkreślał, jak wspaniała chemia połączyła go od razu z Benem Cumberbatchem, trochę zabawnie jest pomyśleć, że nasz Sherlock prawdopodobnie dołączy do swojego Watsona na planie "Hobbita". Zdaje się, że miała to być tajemnica i że w tej sytuacji producenci chcą przynajmniej utajnić to, jaką dokładnie rolę dostanie "urodzony Holmes" (cyt. za: Martin Freeman). ShK wyzna, że nie może się doczekać, by zobaczyć takiego małego, przysadzistego Watsona z wielkimi, owłosionymi stopami w otoczeniu trzynastu krasnoludów i bardzo ciekawi go, jaki los czeka dumnego Sherlocka...
...a czy ShK nie zapomniał przypadkiem wspomnieć, że do ekipy Hobbita dołączył też najwspanialszy pod słońcem przyszły Mycroft Stephen Fry (z Sherlocka 2 Ritchiego)? Zapowiada nam się fuzja fandomów, z której to okazji Sherlockista oficjalnie otwiera etykietę "Hobbit" ;)
Oto 221B Baker Street po gruntownym remoncie:
A na koniec, dla zainteresowanych sztukami walk i Sherlockiem (dłuższa notka o baritsu/bartitsu do przeczytania tu), link do krótkiego editoriala na temat Wing Chun, ulubionej sztuki walki Roberta Downeya Jr., który wykorzystuje ją także w "Sherlocku". Ponoć to ona dała mu siłę w walce z uzależnieniami. Wing Chun to odmiana kung fu, którą reklamuje się jako połączenie naukowego podejścia (pamiętamy, jak Sherlock-Downey "dedukował" efekty każdego ciosu?) i wielu technik zadawania ciosów w obronie własnej lub kogoś innego. Podobnie jak inne wschodnie sztuki walki, Wing Chun to nie tylko seria chwytów przydatnych bójce, ale także sposób na zmianę podejścia do życia i mierzenie się nie tylko z czysto fizycznymi wyzwaniami.
To, co zostało z tego oświadczenia w mediach to naturalnie to, że Freeman mówi, że "Sherlock" BBC jest bardzo gejowski i sporo w tym prawdy i sporo też niepotrzebnego uproszczenia (Sherlockistę trochę to drażni, kiedy przyjaźń wszechczasów w pewnym sensie "wyjaśnia się" ewentualnym pociągiem seksualnym czy namiętnością o charakterze romantycznym, chociaż było w niej chyba wiele ciekawszych aspektów - ale nie zamierza tu po raz kolejny wracać do tematu, który omówił już kiedyś szeroko).
W każdym razie Freeman wydaje się zupełnie z Sherlockistą zgadzać. "Dla nas wszystkich to jest historia miłosna. Nie zwykła love story, ale opowieść o ludziach, którzy się kochają. Chociaż ten związek bywa trochę dysfunkcyjny, to jednak razem dają radę" - powiedział, a ShK chciałby, żeby przyszli adaptatorzy Sherlocka powiesili sobie te słowa nad łóżkiem.
W tym kontekście, a także w kontekście BAFTA-wywiadu Freemana, w którym ten podkreślał, jak wspaniała chemia połączyła go od razu z Benem Cumberbatchem, trochę zabawnie jest pomyśleć, że nasz Sherlock prawdopodobnie dołączy do swojego Watsona na planie "Hobbita". Zdaje się, że miała to być tajemnica i że w tej sytuacji producenci chcą przynajmniej utajnić to, jaką dokładnie rolę dostanie "urodzony Holmes" (cyt. za: Martin Freeman). ShK wyzna, że nie może się doczekać, by zobaczyć takiego małego, przysadzistego Watsona z wielkimi, owłosionymi stopami w otoczeniu trzynastu krasnoludów i bardzo ciekawi go, jaki los czeka dumnego Sherlocka...
...a czy ShK nie zapomniał przypadkiem wspomnieć, że do ekipy Hobbita dołączył też najwspanialszy pod słońcem przyszły Mycroft Stephen Fry (z Sherlocka 2 Ritchiego)? Zapowiada nam się fuzja fandomów, z której to okazji Sherlockista oficjalnie otwiera etykietę "Hobbit" ;)
Oto 221B Baker Street po gruntownym remoncie:
A na koniec, dla zainteresowanych sztukami walk i Sherlockiem (dłuższa notka o baritsu/bartitsu do przeczytania tu), link do krótkiego editoriala na temat Wing Chun, ulubionej sztuki walki Roberta Downeya Jr., który wykorzystuje ją także w "Sherlocku". Ponoć to ona dała mu siłę w walce z uzależnieniami. Wing Chun to odmiana kung fu, którą reklamuje się jako połączenie naukowego podejścia (pamiętamy, jak Sherlock-Downey "dedukował" efekty każdego ciosu?) i wielu technik zadawania ciosów w obronie własnej lub kogoś innego. Podobnie jak inne wschodnie sztuki walki, Wing Chun to nie tylko seria chwytów przydatnych bójce, ale także sposób na zmianę podejścia do życia i mierzenie się nie tylko z czysto fizycznymi wyzwaniami.
czwartek, 12 maja 2011
[ekspres sherlockistyczny, wyd. poranne, Sherlock 2 Ritchiego]
Na początek, krótkie podsumowanie krótkiego wywiadu z Jaredem Harrisem, który bez znawstwa czy miłości, ale z rozsądkiem, sympatią i dystansem opowiada o swojej roli Moriarty'ego w sequelu produkcji Ritchiego.
Harris zdaje sobie sprawę, że postać super-zbrodniarza trochę się już w kulturze masowej wytarła i że trzeba wielkiej ostrożności, by nie popaść w parodię (nawiasem, Sherockista jeszcze raz z szacunkiem kłania się autorom BBC za to, że im się udało). Jednym ze sposobów Harrisa/Ritchiego na to, by uniknąć śmiechu na sali, jest między innymi wprowadzenie zakazu tłumaczenia się dla Moriarty'ego. Im więcej bohater gada, tym mniej grozy i szacunku budzi, a to, że jest groźny trzeba po prostu pokazać. Nawet najwymyślniejsze deklaracje Napoleona Zbrodni nie wywrą na publiczności większego wrażenia.
Pod koniec wywiadu pojawia się inna ciekawa - a dla niektórych Czytelników pewnie wręcz niepokojąca - uwaga. Harris twierdzi, że na pewno będą jeszcze nowe filmy o SH, tylko nie jest pewien, czy się w nich pojawi. Jednak powiedziane jest to tak, że trudno stwierdzić, czy to zapowiedź planów ekipy Ritchiego, czy wyraz generalnego i niezbyt kontrowersyjnego przekonania, że na pewno "ktoś jeszcze jakiegoś Sherlocka kiedyś nakręci".
A drugie doniesienie dotyczy kostiumów. Wierni Czytelnicy być może pamiętają poprzedni wywiad z Jenny Beavan relacjonowany na Sherlockianach i dotyczący pierwszej części Sherlocka Ritchiego. Teraz czas na nowości.
Sherlockista od razu przyzna nie był zachwycony informacjami, które można wyłuskać z jej wypowiedzi. Ponoć mnóstwo jest scen kaskaderskich (tego się obawialiśmy), a Ritchie zażyczył sobie nawet, żeby dodawać mu więcej lycry. Beavan poszukuje nawet jakichś specjalnych materiałów... Zdjęcia dodanego do wywiadu Sherlockista wyjątkowo nie ukradł, bo jest paskudne (można je obejrzeć pod linkiem podanym poniżej).
Poza tym, zobaczymy ponownie trochę starych kostiumów, co ma dodać postaciom realizmu. Sherlockiście kojarzy się to raczej z ubieraniem animowanych czy komiksowych postaci zawsze w te same stroje, ale niech już Beavan będzie. Na pewno dobrym ruchem jest natomiast eleganckie strojnie Stephena Fry'a jako Mycrofta. Beavan żartuje, że Fry, nawet ubrany najsztywniej jak tylko się da, sam z siebie wygeneruje wystarczająco wiele oryginalności, polotu i ducha queer. Sherlockista nie mógłby zgodzić się bardziej. A myśl o tym, że Mycroft też miałby włóczyć się gdzieś po rynsztokach w ubłoconych spodniach i bez koszuli była tak przerażająca, że nawet mu do głowy nie przyszła. Moriarty nas zaskoczy, powracająca tylko na sekundkę Irene Adler będzie miała wielką instalację na tyłku*, a Noomi Rapace w roli głównej kobiety filmu jest cyganką.
Całość, dla zainteresowanych, tu
Sherlockista powoli zaczyna godzić się z myślą, że Stephen Fry może być jedynym, co będzie go powstrzymywało od płaczu w grudniu 2011. Pociesza się jednak faktem, że tak samo dramatyzował przed poprzednią częścią, do której dał się przekonać w pierwszych paru minutach... ;)
---
* Sherlockista kompletnie nie zna się na ciuchach w ogóle, a na ciuchach "z epoki" (którejkolwiek), nie zna się do kwadratu. Ma na myśli, że IA będzie miała "big bustle", czyli to coś, co wypycha spódnicę w kreacjach z końcówki 19 w.
Harris zdaje sobie sprawę, że postać super-zbrodniarza trochę się już w kulturze masowej wytarła i że trzeba wielkiej ostrożności, by nie popaść w parodię (nawiasem, Sherockista jeszcze raz z szacunkiem kłania się autorom BBC za to, że im się udało). Jednym ze sposobów Harrisa/Ritchiego na to, by uniknąć śmiechu na sali, jest między innymi wprowadzenie zakazu tłumaczenia się dla Moriarty'ego. Im więcej bohater gada, tym mniej grozy i szacunku budzi, a to, że jest groźny trzeba po prostu pokazać. Nawet najwymyślniejsze deklaracje Napoleona Zbrodni nie wywrą na publiczności większego wrażenia.
Pod koniec wywiadu pojawia się inna ciekawa - a dla niektórych Czytelników pewnie wręcz niepokojąca - uwaga. Harris twierdzi, że na pewno będą jeszcze nowe filmy o SH, tylko nie jest pewien, czy się w nich pojawi. Jednak powiedziane jest to tak, że trudno stwierdzić, czy to zapowiedź planów ekipy Ritchiego, czy wyraz generalnego i niezbyt kontrowersyjnego przekonania, że na pewno "ktoś jeszcze jakiegoś Sherlocka kiedyś nakręci".
A drugie doniesienie dotyczy kostiumów. Wierni Czytelnicy być może pamiętają poprzedni wywiad z Jenny Beavan relacjonowany na Sherlockianach i dotyczący pierwszej części Sherlocka Ritchiego. Teraz czas na nowości.
Sherlockista od razu przyzna nie był zachwycony informacjami, które można wyłuskać z jej wypowiedzi. Ponoć mnóstwo jest scen kaskaderskich (tego się obawialiśmy), a Ritchie zażyczył sobie nawet, żeby dodawać mu więcej lycry. Beavan poszukuje nawet jakichś specjalnych materiałów... Zdjęcia dodanego do wywiadu Sherlockista wyjątkowo nie ukradł, bo jest paskudne (można je obejrzeć pod linkiem podanym poniżej).
Poza tym, zobaczymy ponownie trochę starych kostiumów, co ma dodać postaciom realizmu. Sherlockiście kojarzy się to raczej z ubieraniem animowanych czy komiksowych postaci zawsze w te same stroje, ale niech już Beavan będzie. Na pewno dobrym ruchem jest natomiast eleganckie strojnie Stephena Fry'a jako Mycrofta. Beavan żartuje, że Fry, nawet ubrany najsztywniej jak tylko się da, sam z siebie wygeneruje wystarczająco wiele oryginalności, polotu i ducha queer. Sherlockista nie mógłby zgodzić się bardziej. A myśl o tym, że Mycroft też miałby włóczyć się gdzieś po rynsztokach w ubłoconych spodniach i bez koszuli była tak przerażająca, że nawet mu do głowy nie przyszła. Moriarty nas zaskoczy, powracająca tylko na sekundkę Irene Adler będzie miała wielką instalację na tyłku*, a Noomi Rapace w roli głównej kobiety filmu jest cyganką.
Całość, dla zainteresowanych, tu
Sherlockista powoli zaczyna godzić się z myślą, że Stephen Fry może być jedynym, co będzie go powstrzymywało od płaczu w grudniu 2011. Pociesza się jednak faktem, że tak samo dramatyzował przed poprzednią częścią, do której dał się przekonać w pierwszych paru minutach... ;)
---
* Sherlockista kompletnie nie zna się na ciuchach w ogóle, a na ciuchach "z epoki" (którejkolwiek), nie zna się do kwadratu. Ma na myśli, że IA będzie miała "big bustle", czyli to coś, co wypycha spódnicę w kreacjach z końcówki 19 w.
poniedziałek, 2 maja 2011
BAFTA - kibicujmy BBC-Sherlockowi!
British Academy of Film and Television Arts to solidna instytucja, której statuetki są obiektem pożądania wielu brytyjskich twórców. W tym roku trzymamy kciuki, oczywiście, za "Sherlocka", który podobał się chyba wszystkim, Czytelnikom, Sherlockiście, Holmesologom wszystkich krajów i zupełnym laikom lubiącym dobre seriale.
- Odtwórca głównej roli, Benedict Cumberbatch został nominowany w kategorii aktor pierwszoplanowy.
- Znakomity Watson (prywatnie Hobbit), Martin Freeman ma szansę na nagrodę do pary (w kategorii aktor drugoplanowy).
(to nie jest zdjęcie z planu ;))
- A wspaniali scenarzyści i producenci (prywatnie prawdziwi sherlockiści), często w tym blogu cytowani Mark Gatiss, Steven Moffat, żona jednego z nich (ShK zawsze myli się, którego ;)) Sue Vertue i Beryl Vertue mogą i ze wszech miar powinni zgarnąć nagrodę za całokształt "Sherlocka" (w kategorii serial).
Sherlockista darował sobie wypisywanie konkurentów, bo odnosi wrażenie, że (może z wyjątkiem Doctora Who) są słabo w Polsce znani, ale ciekawych odsyła na stronę BAFTA.
Ceremonia odbędzie się 22 maja, nagrody zostaną ogłoszone tydzień wcześniej.
P.S. Chętni i wielbiciele mogą też zacisnąć jakiś wolny palec za Stephena Fry'a (przyszłego Mycrofta i znanego holmesistę, który zasłużył się już dla Czytelników Sherlockianów). Został nominowany w kategorii Entertainment Performance za "QI" (to również program kanału BBC One).
- Odtwórca głównej roli, Benedict Cumberbatch został nominowany w kategorii aktor pierwszoplanowy.
- Znakomity Watson (prywatnie Hobbit), Martin Freeman ma szansę na nagrodę do pary (w kategorii aktor drugoplanowy).
(to nie jest zdjęcie z planu ;))
- A wspaniali scenarzyści i producenci (prywatnie prawdziwi sherlockiści), często w tym blogu cytowani Mark Gatiss, Steven Moffat, żona jednego z nich (ShK zawsze myli się, którego ;)) Sue Vertue i Beryl Vertue mogą i ze wszech miar powinni zgarnąć nagrodę za całokształt "Sherlocka" (w kategorii serial).
Sherlockista darował sobie wypisywanie konkurentów, bo odnosi wrażenie, że (może z wyjątkiem Doctora Who) są słabo w Polsce znani, ale ciekawych odsyła na stronę BAFTA.
Ceremonia odbędzie się 22 maja, nagrody zostaną ogłoszone tydzień wcześniej.
P.S. Chętni i wielbiciele mogą też zacisnąć jakiś wolny palec za Stephena Fry'a (przyszłego Mycrofta i znanego holmesistę, który zasłużył się już dla Czytelników Sherlockianów). Został nominowany w kategorii Entertainment Performance za "QI" (to również program kanału BBC One).
wtorek, 29 marca 2011
[minipostuś] O tym, dlaczego Sherlockista nie donosi nic o drugim Sherlocku Ritchiego...
... nie, nie dlatego, żeby nie wkurzać niektórych wiernych Czytelników ;) Nie łudźcie się, ręka by mu nie zadrżała. Dlatego, że kiedy otrzymuje szereg niusów treści "Stephen Fry opowiada o drugim Sherlocku!" "Wywiad ze Stephenem Fryem - rewelacje na temat postaci Mycrofta!" oraz "Downey i Law zdradzają sekrety sequelu filmu Ritchiego", to nastawia się na nieco mniej przewidywalne i bardziej ekscytujące informacje niż:
- SF zawsze lubił Holmesa i cieszy się z roli
- Mycroft to taki starszy, zdolniejszy, ale i bardziej leniwy Sherlock
- super się go gra
- w ogóle na planie jest czad
- akcja dwójki jest poważniejsza
- ale nie będzie w 3D
- Holmes i Watson już się tak ze sobą nie drażnią, bo mają Moriarty'ego na głowie
- no, trochę się drażnią, bo ślub Watsona tuż-tuż
- w ogóle cały film będzie o tropieniu Moriarty'ego
- po całej Europie, nie wyłączając Szwajcarii (tak tak, są wodospady)
- zupełnie jak w FINA!!1! [nudge nudge, wink wink]
- stawka jest po prostu większa niż życie w tej dwójce i strasznie się to Downeyowi i Lawowi podoba
- w ogóle zobaczycie, jaka to fajna stawka, jaki fajny film, jaki fajny plan i jakie fajne role i jak się fajnie grało u takiego fajnego reżysera i z takimi fajnymi kumplami...
... W związku z tym, jak potem ShK wchodzi pracowicie w te wszystkie czaderskimi tytułami opatrzone linki i znajduje to, co wyżej, to mu potem zajmuje aż tydzień, żeby się tym podzielić z Czytelnikami Sherlockianów...
Na otarcie łez (czy to wywołanych żenującym poziomem marketingu fundowanego nam z okazji amerykańskich superprodukcji, brakiem nowych informacji na temat filmu Ritchiego, a może naddatkiem jakichkolwiek wzmianek o dziele, przez które człowiek przypomina sobie, jaki stres go czeka w grudniu ;) zapowiada Sherlockista nowy mały cykl, poświęcony artykułom z "The Grand Game", którą tak bardzo chwalił się tu. Pierwsza część w ciągu kilku dni, wędrować będzie ShK przez tę piękną książkę niespiesznie :)
- SF zawsze lubił Holmesa i cieszy się z roli
- Mycroft to taki starszy, zdolniejszy, ale i bardziej leniwy Sherlock
- super się go gra
- w ogóle na planie jest czad
- akcja dwójki jest poważniejsza
- ale nie będzie w 3D
- Holmes i Watson już się tak ze sobą nie drażnią, bo mają Moriarty'ego na głowie
- no, trochę się drażnią, bo ślub Watsona tuż-tuż
- w ogóle cały film będzie o tropieniu Moriarty'ego
- po całej Europie, nie wyłączając Szwajcarii (tak tak, są wodospady)
- zupełnie jak w FINA!!1! [nudge nudge, wink wink]
- stawka jest po prostu większa niż życie w tej dwójce i strasznie się to Downeyowi i Lawowi podoba
- w ogóle zobaczycie, jaka to fajna stawka, jaki fajny film, jaki fajny plan i jakie fajne role i jak się fajnie grało u takiego fajnego reżysera i z takimi fajnymi kumplami...
... W związku z tym, jak potem ShK wchodzi pracowicie w te wszystkie czaderskimi tytułami opatrzone linki i znajduje to, co wyżej, to mu potem zajmuje aż tydzień, żeby się tym podzielić z Czytelnikami Sherlockianów...
Na otarcie łez (czy to wywołanych żenującym poziomem marketingu fundowanego nam z okazji amerykańskich superprodukcji, brakiem nowych informacji na temat filmu Ritchiego, a może naddatkiem jakichkolwiek wzmianek o dziele, przez które człowiek przypomina sobie, jaki stres go czeka w grudniu ;) zapowiada Sherlockista nowy mały cykl, poświęcony artykułom z "The Grand Game", którą tak bardzo chwalił się tu. Pierwsza część w ciągu kilku dni, wędrować będzie ShK przez tę piękną książkę niespiesznie :)
czwartek, 2 grudnia 2010
[minipostunio] Wykapany Mycroft Holmes
WOW :) Proszę Państwa, oto zdjęcia nowego, wspaniałego Mycrofta Holmesa (czyli, oczywiście Stephena Frya). Kurteczka nie stanowi (hopefully) części kostiumu, a zdjęcia ukradł ShK stąd.
Sherlockista wypatrzył w biegu, że fani nazywają powyższe zjawisko Frycroft ;D
niedziela, 21 listopada 2010
Wake me up when November ends... ekspres sherlockistyczny, odc. 1
"What is the meaning of it, Watson?" said Holmes solemnly as he laid down the paper. "What object is served by this circle of misery and violence and fear? It must tend to some end, or else our universe is ruled by chance, which is unthinkable. But what end? There is the great standing perennial problem to which human reason is as far from an answer as ever." (CARD)
Takie właśnie myśli nachodzą Sherlockistę, gdy z powodu koszmarnego natłoku nieodsuwalnych zajęć po raz pierwszy od stycznia naprawdę brakuje mu czasu na ukochanego jego bloga. Koniec już bliski, światło w tunelu rozbłyska, a pociąg powinien nadjechać z początkiem grudnia, ale fakty są takie, że nawet doniesienia, które do niego spływają, przegląda ShK jedynie pobieżnie.
Jak by pobieżnie wszelako nie przeglądał, nie mógł przeoczyć 9847 artykułów o tym, że Irene Adler w Sherlocku Ritchiego drugim nie będzie. Albo będzie tylko troszkę, bo przecież gwiazdą żeńską SH2 ma być Noomi Rapace. Albo będzie, ale nie w głównej roli. Ale tak w ogóle, to scenariusz nie jest jeszcze dopięty do końca. Ale może jednak będzie? Chociaż nie, chyba jednak nie, skoro miesiąc już minął i wciąż się nie zjawiła na planie. Cały ten chaos jest niepokojący nie dlatego, że nieobecność sympatycznej skądinąd Rachel McAdams byłaby jakąś niepowetowaną stratą, ale dlatego, że budzi to pewne podejrzenia dotyczące całej powstającej produkcji...
Takie właśnie myśli nachodzą Sherlockistę, gdy z powodu koszmarnego natłoku nieodsuwalnych zajęć po raz pierwszy od stycznia naprawdę brakuje mu czasu na ukochanego jego bloga. Koniec już bliski, światło w tunelu rozbłyska, a pociąg powinien nadjechać z początkiem grudnia, ale fakty są takie, że nawet doniesienia, które do niego spływają, przegląda ShK jedynie pobieżnie.
Jak by pobieżnie wszelako nie przeglądał, nie mógł przeoczyć 9847 artykułów o tym, że Irene Adler w Sherlocku Ritchiego drugim nie będzie. Albo będzie tylko troszkę, bo przecież gwiazdą żeńską SH2 ma być Noomi Rapace. Albo będzie, ale nie w głównej roli. Ale tak w ogóle, to scenariusz nie jest jeszcze dopięty do końca. Ale może jednak będzie? Chociaż nie, chyba jednak nie, skoro miesiąc już minął i wciąż się nie zjawiła na planie. Cały ten chaos jest niepokojący nie dlatego, że nieobecność sympatycznej skądinąd Rachel McAdams byłaby jakąś niepowetowaną stratą, ale dlatego, że budzi to pewne podejrzenia dotyczące całej powstającej produkcji...
Tymczasem Stephen Fry na szczęście pojawił się na planie i będzie tam aż do stycznia. W wywiadzie opowiada, że jest zachwycony. W szczególności jest zachwycony: swoją rolą leniwego, choć mądrzejszego starszego brata Holmesa, pracą kamery pod kierownictwem Ritchiego, 21-wiecznym ujęciem tej postaci (Fry wierzy, że każda epoka ma swojego Holmesa), urokiem osobistym i charyzmą Downeya w roli Sherlocka i tym, że wszyscy dobrze się bawią. ShK wyzna, że udział Fry'a jest dla niego w zasadzie gwarancją, że my też będziemy dobrze się na tym filmie bawili.
Na obrazku nowa autobiografia.
I tyle donosi Sherlockista przypominając znów o swoim istnieniu. A w kolejnym odcinku listopadowego ekspresu sherlockistycznego będzie ekspresowo o całej serii bardzo nagradzanych książek o młodym Sherlocku, o nowym DVD ze starszym Sherlockiem BBC, o pewnej sherlockistycznej grze i do tego jeszcze o jednym przedstawieniu!
niedziela, 26 września 2010
OBSADZONO ROLĘ MYCROFTA
...i to jak...
Sherlockista wrócił zziajany z górskiej wycieczki i na długo stracił oddech, gdy w mailu zobaczył informację, że
MYCROFTA HOLMESA ZAGRA STEPHEN FRY!
Mycrofta, ntauralnie, z Sherlocka 2 Ritchiego. Stephen Fry, naturalnie, TEN. Stephen Fry, który tak cudownie grał Oscara Wilde'a w pięknym bardzo filmie z 1997 roku, TYM SAMYM, w którym Watson Ritchiego, Jude Law, fenomenalnie wręcz zagrał wielką miłość Oscara, histerycznego, dumnego i toksycznego arystokratę, lorda Alfreda Douglasa zwanego czule "Bosiem". (W wyniku procesu wytoczonego konserwatywnemu ojcu Bosiego, Wilde został skazany za homoseksualizm i wylądował na ciężkich robotach w więzieniu w Reading, po czym już nigdy nie wrócił do dawnego blasku.)
TEN Stephen Fry, który dorobił się już w tym blogu własnej etykiety i to nie tylko dlatego, że Sherlockista darzy go uwielbieniem, ale także dzięki jego wspaniałej opowieści o spotkaniu Doyle'a z Wilde'em. Fry, jak Sherlockista wspominał, jest najmłodszym w historii członkiem The Sherlock Holmes Society of London. Ale poza tym jest również legendą telewizyjną dzięki programowi A Bit of Fry and Laurie, który prowadził wraz z obecnym doktorem House'em (Sherlockista poleca przeszukanie youtube'a, zwłaszcza jeśli jest się gotowym umierać ze śmiechu przez całą noc). Jeszcze poza tym jest Stephen Fry wcieleniem wdzięku, inteligencji, elegancji, klasy, subtelności, angielskiego humoru i esencją tego, co po angielsku wyraża słowo fabulous.
Zresztą, co tu wiele mówić, popatrzcie, drodzy Czytelnicy sami... (fotomontaż pochodzi stąd)
A na zakończenie nie może sobie Sherlockista odmówić... Przyszły Mycroft Holmes jako Oscar Wilde w czołówce, która przyprawia o czystą rozkosz:
P.S. Sherlockista ma nadzieję, że z tonu notki moża wywnioskować, jak potężną radością napełnił go ten wybór. Nikt, nikt zgoła nie mógłby nigdy zostać wspanialszym Mycroftem! To kolejny powód, by wyczekiwać nowego filmu Ritchiego z przyjemnością.
Sherlockista wrócił zziajany z górskiej wycieczki i na długo stracił oddech, gdy w mailu zobaczył informację, że
MYCROFTA HOLMESA ZAGRA STEPHEN FRY!
Mycrofta, ntauralnie, z Sherlocka 2 Ritchiego. Stephen Fry, naturalnie, TEN. Stephen Fry, który tak cudownie grał Oscara Wilde'a w pięknym bardzo filmie z 1997 roku, TYM SAMYM, w którym Watson Ritchiego, Jude Law, fenomenalnie wręcz zagrał wielką miłość Oscara, histerycznego, dumnego i toksycznego arystokratę, lorda Alfreda Douglasa zwanego czule "Bosiem". (W wyniku procesu wytoczonego konserwatywnemu ojcu Bosiego, Wilde został skazany za homoseksualizm i wylądował na ciężkich robotach w więzieniu w Reading, po czym już nigdy nie wrócił do dawnego blasku.)
TEN Stephen Fry, który dorobił się już w tym blogu własnej etykiety i to nie tylko dlatego, że Sherlockista darzy go uwielbieniem, ale także dzięki jego wspaniałej opowieści o spotkaniu Doyle'a z Wilde'em. Fry, jak Sherlockista wspominał, jest najmłodszym w historii członkiem The Sherlock Holmes Society of London. Ale poza tym jest również legendą telewizyjną dzięki programowi A Bit of Fry and Laurie, który prowadził wraz z obecnym doktorem House'em (Sherlockista poleca przeszukanie youtube'a, zwłaszcza jeśli jest się gotowym umierać ze śmiechu przez całą noc). Jeszcze poza tym jest Stephen Fry wcieleniem wdzięku, inteligencji, elegancji, klasy, subtelności, angielskiego humoru i esencją tego, co po angielsku wyraża słowo fabulous.
Zresztą, co tu wiele mówić, popatrzcie, drodzy Czytelnicy sami... (fotomontaż pochodzi stąd)
A na zakończenie nie może sobie Sherlockista odmówić... Przyszły Mycroft Holmes jako Oscar Wilde w czołówce, która przyprawia o czystą rozkosz:
P.S. Sherlockista ma nadzieję, że z tonu notki moża wywnioskować, jak potężną radością napełnił go ten wybór. Nikt, nikt zgoła nie mógłby nigdy zostać wspanialszym Mycroftem! To kolejny powód, by wyczekiwać nowego filmu Ritchiego z przyjemnością.
sobota, 13 marca 2010
Spotkanie sir Arthura Conan Doyle'a z Oscarem Wilde'em...
...odbyło się już jakiś czas temu, bo 30 sierpnia 1889 w hotelu Langham w Londynie, ale teraz dopiero (a konkretnie 19 marca) zostanie upamiętnione specjalną tabliczką. Sherlockista dowiedział się tego z pierwszej ręki, bo od jednego z inicjatorów owego wydarzenia, Sherlock Holmes Society of London (pozostali to Oscar Wilde Society i City of Westminster).
Spotkanie Wilde'a i Doyle'a zorganizował natomiast J M Stoddart, który przypłynął do Londynu z Filadelfii, by zamówić u dwóch utalentowanych autorów opowiadania do czasopisma Lippincott's. To w wyniku tamtej właśnie kolacji, Oscar Wilde napisał "Portret Doriana Graya", a ACD został przekonany, by nie przejmować się umiarkowanym jedynie sukcesem swojej pierwszej powieści o dziwacznym detektywie i jego przyjacielu doktorze, tylko spróbować pociągnąć jakoś ten wątek.
Czy spotkanie, któremu zawdzięczamy SIGN - a może i całą resztę Kanonu także - nie jest warte zielonej tabliczki przed hotelem? ;)
Sherlockista najserdeczniej poleca wywiad ze Stephenem Fryem, który jest nie tylko najmłodszym w historii członkiem Sherlock Holmes Society of London ale również, o czym napomknięte było w recenzji filmu z Lawem, grał kiedyś i to grał wspaniale samego Oscara Wilde'a.
Spotkanie Wilde'a i Doyle'a zorganizował natomiast J M Stoddart, który przypłynął do Londynu z Filadelfii, by zamówić u dwóch utalentowanych autorów opowiadania do czasopisma Lippincott's. To w wyniku tamtej właśnie kolacji, Oscar Wilde napisał "Portret Doriana Graya", a ACD został przekonany, by nie przejmować się umiarkowanym jedynie sukcesem swojej pierwszej powieści o dziwacznym detektywie i jego przyjacielu doktorze, tylko spróbować pociągnąć jakoś ten wątek.
Czy spotkanie, któremu zawdzięczamy SIGN - a może i całą resztę Kanonu także - nie jest warte zielonej tabliczki przed hotelem? ;)
Sherlockista najserdeczniej poleca wywiad ze Stephenem Fryem, który jest nie tylko najmłodszym w historii członkiem Sherlock Holmes Society of London ale również, o czym napomknięte było w recenzji filmu z Lawem, grał kiedyś i to grał wspaniale samego Oscara Wilde'a.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















