wtorek, 23 lutego 2010

Sherlock Holmes 2009

Gdyby Sherlockista zaczął pisać tę recenzję pół roku temu, nie miałby żadnego problemu - niewielu Holmesistów wyglądało wówczas premiery filmu Guya Ritchiego z nadziejami na cokolwiek więcej niż przeczytanie kilku zjadliwych paszkwili na zaprzyjaźnionych blogach i forach - naturalnie dopiero po czterech głębszych, dwóch godzinach męki na sali kinowej i jeszcze pięciu głębszych dla przywrócenia równowagi.

Sam pomysł, by ekranizować komiks, z Downeyem "metr sześćdziesiąt w kapeluszu" Juniorem w roli głównej przyprawiał o dreszcze. Jude Law z arystokratycznym nosem w chmurach nadawał się może X lat temu do uwodzenia Stephena Fry'a, a nawet samego Jeremy'ego Bretta w jednym z filmów Granady, ale przecież nie na Watsona - po Hardwicke'u, Masonie, Stocku... Frazy w rodzaju "trzeba tchnąć życie w skostniałego dziewiętnastowiecznego detektywa" lub "przemówić do nowoczesnego widza"  skłaniały ortodoksyjnych fanów Sherlocka do lamentu nad powszechnym upadkiem obyczajów i ach-tą-dzisiejszą-młodzieżą. Wywiady z Ritchiem, beztrosko demonstrującym brak woli ścisłego dostosowywania się do Kanonu* (THE Kanonu!) oraz fotki z planu przedstawiające detektywa niższego od własnego Watsona i wystrojonego w jakieś niechlujne fulary i podejrzane okularki potęgowały niepokój, który przerodził się w istną panikę w momencie, gdy światło dzienne ujrzał trailer...

A w trailerze... Holmes półnagi na łóżku, niewybredne dowcipy, komiksowe sekwencje walk, jakaś wzmianka o Adler (brrr! romansidło będzie! uciekać!)...  Powiedzmy sobie wprost: trailer przeraził nawet Bravehearta Waleczne Serce.

Miłość, drodzy Czytelnicy, wymaga wszelako poświęceń i tak oto dzień po premierze ruszył Sherlock nieustraszenie do krakowskiego kina Ars (lokalizację wybrał z uwagi na bliskość różnych przybytków, w których ewentualnie dałoby się po filmie złagodzić skołatane nerwy).

Start. Muzyka. Kałuża, w kałuży - logo WB. Szaro, groźnie, uojezu, zaraz się zacznie. Ktoś biegnie. Pościg. Niby wleką się konne powozy, a napięcie, jak gdyby ścigały się Porsche po autostradzie. Watson szykuje rewolwer. Bo to bez wątpienia Watson jest, nie ma gadania. Oho, zaraz się zacznie, the game is afoot!

*zaraz*

Przecież ja tu nie jestem, żeby się dobrze bawić, tylko gotować się wewnętrznie, pielęgnować zadrę w sercu i łezkę w oku dla umarłych i zhańbionych Sherlocków! - uświadomił sobie nagle Sherlockista, ale zanim zdążył pociągnąć ten wątek akcja rzeczywiście zaczęła się na dobre, Watson znalazł się, jak zawsze, we właściwym miejscu i we właściwym czasie, panowie uścisnęli sobie dłonie - a Sherlockista natychmiast przestał się wygłupiać i zaczął się bawić na sto cztery fajerki.

Bo, trzeba to sobie powiedzieć, nowy Sherlock to jest zabawa przednia. Owszem, montaż może jest i nieco komiksowy, a w scenach bójek bohaterowie nasi bardziej niż angielskich dżentelemenów przypominają skrzyżowanie Batmana z Karate Kidem, ale nie ma co udawać, że żwawej akcji nie śledzi się z przyjemnością. Zwłaszcza, że - o kosmiczna ulgo - akcji tej zupełnie nie spowalnia żaden z kontrowersyjnych kanonicznych związków, które prześladują Sherlockistów w licznych ekranizacjach Conan Doyle'a. Z faktem, że Watson miał żonę niewielu radzi sobie tak śmiało jak autorzy serii, która już wkrótce mocno będzie na tym blogu promowana - czyli legendarnej serii Granady ("radzi sobie", czytaj: kompletnie ją wycina), nikt też oprócz BBC-Berta Coulesa nie potrafił zrobić z niej mocnego i składnego punktu programu, więc jeśli powiem, że u Ritchiego obecność Mary Morstan nie razi to będzie to już spory komplement. Jakośtam miejscami pomaga panna Mary pokazywać relację łączącą naprawdę interesujących nas bohaterów (Holmes za wszelką cenę stara się zatrzymać Watsona dla siebie i sabotuje jego związek). Trudno powiedzieć, czemu Ritchie nie wykorzystał kanonicznego faktu, że to niejako z winy samego Holmesa Watson w ogóle Mary poznał (SIGN**), ale dzięki temu wyborowi Holmes ma okazję popisać się jedną z klasycznych dedukcji na temat jej osoby.

Klasycznych dedukcji, bowiem, wbrew pozorom - i wbrew potocznym o nowym Holmesie opiniom - nie brakuje. Ten Holmes dedukuje z iście amerykańską przesadą na każdym kroku: w co i jak mocno przyłożyć, żeby powalić przeciwnika, bardzo kanonicznie, którędy jedzie jego powóz (odkrywa to mimo zasłoniętych oczu); pojawia się nawet ściśle kanoniczny dialog na temat charakteru i obyczajów właściciela srebrnego zegarka (w oryginale brata Watsona).

I tu trzeba zauważyć, że takimi kanonicznymi smaczkami dla geeków i freaków i Sherlockistów wszelkich maści film ten jest przesycony. Inicjały VR na ścianie, urywki cytatów z kanonu (w tym takie przeboje, jak "data, data, data, I cannot make bricks without clay"), charakterystyczne żarty z Lestrade'a zwieńczone rozczulającą wręcz intrygą z jego udziałem, dyskretne i trudno powiedzieć, na ile zamierzone aluzje do innych filmów (widać tu jawne wpływy "Young Sherlock Holmes", nieco bardziej ukryte uroczego, komediowego "Without a Clue" - o jednym i drugim filmie jeszcze będzie w tym blogu, a nawet drobiazgi, które można potraktować jako aluzje do legendarnego "Private Life of Sherlock Holmes", jak na przykład wątek poszukiwania karła), pływanie nietypowym pojazdem wodnym po rzece, charakterystyczny motyw z SIGN, wreszcie  poza Holmesa, który duma nad sprawą z nogami skrzyżowanymi po turecku na fotelu, jak Jeremy Brett w REDH - a Jeremy Brett przecież odtworzył tylko na ekranie oryginalną rycinę samego Sydneya Pageta... Nie da się powiedzieć, by film odbiegał aż tak dziko od Conandoyle'owej ortodoksji i szeroko pojętej tradycji, jak często się lamentuje.

Dziko od ortodoksji odbiega Holmesa strój, ale na to akurat można znaleźć szereg usprawiedliwień. Po pierwsze, lepsze to niż nagminny inverness w towarzystwie deerstalkera (czyli to coś z peleryną i kretyńska czapa z klapkami na uszy, związanymi zazwyczaj kokardką na czubku głowy) - Holmes owszem mógł mieć coś takiego na sobie z raz czy dwa, ale z całą pewnością nie w mieście, tymczasem autorzy ekranizacji nieodmiennie wtłaczają go w ten śmieszny dość kostiumik. Po drugie, Holmes jest w tym filmie kreowany na postrzelonego geniusza, wizjonera, artystę, który stwarza wokół siebie atmosferę bohemy. To wcale takie od oryginału odległe nie jest - Holmes Conan Doyle'a niejednokrotnie przedstawiany był jako ktoś, kto o swojej pracy myśli jak o sztuce właśnie (SIXN) miał aż nadto ekscentrycznych nawyków i upodobań (gra na skrzypcach po nocy, trzymanie tytoniu w perskim kapciu, strzelanie do sufitu, jedzenie i spanie o najdziwniejszych porach w zależności od samopoczucia i toku spraw, etc.). W filmie artystowskie rozpasanie Holmesa zostało pokazane - jak wszystko - z brutalną dosłownością, ale oglądamy w końcu kawał dobrej rozrywki, a nie kino europejskie, Michelangelo przedstawia, tu długie zbliżenie na nieistniejącą piłkę do tenisa.

Charaktery, nawyki i relacja Holmesa i Watsona - to co dla Holmesistów przeważnie jest najważniejsze w każdej ekranizacji - zostały karykaturalnie wykoślawione (skłonność Watsona do hazardu, w kanonie sygnalizowana, w filmie przeradza się w poważny nałóg; znudzony Holmes bez sprawy tresuje muchy w szklance - a propos, błagam, kto przypomni mi, gdzie ja już to widziałam? (nagrody;),  boks Holmesa i odrobina baritsu w filmie dają mu moc trzech Chucków Norrisów, a kanoniczne drobne spięcia i mikre próby Watsona przeciwstawienia się Holmesowi przemieniają się w wykonaniu Jude'a Law w awantury, które przypominają histeryczne sceny urządzane przez lorda Douglasa zakochanemu w nim Wilde'owi). Jednocześnie, miał Sherlockista błogie poczucie, że jakieś nie do końca określone To, Co Naprawdę w Tej Historii Ważne zostało tu zachowane. Jest braterski duch towarzyszy broni. Jest zaufanie. Są niemałe uczucia. Jest współpraca. Jest pasja Watsona i jest jego fascynacja życiem detektywa-artysty. Brakuje trochę wyjaśnienia, dlaczego właściwie Holmes tak bardzo Watsona potrzebuje (a to temat, który zasługuje na kilka notek), jednak warto docenić, że w ogóle zostało to pokazane.  Ma ten film wszystkie klepki na swoim miejscu.

I ma też - od siebie niejako - dużo wdzięku. Wdzięk ma Downey, tak jaskrawo niepasujący fizycznie do roli, że mógł ratować się tylko wyrazistymi oczami i brakiem kompleksów. Downey nie udaje, że jest wysokim, szczupłym, chłodnym angielskim dżentelmenem. Pozostał sobą, a taki manewr, choć czasem niezwykle kontrowersyjny (patrz Brett),  czasem wychodził Holmesowym aktorom na dobre. Wdzięk ma intryżka rodem prosto z przygodowych filmów o ekscesach dziewiętnastowiecznych tajnych stowarzyszeń, machiny, cudownie bogaty obraz Londynu. Wdzięk ma irlandzka (z niepojętych przyczyn) muzyka. Wdzięk ma nawet zakończenie, które w rozbrajająco oczywisty sposób sugeruje, że ekipa pichci nam już drugą część.

Niech pichci. Sherlockista czeka, tym razem bez lęku.

A na koniec, do początku nawiązując, wypada wyjaśnić, dlaczego dziś, pełen ulgi, euforii wręcz i dumy z tego, jak sobie Holmes radzi w 21 wieku, miał Sherlockista z napisaniem tej recenzji problem? Bo po drodze obejrzał pochopnie po raz enty kilkanaście ulubionych Brettów i przypomniało mu się natychmiast, jak wygląda Holmesa naprawdę dobra ekranizacja...

ale o tym już w kolejnych wpisach!

---

*Jako że blog ma mieć charakter misyjny, pozwolę sobie wyjaśniać niektóre słówka i skróty stosowane dość powszechnie przez maniaków. Kanon to zbiór wszystkich opowiadań i powieści o Sherlocku H. autorstwa Arthura Conan Doyle'a. Do Kanonu nie należą zatem filmy (co nie znaczy, że nie ma filmów wręcz kanonicznych ;), pastisze, przeróbki, apokryfy, etc.

**Używam często stosowanych czteroliterowych skrótów na oznaczenie tytułu kanonicznego opowiadania (powieści).  SIGN to naturalnie polski "Znak czterech", a angielska lista tu: http://webspace.webring.com/people/sp/porlock/watson/abbrev_yop.html

1 komentarz:

fixxer pisze...

Prawie stuprocentowy ignorant, który przeczytał tylko jedną książkę i poza tym o Sherlocku H. nic nie wie, gratuluje Sherlokowi K. nowego blogasska i oświadcza, że film w najbliższym czasie obejrzy :)