... i to jeszcze wymądrzając się na temat braku związku między Holmesem a okresem wielkanocnym...
24 kwietnia 1891 roku miała miejsce jedna z najważniejszych scen w historii Wielkiej Brytanii (mówiąc ostrożnie), a Kanonu to już na pewno. Profesor James Moriarty, Napoleon zbrodni, osobiście odwiedził na Baker Street Sherlocka Holmesa, świeżo po jego powrocie z Francji.
Sherlockista już kiedyś wyjaśniał, dlaczego nie chce oglądać tej sceny nigdy w innym wykonaniu niż nieodżałowanego, wielkiego Jeremy'ego Bretta i równie wspaniałego w swojej roli Erica Portera. Zwłaszcza, że scenarzyści Granady uraczyli nas niemal całkowicie kanonicznym dialogiem:
Sherlockista musi wyznać, że Brettowe wydyszane "YOU have paid me several compliments, MISTER Moriarty (...)" to jeden z jego ukochanych momentów we wszystkich adaptacjach wszystkich Sherlocków w ogóle. Oczywiście, w czasie lektury wyobrażał to sobie kompletnie inaczej. Oczywiście za pierwszym razem, gdy to usłyszał, stwierdził, że zupełnie nie ma to z kanonicznym dialogiem nic wspólnego. I oczywiście od wielu już lat nie chce absolutnie nawet dowiedzieć się o tym, że ktoś inny śmie przymierzyć się do wygłoszenia tej kwestii.
I może także dlatego niepokoi się, co tam planują scenarzyści BBC dla Benedicta Cumberbatcha, sadząc się na własną, XXI-wieczną wersję FINA.
Sherlockista nie odmówi sobie na koniec krótkiego komentarza holmesologicznego. FINA budzi szereg wątpliwości, które dotyczą wszystkich niemal działań zarówno Holmesa, jak i Moriarty'ego. Najbardziej oczywistą kwestią jest chociażby fakt, że Holmes, który niby stara się nie narazić Watsona na niebezpieczeństwo i nie chce u niego nocować, wychodzi z jego domu chyłkiem. A w ten sposób przecież mógłby tylko przekonać wszelkie mroczne widma, które miałyby go śledzić, że właśnie u Watsona został.
W tym komentarzu ShK chciał jednak tylko krótko odnieść się do samej rozmowy Holmesa i Moriarty'ego. Kwestią obszernie dyskutowaną jest to, dlaczego właściwie Moriarty, który wyczytuje Sherlockowi z kalendarza, ileż to już razy poczuł się jego działalnością zagrożony, do tej pory nie zabił Holmesa albo też nie zaplanował przynajmniej solidnie takiej zbrodni. W ekranizacji Granady jest tu zresztą jeszcze większa niespójność: Holmes-Brett szczęśliwie przeżył tego dnia trzy zamachy na swoje życie. Gdy Moriarty-Napoleon Zbrodni przychodzi potem, by mu grozić, brzmi to trochę niepoważnie, skoro spartaczył sprawę już tyle razy. Tymczasem sama wizyta stanowi dla Moriarty'ego ryzyko. Profesor daje Sherlockowi szansę nie tylko na to, by detektyw przyjrzał się jego czaszce, ale także dokładnie zapamiętał rysy twarzy i znaki szczególne. Poza tym, sam naraża się na atak. Nie jest już młodzikiem, przychodzi bez obstawy, z kieszeni wyciąga tylko wspomniany kalendarz, a przecież do Holmesa w każdej chwili może też wpaść Watson i jego "trusted army revolver".
Życzliwa interpretacja prozy ACD jest taka, że Moriarty, chociaż na co dzień był bezwzględnym mordercą (przypomnijmy sobie VALL), to dał się uwieść geniuszowi Holmesa. Nie chciał zabić detektywa, bo zbyt wielką rozkosz znajdował w samym pojedynku z nim. W porządku. To jednak nie rozwiązuje wszystkich naszych kłopotów. Wciąż pozostaje zatem pytanie, czemu tak przenikliwy człowiek, który w dodatku sam do tej pory ryzykował wolność, a nawet i życie dla dalszego prowadzenia fascynującej walki z Holmesem, postanowił zagrozić przeciwnikowi śmiercią. Nawet, jeśli Moriarty wierzył, że Holmes poważnie potraktuje jego pogróżki (a wierzył i to nie bez racji), to przecież nie mógł wierzyć w skuteczność tych pogróżek. Nawet, gdyby Sherlock nie był jednostką niezwykle szlachetną i skłonną do poświęcenia życia "dla dobra społeczeństwa" (a nie jest pewne, czy był, czy tylko lubił tak o sobie myśleć), to i tak, podobnie jak Moriarty, nie mógłby odmówić sobie przyjemności dalszych zmagań z godnym siebie rywalem. Z tego punktu widzenia, zachowanie Moriarty'ego jest więc całkowicie irracjonalne. W wielu ekranizacjach (zwłaszcza zaś w serii z Rathbone'em i Bruce'em), Moriarty szantażuje Holmesa, porywając Watsona, bo trafnie odgaduje, że Sherlock prędzej poświęci życie własne niż ukochanego przyjaciela. W Kanonie wypowiedzi naszego Napoleona nie są wprawdzie zupełnie jednoznaczne, ale trudno podejrzewać, by Moriarty w zakamuflowany sposób dawał Holmesowi do zrozumienia, że zamierza wysadzić jakąś stację kolejki podziemnej lub coś w tym rodzaju.
Sherlockiście przychodzi do głowy tylko jedno rozwiązanie: Moriarty przyszedł, bo szczerze chciał oszczędzić Sherlockowi życie. Nie po to, by dalej zmagać się z nim osobiście - wiedział, że to kosztowałoby go zbyt wiele. Po to, by zmagali się z Holmesem inni, a na łamach Strandu nie przestały się ukazywać kolejne barwne, romantyczne, sensacyjne i zarazem wielkie opowieści doktora Watsona.
I za to należy się Moriarty'emu wieczna chwała!
Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą VALL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą VALL. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
środa, 11 sierpnia 2010
O rany... To znaczy, The Great Game
To znaczy, Wielki Finał.
Sherlockista z niecierpliwością ściągał ostatni odcinek pierwszej serii nowych BBC-Sherlocków, ale ociągał się z obejrzeniem (to znaczy całe dziesięć godzin się ociągał). Po pierwsze, bo przeczuwał, że jak zacznie oglądać to czeka go hop siup 90 minut sherlockistycznego szczęścia a potem szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???
Po drugie, bo Moriarty musi być wspaniały i zarazem Moriarty'ego - po którego sięga 3/4 autorów ekranizacji (pozostała 1/4 zamiast Moriarty'ego bierze Kubę Rozpruwacza) - schrzanić prawie najłatwiej (łatwiej jest schrzanić Irene Adler, która w tym serialu może jeszcze wystąpi, może nawet w męskiej postaci?). O geniuszu zła i Napoleonie Zbrodni, nie wolno po prostu powiedzieć (a tak trochę zrobił Doyle): uhaha to jest geniusz zła i Napoleon Zbrodni, jest strasznie groźny, wysoki i szarooki, publiczności lękajcie się. To zło ma od Moriarty'ego bić, a ponadto jego intrygi mają usprawiedliwiać użycie słowa geniusz i wytłumaczyć, czemu Holmes praktycznie się w Moriartym zakochuje.
Za intrygi, za pomysł na wielką grę, za relacje między Holmesem a Moriartym, skwitowane komentarzem Watsona, że "pasowaliby do siebie", za odurzającą mieszankę BRUC, VALL, 3GAR, FINA (oczywiście), FINA z wersji Granady (!!! :)), a nawet podejrzewa Sherlockista w więcej niż jednym miejscu inspirację Further Adventures Berta Coulesa, za napięcie i natężenie zagadek, dedukcji i akcji w tym ostatnim Sherlocku zasługują twórcy na 5 (nie 6 bo troszkę brakuje tym w takim pośpiechu przedstawianym historiom prawdziwego zaangażowania - to taka typowa zabawa dla Sherlocka, nie zaś dla wielbiącego romantyzm pracy detektywa Watsona).
Za samego Moriarty'ego, o którym Sherlockista naprawdę nie chce pisać za wiele, by nie zepsuć Czytelnikom napięcia i ekscytacji związanej z oczekiwaniem na Napoleona*, mocne db z plusem. W gust Sherlockisty zupełnie nie utrafił, ale nie da się nie docenić tego, co najbardziej charakterystyczne dla całej tej produkcji: połączenia oryginalności z rygorystycznym trzymaniem się Kanonu.
Za pogłębienie, skomplikowanie, zburzenie i odbudowanie relacji między Holmesem a Watsonem - 7 z wyróżnieniem. Twórcy nareszcie zaczęli rozwijać skrzydła przy konstrukcji postaci Sherlocka - pokazali obowiązkowe w każdej adaptacji Holmesa sceny czarnej desperacji w szlafroku ze skrzypcami, te, które tak często rodziły pytania o ChAD, pokazali też równie obowiązkowe sceny świadczące o skrajnym braku sentymentalizmu , który we współczesnym świecie skłania jego znajomych, a nawet Watsona do diagnozowania u detektywa psychopatii. Pokazali, jak Watson traci w końcu cierpliwość, jak boi się zarazem Sherlocka i o Sherlocka.
I wreszcie, pokazali skrawek serca Holmesa i za tę króciutką scenę, pożyczoną wprost od Doyle'a, ale doskonale XXI-wieczną, Sherlockista Cumberbatcha i Freemana pokochał.
Tak naprawdę, to pewnie pokochał ich już wcześniej, bo zagrany jest ten epizod popisowo, wszystkie postaci czują się pewnie w swoich rolach, a Cumberbatch "tańczący" (wyrażenie Moriarty'ego) w swoim zachwycającym płaszczu został już nawet obwołany arbitrem elegancji dla Brytyjczyków XXI wieku (patrz: Guardian). Co więcej, Sherlockista musi wycofać trochę pomyj, którymi obrzucił dwa damskie blogi stworzone na potrzeby promocji serialu. Jednak dobrze, że dowiedzieliśmy się czegoś więcej o Connie Price ;) I nawet blog z kotkami ostatecznie może okazać się interesujący.
Martwią tylko te wszystkie wpisy o zaginięciu Johna i Sherlocka, kwiecień to bardzo niebezpieczny miesiąc dla Holmesa, miejmy nadzieję, że nie włóczy się nigdzie po górach. Bo jeśli tak, to po tych trzech cudownych filmach czeka nas trzy lata Wielkiego Hiatusu...
Czyli szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???
***
*Napoleona oczywiście, podobnie jak Nelsona i Boswella być w Sherlocku XXI wieku już nie mogło... Ale "I am lost without my blogger" zabrzmiało uroczo :)
Sherlockista z niecierpliwością ściągał ostatni odcinek pierwszej serii nowych BBC-Sherlocków, ale ociągał się z obejrzeniem (to znaczy całe dziesięć godzin się ociągał). Po pierwsze, bo przeczuwał, że jak zacznie oglądać to czeka go hop siup 90 minut sherlockistycznego szczęścia a potem szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???
Po drugie, bo Moriarty musi być wspaniały i zarazem Moriarty'ego - po którego sięga 3/4 autorów ekranizacji (pozostała 1/4 zamiast Moriarty'ego bierze Kubę Rozpruwacza) - schrzanić prawie najłatwiej (łatwiej jest schrzanić Irene Adler, która w tym serialu może jeszcze wystąpi, może nawet w męskiej postaci?). O geniuszu zła i Napoleonie Zbrodni, nie wolno po prostu powiedzieć (a tak trochę zrobił Doyle): uhaha to jest geniusz zła i Napoleon Zbrodni, jest strasznie groźny, wysoki i szarooki, publiczności lękajcie się. To zło ma od Moriarty'ego bić, a ponadto jego intrygi mają usprawiedliwiać użycie słowa geniusz i wytłumaczyć, czemu Holmes praktycznie się w Moriartym zakochuje.
Za intrygi, za pomysł na wielką grę, za relacje między Holmesem a Moriartym, skwitowane komentarzem Watsona, że "pasowaliby do siebie", za odurzającą mieszankę BRUC, VALL, 3GAR, FINA (oczywiście), FINA z wersji Granady (!!! :)), a nawet podejrzewa Sherlockista w więcej niż jednym miejscu inspirację Further Adventures Berta Coulesa, za napięcie i natężenie zagadek, dedukcji i akcji w tym ostatnim Sherlocku zasługują twórcy na 5 (nie 6 bo troszkę brakuje tym w takim pośpiechu przedstawianym historiom prawdziwego zaangażowania - to taka typowa zabawa dla Sherlocka, nie zaś dla wielbiącego romantyzm pracy detektywa Watsona).
Za samego Moriarty'ego, o którym Sherlockista naprawdę nie chce pisać za wiele, by nie zepsuć Czytelnikom napięcia i ekscytacji związanej z oczekiwaniem na Napoleona*, mocne db z plusem. W gust Sherlockisty zupełnie nie utrafił, ale nie da się nie docenić tego, co najbardziej charakterystyczne dla całej tej produkcji: połączenia oryginalności z rygorystycznym trzymaniem się Kanonu.
Za pogłębienie, skomplikowanie, zburzenie i odbudowanie relacji między Holmesem a Watsonem - 7 z wyróżnieniem. Twórcy nareszcie zaczęli rozwijać skrzydła przy konstrukcji postaci Sherlocka - pokazali obowiązkowe w każdej adaptacji Holmesa sceny czarnej desperacji w szlafroku ze skrzypcami, te, które tak często rodziły pytania o ChAD, pokazali też równie obowiązkowe sceny świadczące o skrajnym braku sentymentalizmu , który we współczesnym świecie skłania jego znajomych, a nawet Watsona do diagnozowania u detektywa psychopatii. Pokazali, jak Watson traci w końcu cierpliwość, jak boi się zarazem Sherlocka i o Sherlocka.
I wreszcie, pokazali skrawek serca Holmesa i za tę króciutką scenę, pożyczoną wprost od Doyle'a, ale doskonale XXI-wieczną, Sherlockista Cumberbatcha i Freemana pokochał.
Tak naprawdę, to pewnie pokochał ich już wcześniej, bo zagrany jest ten epizod popisowo, wszystkie postaci czują się pewnie w swoich rolach, a Cumberbatch "tańczący" (wyrażenie Moriarty'ego) w swoim zachwycającym płaszczu został już nawet obwołany arbitrem elegancji dla Brytyjczyków XXI wieku (patrz: Guardian). Co więcej, Sherlockista musi wycofać trochę pomyj, którymi obrzucił dwa damskie blogi stworzone na potrzeby promocji serialu. Jednak dobrze, że dowiedzieliśmy się czegoś więcej o Connie Price ;) I nawet blog z kotkami ostatecznie może okazać się interesujący.
Martwią tylko te wszystkie wpisy o zaginięciu Johna i Sherlocka, kwiecień to bardzo niebezpieczny miesiąc dla Holmesa, miejmy nadzieję, że nie włóczy się nigdzie po górach. Bo jeśli tak, to po tych trzech cudownych filmach czeka nas trzy lata Wielkiego Hiatusu...
Czyli szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???
***
*Napoleona oczywiście, podobnie jak Nelsona i Boswella być w Sherlocku XXI wieku już nie mogło... Ale "I am lost without my blogger" zabrzmiało uroczo :)
środa, 3 marca 2010
Z cyklu: w blogach napisali
Dostał dziś Sherlockista w niusletterze bardzo ciekawą notkę na temat nowego wydania VALL w kontekście filmu Ritchiego. Notka jest ciekawa nie tyle sama w sobie (nic odkrywczego dla Holmesologa tam nie uświadczycie) ile właśnie z uwagi na stężenie stereotypów w treści. Autor podkreśla, jak to Ritchie "rozruszał" detektywa i "odświeżył jego markę", odkrywa Amerykę w postaci faktu, że Holmes nie należy tylko do wieku gazowych latarni, który odszedł już w dal, a nawet kiedyś walczył z nazistami i, generalnie rzecz biorąc, doprowadza Sherlockistę do pasji ;)
Linkuje też własną recenzję filmu Ritchiego, w której, naturalnie, przejęty nowoczesnym podejściem, nie zauważa żadnej z subtelnych zalet filmu, a jego umocowanie w Holmesowej tradycji zamiast na plus liczy na minus. Sherlockistę skłoniło to do zastanowienia, czy aby nie jest tak, że maniacy tacy jak on nadmiernie wzruszają się nawiązaniami do tego, co już widzieli, a normalni widzowie nie traktują powracających motywów jako nawiązania tylko jako plagiat i po raz kolejny oglądać ich już nie chcą...
Ciekawe natomiast autentycznie jest podejście autora do samej powieści, którą uważa, być może słusznie, za niedocenianą, sam natomiast usprawiedliwia ją z wielu rzeczy, które Holmesistów przeważnie irytują. Głównym problemem z VALL jest oczywiście fakt, że oprócz śledztwa Holmesa, opisana jest tam rozwlekle długa historia, w której Holmes nie bierze udziału. Sherlockista jest osobiście przekonany, że dla większości maniaków, którzy Doyle'a czytają nie dla uroków jego prozy a dla jego dwóch genialnych postaci (i jeszcze garści postaci pobocznych), jest to problem nie do przeskoczenia. Można te nudy z poczucia obowiązku przeczytać, nie da się pokochać ;) Ma tu jednak Sherlockista zastrzeżenie - obfitujące w opisy przydługie fragmenty bez Holmesa, które irytują w lekturze i ekranizacjach (zwłaszcza powieści, bo podobna sytuacja ma miejce w różnym stopniu we wszystkich czterech dłuższych utworach Doyle'a), wspaniale ubarwiają natomiast wszelkie adaptacje dźwiękowe. Być może to kwestia magii radia i atmosfery "czytania przy kominku", jaką stwarzają przeważnie znakomite Holmesowe audiobooki - jedno i drugie pobudza wyobraźnię znacznie bardziej niż suche słowa czy obrazy, więc opisy Doliny Strachu, czy moczarów wokół Baskerville Hall zaczynają być nie mniej atrakcyjne niż ukochane przez Holmesistów sceny i dialogi. Ale o Holmesie w wersji audio będzie jeszcze nie raz.
Na koniec poleca Sherlockista link do recenzji komiksu o "wiktoriańskich nieumarłych", bo, jak się wydaje, jest to przedsięwzięcie nader oryginalne ;)
Linkuje też własną recenzję filmu Ritchiego, w której, naturalnie, przejęty nowoczesnym podejściem, nie zauważa żadnej z subtelnych zalet filmu, a jego umocowanie w Holmesowej tradycji zamiast na plus liczy na minus. Sherlockistę skłoniło to do zastanowienia, czy aby nie jest tak, że maniacy tacy jak on nadmiernie wzruszają się nawiązaniami do tego, co już widzieli, a normalni widzowie nie traktują powracających motywów jako nawiązania tylko jako plagiat i po raz kolejny oglądać ich już nie chcą...
Ciekawe natomiast autentycznie jest podejście autora do samej powieści, którą uważa, być może słusznie, za niedocenianą, sam natomiast usprawiedliwia ją z wielu rzeczy, które Holmesistów przeważnie irytują. Głównym problemem z VALL jest oczywiście fakt, że oprócz śledztwa Holmesa, opisana jest tam rozwlekle długa historia, w której Holmes nie bierze udziału. Sherlockista jest osobiście przekonany, że dla większości maniaków, którzy Doyle'a czytają nie dla uroków jego prozy a dla jego dwóch genialnych postaci (i jeszcze garści postaci pobocznych), jest to problem nie do przeskoczenia. Można te nudy z poczucia obowiązku przeczytać, nie da się pokochać ;) Ma tu jednak Sherlockista zastrzeżenie - obfitujące w opisy przydługie fragmenty bez Holmesa, które irytują w lekturze i ekranizacjach (zwłaszcza powieści, bo podobna sytuacja ma miejce w różnym stopniu we wszystkich czterech dłuższych utworach Doyle'a), wspaniale ubarwiają natomiast wszelkie adaptacje dźwiękowe. Być może to kwestia magii radia i atmosfery "czytania przy kominku", jaką stwarzają przeważnie znakomite Holmesowe audiobooki - jedno i drugie pobudza wyobraźnię znacznie bardziej niż suche słowa czy obrazy, więc opisy Doliny Strachu, czy moczarów wokół Baskerville Hall zaczynają być nie mniej atrakcyjne niż ukochane przez Holmesistów sceny i dialogi. Ale o Holmesie w wersji audio będzie jeszcze nie raz.
Na koniec poleca Sherlockista link do recenzji komiksu o "wiktoriańskich nieumarłych", bo, jak się wydaje, jest to przedsięwzięcie nader oryginalne ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)