poniedziałek, 25 kwietnia 2011

O tym, jaką 120 rocznicę przegapił wczoraj Sherlockista... I wielka pochwała Moriarty'ego!

... i to jeszcze wymądrzając się na temat braku związku między Holmesem a okresem wielkanocnym...
24 kwietnia 1891 roku miała miejsce jedna z najważniejszych scen w historii Wielkiej Brytanii (mówiąc ostrożnie), a Kanonu to już na pewno. Profesor James Moriarty, Napoleon zbrodni, osobiście odwiedził na Baker Street Sherlocka Holmesa, świeżo po jego powrocie z Francji.
Sherlockista już kiedyś wyjaśniał, dlaczego nie chce oglądać tej sceny nigdy w innym wykonaniu niż nieodżałowanego, wielkiego Jeremy'ego Bretta i równie wspaniałego w swojej roli Erica Portera. Zwłaszcza, że scenarzyści Granady uraczyli nas niemal całkowicie kanonicznym dialogiem:




Sherlockista musi wyznać, że Brettowe wydyszane "YOU have paid me several compliments, MISTER Moriarty (...)" to jeden z jego ukochanych momentów we wszystkich adaptacjach wszystkich Sherlocków w ogóle. Oczywiście, w czasie lektury wyobrażał to sobie kompletnie inaczej. Oczywiście za pierwszym razem, gdy to usłyszał, stwierdził, że zupełnie nie ma to z kanonicznym dialogiem nic wspólnego. I oczywiście od wielu już lat nie chce absolutnie nawet dowiedzieć się o tym, że ktoś inny śmie przymierzyć się do wygłoszenia tej kwestii.
I może także dlatego niepokoi się, co tam planują scenarzyści BBC dla Benedicta Cumberbatcha, sadząc się na własną, XXI-wieczną wersję FINA.
Sherlockista nie odmówi sobie na koniec krótkiego komentarza holmesologicznego. FINA budzi szereg wątpliwości, które dotyczą wszystkich niemal działań zarówno Holmesa, jak i Moriarty'ego. Najbardziej oczywistą kwestią jest chociażby fakt, że Holmes, który niby stara się nie narazić Watsona na niebezpieczeństwo i nie chce u niego nocować, wychodzi z jego domu chyłkiem. A w ten sposób przecież mógłby tylko przekonać wszelkie mroczne widma, które miałyby go śledzić, że właśnie u Watsona został.
W tym komentarzu ShK chciał jednak tylko krótko odnieść się do samej rozmowy Holmesa i Moriarty'ego. Kwestią obszernie dyskutowaną jest to, dlaczego właściwie Moriarty, który wyczytuje Sherlockowi z kalendarza, ileż to już razy poczuł się jego działalnością zagrożony, do tej pory nie zabił Holmesa albo też nie zaplanował przynajmniej solidnie takiej zbrodni. W ekranizacji Granady jest tu zresztą jeszcze większa niespójność: Holmes-Brett szczęśliwie przeżył tego dnia trzy zamachy na swoje życie. Gdy Moriarty-Napoleon Zbrodni przychodzi potem, by mu grozić, brzmi to trochę niepoważnie, skoro spartaczył sprawę już tyle razy. Tymczasem sama wizyta stanowi dla Moriarty'ego ryzyko. Profesor daje Sherlockowi szansę nie tylko na to, by detektyw przyjrzał się jego czaszce, ale także dokładnie zapamiętał rysy twarzy i znaki szczególne. Poza tym, sam naraża się na atak. Nie jest już młodzikiem, przychodzi bez obstawy, z kieszeni wyciąga tylko wspomniany kalendarz, a przecież do Holmesa w każdej chwili może też wpaść Watson i jego "trusted army revolver".
Życzliwa interpretacja prozy ACD jest taka, że Moriarty, chociaż na co dzień był bezwzględnym mordercą (przypomnijmy sobie VALL), to dał się uwieść geniuszowi Holmesa. Nie chciał zabić detektywa, bo zbyt wielką rozkosz znajdował w samym pojedynku z nim. W porządku. To jednak nie rozwiązuje wszystkich naszych kłopotów. Wciąż pozostaje zatem pytanie, czemu tak przenikliwy człowiek, który w dodatku sam do tej pory ryzykował wolność, a nawet i życie dla dalszego prowadzenia fascynującej walki z Holmesem, postanowił zagrozić przeciwnikowi śmiercią. Nawet, jeśli Moriarty wierzył, że Holmes poważnie potraktuje jego pogróżki (a wierzył i to nie bez racji), to przecież nie mógł wierzyć w skuteczność tych pogróżek. Nawet, gdyby Sherlock nie był jednostką niezwykle szlachetną i skłonną do poświęcenia życia "dla dobra społeczeństwa" (a nie jest pewne, czy był, czy tylko lubił tak o sobie myśleć), to i tak, podobnie jak Moriarty, nie mógłby odmówić sobie przyjemności dalszych zmagań z godnym siebie rywalem. Z tego punktu widzenia, zachowanie Moriarty'ego jest więc całkowicie irracjonalne. W wielu ekranizacjach (zwłaszcza zaś w serii z Rathbone'em i Bruce'em), Moriarty szantażuje Holmesa, porywając Watsona, bo trafnie odgaduje, że Sherlock prędzej poświęci życie własne niż ukochanego przyjaciela. W Kanonie wypowiedzi naszego Napoleona nie są wprawdzie zupełnie jednoznaczne, ale trudno podejrzewać, by Moriarty w zakamuflowany sposób dawał Holmesowi do zrozumienia, że zamierza wysadzić jakąś stację kolejki podziemnej lub coś w tym rodzaju.
Sherlockiście przychodzi do głowy tylko jedno rozwiązanie: Moriarty przyszedł, bo szczerze chciał oszczędzić Sherlockowi życie. Nie po to, by dalej zmagać się z nim osobiście - wiedział, że to kosztowałoby go zbyt wiele. Po to, by zmagali się z Holmesem inni, a na łamach Strandu nie przestały się ukazywać kolejne barwne, romantyczne, sensacyjne i zarazem wielkie opowieści doktora Watsona.
I za to należy się Moriarty'emu wieczna chwała!

5 komentarzy:

Justeene pisze...

Człowiek przez kilka dni nie zagląda w odmęty Internetu i proszę, tyle się tu dzieje! :)

Po pierwsze, witam i pozdrawiam Sherlockistę oraz czytelników Sherlockianów (które oczywiście "polubiłam" już na Facebooku ;)

Widzę, że Sherlockistę również niepokoją wieści z frontu prac nad drugim "Sherlockiem". Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Steven Moffat jednak nie zafunduje nam zgniłego pseudoromansidła, bo jakoś nie mogę sobie wyobrazić Sherlocka-Cumberbatcha ekhm, zakochanego. Z drugiej strony, zazwyczaj jak coś jest fajne, to należy to uczynić jeszcze fajniejszym, czyli w praktyce - zepsuć...

Odrobinę niepokoi mnie też to FINA wymienione wśród inspiracji. Szkoda niszczyć tak niesamowity duet jak Sherlock i Jim. Andrew Scott to moim zdaniem strzał w dziesiątkę, jako Moriarty jest... przerażający.

Z różnych powodów, z których głównym był stos książek "do przeczytania" na biurku, dopiero niedawno zabrałam się za lekturę dzieła pt. "The Sherlockian", które usiłuję przetrawić, ale jakoś dziwnie tych stron wcale nie ubywa. Postanowiłam jednak, że przebrnę, choćby nie wiem co. Podeszłam do tej książki nie sugerując się żadnymi recenzjami, z zamiarem wyrobienia sobie własnego zdania i... no cóż, wrażenia wręcz niesamowite, ale to temat na inną opowieść :) Przetrwałam Nicholasa Meyera (ach, ten "Canary Trainer"! ;) to i Graham Moore mi nie (aż tak) straszny! :D

Co do zapowiadanej nowej książki o Holmesie, jak Sherlockista słusznie zauważył, też nie wygląda to na razie zbyt zachęcająco. Osobiście nie znoszę tych cudownie odnalezionych tajnych zapisków Watsona (i nawet nie dlatego, że to pachnie klimatami Meyera) ujawnionych po śmierci Holmesa, bo tak się zaczyna co drugie dzieło o przygodach naszego ulubionego detektywa pisane przez autorów, którym się wydaje, że są drugim Conan Doyle'm. Brakuje jeszcze tylko kilku cytatów do kompletu, z nieśmiertelnym: "When you have eliminated all which is impossible, then whatever remains, however improbable, must be the truth." bez którego żadne szanujące się wypociny drugiego ACD się nie obejdą, na czele.
Byłabym zapomniała, że przecież jeszcze "Game of Shadows" się czai za rogiem... ;)

Pozdrawiam wiosennie,
Justeene

ShK pisze...

Dzięki za wspaniały komentarz ;)
Koniecznie napisz, czy dotarłaś do końca (jak wiesz, ja wymiękłam)... aż mam wyrzuty sumienia, normalnie... ;)
Na pocieszenie dodam, że w ciągu paru dni (tłumaczenia...)napiszę recenzję naprawdę świetnej książki, tylko nie będę miała drugiego egzemplarza do odsprzedania tym razem ;)

Justeene pisze...

Hej!
Powoli się zbliżam do końca, więc jakoś daję radę ;)
Te wyrzuty sumienia to zupełnie niepotrzebne, bo i tak bym się zaopatrzyła w to dzieło. Tyle że wtedy ominęłaby mnie taka fascynująca dyskusja ;)

Czekam na zapowiadaną recenzję tej świetnej książki (jak faktycznie świetna to też zakupię ;) i właściwie to mogłabym nawet wyręczyć Sherlockistę w zrecenzowaniu całości tego jakże ambitnego dzieła pod (nie)wdzięcznym tytułem "The Sherlockian" ;)))

Pozdrawiam,
Justeene

ShK pisze...

Justeene, jeśli propozycja jest serio i miałabyś ochotę napisać recenzję całości, to bardzo chętnie udostępnię Ci łamy :)
A nasza dyskusja była jednym z powodów, dla których postanowiłam wrócić do dawnych desperackich prób stworzenia środowiska, które mogłoby się spotykać jak w cywilizowanych sherlockistycznych krajach (np. w Japonii ;) :)

Justeene pisze...

Propozycja jak najbardziej serio, więc jak tylko dobrnę do końca, to zabiorę się do pisania. Już teraz mogę obiecać, że będzie po mojemu złośliwa, uszczypliwa i czepialska ;D