Pokazywanie postów oznaczonych etykietą homoseksualizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą homoseksualizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 maja 2012

O lajfstajlu, o pracy i o tym, czego wszyscy czasem pragniemy


Od dłuższego już czasu nurtuje mnie i smuci pewna kwestia związana z tematyką bloga. Jak każdy młody absolwent filozofii, często muszę walczyć z refleksją, że zajmuję się rzeczami kompletnie szerokiemu ogółowi zbędnymi i, w skrócie, nikły ze mnie dla świata pożytek. Między innymi dlatego założyłam dawno temu pewnego prywatnego bloga, który z założenia był blogiem niezwykle pożytecznym, bo pokazywał, jak żyć oraz jak nie żyć i to z pomocą różnych filozoficznych obserwacji, a zwłaszcza przykładów (głównie na to, jak nie żyć i głównie z moich dokonań). Niestety, ta iskra sensu w mojej działalności zagasła nader szybko i zamiast ciągnąć dydaktyczną misję na "Przygodach...", przeniosłam się na Sherlockiana i tu nurzam się z rozkoszą w recenzjach, eseikach i ploteczkach z tak szeroko pojętego świata holmesologii, że obejmuje on również Doktora, Star Treka, Poirota i futbol. (Nie, nie było jeszcze nic o tym, co łączy Holmesa i futbol, ale muszę migiem coś takiego wymyślić, bo nie sądzę, żebym w czerwcu dała radę pisać o czymkolwiek, co się z futbolem nie łączy...)

czwartek, 26 maja 2011

Freeman o gejowskim Sherlocku, Cumberbatch w Hobbicie i jeszcze o walce...

Nasz obsypany nagrodami Watson, Martin Freeman, po raz kolejny zdradził w wywiadzie, co jest najważniejsze w BBC-Sherlocku i Sherlockista nie może sobie odmówić, by po raz kolejny nie napisać, że uważa to za sekret każdej, absolutnie każdej i bez miejsca na wyjątek dobrej adaptacji Kanonu (a także każdego filmu/książki/słuchowiska z gatunku "na motywach", każdego inspirowanego fanfiku i w ogóle każdej produkcji, która w napisach końcowych chce chociażby napomknąć, że scenariusz kiedyś został na chwilę zostawiony w tej samej toalecie, w której bywa czasem jakiś czytelnik ACD). Ten sekret to oczywiście skupienie się na relacji Holmesa i Watsona, pokomplikowanej, niejednoznacznej, głębokiej, rzadkiej i zachwycającej.
To, co zostało z tego oświadczenia w mediach to naturalnie to, że Freeman mówi, że "Sherlock" BBC jest bardzo gejowski i sporo w tym prawdy i sporo też niepotrzebnego uproszczenia (Sherlockistę trochę to drażni, kiedy przyjaźń wszechczasów w pewnym sensie "wyjaśnia się" ewentualnym pociągiem seksualnym czy namiętnością o charakterze romantycznym, chociaż było w niej chyba wiele ciekawszych aspektów - ale nie zamierza tu po raz kolejny wracać do tematu, który omówił już kiedyś szeroko).
W każdym razie Freeman wydaje się zupełnie z Sherlockistą zgadzać. "Dla nas wszystkich to jest historia miłosna. Nie zwykła love story, ale opowieść o ludziach, którzy się kochają. Chociaż ten związek bywa trochę dysfunkcyjny, to jednak razem dają radę" - powiedział, a ShK chciałby, żeby przyszli adaptatorzy Sherlocka powiesili sobie te słowa nad łóżkiem.

W tym kontekście, a także w kontekście BAFTA-wywiadu Freemana, w którym ten podkreślał, jak wspaniała chemia połączyła go od razu z Benem Cumberbatchem, trochę zabawnie jest pomyśleć, że nasz Sherlock prawdopodobnie dołączy do swojego Watsona na planie "Hobbita". Zdaje się, że miała to być tajemnica i że w tej sytuacji producenci chcą przynajmniej utajnić to, jaką dokładnie rolę dostanie "urodzony Holmes" (cyt. za: Martin Freeman). ShK wyzna, że nie może się doczekać, by zobaczyć takiego małego, przysadzistego Watsona z wielkimi, owłosionymi stopami w otoczeniu trzynastu krasnoludów i bardzo ciekawi go, jaki los czeka dumnego Sherlocka...
...a czy ShK nie zapomniał przypadkiem wspomnieć, że do ekipy Hobbita dołączył też najwspanialszy pod słońcem przyszły Mycroft Stephen Fry (z Sherlocka 2 Ritchiego)? Zapowiada nam się fuzja fandomów, z której to okazji Sherlockista oficjalnie otwiera etykietę "Hobbit" ;)

Oto 221B Baker Street po gruntownym remoncie:



A na koniec, dla zainteresowanych sztukami walk i Sherlockiem (dłuższa notka o baritsu/bartitsu do przeczytania tu), link do krótkiego editoriala na temat Wing Chun, ulubionej sztuki walki Roberta Downeya Jr., który wykorzystuje ją także w "Sherlocku". Ponoć to ona dała mu siłę w walce z uzależnieniami. Wing Chun to odmiana kung fu, którą reklamuje się jako połączenie naukowego podejścia (pamiętamy, jak Sherlock-Downey "dedukował" efekty każdego ciosu?) i wielu technik zadawania ciosów w obronie własnej lub kogoś innego. Podobnie jak inne wschodnie sztuki walki, Wing Chun to nie tylko seria chwytów przydatnych bójce, ale także sposób na zmianę podejścia do życia i mierzenie się nie tylko z czysto fizycznymi wyzwaniami.

środa, 23 lutego 2011

O NIEEEEEEE! [nowe zdjęcia Sherlock 2]

Sherlockista już kilkakrotnie sygnalizował ten fakt, ale w komentarzu do tego straszliwego zdjęcia:

pozwoli sobie na bardziej otwarty jęk: "jak ja nienawidzę Mary Morstan, jak ACD mógł ożenić Watsona, i to dwukrotnie, no jak mógł? (*&#^$%%@#!!!)"
Sherlockista wyzna, że cały Kanon w jego oczach jest opowieścią o wielkiej miłości  między Holmesem i Watsonem (uwaga: niekoniecznie, choć być może także romantycznej - zainteresowani tematem mogą poczytać szczegółowe rozważania tu). Baby Watsona są pożądaną, ciekawą nawet komplikacją fabularno-emocjonalną, ale tylko dopóki nie zostają jego żonami. Jest to jedyna sprawa, w której Sherlockista nie zgadza się ze swoim BBC-guru, Bertem Coulesem, który w genialnych radiowych adaptacjach Sherlocka ożenił Watsona, jak trzeba, kanonicznie i dwukrotnie i jeszcze znakomicie uzasadnił to psychologicznie i przepięknie literacko pokazał wszelkie wynikłe z owych małżeństw napięcia między H i W.
Nie, nie pociesza Sherlockisty fakt, że Mary Morstan-Watson wiecznie siedziała u jakichś ciotek,po czym młodo zeszła na gruźlicę...
Drugie zdjęcie jest bardziej pocieszające, ponieważ stanowi jak na razie jedyny znak, że bohaterowie przynajmniej w jednej scenie filmu nie będą umorusani i wyśmodruchani...

sobota, 30 października 2010

Wywiad z twórcami Sherlocka BBC/PBS, biedny Downey i potworny Cumberbatch

Z cyklu "mocno zaległe linki", który Sherlockista bez większej dumy zainaugurował jakiś czas temu (odkrywa owe linki metodą zaglądania w otwarte od niepamiętnych czasów karty swojego Chrome'a), dziś bardzo sympatyczny wywiad z Moffatem i Gatissem.
Mówią mniej więcej to, co zwykle, ale dodają więcej szczegółów. Znów możemy usłyszeć, że pomysł na uwspółcześnionego "Sherlocka" wziął się z genialnej refleksji nad tym, że znowu mamy idiotyczną wojnę w Afganistanie (a także w Iraku), że ludzie wciąż wysyłają sobie wiadomości tekstowe, tylko esemesem zamiast telegramem i że mieszkania w Londynie wciąż są za drogie, żeby samotny mężczyzna u progu kariery mógł sobie na nie pozwolić. Wracają do opowieści o castingu, o "idealnym" Cumberbatchu i o tym, jak Freeman wspaniale się z nim komponował (dajmy im prawo do tej dumy - zasłużyli!).
Przepiękny, długi fragment wywiadu poświęcony jest przyjaźni między Holmesem i Watsonem i temu, że dla większości fanów to właśnie jest sens i istota całej tej historii. Gdyby twórcy różnych straszliwych produkcji przeczytali to, co Gatiss i Moffat mówią (i to, jak ciepło, ze zrozumieniem i bez zgrywania twardych macho potrafią opowiadać o przyjaźni między dwoma facetami, co w XXI naprawdę jest dla mężczyzn dużo trudniejsze niż mogłoby się wydawać), to do wielu katastrof nigdy by nie doszło. Sherlockiście zwłaszcza przypadło do gustu wyjaśnienie, czemu "wierzymy" w Watsona w wersji Bruce'a, chociaż tak niewiele ma wspólnego z Doyle'em - po prostu dlatego, że widzimy, że kocha Holmesa a Holmes kocha jego. I podobnie jak Sherlockista, Moffat i Gatiss najwyraźniej uważają pytanie o fizyczne relacje między panami za czwartorzędne wobec tego, jak niesamowita więź łączy detektywa i jego kronikarza.
Ze wzruszeniem przeczytał ShK wyrazy uwielbienia dla Bretta oraz dla Wildera za PLOSH, ale chociaż zgadza się z M&G, że niezwykle ważne jest w ekranizacjach Holmesa odpowiednie poczucie humoru, to nie do końca podziela skłonność do potępiania wszystkich wersji "zbyt poważnych" - zwłaszcza, gdy do tych wersji zaliczane są niektóre Bretty... ;)
Na koniec, za autorem wywiadu, Sherlockista ogłasza konkurs: o co chodzi w wypowiedzi na temat jakiegoś Donalda, który został na powrót wprowadzony do "Sherlocka"? Możliwe, że wiąże się to jakoś z tym humorem, ale jak? Nie dopuszczajmy do siebie podejrzenia, że chodzi o Kaczora ;)... Sherlockista prosi o pomoc zwłaszcza Czytelników, którzy - w przeciwieństwie do niego - nie gubią się na twitterze i śledzą, co tam się dzieje ;)


---
Tymczasem wychwalany wyżej Benedykt otrzymał skomplikowaną rolę w londyńskim teatrze: przyjdzie mu grać w scenicznej wersji "Frankensteina". Większość z nas przynajmniej raz w życiu pomyliła postać doktora Frankensteina (czyli człowieka, genialnego naukowaca) z jego dzieckiem, potworem, którego stworzył i który wcale się Frankenstein nie nazywał. Cumberbatch będzie pogłębiał zamieszanie, grając na zmianię to jednego i drugiego bohatera. Sherlockista nie może doczekać się zdjęć... Adaptację dzieła Mary Shelley wystawi reżyser Danny Boyle, a Cumberbatchowi jako, odpowiednio, dr Frankenstein i potwór, partnerować będzie Johnny Lee Miller.
Uwaga, alter ego naszego ulubionego nowego Sherlocka wygląda tak:

 (Jeśli gdzieś już widzieliście tego pana to prawdopodobnie w Trainspotting, jako Sick Boya)


Na koniec: zdecydowanie mniej przez Czytelników ceniony Downey może nie znaleźć czasu dla Alfonso Cuarona i jego Gravity. Z powodu jakichś niejasności związanych z obsadą roli żeńskiej (Angelina, ta od Brangeliny) doszło do opóźnienia, które może uniemożliwić Downeyowi pogodzenie wszystkich planów. Sherlockista mimo wszystko cieszy się, że Downey stawia raczej na Sherlocka 2 ;)

poniedziałek, 8 marca 2010

Czy Sherlock H. był gejem? - każdy Sherlockista musi na to pytanie odpowiedzieć. Co najmniej 9 razy.

Sherlockista jakiś czas temu podlinkował jedno ze swoich ciekawszych znalezisk w zbiorze "Inne tropy", jednak nie miał wcześniej chwili, by je przedstawić i wyjaśnić, czemu właściwie uważa je za znalezisko ciekawe.
Autorzy tego bloga tropią wszelkie wzmianki/interpretacje/fanfiki/slashe, w których Holmes lub* Watson byli gejami.
Jako że Sherlockista w ogóle za slashami nie przepada (bowiem w wersji łagodnej są to przeważnie żałośnie słabe romansidła, a w wersji hard jeszcze żałośniej słabe porno), sam nie czytał tego więcej niż nakazywał reporterski obowiązek, przypomina sobie jednak co najmniej jedno takie dzieło, w którym akcja rozpoczęła się w punkcie oczywistym, czyli pewną słynną sceną z 3GAR, a nastęnie potoczyła się w sposób jeszcze bardziej oczywisty, jeśli zważyć, że we wspomnianej scenie Holmes rozcina Watsonowi spodnie.

Niezwykle wdzięcznym materiałem dla wspomnianych bloggerów jest omówiony tu film, bowiem nie tylko roi się w nim od różnego rodzaju sugestii i aluzji (Holmes i Watson kłócą się jak stare małżeństwo, a Downey spoziera na Law wzrokiem zazdrosnym i pożądliwym - nie sposób też uniknąć skojarzeń ze słynną rolą Law jako wielkiego kusiciela, który uwiódł Oscara Wilde'a), ale i sami twórcy filmu wypowiadają się na temat ewentualnego homoseksualizmu Holmesa z przymrużeniem oka. Nawet jeśli nie chcą jednoznacznej intepretacji ich bohatera jako geja, to nigdzie nie zamykają do takiej interpretacji drogi i to, jak się wydaje, raczej nie z powodu poprawności politycznej, a po prostu dlatego, że trochę tak istotnie została pomyślana ta postać, mimo stereotypowo hetero-męskiej skłonności do walk wręcz i romansu z Irene Adler. Niestety, sugestie Downeya nie spodobały się dysponentce prawami autorskimi do postaci Sherlocka Holmesa na terenie Stanów Zjednoczonych, Andrei Plunket, która zagroziła, że jeśli w sequelu wątek homoseksualizmu Holmesa zostanie wyeksponowany/pociągnięty, to ona za żadne pieniądze się na to nie zgodzi.

I z tej okazji Sherlockista zadał sobie pytanie, czy Plunket miała rację? ShK nie zamierza się tu wdawać w interpretacje jej zachowania (być może jest po prostu kretynką, która uznała przedstawienie Holmesa jako geja za uwłaczające a być może nie toleruje dopisywania do postaci czegoś, czego eksplicite nie ma w Kanonie, a gdy Ritchie kręcił pierwszy film po prostu jej się przysnęło) ani dyskutować tego, na ile twórcom adaptacji wolno ingerować w tekst etc. - zakłada tylko, że cokolwiek Plunket zrobiła, zrobiła to ponieważ wierzy mocno, że Holmes gejem nie był. Sherlockista zamierza zatem rozważyć publicznie kwestię, o którą pyta go ok. 80% rozmówców w czasie do 3 min. 20 sek. od dowiedzenia się, że Sherlockista jest Sherlockistą.**

Przeżyjmy to jeszcze raz - jedyna eksplicytna scena, w której napisane jest wielkimi literami, że Holmes kocha Watsona. Oddajmy głos owemu słynnemu 3GAR.

I felt a sudden hot sear as if a red-hot iron had been pressed to my thigh. There was a crash as Holmes's pistol came down on the man's head. I had a vision of him sprawling upon the floor with blood running down his face while Holmes rummaged him for weapons. Then my friend's wiry arms were round me, and he was leading me to a chair.
"You're not hurt, Watson? For God's sake, say that you are not hurt!"
It was worth a wound -- it was worth many wounds -- to know the depth of loyalty and love which lay behind that cold mask. The clear, hard eyes were dimmed for a moment, and the firm lips were shaking. For the one and only time I caught a glimpse of a great heart as well as of a great brain. All my years of humble but single-minded service culminated in that moment of revelation.
"It's nothing, Holmes. It's a mere scratch."
He had ripped up my trousers with his pocket-knife.
"You are right," he cried with an immense sigh of relief. "It is quite superficial." His face set like flint as he glared at our prisoner, who was sitting up with a dazed face. "By the Lord, it is as well for you. If you had killed Watson, you would not have got out of this room alive. Now, sir, what have you to say for yourself?"


"For the one and only time" nie jest prawdą - bardzo nasycona emocjami scena ma również miejsce w DEVI, co znamienne, obaj panowie znów leżą na sobie, ale tym razem to Watson wyciąga Holmesa z opałów, a właściwie oparów trucizny. 
Drobne gesty i uwagi rozsiane są naturalnie po całym cyklu, na czele ze słynnym momentem w EMPT, kiedy to Watson - twardy żołnierz - mdleje z radości na widok powracającego Holmesa.
Że Watson Holmesa momentami ubóstwia - to dla każdego czytelnika jest jasne. Detektyw jest "najlepszym i najmądrzejszym człowiekiem", jakiego Watson zna (FINA), pokazuje mu nowe, ekscytujące życie, sprawia, że ranny, emerytowany lekarz znów czuje się potrzebny (what would I do without my Boswell?), fascynuje go pięknym umysłem i niecodziennymi nawykami, a zarazem sprawia, że i Watson, człowiek zgoła nieszablonowy, hazardzista, kobieciarz, artysta i wielbiciel zagadek czuje się bardziej wolny. Wspomniany już niegdyś w tym blogu Bert Coules z BBC, sam pisarz, tworząc radiowe adaptacje opowiadań genialnie wprost uwypukił w całym cyklu fakt, że Watson tworzy - przygody przeżywane z Holmesem są dla niego czymś więcej niż tylko inspiracją do uprawiania hobby.
Dla Holmesa przyjaźń - związek? - z Watsonem jest prawdopodobnie najważniejszą rzeczą w życiu. Watson, że się tak Sherlockista postmodernistycznie wyrazi, tworzy narrację o życiu Holmesa. Dzięki Watsonowi Holmes widzi swoje poczynania w nowym świetle, nie tylko banalnie zyskuje sławę, ale w pewnym sensie zyskuje samoświadomość. Tu znów ukłon w pas dla Coulesa za scenę, w której Holmes cytuje opowiadanie Watsona (SCAN) i przyznaje się, że regularnie dzieła doktora czytuje. Podobne motywy obecne są zresztą w każdej dobrej adaptacji Holmesa.
Watson to oczywiście niezawodny i zaopatrzony w wojskową broń towarzysz przygód, bez którego niejedna z ryzykownych wypraw mogłaby się zakończyć gorzej. Ale rola ta jest zupełnie nieistotna w porównaniu z faktem, że - nie licząc może Mycrofta - Watson jest jedyną osobą, wobec której Holmes żywi ciepłe uczucia. Wprawdzie zdarza mu się pisać o Watsonie z lekceważeniem, że był dla niego jak fajka czy inne akcesoria (CREE), ale przywołane wyżej fragmenty wyraźnie przeczą tej teorii. Watson też otwierał przed Holmesem nieznany mu egzotyczny świat - świat domu i rodziny, który daje ciepło i serdeczność, a nie wiąże się z mrocznymi uczuciami, przemocą i ukrytymi przed wzrokiem postronnych okrucieństwami. Niezależnie od tego jak wyglądało dzieciństwo detektywa, sama kariera Holmesa wystarcza, by zacząć na instytucję rodziny patrzeć co najmniej podejrzliwie (IDEN, BOSC, COPP). Watson, ze swoją tęsknotą za ciepłym kominkiem był pewnie w oczach Holmesa naiwnym kosmitą. Jednocześnie, ile razy by detektyw nie odmawiał ze zniecierpliwieniem kolejnego posiłku albo chwili odpoczynku, rodzinne i opiekuńcze odruchy Watsona najprawdopodobniej uratowały mu resztki zdrowia i życie. W serii Granady z powodu zadziwiającego zbiegnięcia się fabuły Sherlocków z historią życia odtwórcy głównej roli, szczególnie dobitnie pokazano, jak starzejący się, chorujący Holmes coraz bardziej potrzebuje opieki, a nawet lekarskiej pomocy Watsona. Jeśli Holmes istotnie chorował na ChAD (nt. tej hipotezy patrz jedna z poprzednich notek), to tylko Watson potrafił odróżnić znudzenie bezczynnością od depresji, na którą nawet najlepsza zagadka nie byłaby lekarstwem, ekscytację z powodu interesującej zagadki, od niezdrowego, wyczerpującego pobudzenia. Watson wie, kiedy odradzić Holmesowi branie następnej sprawy, kiedy przymusem niemal wysłać go na wakacje (DEVI), kiedy wyciągnąć na spacer (YELL). Watson kontroluje przyjmowane przez Holmesa dawki narkotyków (najlepsze dialogi na ten temat mają miejsce nie w Kanonie a w "The Private Life of Sherlock Holmes", niestety część znajduje się we fragmentach zachowanych tylko w scenariuszu...).
Watson powstrzymuje ten piękny, delikatny umysł przed niszczeniem samego siebie. I w zamian otrzymuje kawał Holmesowego serca.

I dlatego na pytanie czy Sherlock H. był gejem, odpowiada Sherlockista niezmiennie "ale co za różnica"...

Bo pytanie to mieści w sobie wprawdzie aż trzy różne kwestie, ale żadna z nich nijak tej powyżej przedstawionej, najistotniejszej o relacjach SH i JW prawdy nie tyka. 

Pierwsza kwestia to zwyczajnie orientacja obu panów. Z Kanonu wiemy, że Watson miał co najmniej jedną żonę, ale to mogła być, oczywiście, przykrywka, więc tak naprawdę na pewno nie wiemy nic - roboczo można uznać jedynie, że na razie nic nas nie zmusza do trzymania się tezy, jakoby byli hetero.

Po drugie, można zatem przez to rozumieć trywialne pytanie o to, czy uprawiali seks. A cholera ich wie. W obliczu tak kosmicznego związku dwóch potężnych indywidualności jest to po prostu sprawa drugorzędna. Niektórzy ludzie trochę po hipisowsku przez seks wyrażają po prostu bliskość, nawet w związkach z przyjaciółmi. Dla innych seks i przyjaźń to dwa światy, którym z jakichś powodów przeciąć się nie wolno, bo przyjaźń stanie się "brudna". Naprawdę trudno by było określić, do którego rodzaju należeli Holmes i Watson, chociaż zważywszy na to, jak oryginalnie zachowywali się na co dzień (jak na surowe realia późnowiktoriańskiej Anglii), można wiele pikantnych rzeczy wnioskować na temat ich podejścia do seksu.

Po trzecie wreszcie, można zapytać, czy oprócz tego, że się kochali jak przyjaciele, byli w sobie zakochani? Czy oprócz ciepła i sympatii czuli czasem na swój widok jakieś szarpiące porywy namiętności, czy w finale SIGN, gdy Watson wyprowadza się do żony, Holmes pragnie oprócz żalu, smutku i przygnębienia wyrazić jeszcze potężniejsze uczucia, czy w scenie z 3GAR, gdyby Watson zginął, to Holmes zabiłby jego mordercę a na koniec sam pchnął się nożem w zdławioną bólem pierś?
Szczerze, to myśli Sherlockista, że raczej nie, ale... czy nie mamy po tym wszystkim już zupełnie dość poszlak, żeby zrobić dobry, holmesologiczny blog o gej-Sherlocku ;)? 

---
*Sherlockista obiecał sobie, że w tym blogu filozoficznie wyżywać się nie będzie, ale wspomni tylko, że alternatywy używa zawsze w klasycznym sensie logicznym: możliwe, że zachodzi tylko jeden człon, ale możliwe też, że zachodzą oba człony na raz.
**Naprawdę wierni Czytelnicy być może pamiętają pierwszy wpis na ten temat na starym angielskim blogu ShK.