Uwaga, spoiler: drugi z serii klasycznych filmów o Sherlocku Holmesie z tak historycznie patrząc najsławniejszym i najpopularniejszym duetem Rathbone-Bruce w rolach głównych jest doskonały.
Tak, jest też stary, czarno-biały (i nie snobujmy, że nikomu to nie przeszkadza…), Bruce jest tym śmiesznym dziadziem Watsonem, tak innym od współczesnych, do których jesteśmy już przyzwyczajeni, intryga to taka beztroska zapultana fanfikowa fantazja z wielkim strasznym Moriartym, demoniczną muzyką Indian z Chile oraz klejnotami koronnymi, a główna bohaterka kobieca to klasyczna dama w opałach, którą w którymś momencie Holmes musi wręcz nosić w ramionach.
Zaprawdę, zaręczam, może was spotkać straszliwszy los niż zobaczyć, jak olśniewający Basil Rathbone o pięknej, strzelistej sylwetce i niezrównanym marmurowym profilu, ubrany jeszcze w tej części filmu w nieskazitelny strój dżentelmena oraz cylinder delikatnie składa omdlałą Idę Lupino na szezlongu.

