Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 grudnia 2012

ShKA - 14 grudnia. N jak NO.

Jest dzisiaj z nami gość specjalny, który specjalnie dla Czytelników Sherlockianów zechciał powiedzieć nam parę słów o jednym z najwybitniejszych dzieł holmesologicznej kinematografii.
Przygotujcie się na literkę

Zwiniętą stąd.

piątek, 7 grudnia 2012

ShKA - 7 grudnia, G czyli GAME








G jak the GAME is afoot, czy też, jak wolą twórcy BBC-Sherlocka, on!

I to też jest jedna z tych czekonotek, które zostały wymyślone na samym początku. Sherlock jest dziś zajęty, a my zasuwamy w "The Testament of Sherlock Holmes"!



środa, 5 grudnia 2012

ShKA - 5 grudnia, E jak ELEMENTARY


No, to było raczej elementarne, nieprawdaż, drodzy Czytelnicy?



Nie, obrazek nie ma wiele wspólnego z treścią notki. Niestety, gdy Sherlockista poszukiwał ładnej literki na zajawkę, wewnętrzny dwulatek Sherlockisty wypatrzył w grafikach tego wspaniałego E-is-for-Elephanta i zaczął głośno krzyczeć SŁONIIIIK!!!; poinformowany, że "SŁONIK!" jakkolwiek by nie był piękny, nie pasuje do tematyki wpisu, dostał histerii, stwierdził, że wpis jest głupi a doroślejsza wersja Sherlockisty jeszcze głupsza i trzeba go było wynieść na dwór. Więc niech już będzie słonik ;)
Słonik pochodzi z bloga http://missmarensmonkeys.blogspot.com i chyba został zarówno wykonany jak i sfotografowany przez Autorkę tego bloga, która wykorzystała go w celach dydaktycznych dla prawdziwych czterolatków.


piątek, 28 września 2012

Elementary, wieloryby, Ameryka i Sherlock Holmes.

Nie dało się dłużej odwlekać obejrzenia Elementary, które od dawna już czekało wycieknięte w Sieci. Odwlekałam nie dlatego, że spodziewałam się po nim, jak niektórzy, traumy, poniewierki, Freddy'ego z Ulicy Wiązów i przyszywania powiek do policzków, by nie obejrzeć kolejnego odcinka. Po prostu wiedziałam, że tak będzie: że nie będę wiedziała, co powiedzieć.

sobota, 1 września 2012

Basil, Wielki Mysi Detektyw, czyli o tym, że dzieci należy warunkować.


Dwa są powody, dla których piszę dziś tę notkę. Pierwszy taki, że Zwierz zapytał mnie o opinię w sprawie filmu, którego jeszcze tu nie recenzowałam, a kiedy ktoś mnie prosi o opinię typu "co myślisz o tym-jako-Sherlockista", to spieszę wywiązać się z misji, która zawsze przyświecała Sherlockianom.

Ten prawdziwy jest taki, że Zwierz swoją prośbą na jeden wieczór zrobił ze mnie bardzo szczęśliwego sześciolatka i nie mogłam się nie odwdzięczyć chociaż komentarzem.

poniedziałek, 9 lipca 2012

O jedwabnej pończosze i o straszliwym boju jaźni Sherlockisty.

Wielu rzeczy spodziewałam się po powrocie po latach do "Sherlocka Holmesa i sprawy jedwabnej pończochy" - może, że się złośliwie pośmieję, może, że się wkurzę, a może, że z nudów lewą ręką będę grała w Tetrisa w małym oknie, ale na pewno nie tego, że ogarną mnie refleksje iście metafizyczne i najdą przeróżne barokowe skojarzenia.


wtorek, 17 stycznia 2012

Reichenbach Falls - koniec Sherlocka.

[Recenzja najeżona jest spoilerami - jeśli nie widzieliście, nie czytajcie dalej. Poważnie mówię.]

Turner, The Great Falls of the Reichenbach,
płótno odzyskane dzięki nieocenionej pomocy pana Sherlocka Holmesa


To było znacznie straszniejsze niż się spodziewałam. Straszniejsze niż którakolwiek z poprzednich adaptacji Final Problem. Straszne jak coś, co jest zupełnie blisko i zupełnie naprawdę.
ACD, umęczony popularnością Holmesa, usunął go szybko i byle jak. Zadbał tylko o dekoracje - jest efektowny wodospad i mroczny Napoleon zbrodni o nazwisku Moriarty, które w każdym zakątku świata, gdzie dotarła kiedykolwiek łacina, brzmi jak zwiastun śmierci. Intryga FINA to niczym nie poparte wywody o rzekomej "wielkiej organizacji" (którą w działaniu widzieliśmy w VALL, ale w tu Watson już nawet o tym nie pamięta), "pajęczej sieci" (do której, jak się potem okazuje, należy poza szefem dokładnie jedna wybitna jednostka), "geniuszu zła" (którego największym indywidualnym osiągnięciem jest wynajęcie pociągu) i pełna nonsensów akcja, w ramach której Holmes nie rozwiązuje nawet żadnej zagadki. Nie licząc Watsona i paru jego nieśmiertelnych słów, a także przejmującego obrazu smutnego Holmesa, który musi się z nim pożegnać, cały ten wodospad to wielka ściema, która spływa po nas jak po kaczce.
Reichenbach Falls jest jak kokon z pajęczyny, który oblepia nas stopniowo od pierwszych scen, a w finale niemal dusi. Stephen Thompson - ten najmniej sławny, ten, który dał nam do tej pory "tylko" Blind Bankera z poprzedniej serii - postanowił napisać FINA porządnie, tworząc sadystyczny wręcz i przerażająco smutny obraz. Często oglądając "Sherlocka" miałam wrażenie, że przeniesienie historii Doyle'a we współczesność, jakkolwiek błyskotliwe, skutkuje dodatkowym dystansem i ironią, nieobecnymi w wielu prostodusznych ekranizacjach "wiernych epoce". Te wszystkie przeróbki, aluzje, cytaty - jak by nie były genialne, zawsze będą jak perskie oczko puszczone do postmodernistycznego widza.

Reichenbach Falls jest zupełnie na poważnie - i jest opowiadane bezpośrednio nam, bez żadnego mrugnięcia okiem. Zwierz, który jak zawsze celnie zwrócił uwagę na mnóstwo spraw, zauważył też i to: ten odcinek wprost odwołuje się do bolączek brytyjskiej rzeczywistości, z jej absurdami, mitami i lękami. Są tu wszechwładne brukowce, których nieetyczne praktyki zwracają ostatnio coraz więcej uwagi. Nawet Watson ze swoim sławnym ale niezależnym (czytaj: biednym) blogiem jest bezsilny wobec siły rażenia irracjonalnie potężnych mediów i słusznie ostrzega przyjaciela, że te w każdej chwili mogą obrócić się przeciwko niemu. Jednego dnia pstrykają mu setne nieszkodliwe zdjęcie w tej głupiej czapce, wynoszą go na szczyty sławy i nazywają "Reichenbach Hero" (odnalezienie tego obrazu to nie tylko sposób na genialne wprowadzenie do akcji kanonicznego tytułu, ale także, być może zamierzony, piękny ukłon w stronę FINA z Jeremym Brettem).  W kolejnym numerze bardziej opłaca im się zrobić z Sherlocka oszusta, kłamcę i przestępcę. Sherlock naturalnie uznaje, że nic go to nie obchodzi, przecież opinie - opowieści... - idiotów są mu obojętne. To jego pierwszy wielki błąd. Opinie idiotów, pełne wrzasku i wściekłości Super Ekspres i Daily Mail, to życie - nawet najlepszych z nas. A Moriarty już zadbał, by Sherlock dobitnie to zrozumiał.

Są i kody komputerowe, współczesny złoty cielec. Szpitale, banki, muzea, samochody i lodówki rządzone są dziś linijkami zer i jedynek - z jaką czcią patrzymy na tych nielicznych i wtajemniczonych, którzy język ten posiedli i niczym dawni kapłani potrafią czynić cuda za pomocą tajemniczych symboli... Sam Sherlock jest skłonny uwierzyć, że aplikacja z iPhone'a potrafi otworzyć wszystkie zamki świata i wywołać ogólny Armageddon. I to jego druga porażka. Moriarty rzucił mu przynętę - wielką tłustą, efektowną zagadkę, jak mapę z ukrytym skarbem, a Sherlock połknął ją razem z haczykiem. Połknął ją też Mycroft, który, zupełnie wbrew Kanonowi, okazuje się tu najsłabszym ogniwem Sherlocka. On także w pewnym sensie dał się wplątać w wielką ściemę. Jim Moriarty naprawdę umie opowiadać bajki chętnym dzieciom.

I kiedy tak z rosnącym zdziwieniem zdziwieniem i smutkiem patrzymy, z jaką łatwością Moriarty krok po kroku osacza Holmesa i odbiera mu wszystko, opinię, sławę, nazwisko, zaufanie Lestrade'a, lojalność brata, a w końcu nawet wolność, niepostrzeżenie wpadamy w wielką pułapkę zastawioną specjalnie na nas: sceptycyzm, zakorzeniony w kompleksach. Nikt nie może być taki dobry, prawda? W każdym widzu siedzi mały Anderson, który dość już ma upokorzeń. Wydedukował, dokąd zabrano dzieci, na podstawie jednego odcisku buta? Seeeerio? Wypluwa z siebie wszystkie te dedukcje na podstawie jakiejś plamy z keczupu... a my ledwo w ogóle widzimy tę plamę. Czy ktoś nas tu nie wkręca? A współczesny inteligentny widz, który coraz boleśniej uświadamia sobie, jak bardzo i na każdym kroku manipulują nim te straszne wspomniane wyżej media, politycy i reklamy, stawia sobie za punkt honoru, żeby nie dać się wkręcić. I kiedy Moriarty umiejętnie podsuwa oczywiste, sceptyczne wyjaśnienie: Holmes tak błyskotliwie rozwiązuje zagadki, bo sam je wymyśla, a otoczenie Sherlocka rzuca się na nie jak na balsam na zranione ego, wtedy i my, stopniowo, niepostrzeżenie, zaprzeczając głośno, "bo przecież... ale... mówili, że ma być trzecia seria!", zaczynamy zadawać pytania.
W opowiadaniu jest tylko skromna wzmianka o próbach podważenia reputacji Holmesa przez brata Moriarty'ego. W Reichenbach Falls doświadczamy potęgi umiejętnego kłamstwa na samych sobie. 
I to jest przebłysk czystego geniuszu - ale nie najbardziej przejmujący.
Bo przecież skoro cały ten wielki upadek w niesławę, okrutne gry Moriarty'ego i jego domki z piernika to także i w tym FINA tylko wielka bajka dla naiwnych dzieci, to co tu jest w ogóle prawdziwe, co jest rzeczywiste, pod tymi wszystkimi fałszami?
To, co zawsze. Przecież już mówiłam. Watson. I smutny Holmes, który musi się z nim pożegnać.
Jak słusznie prawi Zwierz, Freeman kwalifikuje się do natychmiastowej drugiej BAFTY. Cumberbatch może dostać dwie na raz, bo budował tę rolę przez wszystkie sześć odcinków. Reichenbach Falls miało być o umieraniu - i jest. Bez zdrowego, postmodernistycznego dystansu, bez przymrużenia oka. Jest o ludzkim lęku przed utratą, zarówno kogoś, jak i własnego życia. I, jak jeszcze nigdy dotąd w tej serii, o miłości, w jej szczególnie pięknej odmianie. Więź Holmesa z Watsonem to samo serce Kanonu, bez niej te wszystkie przygody byłyby opowiadankami dla młodzieży o papierowym superbohaterze. Takie miłości są  szczególnie rzeczywiste, bo nie ma w nich amoku samolubnych genów, udawania kogoś, kim się tylko chce być, gierek, ulotnych namiętności, zaborczości. 
I nie ma dla Sherlocka - ale także dla nas - nic prawdziwszego, żadnego solidniejszego punktu oparcia w sypiącej się rzeczywistości niż żelazna lojalność Johna. A najprawdziwszym zagrożeniem jest po prostu śmierć przyjaciela. 
Ostatecznie i naprawdę plan Moriarty'ego opiera się na tym, że Sherlock jakoś w ciągu tych sześciu opowieści rzeczywiście stał się człowiekiem. Moriarty - czy już wspomniałam, że dla Scotta też BAFTA? - z człowieka przemienił się w pająka.
Ostateczny pojedynek między nimi byłby żywcem wyjęty z Kanonu, gdyby nie to, że Doyle nie zadał sobie trudu, by go bezpośrednio opisać. Watson odesłany pod byle pretektem. Niebezpieczna wysokość. Wojna nerwów szaleńca z socjopatą. I chociaż pozornie wydaje się, że sytuacja jest odwrócona, bo w tym FINA to Holmes został przyparty do muru, nadal to Moriarty ma mniej do stracenia.
I jeszcze jeden błysk najprawdziwszego geniuszu: cały ten Napoleon zła przegra ostatecznie, bo dopadnie go zemsta byłej.
Wierna Molly, której Sherlock nie docenia prawie do samego końca, która z wyjątkiem przeprosin nie usłyszała od niego jednego ludzkiego słowa, jest - i to właśnie dzięki temu! - jego jedynym sposobem na przetrwanie. Nie wiemy jeszcze, jak dokładnie twórcy rozwiązali odwieczny problem z FINA/EMPT (problem brzmi: "to nie trzyma się kupy!"), ale pomysł, by wielkiego Holmesa przed wielkim Moriartym ocalił największy kopciuszek całej serii szczerze mnie pewnie wzruszy, kiedy już znajdę na niego miejsce pośród wszystkich innych emocji.
To, co było do przewidzenia, pierwszy odcinek tej serii, który odebrałam bezpośrednio i osobiście - nie tylko na metapoziomie, "bo to taki wspaniały Sherlock", "bo to jest tak dobrze zrobione". Ten jest zresztą być może skonstruowany jeszcze doskonalej niż poprzednie, w czym niebagatelną rolę odegrała pewnie świetna muzyka. Ale też to pierwsza historia, w której błyskotliwe pomysły na uwspółcześnienie, zagadki i świetne dialogi zeszły w moich oczach na drugi plan. Po raz pierwszy bałam się i smuciłam naprawdę.
Jeśli coś mi się nie spodobało, to jedno: ostatnie ujęcia, z Sherlockiem przyczajonym na cmentarzu. Ale nie wiem, czy nie spodobało mi się to dlatego, że wolałabym, by jeszcze poudawali, że trzymają nas w niepewności - czy też po prostu nie da się po ostatniej scenie znieść myśli, że Watson został oszukany.
I ten smutek też jest prawdziwy.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

"Hounds of Baskerville". Wierny "Pies..."!

To był najlepszy, jak dotąd, odcinek z obu sezonów "Sherlocka" BBC - a to pewnie będzie moja pierwsza opinia o tym wspaniałym serialu, która wywoła kontrowersje.
Czytałam* już sporo komentarzy w rodzaju "nie no, w sumie też fajne..." i zupełnie im się nie dziwię. W kategorii "film detektywistyczny dla szerszej publiczności" żaden "Pies..." nigdy nie będzie miał szans w pojedynku z dynamicznymi mieszankami kryminałów, szpiegowskich intryg i pojedynków z kultowymi postaciami Holmes-świata.

Ale ja nie jestem normalną publicznością, tylko maniaczką Sherlocka Holmesa, a to jest to najwspanialszy "Pies..." w historii wielkiego i małego ekranu. Co prawda, konkurencja imponuje raczej ilością (Rathbone, 2 Cushingi, Brett, Frewer, Roxburgh, 5 innych, o których akurat zapomniałam i 20, o których w życiu nie słyszałam i pewnie nie chciałabym słyszeć) niż jakością, ale właśnie dlatego osiągnięcie Gatissa zupełnie poważnie odebrało mi oddech. Tego się nie da dobrze zekranizować. Holmesa przez większość czasu nie ma. Bagno jest wdzięcznym obiektem romantycznych opisów Watsona, ale na ekranie wygląda potem jak mało ekscytujące błocko. Potwór jest z gatunku takich, które straszne są głównie wtedy, gdy wyobrażamy je sobie przy lampce nocnej. Pokazany - wypada żałośnie. Intryga jest nawet niezła, ale po stu latach już wszyscy wiedzą, jak to było. No i, serio, kto w XXI wieku przestraszy się "śladów wielkiego psa" ?!
Nie wiadomo, skąd Gatiss wziął odwagę, żeby mimo wszystko zmierzyć się z HOUN - ale za to, co z nim zrobił, mogę mu od dziś codziennie osobiście pastować buty. 
Wiadomo tylko, że jako holmesolog musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tych starych kłopotów i pewnie dlatego z nadludzką zwinnością udało mu się ominąć wszystkie bagienne pułapki - choć musiał wprowadzić do akcji również inne zwierzęta...




SPOILERY. DUŻE!



Holmes wyjeżdża i ludzie się nudzą, patrząc na Watsona? A czemu nie miałby wygłosić cytatu z Kanonu o ważnych sprawach i wysyłaniu Watsona, a potem przestać się wygłupiać? Bagno jest nudne? Zróbmy z tego las z czarcim jarem i autentyczne pole minowe przed wojskową bazą. Na pewno nie będzie mniej nastrojowo (oj, nie jest!). Potwór straszy tylko w wyobraźni? To niech i tam pozostanie! Pokażmy strach, pokażmy terror, pokażmy szaleństwo... ale pamiętajmy, że, jak powiedział Brett-Holmes w Eligible Bachelor, "there are no such horrors as the horrors of the mind". To nie jakiś kundel przyprawia ludzi o obłęd ze strachu, tylko ich własny umysł, poddany eksperymentom. Co więcej: to jest sam Kanon. Przecież ACD sugerował wyraźnie, jak ważną rolę odgrywało bezustanne podsycanie lęku Baskerville'ów przed starą legendą. Pamiętają, że to Stapleton? To niech tym razem nazwisko to nosi bezwzględna morderczyni fosforyzujących królików. Kanalią będzie kto inny. Nie będą się bali "śladów wielkiego psa", już choćby dlatego że samo zdanie "Mr Holmes, they were the footsteps of a gigantic hound" (ukochany przez sherlockistów cytat wszechczasów) brzmi dziś staroświecko? Obróćmy słabość w siłę. Niech Sherlock się nim zachwyci. Niech każe je powtórzyć - tu holmesiści będą już autentycznie ryczeć z zachwytu. Niech z jego powodu postanowi zająć się tą sprawą i niech wreszcie to właśnie zdanie i ten staroświecki "Hound" stanie się kluczem do całej, upiornej intrygi. Paradoksalnie niemal: o wiele bardziej realistycznej niż w dotychczasowych odcinkach. Podobne - koszmarne -  badania naprawdę miały miejsce. Ludzie naprawdę próbują zmajstrować fosforyzujące króliki. I gdyby tylko ktoś w jakiejś zabitej dechami dziurze zwęszył szansę na znęcenie turystów legenda o koszmarnym pas-kundlu, to z całą pewnością następnego dnia pierwszy dostępny, szczekający czworonóg zostałby ucharakteryzowany na potwora Frankensteina i byłby pokazywany za odpowiednią opłatą.



KONIEC SPOILERÓW

Efekt? "Hounds of Baskerville" są zarazem jedną z najwierniejszych i jedną z najśmielszych ekranizacji HOUN. Ale ten film, w odróżnieniu od innych "Psów...", ogląda się w napięciu od początku do końca.
"Psy..." Gatissa podobały mi się najbardziej ze wszystkich tych BBC-perełek także dlatego, że to "najprostszy" epizod. Nie ma tu, jak zauważył także Zwierz (którego recenzję podlinkuję jeszcze raz na końcu - nasze wrażenia były pod wieloma względami identyczne!) typowych dla Moffata fajerwerków i fabularnych efektów specjalnych. Tej prostoty, charakterystycznej dla opowiadań naszego kochanego Doktora, chyba trochę mi brakowało w porzednich odcinkach, które są takie nowoczesne, zamotane, szybkie, pękające od wątków i wymyślnych dialogów. Może się starzeję, ale potrzebuję więcej czasu na pełne przeżycie emocji i wejście w historię. Tu, na przykład, znalazło się dość scen, by wspaniale dawkować napięcie w wątku biedaczka Henry'ego, czyli naszego kochanego Alonsa (patrz: przedostatni post z przypisem). Jeszcze nigdy przedtem autentycznie nie bałam się o tego bohatera HOUN.
"Psy..." dają także Sherlockowi i Johnowi troszkę więcej czasu na świadome rozwijanie ich relacji. Tym razem zresztą i Cumberbatch i Freeman dostali wielkie pole do aktorskiego popisu i oni już wiedzieli, jak je wykorzystać.



MAŁE SPOILERY

Sherlock jest wspaniały w scenach manii i paniki. To po prostu on, Holmes z Kanonu, na drugim biegunie depresji (w sprawie Holmesa-ChADowca więcej w postach oznaczonych tą etykietą). Zakrwawiony, z harpunem w ręce, rozdygotany, wściekły, błagający o sprawę, o jakikolwiek ochłap, który mógłby cisnąć na pożarcie swojemu rozszalałemu umysłowi. Nie: podekscytowany. Nie: zabawnie gadatliwy, jak Downey. To jest prawdziwa mania, gonitwa myśli, nieznośne, wyczerpujące, pożerające napięcie.
I to jest prawdziwe przerażenie. Mało kto pokazał nam kiedykolwiek porządnie przestraszonego Holmesa, prawda? A to jest przecież - tak jak w Kanonie! - opowieść, w której Sherlock przez cały czas walczy o odzyskanie kontroli, nad przestępcą, ale i nad sobą. Jest poza swoim naturalnym środowiskiem - Londynem - i mierzy się ze sprawą, którą ze wszystkich sił stara się wyjaśnić w racjonalny sposób. Holmes nie może sobie pozwolić na najmniejsze zwątpienie w światło rozumu (i zdrowego rozsądku), to byłby jego koniec. Cumberbatch pokazuje nam to wstrząsająco dobitnie. Co ciekawe - i wspaniałe - wydaje się, że wizja utraty przyjaźni Watsona wywołuje w nim podobną panikę. Przez moment Sherlock chwyta za serce swoją nieporadnością w relacjach międzyludzkich... ale po chwili znowu wkurza bezczelnym eksperymentem na przyjacielu. Cały Holmes.
Watson... Watson nigdy nie był lepiej napisany ani zagrany. U Zwierza znajdziecie - między innymi - wspaniały gif, który pokazuje, jak nasz doktor potrafi przeobrazić się nagle w wysokiego rangą oficera. Potrafi też pięknie się fochać, z cudownym dystansem podchodzić do narcyzmu Sherlocka, z troską - do jego szaleństwa no i, co najważniejsze, jest wymarzonym partnerem. Każdy sherlockista zachwycony będzie sceną przeniesioną prosto z BLUE, w której Holmes usiłuje wyłudzić informacje pod pretekstem lipnego zakładu, a Watson musi błyskawicznie odnaleźć się w tej sytuacji.

KONIEC MAŁYCH SPOILERÓW

A na sam koniec: to, że nie było fajerwerków, nie oznacza, że brakowało charakterystycznych dla tej serii smaczków. Niezapomnianych min Mycrofta. Scen, w których fan Sherlocka wyraża rozczarowanie, że detektyw nie ma "tego kapelusza"... Korespondencji od niedoszłych klientów. Fantastycznych dedukcji, których, co naprawdę zadziwiające, twórcy w ogóle nam nie żałują. Jeszcze nigdy nie było takiej ekranizacji Sherlocka, w której włożono by tyle pracy w dopieszczanie jego rozumowań...
Nie chcę kończyć tej recenzji. Nie chciałam, by kończył się ten cudowny, najlepszy z możliwych HOUN, przedostatni już odcinek w króciutkim sezonie "Sherlocka".
A już na pewno nie chcę oglądać tego, TEGO Watsona, gdy dowie się, że Holmes spadł w otchłań Reichenbach.

Możemy się pocieszać, że "pewnie kiedyś zrobią następny sezon", że "można obejrzeć przecież inne EMPT". Za tydzień czeka nas emocjonalna jatka.


---
*Stali Czytelnicy pewnie są zdziwieni, skąd ten pierwszosobowy coming out Sherlockisty. To proste: szykuję uroczysty nastrój przed recenzją z "Reichenbach Falls". Przecież nie napiszę "Sherlockista się zryczał"!

niedziela, 8 stycznia 2012

"Game of Shadows" - sympatyczny sequel Sherlocka Ritchiego. Recenzja - sort of - Sherlocka - sort of.

"Sympatyczny" to takie pozytywne słowo. Przyjemne. Wesolutkie. Nieinwazyjne. No, takie sympatyczne. A teraz, czy wyobrażacie sobie, żeby komplement taki strzelić Sherlockowi Holmesowi?
No właśnie.
ShK bardzo się starał dać "Grze cieni" szansę. Do pierwszej części Sherlocka Ritchiego ma wręcz sentyment: była dla niego wielkim zaskoczeniem na plus, obejrzał ją w bardzo dramatycznych okolicznościach życiowych, a na dodatek, chociaż planował założenie sherlockistycznego bloga od dawna, to dopiero ten nowy, kinowy, masowo popularny Sherlock przekonał go, że w ogóle ktokolwiek będzie go kiedyś czytał. I tak oto entuzjastyczna wręcz recenzja z jedynki była pierwszym po powitaniu tekstem na Sherlockianach :)
Do końca miał ShK nadzieję, że dwójka, mimo zniechęcających trailerów i pogłosek, też go pozytywnie rozczaruje. No, niestety, nie tym razem.
Downey jest milutki, ma wielkie, sarnie oczy, bardzo jest nam przykro, kiedy go boli albo martwi się o Watsona, no a już zwłaszcza, gdy okazuje się, że taki wspaniały detektyw ma (bardzo liczne) słabostki i boi się wysokich koni. Ogromnie to jest wszystko sympatyczne, ale z postaci, która w pierwszej części miała sporo kanonicznych rysów (szczegóły w zlinkowanej recenzji) zostało skrzyżowanie Chucka Norrisa z klaunem. Niby twórcy podjęli jeszcze jakieś próby nawiązań do tekstów, była nawet garstka cytatów (wiadomość dla Watsona, skrawki dosłownie w dialogach z Moriarty'm), ale nie widać już żadnej spójności w tej postaci. Sherlockista napisałby, że wydaje się okropnie papierowa (aktorstwo Downeya też pozostawiło tym razem sporo do życzenia), ale momentami zastanawiał się, czy ekipa w ogóle zadała sobie trud, by spisywać jakieś scenariusze. Niby dzieje się sporo dramatycznych rzeczy, które powinny Sherlocka obejść osobiście - ale, no właśnie: niby. Niby na początku widzimy Sherlocka w manii, ale po chwili mu przechodzi i jest tym samym luzakiem, co zawsze. Niby rozwiązuje najważniejszą sprawę w karierze, ale dopytuje się co chwila, czy Watson dobrze się bawi, jak gdyby w gruncie rzeczy chodziło jednak o to, by wygrać w pojedynku na fajność z Mary...
Najgorsze jest chyba to, że tego Sherlocka nikt nie szanuje. Nawet pani Hudson pozwala sobie na pyskowanie. Wprawdzie Holmes potrafi wspaniale przywalić, i to dedukując precyzyjnie zachowanie przeciwnika, ale poza tym jest raczej zabawny. Hoduje w domu dżunglę, chodzi wiecznie wyśmodruchany i niedogolony, bez przerwy mu się coś myli,  przymila się do opryskliwego Watsona, tańcuje z Cyganami... Amerykańskie nastolatki na pewno są zachwycone. Sherlockista mniej.

Teoretycznie niżej znajdzie się sporo spoilerów, ale ponieważ większość z tego była w trailerach a trudno spoilować film, który, jak już zostało powiedziane, ma tylko śladowe ilości scenariusza i właściwie żadnych specjalnie zaskakujących elementów, chyba można czytać spokojnie.


Poprzednia część ujęła Sherlockistę od razu - świetną muzyką - i była jak zaproszenie do dobrej zabawy, któremu nie dało się odmówić. Ta, z wszystkimi wybuchami, Irenami, Cyganami, terrorystami, oprychami, ślubami i naparzankami - jest zupełnie nijaka. To żadne zaskoczenie. Filmy są jakieś prawie zawsze dzięki wyrazistym głównym bohaterom, trzymającemu w napięciu konfliktowi lub tajemnicy. Prawie nigdy - z powodu bogatego wyboru płaskich zupełnie postaci, których nie mamy ani kiedy poznać ani się nimi przejąć oraz licznych wybuchających drzew.
Abstrahując od zepsutego zupełnie w sequelu Sherlocka Holmesa, główna wada filmu jest taka: między wszystkimi tymi burdami i strzelaninami nie ma kiedy zbudować spójnej fabuły, wciągającej zagadki, którą Holmes musiałby rozwiązać (inaczej niż pięścią), wielkiego konfliktu, który budziłby narastające emocje bohaterów i nasze (widać ślady po chaotycznych próbach dodania bohaterom rzeczywistych motywacji, ale tu też twórcy przesadzili: może Sherlockowi chodzi trochę o Adler, na pewno o, to, żeby przyimponować Watsonowi, przy okazji go chroniąc, ale też tak w ogóle o to, żeby wygrać pojedynek, no i w sumie warto by było uchronić społeczeństwo przed gadem, a i jeszcze przy okazji pomóc tej fajnej Cygance... - u ACD mamy proste starcie największego z detektywów z Napoleonem Zbrodni i wszyscy przejmują się tym o wiele bardziej).
Sherlockista nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że kręcąc kolejne sceny, twórcy zamiast klecić historię o Holmesie, zadawali sobie pytania w rodzaju: "a co by tu zrobić, żeby było z jajem? może niech Watson pobije się przy kartach? ekstra, nie? A może potańczą? E! Ze sobą potańczą, takie pikantne się zrobi! O, a w pociągu niech Sherlock przebierze się za kobietę, na tym zawsze się śmieją, rany no, Holmes w szmineczce, ale odjazd, popkornem będą prychać na odległość! Tylko Mycroft taki sztywny... może niech się rozbierze!!! Goły Mycroft! Czujecie? Goły! Buahaha!"
A potem naprawdę trudno powiedzieć, czemu właściwie Watson gra w karty zamiast pomagać Sherlockowi i czemu, na litość boską, Mycroft epatuje biedną Mary swoimi wdziękami. Czyżby był aż takim oryginałem i do tego stopnia odwykł od życia towarzyskiego, że nie przyszło mu do głowy włożyć szlafrok? Czemu w takim razie w innych scenach jest czarującym dyplomatą i duszą towarzystwa? Nie zrozumcie Sherlockisty źle, Stephen Fry akurat stanął na wysokości zadania i tak jak wszyscy oczekiwali, cudownie pasuje do swojej roli. Tylko że jego rolą jest bycie kolejnym comic relief, czyli zabawnym gościem dającym nam odpocząć od stresów, które rzekomo rodzi główna linia fabuły. Kto w tym filmie właściwie nie służy za comic relief?
Na szczęście: Moriarty, czyli Jared Harris. Oraz jedna z najbardziej udanych i kanonicznych postaci w Game of Shadows: supersnajper, pułkownik Moran (Paul Anderson). ShK musi przyznać, że czarne charaktery udały się w sequelu nadspodziewanie dobrze. Budzą autentyczną grozę i są bardzo blisko ACD. Spotkanie bohaterów - wprawdzie nie na Baker Street, ale uniwersytet jest do zaakceptowania - należy do lepszych fragmentów filmu, a ich finałowy pojedynek nad wodospadem to już wręcz kawał wspaniałego holmesowego kina. Serio serio. Pewnie także dlatego, że Ritchie pokornie skorzystał w tych akurat partiach z prozy ACD...
Świetnym oryginalnym pomysłem Ritchiego było też wysłanie Profesora do opery. Don Giovanni zawsze fenomenalnie wygląda w kinie i w "Grze cieni" także nie zawodzi.

Niestety, nawet Moriarty'emu przyszło też wystąpić w sekwencji zupełnie groteskowej, z rzeźnickim hakiem (jak wiadomo, scenom tortur musi towarzyszyć dla kontrastu sielska muzyka klasyczna) oraz długim, nużącym pościgiem, w którym burzy się kilka budynków i strzela ze sporych armat. Do ludzi w lesie. I na koniec, pokazuje się subtelnie, że Watson jest jednak przywiązany do Holmesa: robi mu się smutno, gdy przyjaciel prawie umiera.
Sam Watson zresztą jest bardzo dobrze zagrany, ale w tej części mocno już przerysowany. W relacji bohaterów zdecydowanie za dużo jest efektów specjalnych w postaci bójek, kłótni, rywalizacji nawet (!), łez, uwodzenia i przytulania się nago, a za mało esencji: czyli partnerstwa.
O Sim nie ma ShK zbyt wiele do powiedzenia. Ktoś uznał, że  Cyganka będzie elementem cool - i jest, zwłaszcza w wydaniu utalentowanej Noomi Rapace. Co Simza robi poza tym dla rozwoju fabuły/akcji lub bohaterów, trudno powiedzieć. A, dobrze i sprytnie się bije.
Ktoś uznał też, że elementem cool będzie, jeśli Watsonowa Mary (Kelly Reilly) także przyczyni się do powalenia Moriarty'ego, co jest bardzo sympatycznym pomysłem z punktu widzenia ruchu na rzecz pokazywania w kinie kobiet jako ciekawych ludzi, a nie tylko laleczek w opałach. Niestety, jeśli obstawimy Holmesa nie tylko superinteligentną Adler, bitnym, sprytnym i momentami dominującym Watsonem, Cyganką-karateką, ale jeszcze na dodatek asertywną i oblataną w szpiegowskich technikach Mary, to przestaje go być widać. A pamiętajmy, że Downey sam z siebie jest niewysoki...
Podsumowując, ani zwykłym widzom ani sherlockistom nie grozi na tym filmie atak szału, rozpaczy lub śmiechu. W ogóle nic szczególnego się nie wydarzy. Zobaczycie takiego sobie hollywoodzkiego wycierucha z kilkoma błyskami czegoś lepszego. Sherlockista nie mógł się oprzeć wrażeniu, że pod tymi wszystkimi burdami, żarcikami i gonitwami siedzi o wiele lepszy film, który trzeba by było najpierw ociosać z amerykańskich pomysłów na to, co bawi widownię.
Gdyby twórcy byli zainteresowani, jak to się robi, zawsze mogą obejrzeć z nami Sherlocka BBC: dziś Brytole dostaną "Hounds of Baskerville".
Porównywania obu produkcji raczej Sherlockista nie przewiduje. Byłoby to zupełnie zbędne, a przy tym okrutne.

P.S. Dla śledzących Sherlockianowy spór o Irene (głównie w komentarzach): przeczytajcie głos Ninedin (na stałe podlinkowana z lewej strony ;).

środa, 4 stycznia 2012

"Scandal in Belgravia". BBC Sherlock, season 2, episode 1. Po polsku: odlot!

[Można czytać spokojnie, nie ma żadnych nowych spojlerów.]

Pierwszy sezon Sherlocka z XXI wieku, Sherlocka uwspółcześnionego, przeniesionego w inną epokę, z wyrazistą obsadą i bardzo śmiałymi rozwiązaniami fabularnymi, powinien był wywołać kontrowersje i ambiwalentne uczucia. Tymczasem, ku radosnemu zdziwieniu Sherlockisty, otoczył go bez mała kult, i to zarówno ze strony hardkorowego Holmesowego fandomu, jak i zwykłych wielbicieli seriali detektywistycznych, którzy na myśl o Kanonie dyskretnie tłumią ziew.
Musi ShK wyznać, że choć oficjalnie w blogu tryskał entuzjazmem, w skrytości serca na myśl o kontynuacji odczuwał dreszcze obawy. Czy chłopcy dadzą radę? Czy udźwigną? Czy nie zepsują? - a stawka jest niebagatelna, bo podobnego rozkwitu nie zaznał wspomniany sherlockistyczny fandom od czasów Jeremy'ego Bretta i mamy szansę zostać świadkami narodzin kolejnej wielkiej legendy i wielkiego cyklu. Każda wtopa mogłaby przynieść niepowetowane straty - zdechnięcie oglądalności, brak zamówienia na kolejny sezon i szansy na poprawę, a w konsekwencji również wygaszenie mody na Holmesa. I kolejne dwadzieścia lat bryndzy, Richardów Roxburghów (brrrr) i innych Mattów Frewerów (auć). Pierwszego stycznia targał zatem Sherlockistą, obok noworocznego kaca, także stres.
Moffat, Gatiss, Cumberbatch, Freeman i reszta Ekipy ukoili  nerwy ShK około trzeciej minuty projekcji. Przez kolejne 87 nie myślał już Sherlockista o niczym niezwiązanym z akcją, a jeśli dawał wyraz refleksjom o charakterze ocennym, to miały one postać głównie nie do końca artykułowanych, za to ekspresywnych okrzyków "ale czad!".
Jeśli zaś wahał się co do treści recenzji, to głównie w kwestii kolejności zachwytów. Po namyśle jednak...
po pierwsze chciałby powiedzieć, że Cumberbatch jest wspaniały. Dostała mu się rola trudniejsza niż w poprzedniej serii, wiele emocji do wygrania, wiele złożonych relacji, w których wspaniale potrafił się odnaleźć - nie tylko z Irene Adler, ale również z Johnem i Mycroftem, a nawet z biedną Molly Hooper. I dał popis.
Po drugie, sprawę ułatwili mu oczywiście scenarzyści. Sherlockista do tej pory myślał, że tylko Bert Coules (także z BBC) bezbłędnie wyczuwa, jak pisać Holmesa, jakie słowa wkładać mu w usta i jakie zachowania, kiedy pozwalać mu ujawnić odrobinę emocji, a kiedy podkreślić, jak mocno odbiega od społecznej normy. Moffat z Gatissem radzą sobie może nawet jeszcze lepiej. Oni po prostu robią wszystko dobrze. Właściwie. Jak powiedziałby Mozart z "Amadeusza" Formana: jest dokładnie tyle nut, ile trzeba. Tyle współczesnego luzu i tyle bezpośrednich cytatów, by Holmes brzmiał zarazem kanonicznie i naturalnie. Tyle dedukcji (świetnie i zabawnie pokazywanych na ekranie) i tyle towarzyskich wpadek, ile zaliczał ich Sherlock ACD. Tyle akcji (łącznie z absolutnie cudowną sceną defenestracji!) i tyle snucia się po domu (oraz pałacu Buckingham) w prześcieradle; tyle skrzypiec... a właśnie...
Po trzecie, ach, te skrzypce...
Czy Czytelnicy pamiętają może jedną z najczulszych notek w historii Sherlockianów, tę o PLOSH (Private Life of Sherlock Holmes)? To był ten oburzający film o Holmesie, miłości i smutnych skrzypcach, którego żaden szanujący się sherlockista by nie zniósł, gdyby zarazem go nie kochał, i którego niech nikt nigdy nie waży się naśladować. Oczywiście nikt oprócz ekipy BBC. Sherlockista nie wie naturalnie, na ile nawiązania do PLOSH były zamierzone, a na ile nasunęły się same na skutek podobieństw fabularnych, ale, o rany no, są naprawdę okropnie wzruszające. Także same w sobie. Nie znaczy to na szczęście, że jest to jednak wbrew obietnicom romansidło.
Po czwarte bowiem, Irene Adler jest dokładnie tą osobą, którą by była, gdyby nasza droga śpiewaczka i awanturnica z wieku XIX urodziła się sto lat później. Lara Pulver spisała się świetnie, ale jeszcze lepiej spisał się Moffat.
Wielbiciele "Sherlocka" mogli tego jeszcze nie zauważyć, ale fani drugiego słynnego dziecka Moffata, nowych serii Doktora Who, już wiedzą, że autor ten ma słabość do silnych postaci kobiecych. W fandomie whovistów jednym z ważnych punktów sporów jest to, czy Moffat nie przesadził, wprowadzając do fabuły postać żony Doktora, która jest tak barwna, tak wszystkowiedząca i tak we wszystkim oblatana (dosłownie! ona wie lepiej jak kierować samą TARDIS!), że przyćmiewa głównego bohatera. Można było się obawiać, że także Adler okaże się trochę przerysowana. Ale i ten niepokój okazał się nieuzasadniony. Irene jest wspaniałą, naprawdę godną przeciwniczką, jednak ilekroć wydaje nam się już, że Sherlock dał się podejść jak dziecko, tylekroć scenariusz funduje nam nowy zwrot akcji. Wszystkim, którzy wciąż nie mogą przełknąć superwoman Adler, Sherlockista uprzejmie przypomina, że w opowiadaniu to ONA wygrała :)
Po piąte, nie chciałby Sherlockista Was zanudzić achami i ochami na temat aktorów, ale nie da się pominąć Johna, a zwłaszcza Mycrofta. Hobbit po prostu trzyma formę, Mycroft jednak rozwinął się bardzo i wykorzystuje w pełni dłuższy czas ekranowy. Jego minę na widok Sherlocka w prześcieradle nazwałby Sherlockista 'bezcenną', ale jakie zachwyty pozostałyby mu wtedy na opisanie bardziej dramatycznych momentów w wykonaniu Gatissa?
Po szóste i ostatnie, twórcy nie bali się niczego. Nie bali się nakręcić Sherlocka z papierosem (za co jest im ShK osobiście wdzięczny, niewiele rzeczy budzi w nim tyle odrazy, co współczesny faszystowski prozdrowotny terror), nie bali się pokazać gołej kobiety przed 21 (za to, naturalnie, zgarniają baty od pruderyjnych recenzentów, ale tego rodzaju pruderia budzi w ShK bodaj jeszcze większą odrazę), i nie bali się wreszcie spisać na nowo aż kilku Kanonicznych przebojów. Dosłownie! Zajrzyjcie na blog Watsona, a znajdziecie zapiski z paru spraw, których "zajawki" pokazują nam na początku odcinka. "Speckled Blonde" i "Geek Interpreter" (to nie są literówki) to błyski Moffatowo-Gatissowego geniuszu. Za (uwaga! kto nie oglądał jeszcze filmu niech tam pod żadnym pozorem nie wchodzi, bo zepsuje sobie moment najczystszej holmesologicznej radości :)) wycinki prasowe pod tytułem "Hat-man and Robin" wybacza ShK całej ekipie wszystkie wpadki na dziewięć odcinków w przód.
A oby było ich jeszcze więcej.
Jeśli coś może Sherlockista zarzucić temu SCAN, to dotyczy to dialogów z Adler. Może trochę za bardzo wyeksponowane są prowokacje i aluzje seksualne? Momentami niby to śmiałe wypowiedzi Irene brzmią raczej komicznie niż ekscytująco. Poza tym, można by odrobinkę przerobić montaż. Z początku gubimy kilka miesięcy życia Sherlocka i nie jest do końca jasne czemu ani w jaki sposób, pod koniec troszkę zaczynamy tracić ciągłość w śledzeniu głównej intrygi. Ale to naprawdę czepialstwo, które ma raczej uwiarygodnić Sherlockistę w roli odpowiedzialnego recenzenta i zatuszować fakt, że w istocie jest po prostu pijanym z rozkoszy fanem ;)
Na szczęście, nie jest ShK w swojej radości odosobniony - zarówno Telegraph, jak i Den of Geek opublikowały recenzje, które aż wzruszają stężeniem zachwytu.
Bo i tak naprawdę, to porządnie wkurzają w nowym Sherlocku tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce legalnie dostępny jest tylko za ciężkie pieniądze.
A po drugie, jak ja mam po Czymś Takim iść i z życzliwą obiektywnością oglądać w czwartek jakiegoś Ritchiego???
P.S. Uwaga - w komentarzach już są spojlery!

niedziela, 13 listopada 2011

Tym razem recenzuje Sherlockista: "Dom jedwabny" czyli nowy Holmes Horowitza

Pamiętacie zapowiedź "Silk House" z tego bloga? Od początku książka ta rodziła pewne sherlockistyczne nadzieje. Po raz pierwszy w historii apokryf miał otrzymać oficjalny stempel właścicieli praw do Kanonu w Ameryce. I po raz pierwszy w historii pisał go Anthony Horowitz, popularny autor powieści dla młodzieży, człowiek obdarzony świetnym poczuciem humoru i dobrym zmysłem do konstrukcji intryg. Ciepłe uczucia Sherlockisty wzmógł jeszcze fakt, że wydawnictwo Rebis od razu wypuściło książkę na polski rynek i w dodatku przysłało mu egzemplarz do zrecenzowania.

Zgodnie z oczekiwaniami Sherlockisty, jego uczucia po lekturze są bardziej skomplikowane.
Żeby w tych komplikacjach nie umknął Czytelnikom główny przekaz, od razu napisze ShK, że książkę jak najbardziej należy kupić i przeczytać, nie tylko z ciekawości ale i dla dużej frajdy
Główną i decydującą o odbiorze całości zaletą powieści jest po prostu dobra intryga. Sherlockista dał się wciągnąć na samym początku, a kończył bladym świtem nie odrywając się ani na chwilę. Ponieważ autentycznie ciekawa zagadka jest niezwykle rzadkim dobrem w świecie pastiszów Holmesa, (a nawet, bądźmy szczerzy, w samym Kanonie), już za to można Horowitza pochwalić. Lubimy patrzeć na Sherlocka w akcji, kiedy akcja ta naprawdę wymaga wykazania się jakimś detektywistycznym talentem. 
Jak Czytelnicy z pewnością pamiętają, dla Sherlockisty najważniejszym kryterium oceny Holmesowego pastiszu jest to, na ile autorowi udało się uchwycić magię relacji między głównymi bohaterami. I tutaj Horowitz nie zawiódł - chociaż i nie powalił. Jeśli jednak nie powalił, to z powodów, które same w sobie należy ocenić jako dość szlachetne.
Konkretnie rzecz ujmując: Horowitz niewolniczo wręcz trzyma się w tej powieści Kanonicznych wzorców. Jeśli zatem u ACD bardzo rzadko jedynie trafiają nam się sceny, w których sztywni wiktoriańscy dżentelmeni zdradzają się ze swoimi sentymentami, a bohaterowie zajmują się wprost łączącą ich relacją, to u Horowitza musiało być tak samo. Szóstka za wierność, trzy plus w kategorii "interesujące dla współczesnego czytelnika rozwijanie postaci". Same te postaci są zresztą żywcem przeniesione z kart Conan Doyle'a. Nie dodaje do nich Horowitz zbyt wiele od siebie, ale też chyba nie musi. Wprawdzie autor zarzekał się w wywiadach, że nie pozwolił, by Sherlockiści z Conan Doyle Estate patrzyli mu na ręce, jednak jakoś nie pozwolił sobie pofrunąć na skrzydłach tchnienia fantazji. Nie zdecydował się na żadne kontrowersyjne rozwiązanie, może z wyjątkiem krytykowanej już tu kiedyś przez ShK decyzji, by pisać z perspektywy starzejącego się Watsona, który przeżył Holmesa.
Naturalnie wcale nie znaczy to, że nie oberwał od ortodoksów, bo zawsze i wszędzie znajdą się ludzie, którzy wytkną autorowi pastiszu, że ACD nigdy nie napisał, jakie imię naprawdę nosił Lestrade i jakim prawem, jak śmie po prostu autor taki, puch marny, nazwać go sobie beztrosko George'em (w Kanonie jest tylko "G.", a Sherlockista osobiście przyzwyczaił się do "Gilesa" z adaptacji BBC Berta Coulesa). Takie zarzuty są oczywiście idiotyczne same w sobie, ale stawianie ich Horowitzowi to już wyjątkowa  podłość, bo akurat za znajomość Kanonu, a zwłaszcza zaś za znajomość ulubionych wątków, postaci i dialogów Holmesistów należy się naszemu autorowi odznaka wzorowego ucznia i pochwała w dzienniczku. Wiadomo jednak, że pupilki pani często nas wkurzają i nie inaczej jest z Horowitzem. Sherlockista uwielbia oczywiście różne aluzyjki, kryptocytaciki i motywy z Kanonu i wielokrotnie chwalił za nie różne współczesne wersje Holmesa, ale w "Domu jedwabnym" nie można się od nich wprost opędzić. Autor na każdym kroku zaznacza, niczym taki nieznośny kujon właśnie, że wie, że czytał, że perskie oczko. Oprócz niezliczonych aluzji zakamuflowanych, które na szczęście dla przeciętnego czytelnika nie będą aż tak widoczne, Watson-narrator wielokrotnie odwołuje się wprost do historii opisanych w Kanonie. Niby ma to go uwiarygodnić, podkreślić, że jest tym samym autorem co Watson z prozy ACD, a "Dom jedwabny" to tylko kolejny tekst cyklu (naturalnie jeden z tych przechowywanych w bankowej skrytce, bo "świat nie był na niego gotowy"), a w rzeczywistości odwołania takie brzmią zupełnie fałszywie. Po prostu dlatego, że Watson ACD czyni podobne aluzje bardzo rzadko, a o wiele częściej jest zupełnie niefrasobliwy i niespójny (Sherlockista założy się, że sam ACD znał Kanon nieporównanie gorzej niż Horowitz).
Żeby było śmieszniej, jakiekolwiek uwiarygodnienie nie jest Watsonowi Horowitza zupełnie potrzebne. Sherlockista wspominał tu kiedyś, że tylko szaleńcy porywają się na to, by próbować naśladować styl Watsona, bo to jest prosty przepis na katastrofę. Niniejszym musi wszystko odszczekać. Horowitz podrabia Watsona ACD zupełnie genialnie, to ta sama potoczysta, harmonijna i zarazem obrazowa, kiedy trzeba spokojna, a kiedy trzeba elektryzująca narracja, którą znamy z Kanonu. I gdyby nie irytujące (w tej ilości) wstawki i nawiązania (oraz kilka drobnych potknięć polskiego tłumacza), byłby Sherlockista całkiem oczarowany.
Tak samo zadziwiła ShK wiernopoddańcza skłonność Horowitza, by upchnąć w tej powieści całą listę sherlockistycznych przebojów, czyli...
(Sherlockista osobiście nie uważa tego za spoiler, ale Horowitz w jakimś wywiadzie wyraził dumę z tego, jakie to super niespodzianki, więc może niech szczególnie wrażliwi Czytelnicy lepiej przeskoczą teraz wzrokiem cztery linijki)

[POCZĄTEK SPOILERÓW]

...czyli wspomnianego "George'a" Lestrade'a, Baker Street Irregulars (chyba najbardziej przekonująco wpleconych do akcji), Mary na wyjeździe, leniwego Mycrofta w rządzie, a nawet Moriarty'ego (zupełnie nie wiadomo po co, nic kompletnie nie robi dla rozwoju akcji!).

[KONIEC SPOILERÓW]

...a do tego jeszcze klasyczne elementy typowej Doyle'owskiej intrygi: bohater ścigany jest przez duchy przeszłości, kiedy to w odległym kraju miało miejsce jakieś przestępstwo. I większość z tego zupełnie niepotrzebnie, bo wszystko niemal co wymyślił sam autor, zarówno jeśli chodzi o postaci, jak i oryginalne elementy fabuły jest po prostu ciekawsze. Drugi plan Conan Doyle'a znamy na pamięć, jeśli wykorzystywać tamte postaci i motywy to po to, by wywlec je na plan pierwszy, zmienić, odkryć ich nowe twarze, dać im takie role, by były rzeczywiście niezbędne dla akcji. U Horowitza są one raczej po to, by odfajkować wszystkie "kanoniczne niezbędniki". Być może to kompulsywne ładowanie na tort wszystkich znalezionych u ACD wisienek wynika też po prostu z tego, że Horowitz nie zamierza pisać więcej pełnowymiarowych apokryfów o Holmesie - to, skądinąd, naprawdę wielka szkoda.
Poza tym, trzeba pamiętać, że Horowitz pisał w pierwszym rzędzie nie dla czepliwych hardkorowców, którzy widzą wszystko, a raczej dla nowych rzesz fanów Sherlocka, zwabionych znakomitymi ekranizacjami. I wypełnił bardzo istotną lukę (na ten temat szerzej będzie Sherlockista pisał w raporcie z Debaty już niedługo): dał nam nowego Sherlocka, który nie jest ani uproszczony ani uwspółcześniony. Nie dorobił mu iPhone'a, nie dopisał dwudziestu eksplozji ani scen walki, tylko zaoferował nam wskroś kanoniczną i tradycyjną pod każdym względem, ale zarazem świeżą i naprawdę wciągającą historię. W stylu Watsona - a nie twittera. Sherlockista ma szczerą nadzieję, że ta powieść bardzo się tym nowym fanom - i może przyszłym holmesistom spodoba.
A najtwardsi fani, nawet jeśli będą mieli pewien przesyt aluzji, to z pewnością jej nie odłożą. Wiecie dlaczego? Bo tak, jest tam na samym początku ta scena, nasza ulubiona scena z tylu opowiadań: gdy widzimy Holmesa z Watsonem w saloniku na Baker Street, jest tytoń w kapciu, czytanie w myślach i pani Hudson... i ten dzwonek do drzwi, który zwiastuje nowego klienta... The game is afoot!

poniedziałek, 31 października 2011

Justeene recenzuje - "Dzień dobry, Irene" i "Man from Hell"

Sherlockista z wielką przyjemnością przedstawia kolejną świetną recenzję Justeene. Tym razem sequel książki, o której Justeene pisała już w tym blogu i solidny apokryf :) Dla Justeene brawa i podziękowania!


Skoro się powiedziało Dobranoc, panie Holmes trzeba teraz dodać Dzień dobry, Irene i pochylić się na moment nad drugą książką z cyklu poświęconego przygodom jedynej kobiety, która przechytrzyła Sherlocka Holmesa.
A jest się nad czym pochylać, albowiem zgodnie ze złotą zasadą tworzenia sequeli, mamy to samo co w części pierwszej tylko jest tego więcej – panna Huxleigh jeszcze bardziej poniewierana, Godfrey jeszcze piękniejszy, a w dodatku bohaterski, szlachetny i tym razem użyteczny w szalonych przedsięwzięciach Irene, choć nadal nie w pełni. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych częściach Godfrey nabiera jednak wiatru w żagle.
Intrygi są jeszcze bardziej zawiłe, bohaterowie trafiają na książęcy dwór, po drodze zwiedzając m.in. paryską kostnicę, nadmorskie speluny, a nawet... dom uciech. Sporo miejsca autorka poświęca postaci słynnej francuskiej aktorki, Sarah Bernhardt, której ekscentryczność przyćmiewa nawet osobliwe zachowania Irene. Nie trzeba chyba dodawać, że na kartach powieści „boska Sarah” i pani Norton (bo bohaterka, oficjalnie uznana za zmarłą, używa nazwiska męża) tworzą wyjątkowo barwny duet.
Samą Irene zajmę się osobno. Pozwolę sobie pożyczyć przy tym określenie z komentarza do mojego tekstu o Dobranoc, panie Holmes, ponieważ, niestety, nasza diwa-detektyw niniejszym została jednak tym dziewiętnastowiecznym Bondem w spódnicy, który potrafi dosłownie wszystko i nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. W efekcie postać Irene (za którą, jak czytelnicy pewnie pamiętają, nie przepadam) jest jeszcze bardziej irytująca, a jej wyczyny powodują tylko uniesienie brwi w akcie zdziwienia, a nawet i, po pewnym czasie, zniechęcenia. Paradoksalnie, o wiele ciekawsze wydały mi się tym razem perypetie biednej Nell, którą pani Norton i jej nowa przyjaciółka, Alice, usiłują przemienić z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia i co za tym idzie, wyswatać.
Z przykrością stwierdzam również, że autorka nie oszczędziła też Sherlocka Holmesa. Nasz ulubiony detektyw, może poza dwoma fragmentami, jest równie irytujący co Irene. Holmes zjawia się we Francji na prośbę de Villarda, który tłumaczy jego monografie na francuski, żeby pomóc w sprawie dotyczącej Louise, młodej panienki z tatuażem, wyłowionej przez Godfreya wspaniałego z Sekwany, kiedy próbowała popełnić samobójstwo. Na samym początku najlepszy z detektywów spisuje tę zagadkę na straty i nie interesuje go nic poza jakością przekładu owych monografii. Niby depcze bohaterom po piętach, a jednak sprawia delikatne wrażenie rozkapryszonego nudziarza o inteligencji siedmiolatka, którym ma się ochotę potrząsnąć.
Szkoda, że Dzień dobry, Irene nie trzyma poziomu części pierwszej, bo choć książkę czyta się z zainteresowaniem, to jednak nie jest to ta sama przyjemność co przy Dobranoc, panie Holmes. Męczy nadmiar zalet i umiejętności Irene i nawet świetny fragment opisujący konfrontację Holmesa z Irene i Nell nie jest w stanie zatrzeć tego wrażenia.

Z czystym sumieniem polecam za to wspomnianą kiedyś przez Sherlockistę pozycję z serii „The Further Adventures of Sherlock Holmes”, a mianowicie The Man from Hell, której autorem jest Barrie Roberts. Książka jest nie tylko świetnie napisana – cały czas trzyma w napięciu, a i tematyka jest bardzo interesująca. Dodam tylko, że tytułowy człowiek z piekła nie ma nic wspólnego z Kubą Rozpruwaczem ;)
Wielką zaletą powieści jest to, że doskonale oddaje klimat oryginalnych historii. To nie jest kolejne dzieło ze wstępem w stylu: „Holmes znany z opowiadań stworzonych przez Sir Arthura Conan Doyle’a to bzdura, tak naprawdę był zupełnie inny”, tylko kawał naprawdę dobrej roboty. Holmes i Watson są tacy jakich znamy i kochamy. To wielka sztuka wejść w ten świat i wykorzystać te postaci w zupełnie nowej, bardzo wciągającej opowieści, w której głośna rodzinna (i poniekąd społeczna) tragedia jest tylko wierzchnią warstwą skrywającą o wiele bardziej mroczne sedno sprawy, i trzeba jasno stwierdzić, że ta sztuka udała się autorowi w stu procentach. Roberts nie naśladuje ślepo Conan Doyle’a, ale czerpie to co najlepsze w opowiadaniach o Holmesie i przekłada to na formę powieści, z którą ACD nie radził sobie już tak dobrze.
            Trzeba też wrzucić kamyk do ogródka pana Robertsa, żeby nie było tak słodko i puchato. Powieść zaczyna się tym nieszczęsnym bla, bla, bla skąd się wziął opis tej sprawy i, że na pewno jest autentyczny, etc. etc. Powinni tego prawnie zakazać! Pomysł Nicholasa Meyera żyje własnym życiem i rozpoczyna dosłownie każdą książkę o dalszych przygodach Holmesa, i naprawdę przyprawia już o ból głowy jak Irene Adler w The Canary Trainer. Poza tym minusów właściwie brak. Jeszcze raz gorąco polecam!

piątek, 28 października 2011

Zepsuty detektyw, Skándal v Čechách i "omne trinum dość kasy dat"

Czyli szybka notka informacyjno-gawędziarska o wszystkim po trochu.
"Zepsuty detektyw" to tytuł recenzji Sherlocka BBC autorstwa Piotra Zaremby z tygodnika o bijącym boleśnie po oczach tytule "Uważam rze". (Kto chce, może zerknąć na zajawkę tu.) Spokojnie, nie nastąpi teraz ani tyrada na temat katastrofy smoleńskiej ani też tyrada na temat nieznośnych spiskowych teorii - ShK na Sherlockianach od przepychanek bieżących trzymać się będzie, o ile się da, z daleka. Recenzja jest wprawdzie pisana trochę w duchu zgorzkniałego konserwatysty (ach ta dzisiejsza młodzież...), ale Sherlockiście nie spodobała się głównie dlatego, że Zaremba propaguje w niej pewien mit. Jak niektórzy Czytelnicy pamiętają - obalanie sherlockistycznych mitów należy tymczasem do celów statutowych niniejszego bloga.
Autor przyznaje wprawdzie, że powieści ACD trochę "zlewają mu się w głowie", ale nie przeszkadza mu to stawiać stanowczych tez na temat niewierności adaptacji BBC. Niewierność ta polega zaś rzekomo na tym, że Sherlock został przedstawiony jako osoba chłodna, nieludzka i niesympatyczna, chociaż Zaremba zapamiętał go jako szlachetnego i dobrego. Ględzenie o tym, że jest to (w domyśle: gorzka) "prawda o naszych czasach" można spokojnie zignorować, łącznie z zakamuflowanym lamentem nad tym, jak to kiedyś pisarze-dżentelmeni nigdy nie ośmielali się ukazywać publiczności brzydkch wnętrz swoich bohaterów. Warto natomiast podkreślić jedno: jeśli Moffat i Gatiss pokazują Holmesa jako "zepsute genialne dziecko" i "obrzydliwego socjopatę", który traktuje ludzi "bez empatii", to nie dlatego, że musieli dostosować postać Sherlocka do smutnych realiów Londynu wieku XXI. Holmes właśnie tak opisywany jest przez - wpatrzonego w niego przecież! - Watsona. Jest taki niewątpliwie i w STUD i w SIGN, pierwszych opowieściach, w których go poznajemy. To, że potem jego wizerunek momentami łagodnieje, że Watson mniej skarży się na to, że Holmes jest "maszyną", że zachowuje się "nieludzko", że pozostaje nieczuły na wdzięki, uroki i nieszczęścia swoich klientek i tym podobne - te fragmenty musiały zresztą Zarembie zupełnie umknąć - to między innymi skutek tego, że postać Holmesa trochę się rozwija, dojrzewa, zyskuje ludzki wymiar dzięki przyjaźni z Watsonem. Nie w każdej adaptacji przemiana ta jest tak przejmująca jak w serii Granady z nieodżałowanym Jeremym Brettem, ale nawet w pierwszym filmie nowego cyklu BBC mamy pewne sygnały, że Sherlock ma w sobie różne ludzkie cechy, które Watson potrafi w nim obudzić. Jeśli Zarembie Holmes Cumberbatcha wydaje się jednoznacznie "antypatyczny", to tylko dlatego, że patrzy na niego jak na bohatera dla młodzieży. Sherlock wymaga uwagi i czułości. I nigdy, a już na pewno nie w Kanonie, nie jest "sympatyczny".
---
Druga informacja jest zarazem wesoła i smutna. Wesoła dlatego, że wszyscy kochamy czytać po czesku i Sherlockista z dużą przyjemnością poleca zajrzeć na stronę: http://www.sherlockholmes.cz , gdzie w ankiecie "Znate cely kanon?" prowadzi odpowieź "ano" :) A poza tym dużo ciekawych rzeczy jest po angielsku. Smutność - i skandal - leży po prostu w fakcie, że Czesi, choćby chcieli, nie mają okazji pośmiać się z sherlockizmu po polsku. Sherlockista wciąż liczy na to, że po najnowszych popularnych produkcjach uda mu się zebrać grupkę entuzjastów na tyle dużą, by było sens w końcu założyć przyzwoity scion i tym wpisem nieśmiało po raz pierwszy zapowiada taki zamiar. Chyba, że się poddamy i wiedzeni sentymentem do tytułu SCAN, będziemy po prostu zapisywać się do najbliższego ośrodka...

---
A trzecia informacja to ta, którą już jakiś czas temu Czytelniczka Sherlockianów wkleiła na naszą fan-stronę. Podobnie jak przy pierwszej części, jeszcze przed wypuszczeniem Ritchie-Sherlocka na ekrany kin, od razu zamówiono scenariusz sequela. Oznacza to, że jeśli drugi Downey zarobi dość kasy, dostaniemy jeszcze trzecią część trylogii. Ponieważ Sherlockista nie jest jednoznacznie źle nastawiony do tej produkcji, nie przyjął też tej informacji jednoznacznie źle. W każdym razie, scenariusz ma napisać Drew Pearce, który chyba jest wiodącym specjalistą od filmów z Downeyem - dostał również zlecenie na Iron Mana 3. Oby tylko mu się te produkcje nie pokręciły, bo już przy "jedynkach" można było mieć wątpliwości...

środa, 27 lipca 2011

Justeene wraca do nas ze świetną recenzją książki o Irenie Adler!


Sherlockista z radością prezentuje Czytelnikom następną recenzję Justeene. Z radością tym większą, że o ile kiedyś książki kupić się jakoś tak nie odważył, to na pewno zawsze chciał wiedzieć, co było w środku ;) Po tej recenzji myślę, że można śmiało ryzykować! Zwłaszcza, że ShK gorąco podziela poglądy Justeene na samą postać Irene wyrażone w pierwszym akapicie... 
Oddajmy głos Autorce, której należą się brawa i najserdeczniejsze podziękowania :)


Dobranoc, panie Holmes



„Obawiam się, Watsonie, że w l’affaire Adler my wszyscy graliśmy jedynie role drugoplanowe, byliśmy tłem dla sprytu i charakteru tej kobiety”.
Sherlock Holmes

 Swój drugi gościnny występ na Sherlockianach poświęcę pierwszej powieści z serii książek o przygodach jedynej kobiety, której udało się przechytrzyć Sherlocka Holmesa. Na wstępie przyznam się bez bicia, że nie jestem wielką fanką tej postaci, głównie przez uparcie i niezmiennie powtarzany przez niektórych pogląd, jakoby nasza primadonna była jedyną kobietą, zdolną rozpalić serce największego i najbardziej niedostępnego z detektywów. Nie muszę dodawać, że przekonanie to uważam za mocno naciągane? Relacja Holmes-Adler[1] jest w moim mniemaniu o wiele bardziej skomplikowana niż chcieliby zwolennicy teorii romansowej (tych odsyłam do lektury wiekopomnego dzieła o jakże niesamowitych walorach artystycznych, jakim jest wspomniany w moim pierwszym poście The Canary Trainer).
Co by jednak nie mówić, Irene Adler doczekała się ośmiu powieści o swoich  przygodach, napisanych przez Carole Nelson Douglas, amerykańską autorkę powieści różnych. Mniejsza z tym, bo Dobranoc, panie Holmes to naprawdę fajna książka, lekka, łatwa i przyjemna, w sam raz na wakacje, ale również na długie jesienne wieczory, krótkie zimowe dnie czy wiosenne popołudnia. Śledzimy zmagania Irene z prowadzonymi przez nią dochodzeniami, ale również z problemami życia codziennego, obserwujemy jak pnie się po szczeblach kariery. Nasza bohaterka spotyka na swojej drodze mnóstwo postaci – mamy tu przystojnego, wręcz idealnego kawalera, Godfreya Nortona (początki ich znajomości są dosyć burzliwe), następcę czeskiego tronu, Brama Stokera, Oscara Wilde’a, Antonína Dvořáka i oczywiście Sherlocka Holmesa, trafia nawet na śniadanie do Tiffany’ego. Konstrukcja  Dobranoc, panie Holmes nawiązuje nieco do STUD – oto zagubiona w wielkim mieście narratorka, panna Penelope „Nell” Huxley poznaje ekscentryczną pannę Adler, której zachowanie będzie ją zdumiewać do ostatnich kart powieści. Nasze bohaterki zamieszkują razem, Nell staje się powoli asystentką i kronikarką Irene, uczestnicząc (zazwyczaj wbrew swojej woli) w śledztwach prowadzonych przez jej nową towarzyszkę. Sama panna Huxley, córka prowincjonalnego pastora jest postacią na wskroś... wiktoriańską – powściągliwą, pruderyjną, potępiającą wszelkie ekstrawagancje. Barwny styl, filozofia życiowa Irene i jej feministyczne poglądy są dla niej szokujące. Penelope relacjonuje wydarzenia z perspektywy nudnej starej panny w typie Lucy Snowe (główna bohaterka i jednocześnie narratorka powieści Villette autorstwa Charlotte Brontë) czy Fanny Price (to z kolei Mansfield Park Jane Austen), co dodatkowo podkreśla jak bardzo Irene Adler odbiega od stereotypu kobiety („the Angel in the House”) pokutującego w epoce, w której rozgrywa się akcja. I choć postacie nie grzeszą psychologiczną głębią, czego wspaniałym przykładem jest tutaj na przykład Godfrey Norton, to specjalnie nie przeszkadza to w lekturze. Najbardziej irytuje za to sama Irene, która sprawia wrażenie jakby autorka nie mogła się zdecydować, czy panna Adler ma być amoralną awanturnicą, doskonale obeznaną z regułami rządzącymi nawet najbardziej obskurnymi dzielnicami miasta, czy naiwną panienką. Choć nasza bohaterka jest świadoma z czym wiąże się wykonywany przez nią zawód (niejednokrotnie w cynicznych słowach wypowiada się na temat bycia aktorką i śpiewaczką), jest wielce zdziwiona sposobem, w jaki potraktował ją następca czeskiego tronu.
Z nieukrywaną przyjemnością donoszę, że postać Holmesa ma się wcale dobrze. Nasz detektyw prowadzi swoje śledztwo równolegle z Irene, ale jednak na drugim planie. Są natomiast ciekawe dysputy z Watsonem (szczególnie polecam tę o kobietach, z wyrzutami Holmesa, skierowanymi do doktora: „Poza tym naplotłeś banialuk o mojej obojętności wobec płci pięknej w ogóle”) oraz historia opowiedziana w SCAN, tyle, że z drugiej perspektywy. Tutaj jest ona tylko fragmentem większej całości, a w zestawie dostajemy jeszcze brylantowy pas Marii Antoniny i nieobyczajną papugę. Nie brak też opisu rozwoju kariery wokalnej panny Adler oraz solowych poczynań Penelope pod nieobecność przyjaciółki, której zawsze gotowa jest pospieszyć z pomocą.
Po lekturze Dobranoc, panie Holmes mamy wrażenie, że Irene Adler to w zasadzie żeńska wersja samego Holmesa, z własnym odpowiednikiem Watsona, skłonnością do przebieranek oraz niechęcią do małżeństwa. I choć wiemy z góry jak to wszystko się skończy, w niczym to jednak nie przeszkadza, bo lektura naprawdę wciąga (kolejny plus za tłumaczenie). Polecam!



* Postać Irene Adler wywodzona jest niekiedy od Heleny Modrzejewskiej, którą Sir Arthur Conan Doyle miał być zafascynowany, lub jak chcą niektórzy, w której się skrycie podkochiwał. Więcej na ten temat tu: http://www.diogenes-club.com/irene.htm, w artykule Adama Węgłowskiego, „Polski sekret Sherlocka Holmesa” zamieszczonym w magazynie Focus Historia (nr 8/2007) lub w skromnym artykuliku w aktualnym numerze pisma 21. wiek. History Revue.



[1] Zainteresowanym tematem polecam esej "‘A Scandal in Bohemia’" and Sherlock Holmes's Ultimate Mystery Solved” pióra (klawiatury?) Pascale Krumm.

środa, 8 czerwca 2011

Arthur & George

---
Sherlockista pragnie na wstępie zaznaczyć, że miał tę recenzję napisaną prawie w całości ponad tydzień temu... i wtedy zepsuł się blogger, a o ile rękopisy ponoć nie płoną, o tyle wirtualny papier puścić z dymem jest niezwykle łatwo. Zaznacza to ShK nie dlatego, by się usprawiedliwić z dłuższego milczenia, ale by podkreślić, że utrata gotowego tekstu zazwyczaj napełnia go taką wściekłością, że nigdy już nie pisze go od nowa. Tej recenzji jakoś nie potrafił sobie odmówić. A zatem: nareszcie na Sherlockianach znów poleca się coś dobrego!
---

Arthur to ACD, George to George Edalji, młody prawnik hinduskiego pochodzenia, który wylądował w więzieniu za przestępstwo, którego nie popełnił i który został uniewinniony dzięki autorowi Kanonu. "Arthur i George" to świetna książka Juliana Barnesa. Świetna po pierwsze dlatego, że to  - w odróżnieniu od poprzedniej recenzowanej w tym blogu pozycji ;) - porządny kawałek literatury, w dodatku barwnie i potoczyście przetłumaczony przez Joannę Puchalską a po drugie dlatego, że opowiada zarazem fragment historii Anglii i angielskiego społeczeństwa i fragment z życia niezwykle złożonej osobowości człowieka, któremu zawdzięczamy Sherlocka Holmesa.
Za to ostatnie zdanie Sherlockista prawdopodobnie zostałby zastrzelony z rozpaczy przez co najmniej dwie osoby: samego ACD, którego do desperacji przywodził fakt, że w oczach szerokiej publiczności jego najważniejszym jeśli nie jedynym ważnym osiągnięciem były detektywistyczne historyjki ze Strandu oraz Barnesa, który dołożył wszelkich starań, by jego książka opowiadała w równej mierze o dwóch niebanalnych indywidualnościach, a w częściach poświęconych Arthurowi Holmes traktowany jest tak, jak widział go sam autor, czyli jak wielki garb, który czasem wprawdzie dostarcza satysfakcji, także finansowej, ale w gruncie rzeczy jest niechcianym balastem.
To, trzeba przyznać, po prostu irytuje. Są tacy czytelnicy, którzy szanują autonomię autora, nigdy nie utożsamiają go z żadnym z jego bohaterów, grzecznie przyjmują wszelkie jego wyroki, choćby brutalne, głupie i literacko wątpliwe, a gdy spiją już z jego warg wszystkie te słowa, które autor ten był łaskaw z siebie wydać nie pomyślą nawet o tym, by żądać więcej. Z pokorą a nawet radością przyjmują przy tym deklaracje, że historie, które tysiącom (a w wypadku ACD pewnie już teraz milionom) ludzi przyniosły wzruszenia, nieprzespane noce, radości i smutki, są dla autora tylko zabawką, która się znudziła, a znacznie bardziej fascynujące okazały się inne sprawy, jak na przykład wirujące stoliki i przywoływanie duchów, tudzież historyczne gniotowate powieścidła. Jak można się łatwo domyślić, Sherlockista do tej grupy czytelników nigdy się nie zaliczał. I dlatego przestrzega, że ktoś, kto nie jest w stanie odciąć się od ściśle fandomowej perspektywy i popatrzeć na Conan Doyle'a trochę w oderwaniu od głównego powodu, dla którego świat w ogóle o nim usłyszał, niewiele wyniesie z tej powieści radości. Każdy sherlockista uroni łezkę, czytając o tym, jak ustalało się Holmesa niebanalne imię i nazwisko, każdy westchnie słysząc o tym, jak wyglądała żałoba w Londynie po rzekomej śmierci detektywa. Ale pewnie nie każdy natychmiast pogodzi się z tym, że w życiu Arthura były to jednak zdarzenia marginalne w porównaniu ze śmiercią ojca, chorobą pierwszej żony Touie, romansem, a potem małżeństwem z Jean Leckie, czy nawet sprawą George'a Edalji.
To pogodzenie się ułatwia niewątpliwie fakt, że Barnes pokazuje nam Arthura z tak bliskiej perspektywy, że momentami możemy poczuć wręcz zażenowanie podglądacza. Czujemy się tak, jak gdybyśmy towarzyszyli mu w łazience i zaglądali w sny - chociaż autor nie ucieka się do chwytów w rodzaju pamiętnika czy listów i nigdy nie udaje nawet, że pisze językiem bohaterów. Czytelnicy pamiętają zapewne, jak zarówno Justeene, jak i wcześniej Sherlockista znęcali się nad Grahamem Moore'em za tandetny chwyt polegający na pisaniu o Conan Doyle'u po imieniu po to, by brzmieć nowocześnie i udawać, że udaje nam się wejść w buty bohatera. U Barnesa "Arthur" brzmi zupełnie naturalnie, za "Arthurem" stoi rzeczywisty wgląd w postać, który nie tylko usprawiedliwia, ale wręcz wymusza pisanie o niej po imieniu. Późnowiktoriańskiego pan doktor, który osiągnął pozycję w świecie i stara się znaleźć też trochę szczęścia w lawinie obowiązków, które nałożyło na niego angielskie społeczeństwo staje się dla nas namacalnie realna. Nieco mniej rzeczywisty wydaje się George - ale to dlatego, że jego niezłomny spokój zakorzeniony w odległej, nieeuropejskiej kulturze i niezrozumiałej już dziś dla wielu z nas tradycyjnej, chrześcijańskiej religijności jest zupełnie nieludzki i niewiarygodny. Zwłaszcza, że Barnes często wkłada w jego usta zdystansowane wywody społeczno-polityczne, które bardziej wiarygodnie brzmiałyby w felietonie pisarza z XXI wieku, a nie sponiewieranego przez system i prześladowanego człowieka, który doświadczył tego wszystkiego na własnej skórze.
Czuć odrobinę, że Barnes celowo starał się osiągnąć klasyczny efekt, który zapewnia autorom co najmniej piętnaście dodatkowych minut analiz, gdy spotyka ich to nieszczęście, że ich książki stają się lekturami w szkołach lub uczelniach: przedstawił tak zwaną "panoramę", czy też "przekrój" społeczeństwa x na przełomie y (w tym wypadku: społeczeństwa brytyjskiego na przełomie nie tyle wieków, co epok). Sherlockista, który ostatni raz panoramami społeczeństwa ekscytował się w liceum, kiedy to miał zresztą do literatury stosunek o wiele szlachetniejszy, wyzbyty był z tanich sentymentów i pełen gotowości do subtelnych analiz z użyciem narzędzi teoretycznych, musi wyznać, że teraz interesują go wyłącznie dobre historie, więc sam, nazwijmy to, "efekt panoramy" nie stanowił w jego oczach zalety książki Barnesa. Mimo to, nawet ShK docenił zabieg literacki polegający na zderzeniu dwóch zupełnie postaci, które mimo, że powinny właściwie stanąć na bardzo podobnych szczeblu drabiny społecznej (ACD to lekarz i pisarz, George to prawnik, pasjonat przepisów dotyczących kolei, a nawet autor książki poświęconej temu tematowi; obaj panowie charakteryzowani są przy tym jako niezwykle wręcz obowiązkowi, sumienni, pracowici i nawet, można powiedzieć, szlachetni), wylądowały na przeciwnych jej krańcach (odpowiedni: na pozycji sławnego autorytetu i w więzieniu). Docenił ten zabieg choćby dlatego, że dzięki temu historia u Barnesa jest całkiem niezła.
Nie jest to bowiem, na szczęście, wyłącznie seria wglądów w bohaterów oraz refleksji socjologiczno-historycznych, ale także dwie trzymające w napięciu niczym opowiadania samego doktora Watsona narracje. Jedna - o prześladowanym hinduskim prawniku, który przez całe życie od dzieciństwa aż po dojrzałość o zmroku kładł się grzecznie spać w jednej sypialni z ojcem, a tymczasem latami otrzymywał anonimy, w których oskarżano go o wszelkie możliwe występki. Druga - o latami niespełnionym romansie, pełnym rosnącego napięcia erotycznego, wahań, trudnych wyborów, kryzysów. Powoli, ale nieuchronnie zaciska się pętla na szyi prawnika, który do końca nie wierzy, że sprawiedliwość może nie zatriumfować a niewinny człowiek czasem traktowany jest jak kryminalista, tylko dlatego, że nie znaleźli się przed sądem lepsi kandydaci na winnych niż trochę zdziwaczały syn hinduskiego pastora. Równie powoli upływają Arthurowi lata choroby pierwszej żony, które, choćby za wszelką cenę nie chciał tego przyznać, przybliżają go do wyzwolenia.
 I - to z pewnością nie każdego czytelnika zachwyci - trzeba powiedzieć, że nader powoli toczy się ta bogata w opisy, przywołane fakty i szczegółowe rozważania powieść. Nie jest to lektura do połknięcia w jedną noc, a nie jest też na tyle wielowarstwowa i bogata, by delektować się nią bez końca. Raczej w sam raz na trzy luźniejsze dni dla kogoś, kto potrafi znieść ACD w jego rzeczywistej postaci.
Jeśli ktoś ma podejrzenia, że ta i inne wady będą dla niego nie do przeskoczenia, niech zerknie jeszcze do recenzji z Guardiana, która momentami brzmi trochę tak, jak gdyby dotyczyła jakiejś innej książki ;) Kto czuje, że spodobają mu się takie zalety, które uwiodły Sherlockistę, niech śmiało da się Barnesowi zassać.


poniedziałek, 30 maja 2011

"The Sherlockian" - tym razem recenzja z całości. Sherlockiana goszczą na swoich łamach Justeene!

Pamiętacie pierwszą w dziejach bloga  recenzję z połowy dzieła, bo reszty ShK nie był w stanie przeczytać? Justeene dała radę, chociaż łatwo nie było... Sherlockista z radością prezentuje poniżej pierwszą gościnną recenzję na Sherlockianach (i tym wspaniałym przykładem Justeene zachęca też innych Czytelników do przysyłania sherlockistycznych tekstów, które chcieliby na tych łamach zobaczyć).


Recenzja z drugiej połowy dzieła



Gdybym miała wybrać motto dla tego tekstu, jak czyni to Graham Moore przed każdym rozdziałem, wybór byłby trudny, ale chyba jednak zdecydowałabym się na słowa, jakimi jedna z postaci stara się przywołać głównego bohatera do porządku: „This is deranged. You’re a literary researcher, not a goddamned detective!” Ten cytat powinien być odpowiedzią na entuzjastyczną wypowiedź Matthew Pearla, według którego „The Sherlockian” to pozycja obowiązkowa zarówno dla wielbicieli Sherlocka Holmesa, powieści historycznych oraz kryminałów, w dodatku takich, które pan Pearl określa mianem intelektualnych. This is deranged. You’re a literary researcher, not a goddamned detective!” Po lekturze „The Sherlockian” doszłam do wniosku, że autor „Klubu Dantego” najwyraźniej oszczędził sobie tej przyjemności, skoro wystawił tej książce tak pozytywną ocenę. Niestety, prawda jest taka, że „The Sherlockian” zawodzi na całej linii, w każdym z powyższych aspektów. 
W swej recenzji z połowy dzieła Sherlockista nakreślił już z grubsza, o czym ta, ekhm, powieść traktuje. Mamy więc dwie równoległe opowieści, z których równie dobrze można by zrobić dwie osobne nowele (po wcale nie drobnych poprawkach), z których przynajmniej jedna wiele by na tym zyskała. Mowa tu o historii dotyczącej śledztwa „Arthura” i „Brama”. Sherlockista wspominał, że Graham Moore tłumaczył to spoufalenie z panami Conan Doyle i Stokerem w jednym z epizodów „I Hear of Sherlock Everywhere” względami nowoczesności i dopasowaniem do współczesnego czytelnika. Te wyjaśnienia do mnie nie trafiają, ale trzeba przyznać, że to dopasowanie wychodzi autorowi całkiem nieźle. Książka jest napisana prostym językiem, krótkie zdania, żadnych fajerwerków, oprócz okazjonalnych poetyckich „upiększeń” w rodzaju porównań gotującej się w „Arthurze” krwi do wody bulgoczącej powoli w czajniku. Język jakim posługują się „Artur” i „Bram” nie różni się od mowy marynarza z doków czy ludzi z dolnych warstw społeczeństwa, nie licząc jednego czy dwóch wyrażeń slangowych. Czytelnikom niezaznajomionym z Sherlockiem Holmesem, Conan Doyle’em, jego opowiadaniami o dzielnym detektywie, oraz kryminałami w ogóle, Moore na każdym kroku służy przydługimi wyjaśnieniami, które ma choć w części usprawiedliwić postać Sarah, czyli kogoś w rodzaju dziewczyny Bonda, to jest Harolda. Ponadto, jeśli czytelnik nie słyszał o wydarzeniach, które stały się kanwą utworu, pan Moore służy wyjaśnieniem absolutnie wszystkiego w wieńczącej książkę „Nocie autora”. O ile przytoczenie okoliczności śmierci Richarda Lancelyn Greena (z pominięciem znalezionych przy nim zabawek i butelki ginu) jest jeszcze zrozumiałe, o tyle wyjaśnianie, co jest prawdą, a co autor zmyślił wprawiło mnie w osłupienie, nawet większe niż zakończenie książki.
Sherlockista wspomina, że przez chwilę miał ochotę podejrzeć owe ostatnie strony w (daremnej) nadziei, że mogą one uratować to dzieło. Jeśli jeszcze tego nie zrobił, niech tego nie czyni, albowiem jest gorzej niż na początku. Nie wybiegajmy jednak zanadto w przód.
Zacznę od wątku historycznego. Trzeba przyznać, że zapowiadało się ciekawie. „Arthur” właśnie uśmiercił „demona z Baker Street” (jak w swojej biografii ACD Sherlocka Holmesa określa John Dickson Carr) i jest z tego powodu niezmiernie szczęśliwy, jednak nikt nie daje mu o nim zapomnieć – na ulicy atakują biednego „Arthura” staruszki i przypadkowi przechodnie, policjanci proszą go o autografy, itp., czego on nie potrafi znieść. I to, włączając może jedną scenę z wątku Harolda (kiedy tenże intensywnie myśli nad jakąś błyskotliwą dedukcją, ale przeszkadza mu portfel w tylnej kieszeni spodni i Sarah głośno żująca sałatę) są najlepsze momenty książki. „Arthura” nikt nie traktuje poważnie, ani jego problemów ani jego śledztwa. Moore wielokrotnie podkreśla, że Conan Doyle osiągnięcia w tej dziedzinie miał mierne, co przecież nie jest prawdą, zważywszy choćby na sprawę George’a Edalji. Cała intryga jest natomiast naciągana i wyolbrzymiona, a zakończenie tego wątku jest po prostu głupie. „Arthur” i „Bram” z jednej strony wcielają w życie metody Sherlocka Holmesa, jak przebrania, z drugiej robią więcej szkód niż przysłowiowy słoń w składzie porcelany, przy czym ich postępowanie jest czasami zupełnie nielogiczne, nie wspominając już o rozwiązaniu zagadki, które, mówiąc kolokwialnie, kompletnie nie trzyma się kupy. Szkoda, bo mogła z tego powstać całkiem interesująca historia. Niestety, zamiast tego mamy wiele hałasu o nic, ale opowiedziane z takim przejęciem, że całość wręcz drażni.
Druga opowieść nie tylko nie prezentuje się lepiej, ale, jeśli to możliwe, jest znacznie bardziej irytująca. Przede wszystkim, od samego początku lektury czytelnik zastanawia się nie tylko, o co w tym wszystkim chodzi, ale również, dlaczego ktoś robi z tego taką wielką aferę? Dlaczego to właśnie oni są śledzeni, skoro inni też się bawią we własne śledztwa? Na ten wątek, a w szczególności jego zakończenie lepiej będzie spuścić zasłonę milczenia i skupić się przez chwilę na głównym bohaterze.
Harold White jest postacią nieciekawą, wyjątkowo irytującą i całkowicie pozbawioną osobowości. Autor z uporem maniaka podkreśla, że jest on najmłodszym członkiem Baker Street Irregulars w historii tej organizacji oraz, że jest wyjątkowo oczytany, itp. Zabieg ten ma na celu uwiarygodnienie zachwytów z jakimi nasz bohater spotyka się, głosząc swoje błyskotliwe dedukcje w stylu: X „nie może być mordercą, bo pojawia się na początku śledztwa”, ewentualnie, że Y „przyzna się, kiedy Harold stawi mu czoło, ponieważ tak robią mordercy w opowiadaniach o Sherlocku Holmesie”. Widzimy więc, że rozwój emocjonalny naszego bohatera zatrzymał się na poziomie sześcioletniego dziecka – kiedy zostaje znalezione ciało Alexa Cale, Harolda ponosi i nawet Jeffrey nie jest w stanie przemówić mu do rozsądku (słowami cytowanymi we wstępie tego tekstu). Gość jest wniebowzięty, bo oto ma przed sobą prawdziwego trupa i wreszcie może być Sherlockiem Holmesem! Swoje wywody, jak również metody prowadzenia śledztwa, Harold opiera na kilku cytatach z utworów Conan Doyle’a, a określanie tego bełkotu mianem „szokująco spójnego/logicznego” jest wręcz nie na miejscu. W tym kontekście wniosek naszego bohatera, kiedy on i Sarah odkrywają, że śledzi ich jeden z sherlockistów, że to nie jest zabawa dla amatorów, jest po prostu śmieszny, bo przecież, niewątpliwie, Harold jest wysokiej klasy zawodowcem. Parafrazując Williama Szekspira, reszta niech będzie milczeniem, albowiem już chyba wystarczająco mocno skopałyśmy z Sherlockistą leżącego.
Na koniec warto się pochylić nad prezentacją w tym dziele członków BSI. Niepojętym jest dla mnie, jak pan Moore może być klepany po plecach za to, że przedstawił sherlockistów jako zgraję krzykliwych, bezmózgich zazdrośników, z obsesją na punkcie Sherlocka Holmesa i teorii spiskowych, z miejsca spisującą na straty policję (bo przecież od epoki wiktoriańskiej nic się w tej kwestii nie zmieniło) i natychmiast gotową do przeprowadzania własnych dochodzeń. Aż chciałoby się  zaapelować do autora, łącząc to, co na jego temat napisano w notce biograficznej (choć to chyba za dużo powiedziane, cała notka składa się z jednego zdania) i apel Jeffreya: „This is deranged. You’re a twenty-eight year old graduate of Columbia University with a degree in religious history, not a goddamned writer!”



poniedziałek, 21 marca 2011

Pierwsza w dziejach bloga recenzja z połowy dzieła - The Sherlockian



Recenzja będzie tylko z (pierwszej) połowy książki, bowiem drugiej Sherlockista czytać nie zamierza. Wiosna idzie, rower trzeba odkurzyć, na chomiku mnóstwo dobrego Sherlocka, nie wspominając o zapasach w domu, czas bliskim poświęcić, wódki się napić, przeczytać co 3 słowo w "Badaniach logicznych" Husserla w poszukiwaniu tajnego kodu typu Dana Browna, posegregować skarpetki na kolory albo na długość albo na jedno i drugie, przekładając co 5 do oddzielnej szufladki na którą nakleimy ręcznie rzeźbiony drewniany szyld z napisem "Pewnik wyboru" - ważniejszych zadań przychodzi ShK do głowy cała masa.


Produkcja Grahama Moore'a, wydana w Ameryce jako The Sherlockian a w Wielkiej Brytanii jako The Holmes Affair* doczekała się całkiem niezłej recenzji w Timesie, a także odcinka bardzo wspaniałego podcastu I Hear of Sherlock Everywhere! Autor zafundował też swojemu dziełu stronę internetową, pardon, jak to się teraz mówi "oficjalnego bloga" powieści. I wszystko to jest dla Sherlockisty kompletnie niepojęte. To jest, da się zrozumieć, jak przebiegają marketingowe mechanizmy, dzięki którym takie idealnie dostosowane do wymogów współczesnego czytelnika produkty - bo o literaturze chyba nie może być mowy, przynajmniej w odniesieniu do pierwszych 200 stron - są recenzowane w poważnych gazetach. Da się nawet zrozumieć, jak to zostało zrobione. Sherlockista czytywał kiedyś z czymś w rodzaju toksycznej fascynacji amerykańskie podręczniki czytania powieści i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że autor - który wcześniej pisywał tylko scenariusze kinowe i telewizyjne - co najmniej starał się realizować zalecenia w rodzaju "staraj się zastępować przymiotniki czasownikami", "dbaj o to, żeby twoje zdania nie były dłuższe niż pięć słów", "wybierz narrację w trzeciej osobie ale z perspektywy" i "każdy rozdział zakończ czymś, co skłoni czytelnika do przeczytania następnego". Zwłaszcza przedostatni punkt, dotyczący narracji, odbił się szczególnie boleśnie na tonie opowieści, ale o tym jeszcze za chwilę.
Ponieważ na książkę składają się dwie równolegle przedstawiane historie, ma ona też dwóch "trzecioosobowych narratorów". Papierowy i nieciekawy Harold White, świeżo-mianowany członek Baker Street Irregulars ma ambicję rozwikłać morderstwo znanego Sherlockisty, który właśnie odnalazł bezcenny pamiętnik Doyle'a (wątek ten został zainspirowany sprawą zabójstwa Richarda Lancelyna Greena a, jak można się dowiedzieć z linkowanego wyżej podcastu, w jeszcze większym stopniu na poły zmyślonym esejem Davida Granna, o którym Sherlockista pisał tu). Równolegle, Doyle, który właśnie z wielką radością pozbył się ze swojego życia Holmesa stracając go w otchłań wodospadu Reichenbach, próbuje rozwiązać sprawę seryjnego mordercy sufrażystek, a także wysłanego mu listu z bombą. O ile miałka i blada narracja prowadzona przez "Harolda" jest tylko przeciętna i niewciągająca, o tyle równie nijako napisane części o Doyle'u, w których jest on konsekwentnie nazywany "Arthur" przyprawia o zgrzytanie zębów i płacz z irytacji. Moore tłumaczy się z tej idiotycznej decyzji w podcaście, bo jako osoba dobrze obeznana z realiami sherlockistycznego świata doskonale wie, że dla nas ACD to zawsze Conan Doyle i nawet Amerykanie nigdy nie mówią/piszą/myślą o nim per "Arthur". Moore sądzi jednak, że w nowoczesnej powieści wszystkie postaci muszą być nazywane po imieniu i gdyby zrobił inaczej w częściach umieszczonych w 19 wieku, to mógłby popaść w nieudolne naśladownictwo mistrzowskiej narracji Watsona. No cóż, faktycznie, jakichkolwiek prób naśladowania barwnej prozy Watsona nie sposób mu zarzucić, czytelnik natomiast może się rozkoszować "nowoczesnymi" stronicami na temat "Arthura" i "Brama" (Stokera, autora "Draculi" i znajomego Doyle'a w życiu i w książce Moore'a). W nowoczesnej powieści nie ma też ewidentnie miejsca na jakiekolwiek odważniejsze zabiegi literackie - zdania Moore'a są proste i rzeczowe jak wyjęte żywcem z serialowych didaskaliów.
Na temat intryg może Sherlockista powiedzieć tylko tyle, że 200 stron nie wciągnęło go w żaden wątek. Śledztwo White'a pełne jest nachalnych i naiwnych odwołań do Kanonu (wszystkie aluzje są na wszelki wypadek wypowiedziane i łopatologicznie wytłumaczone - autor powołał nawet do życia specjalną postać, wyjątkowo irytującą dziennikarkę "spoza sherlockistycznego świata", by mieć pretekst do pieczołowitego wskazywania źródeł cytatów i nawiązań). Bohater twierdzi, że zamierza się kierować metodami Holmesa, ale wychodzi to zupełnie nienaturalnie i mało imponująco. Zamiast realnych metod jest garstka cytatów. Zamiast genialnych, błyskotliwych dedukcji - nieśmiałe zgadywanki. Sherlockista doskonale wie, że w dwudziestym pierwszym wieku modne są postaci detektywów-przeciętniaków, ale on osobiście zatrzymał się na jakims innym etapie rozwoju gatunku roman policier i chyba szuka jednak w podobnych książkach momentów podziwu i ekscytacji. Lepiej i ciekawiej poczyna sobie Conan Doyle, ale mozolne, boleśnie nudno realistyczne opisy jego działań, łącznie z próbami politycznie poprawnego opisania myśli konserwatysty, który inwigiluje środowisko sufrażystek byłyby niestrawne nawet bez "Arthura" i "Brama".
Podsumowując, zamiast sięgać po książkę, lepiej posłuchać podcastu, a w nim długiego wywiadu z autorem. Pan Moore na żywo wciąż nie jest interesujacy - ale opowiada wiele ciekawych i sympatycznych anegdot o członkach BSI, którzy pomagali mu w pracy nad książką, w tym o niezastąpionym Lesliem Klingerze i Danielu Stashowerze (specjaliście od biografii ACD). Sherlockista musi tu zaznaczyć, że z rozmowy nie wynika, by BSI krytykowało tę powieść - wręcz przeciwnie, przytoczone reakcje są pozytywne, podobnie jak linkowane wcześniej recenzje. ShK zaczął się nawet zastanawiać, czy nie sprawdzić, co jest na końcu, bo może ostatnie strony rzutem na taśmę ratują tę książkę. Po namyśle jednak postanowił pozostawić to wyzwanie...komuś innemu :) Kiedy Moore wspomina, jak to długo bał się, że nie da rady napisać dobrej książki i życzył sobie, by tematem zajął się ktoś obdarzony lepszym piórem, można tylko przez grzeczność zamilczeć.


---
*Sherlockista, niestety, dał się nabrać, kupił przez pomyłkę obie i tę amerykańską, niemacaną i nietkniętą zamierza wkrótce sprzedać na Allegro za jakieś 40 zł plus wysyłka, ew. odbiór osobisty połączony z sherlockistyczną kawą w Krakowie :) Jak widać z recenzji, nie jest to pozycja, którą szczerze poleci, jednak jeśli ktoś z Czytelników jest zainteresowany i chce sobie wyrobić własne zdanie, to ShK zachęca do kontaktu jeszcze przed aukcją (książka kosztowała go oryginalnie bodaj 13 funtów plus przesyłka).