Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Freeman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Freeman. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 stycznia 2012

Reichenbach Falls - koniec Sherlocka.

[Recenzja najeżona jest spoilerami - jeśli nie widzieliście, nie czytajcie dalej. Poważnie mówię.]

Turner, The Great Falls of the Reichenbach,
płótno odzyskane dzięki nieocenionej pomocy pana Sherlocka Holmesa


To było znacznie straszniejsze niż się spodziewałam. Straszniejsze niż którakolwiek z poprzednich adaptacji Final Problem. Straszne jak coś, co jest zupełnie blisko i zupełnie naprawdę.
ACD, umęczony popularnością Holmesa, usunął go szybko i byle jak. Zadbał tylko o dekoracje - jest efektowny wodospad i mroczny Napoleon zbrodni o nazwisku Moriarty, które w każdym zakątku świata, gdzie dotarła kiedykolwiek łacina, brzmi jak zwiastun śmierci. Intryga FINA to niczym nie poparte wywody o rzekomej "wielkiej organizacji" (którą w działaniu widzieliśmy w VALL, ale w tu Watson już nawet o tym nie pamięta), "pajęczej sieci" (do której, jak się potem okazuje, należy poza szefem dokładnie jedna wybitna jednostka), "geniuszu zła" (którego największym indywidualnym osiągnięciem jest wynajęcie pociągu) i pełna nonsensów akcja, w ramach której Holmes nie rozwiązuje nawet żadnej zagadki. Nie licząc Watsona i paru jego nieśmiertelnych słów, a także przejmującego obrazu smutnego Holmesa, który musi się z nim pożegnać, cały ten wodospad to wielka ściema, która spływa po nas jak po kaczce.
Reichenbach Falls jest jak kokon z pajęczyny, który oblepia nas stopniowo od pierwszych scen, a w finale niemal dusi. Stephen Thompson - ten najmniej sławny, ten, który dał nam do tej pory "tylko" Blind Bankera z poprzedniej serii - postanowił napisać FINA porządnie, tworząc sadystyczny wręcz i przerażająco smutny obraz. Często oglądając "Sherlocka" miałam wrażenie, że przeniesienie historii Doyle'a we współczesność, jakkolwiek błyskotliwe, skutkuje dodatkowym dystansem i ironią, nieobecnymi w wielu prostodusznych ekranizacjach "wiernych epoce". Te wszystkie przeróbki, aluzje, cytaty - jak by nie były genialne, zawsze będą jak perskie oczko puszczone do postmodernistycznego widza.

Reichenbach Falls jest zupełnie na poważnie - i jest opowiadane bezpośrednio nam, bez żadnego mrugnięcia okiem. Zwierz, który jak zawsze celnie zwrócił uwagę na mnóstwo spraw, zauważył też i to: ten odcinek wprost odwołuje się do bolączek brytyjskiej rzeczywistości, z jej absurdami, mitami i lękami. Są tu wszechwładne brukowce, których nieetyczne praktyki zwracają ostatnio coraz więcej uwagi. Nawet Watson ze swoim sławnym ale niezależnym (czytaj: biednym) blogiem jest bezsilny wobec siły rażenia irracjonalnie potężnych mediów i słusznie ostrzega przyjaciela, że te w każdej chwili mogą obrócić się przeciwko niemu. Jednego dnia pstrykają mu setne nieszkodliwe zdjęcie w tej głupiej czapce, wynoszą go na szczyty sławy i nazywają "Reichenbach Hero" (odnalezienie tego obrazu to nie tylko sposób na genialne wprowadzenie do akcji kanonicznego tytułu, ale także, być może zamierzony, piękny ukłon w stronę FINA z Jeremym Brettem).  W kolejnym numerze bardziej opłaca im się zrobić z Sherlocka oszusta, kłamcę i przestępcę. Sherlock naturalnie uznaje, że nic go to nie obchodzi, przecież opinie - opowieści... - idiotów są mu obojętne. To jego pierwszy wielki błąd. Opinie idiotów, pełne wrzasku i wściekłości Super Ekspres i Daily Mail, to życie - nawet najlepszych z nas. A Moriarty już zadbał, by Sherlock dobitnie to zrozumiał.

Są i kody komputerowe, współczesny złoty cielec. Szpitale, banki, muzea, samochody i lodówki rządzone są dziś linijkami zer i jedynek - z jaką czcią patrzymy na tych nielicznych i wtajemniczonych, którzy język ten posiedli i niczym dawni kapłani potrafią czynić cuda za pomocą tajemniczych symboli... Sam Sherlock jest skłonny uwierzyć, że aplikacja z iPhone'a potrafi otworzyć wszystkie zamki świata i wywołać ogólny Armageddon. I to jego druga porażka. Moriarty rzucił mu przynętę - wielką tłustą, efektowną zagadkę, jak mapę z ukrytym skarbem, a Sherlock połknął ją razem z haczykiem. Połknął ją też Mycroft, który, zupełnie wbrew Kanonowi, okazuje się tu najsłabszym ogniwem Sherlocka. On także w pewnym sensie dał się wplątać w wielką ściemę. Jim Moriarty naprawdę umie opowiadać bajki chętnym dzieciom.

I kiedy tak z rosnącym zdziwieniem zdziwieniem i smutkiem patrzymy, z jaką łatwością Moriarty krok po kroku osacza Holmesa i odbiera mu wszystko, opinię, sławę, nazwisko, zaufanie Lestrade'a, lojalność brata, a w końcu nawet wolność, niepostrzeżenie wpadamy w wielką pułapkę zastawioną specjalnie na nas: sceptycyzm, zakorzeniony w kompleksach. Nikt nie może być taki dobry, prawda? W każdym widzu siedzi mały Anderson, który dość już ma upokorzeń. Wydedukował, dokąd zabrano dzieci, na podstawie jednego odcisku buta? Seeeerio? Wypluwa z siebie wszystkie te dedukcje na podstawie jakiejś plamy z keczupu... a my ledwo w ogóle widzimy tę plamę. Czy ktoś nas tu nie wkręca? A współczesny inteligentny widz, który coraz boleśniej uświadamia sobie, jak bardzo i na każdym kroku manipulują nim te straszne wspomniane wyżej media, politycy i reklamy, stawia sobie za punkt honoru, żeby nie dać się wkręcić. I kiedy Moriarty umiejętnie podsuwa oczywiste, sceptyczne wyjaśnienie: Holmes tak błyskotliwie rozwiązuje zagadki, bo sam je wymyśla, a otoczenie Sherlocka rzuca się na nie jak na balsam na zranione ego, wtedy i my, stopniowo, niepostrzeżenie, zaprzeczając głośno, "bo przecież... ale... mówili, że ma być trzecia seria!", zaczynamy zadawać pytania.
W opowiadaniu jest tylko skromna wzmianka o próbach podważenia reputacji Holmesa przez brata Moriarty'ego. W Reichenbach Falls doświadczamy potęgi umiejętnego kłamstwa na samych sobie. 
I to jest przebłysk czystego geniuszu - ale nie najbardziej przejmujący.
Bo przecież skoro cały ten wielki upadek w niesławę, okrutne gry Moriarty'ego i jego domki z piernika to także i w tym FINA tylko wielka bajka dla naiwnych dzieci, to co tu jest w ogóle prawdziwe, co jest rzeczywiste, pod tymi wszystkimi fałszami?
To, co zawsze. Przecież już mówiłam. Watson. I smutny Holmes, który musi się z nim pożegnać.
Jak słusznie prawi Zwierz, Freeman kwalifikuje się do natychmiastowej drugiej BAFTY. Cumberbatch może dostać dwie na raz, bo budował tę rolę przez wszystkie sześć odcinków. Reichenbach Falls miało być o umieraniu - i jest. Bez zdrowego, postmodernistycznego dystansu, bez przymrużenia oka. Jest o ludzkim lęku przed utratą, zarówno kogoś, jak i własnego życia. I, jak jeszcze nigdy dotąd w tej serii, o miłości, w jej szczególnie pięknej odmianie. Więź Holmesa z Watsonem to samo serce Kanonu, bez niej te wszystkie przygody byłyby opowiadankami dla młodzieży o papierowym superbohaterze. Takie miłości są  szczególnie rzeczywiste, bo nie ma w nich amoku samolubnych genów, udawania kogoś, kim się tylko chce być, gierek, ulotnych namiętności, zaborczości. 
I nie ma dla Sherlocka - ale także dla nas - nic prawdziwszego, żadnego solidniejszego punktu oparcia w sypiącej się rzeczywistości niż żelazna lojalność Johna. A najprawdziwszym zagrożeniem jest po prostu śmierć przyjaciela. 
Ostatecznie i naprawdę plan Moriarty'ego opiera się na tym, że Sherlock jakoś w ciągu tych sześciu opowieści rzeczywiście stał się człowiekiem. Moriarty - czy już wspomniałam, że dla Scotta też BAFTA? - z człowieka przemienił się w pająka.
Ostateczny pojedynek między nimi byłby żywcem wyjęty z Kanonu, gdyby nie to, że Doyle nie zadał sobie trudu, by go bezpośrednio opisać. Watson odesłany pod byle pretektem. Niebezpieczna wysokość. Wojna nerwów szaleńca z socjopatą. I chociaż pozornie wydaje się, że sytuacja jest odwrócona, bo w tym FINA to Holmes został przyparty do muru, nadal to Moriarty ma mniej do stracenia.
I jeszcze jeden błysk najprawdziwszego geniuszu: cały ten Napoleon zła przegra ostatecznie, bo dopadnie go zemsta byłej.
Wierna Molly, której Sherlock nie docenia prawie do samego końca, która z wyjątkiem przeprosin nie usłyszała od niego jednego ludzkiego słowa, jest - i to właśnie dzięki temu! - jego jedynym sposobem na przetrwanie. Nie wiemy jeszcze, jak dokładnie twórcy rozwiązali odwieczny problem z FINA/EMPT (problem brzmi: "to nie trzyma się kupy!"), ale pomysł, by wielkiego Holmesa przed wielkim Moriartym ocalił największy kopciuszek całej serii szczerze mnie pewnie wzruszy, kiedy już znajdę na niego miejsce pośród wszystkich innych emocji.
To, co było do przewidzenia, pierwszy odcinek tej serii, który odebrałam bezpośrednio i osobiście - nie tylko na metapoziomie, "bo to taki wspaniały Sherlock", "bo to jest tak dobrze zrobione". Ten jest zresztą być może skonstruowany jeszcze doskonalej niż poprzednie, w czym niebagatelną rolę odegrała pewnie świetna muzyka. Ale też to pierwsza historia, w której błyskotliwe pomysły na uwspółcześnienie, zagadki i świetne dialogi zeszły w moich oczach na drugi plan. Po raz pierwszy bałam się i smuciłam naprawdę.
Jeśli coś mi się nie spodobało, to jedno: ostatnie ujęcia, z Sherlockiem przyczajonym na cmentarzu. Ale nie wiem, czy nie spodobało mi się to dlatego, że wolałabym, by jeszcze poudawali, że trzymają nas w niepewności - czy też po prostu nie da się po ostatniej scenie znieść myśli, że Watson został oszukany.
I ten smutek też jest prawdziwy.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

"Hounds of Baskerville". Wierny "Pies..."!

To był najlepszy, jak dotąd, odcinek z obu sezonów "Sherlocka" BBC - a to pewnie będzie moja pierwsza opinia o tym wspaniałym serialu, która wywoła kontrowersje.
Czytałam* już sporo komentarzy w rodzaju "nie no, w sumie też fajne..." i zupełnie im się nie dziwię. W kategorii "film detektywistyczny dla szerszej publiczności" żaden "Pies..." nigdy nie będzie miał szans w pojedynku z dynamicznymi mieszankami kryminałów, szpiegowskich intryg i pojedynków z kultowymi postaciami Holmes-świata.

Ale ja nie jestem normalną publicznością, tylko maniaczką Sherlocka Holmesa, a to jest to najwspanialszy "Pies..." w historii wielkiego i małego ekranu. Co prawda, konkurencja imponuje raczej ilością (Rathbone, 2 Cushingi, Brett, Frewer, Roxburgh, 5 innych, o których akurat zapomniałam i 20, o których w życiu nie słyszałam i pewnie nie chciałabym słyszeć) niż jakością, ale właśnie dlatego osiągnięcie Gatissa zupełnie poważnie odebrało mi oddech. Tego się nie da dobrze zekranizować. Holmesa przez większość czasu nie ma. Bagno jest wdzięcznym obiektem romantycznych opisów Watsona, ale na ekranie wygląda potem jak mało ekscytujące błocko. Potwór jest z gatunku takich, które straszne są głównie wtedy, gdy wyobrażamy je sobie przy lampce nocnej. Pokazany - wypada żałośnie. Intryga jest nawet niezła, ale po stu latach już wszyscy wiedzą, jak to było. No i, serio, kto w XXI wieku przestraszy się "śladów wielkiego psa" ?!
Nie wiadomo, skąd Gatiss wziął odwagę, żeby mimo wszystko zmierzyć się z HOUN - ale za to, co z nim zrobił, mogę mu od dziś codziennie osobiście pastować buty. 
Wiadomo tylko, że jako holmesolog musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tych starych kłopotów i pewnie dlatego z nadludzką zwinnością udało mu się ominąć wszystkie bagienne pułapki - choć musiał wprowadzić do akcji również inne zwierzęta...




SPOILERY. DUŻE!



Holmes wyjeżdża i ludzie się nudzą, patrząc na Watsona? A czemu nie miałby wygłosić cytatu z Kanonu o ważnych sprawach i wysyłaniu Watsona, a potem przestać się wygłupiać? Bagno jest nudne? Zróbmy z tego las z czarcim jarem i autentyczne pole minowe przed wojskową bazą. Na pewno nie będzie mniej nastrojowo (oj, nie jest!). Potwór straszy tylko w wyobraźni? To niech i tam pozostanie! Pokażmy strach, pokażmy terror, pokażmy szaleństwo... ale pamiętajmy, że, jak powiedział Brett-Holmes w Eligible Bachelor, "there are no such horrors as the horrors of the mind". To nie jakiś kundel przyprawia ludzi o obłęd ze strachu, tylko ich własny umysł, poddany eksperymentom. Co więcej: to jest sam Kanon. Przecież ACD sugerował wyraźnie, jak ważną rolę odgrywało bezustanne podsycanie lęku Baskerville'ów przed starą legendą. Pamiętają, że to Stapleton? To niech tym razem nazwisko to nosi bezwzględna morderczyni fosforyzujących królików. Kanalią będzie kto inny. Nie będą się bali "śladów wielkiego psa", już choćby dlatego że samo zdanie "Mr Holmes, they were the footsteps of a gigantic hound" (ukochany przez sherlockistów cytat wszechczasów) brzmi dziś staroświecko? Obróćmy słabość w siłę. Niech Sherlock się nim zachwyci. Niech każe je powtórzyć - tu holmesiści będą już autentycznie ryczeć z zachwytu. Niech z jego powodu postanowi zająć się tą sprawą i niech wreszcie to właśnie zdanie i ten staroświecki "Hound" stanie się kluczem do całej, upiornej intrygi. Paradoksalnie niemal: o wiele bardziej realistycznej niż w dotychczasowych odcinkach. Podobne - koszmarne -  badania naprawdę miały miejsce. Ludzie naprawdę próbują zmajstrować fosforyzujące króliki. I gdyby tylko ktoś w jakiejś zabitej dechami dziurze zwęszył szansę na znęcenie turystów legenda o koszmarnym pas-kundlu, to z całą pewnością następnego dnia pierwszy dostępny, szczekający czworonóg zostałby ucharakteryzowany na potwora Frankensteina i byłby pokazywany za odpowiednią opłatą.



KONIEC SPOILERÓW

Efekt? "Hounds of Baskerville" są zarazem jedną z najwierniejszych i jedną z najśmielszych ekranizacji HOUN. Ale ten film, w odróżnieniu od innych "Psów...", ogląda się w napięciu od początku do końca.
"Psy..." Gatissa podobały mi się najbardziej ze wszystkich tych BBC-perełek także dlatego, że to "najprostszy" epizod. Nie ma tu, jak zauważył także Zwierz (którego recenzję podlinkuję jeszcze raz na końcu - nasze wrażenia były pod wieloma względami identyczne!) typowych dla Moffata fajerwerków i fabularnych efektów specjalnych. Tej prostoty, charakterystycznej dla opowiadań naszego kochanego Doktora, chyba trochę mi brakowało w porzednich odcinkach, które są takie nowoczesne, zamotane, szybkie, pękające od wątków i wymyślnych dialogów. Może się starzeję, ale potrzebuję więcej czasu na pełne przeżycie emocji i wejście w historię. Tu, na przykład, znalazło się dość scen, by wspaniale dawkować napięcie w wątku biedaczka Henry'ego, czyli naszego kochanego Alonsa (patrz: przedostatni post z przypisem). Jeszcze nigdy przedtem autentycznie nie bałam się o tego bohatera HOUN.
"Psy..." dają także Sherlockowi i Johnowi troszkę więcej czasu na świadome rozwijanie ich relacji. Tym razem zresztą i Cumberbatch i Freeman dostali wielkie pole do aktorskiego popisu i oni już wiedzieli, jak je wykorzystać.



MAŁE SPOILERY

Sherlock jest wspaniały w scenach manii i paniki. To po prostu on, Holmes z Kanonu, na drugim biegunie depresji (w sprawie Holmesa-ChADowca więcej w postach oznaczonych tą etykietą). Zakrwawiony, z harpunem w ręce, rozdygotany, wściekły, błagający o sprawę, o jakikolwiek ochłap, który mógłby cisnąć na pożarcie swojemu rozszalałemu umysłowi. Nie: podekscytowany. Nie: zabawnie gadatliwy, jak Downey. To jest prawdziwa mania, gonitwa myśli, nieznośne, wyczerpujące, pożerające napięcie.
I to jest prawdziwe przerażenie. Mało kto pokazał nam kiedykolwiek porządnie przestraszonego Holmesa, prawda? A to jest przecież - tak jak w Kanonie! - opowieść, w której Sherlock przez cały czas walczy o odzyskanie kontroli, nad przestępcą, ale i nad sobą. Jest poza swoim naturalnym środowiskiem - Londynem - i mierzy się ze sprawą, którą ze wszystkich sił stara się wyjaśnić w racjonalny sposób. Holmes nie może sobie pozwolić na najmniejsze zwątpienie w światło rozumu (i zdrowego rozsądku), to byłby jego koniec. Cumberbatch pokazuje nam to wstrząsająco dobitnie. Co ciekawe - i wspaniałe - wydaje się, że wizja utraty przyjaźni Watsona wywołuje w nim podobną panikę. Przez moment Sherlock chwyta za serce swoją nieporadnością w relacjach międzyludzkich... ale po chwili znowu wkurza bezczelnym eksperymentem na przyjacielu. Cały Holmes.
Watson... Watson nigdy nie był lepiej napisany ani zagrany. U Zwierza znajdziecie - między innymi - wspaniały gif, który pokazuje, jak nasz doktor potrafi przeobrazić się nagle w wysokiego rangą oficera. Potrafi też pięknie się fochać, z cudownym dystansem podchodzić do narcyzmu Sherlocka, z troską - do jego szaleństwa no i, co najważniejsze, jest wymarzonym partnerem. Każdy sherlockista zachwycony będzie sceną przeniesioną prosto z BLUE, w której Holmes usiłuje wyłudzić informacje pod pretekstem lipnego zakładu, a Watson musi błyskawicznie odnaleźć się w tej sytuacji.

KONIEC MAŁYCH SPOILERÓW

A na sam koniec: to, że nie było fajerwerków, nie oznacza, że brakowało charakterystycznych dla tej serii smaczków. Niezapomnianych min Mycrofta. Scen, w których fan Sherlocka wyraża rozczarowanie, że detektyw nie ma "tego kapelusza"... Korespondencji od niedoszłych klientów. Fantastycznych dedukcji, których, co naprawdę zadziwiające, twórcy w ogóle nam nie żałują. Jeszcze nigdy nie było takiej ekranizacji Sherlocka, w której włożono by tyle pracy w dopieszczanie jego rozumowań...
Nie chcę kończyć tej recenzji. Nie chciałam, by kończył się ten cudowny, najlepszy z możliwych HOUN, przedostatni już odcinek w króciutkim sezonie "Sherlocka".
A już na pewno nie chcę oglądać tego, TEGO Watsona, gdy dowie się, że Holmes spadł w otchłań Reichenbach.

Możemy się pocieszać, że "pewnie kiedyś zrobią następny sezon", że "można obejrzeć przecież inne EMPT". Za tydzień czeka nas emocjonalna jatka.


---
*Stali Czytelnicy pewnie są zdziwieni, skąd ten pierwszosobowy coming out Sherlockisty. To proste: szykuję uroczysty nastrój przed recenzją z "Reichenbach Falls". Przecież nie napiszę "Sherlockista się zryczał"!

czwartek, 8 grudnia 2011

Z ostatniej chwili! Premiera Sherlocka 2 w BBC!

W NOWY ROK :)))!!!


A Scandal in Belgravia na początek roku 2012 - to chyba musi być wspaniały rok. Oznacza to również, że, by trzymać się metod legalnych, osoby z brytyjskim IP będą pewnie mogły obejrzeć to nowe cudo jeszcze tego samego dnia lub następnego. 
Sherlockista jest podescytowany tą informacją do nieprzytomności także dlatego, że na fan-stronie, Sherlockology ukazała się wolna od spojlerów recenzja nowego odcinka Sherlocka. I po prostu pęka od zachwytów. Naturalnie ekipa Sherlockology jako oficjalny fanklub produkcji BBC, który w dodatku robi na tym fakcie kasę ;) nie jest obiektywna w sądach, ale ShK myśli, że gdyby nie byli zachwyceni, to nie byliby zdolni piać z rozkoszy na temat aktorów, scenariusza, aluzji i nowej obsady... Podobno, mówiąc w skrócie, wszystko jest jakimś cudem jeszcze lepsze, nawet Moffatt i Martin Freeman, w co Sherlockista po prostu nie potrafi uwierzyć. Z dostępnego streszczenia wiadomo, że będzie chodziło o szantaż grożący kompromitacją brytyjskiego rządu, że będą bardzo poważni agenci i superwyrachowana Irene Adler. I zobaczymy to wszystko już tak niedługo...
Cudownie.

UPDATE! 
Okazuje się, że DVD też dostało gwałtownego przyspieszenia i ma wyjść jeszcze w styczniu! Nasz arsenał legalnych środków, żeby to SZYBKO zobaczyć wspaniale się właśnie rozrósł!

piątek, 9 września 2011

Martin, Benedykt, zrzędy i dźwięki.

Dziś tylko okruszki - a dla lepszego smaku, niech będą to okruszki z urodzinowego tortu Martina Freemana. Kończy (właściwie to wczoraj skończył, bo jest już po północy) 40 lat!
I na pewno co najmniej 3 osoby upiekły/zamówiły mu dokładnie taki tort:

(Trzeba by tylko zmieścić "Martin" zamiast "Bob" - chętni po konsultacje w tej sprawie mogą się udać do autorki).

Kompan Martina, Sherlock-Benedict C. jakiś czas temu udzielił wywiadu Guardianowi, ale jest on niestety (nie Guardian i nie Benedykt tylko ten akurat wywiad) koszmarnie nudny. Dotyczy głównie kostiumów, ciuchów i współpracy na planie Tinker Tailor Soldier Spy. Właściwie najlepsze są te fragmenty, które dziennikarka dodaje od siebie, między innymi sugestywnie opisując dreszcze emocji, o jakie przyprawiła ją propozycja, by dzielić z Cumberbatchem torebkę herbaty. Możemy się też dowiedzieć, że Benedict jest chwilowo singlem, ale to nie dlatego, że nikt płci żadnej nie zasłużył sobie na jego afekt ale chyba, po prostu, wsiąkł w jakiś paskudny pracoholizm. Wreszcie, jest przebrzydłym pieszczoszkiem z wyższych sfer i jak przystoi takowemu w XXI wieku podkreśla, jak wielkie spotkały go przywileje, ale zarazem daje wyraz zdrowemu obrzydzeniu na myśl o ulicznych burdach i złodziejaszkach plądrujących Londyn. Poza tym chce mieć dzieci i zagrać kogoś w rodzaju Jamesa Bonda. Trzymamy kciuki. Całość - tylko dla naprawdę wielkich wielbicieli Cumberbatcha lub ciuchów męskich - tu.

A zrzędy odezwały się w Telegraphie, Guardianie i pewnie tysiącach innych miejsc, do których się Sherlockiście nie chce zaglądać, bo źli ludzie przyszli i niszczą kulturę ebookowego czytelnictwa. Niszczą ją, o zgrozo, posługując się do tego celu Kanonem (dobór narzędzia zagłady nie jest przypadkowy: opowiadania o SH od zawsze przegrywają  pierwsze miejsce na liście ściąganych darmowo ebooków tylko z Kama Sutrą). A mianowicie: dodali - o podłości! - efekty dźwiękowe (teraz Czytelnicy rozumieją już zapewne, czemu jednak Holmes a nie zwycięzca rankingu, udźwiękowienie tej ostatniej pozycji mogłoby być dość kontrowersyjne...). I teraz felietoniści działów kultury i oświecenia gazet wszelakich mogą ubolewać, jak to grzmoty burzy i trzaski gałęzi gwałcą im magię elektronicznej lektury i mordują wyobraźnię. Co gorsza, zachodzi podejrzenie, że ludzie będą teraz bezczelnie odpalać takie grzmocące ebooki w pociągach. I wyobraźmy sobie tylko - my tu właśnie czytamy, jak Holmes ubija nakrapianego węża w SPEC, a tu tymczasem z siedzenia naprzeciwko "jebudu" sztormu, w którym zatonęła "Lone Star"...
(Niech nas nie zwiedzie uroda samej wizji przypadkowego spotkania dwóch Sherlockistów w jednym przedziale!)
Sherlockista oczywiście trochę tu przesadza i jakoś tam kątem duszy rozumie sentymenty konserwatystów. Ale zarazem okropnie go takie jojczenie irytuje. Jak podejrzewa, efekty dźwiękowe będzie można wyłączyć, to raz. O założenie słuchawek upierdliwego współtowarzysza podróży można poprosić. A wyobraźnię - tu Sherlockista zupełnie nie jest pewien - ale chyba nie każdy ma aż tak kruchą i wymagającą ochrony. ShK osobiście był kiedyś potężnym molem książkowym (teraz jest umiarkowanym) i to z kształconym muzycznie uchem, ale nigdy aż tak sobie znowu plastycznie, indywidualnie i niepowtarzalnie tych wszystkich sztormów, szumów i kroków nie wyobrażał. Kiedy po raz pierwszy dostał do ręki brytyjskie audiobooki, aktorsko odczytane i podrasowane odrobinę muzyką to z wrażenia umarł, z zachwytu padł, kasety na śmierć zajechał i zakochał się na amen w odczytywanych na nich książkach. Tak tak, dobrze się Czytelnicy domyślają, był to naturalnie Kanon, czytany przez Davida Timsona... (Potem był już udramatyzowany Kanon BBC i Bert Coules, a stamtąd to już naprawdę z górki pomknął ShK do w stronę holmesoholizmu, Sherlockianów, niespania po nocach z powodu plotek z planów, etc.). Samo zatem połączenie książki i dźwięku wydaje mu się przeto nie tylko niezwykle naturalne, ale wręcz pożądane, podobnie jak łączenie tekstu i obrazu. Nikogo jakoś specjalnie nie oburza, kiedy spomiędzy genialnych opisów ACD wychynie niekiedy grafika Pageta. I chyba nie zabija to naszej zdolności do obrazowania sobie skrzydlatych słów Watsona przed oczami dusz naszych.
Już na koniec, doda jeszcze Sherlockista, że od dawna żywi podejrzenie, że z tą wyobraźnią i wartością książek jako jej stymulatorów, to sprawa jest mocno szemrana. Po pierwsze, dlaczego właściwie zdolność do przekładania słów na konkretne wyobrażenia dźwięków i obrazów miałaby być w ogóle dla nas aż tak cenna? Nawet, gdyby kolejne pokolenia, chowane w o wiele większym stopniu na filmach i serialach, nie wspominając już o tych straszliwych udźwiękowionych ebookach, częściowo zdolność tę zatraciły, to w czym byłyby od nas gorsze? Po drugie zaś, Sherlockista wyzna, że może świadczy to o nim zupełnie fatalnie i nikt, kto przeczyta tę notkę nie powie mu więcej "cześć" na ulicy, ale osobiście wcale nie tak często czerpie z tego "wyobrażania sobie opisów" jakąś wielką przyjemność. Z wyjątkiem skrajnych przypadków - dpbrej prozy artystycznej, celowo pobudzającej zmysły, egzotycznej, pachnącej i dźwięcznej, poezji, Schulza, który jest poza wszelkimi ramami, i innych podobnych skarbów - czyta książki bezczelnie i wyłącznie dla dobrych, poruszających historii. I nie odczułby jakiejś straszliwej krzywdy, gdyby pod Watsonowe "wiatry wyjące jak dzieci w kominie" barbarzyńca-ebookowiec podłożył stosowny o dreszcz przyprawiający efekt, przeciwnie, pewnie bawiłby się jeszcze lepiej, mogąc jednocześnie wzruszyć się piękną angielszczyzną, poczciwym Watsonowym porównaniem i mrożącym krew w żyłach wiatrem. Ci, którzy jak Sherlockista, najbardziej lubią dobre historie, chyba polubią też ebooki w wersji "plus audio".

czwartek, 11 sierpnia 2011

O tym, że wszyscy mamy wakacje...

... Sherlockista, bo nawet jak wyjeżdża, to i tak nic się właściwie nie dzieje.
Ekipa Sherlocka BBC też ma wymuszone wakacje, bo w Londynie są zamieszki, przez co trzeba było przerwać zdjęcia.
Tylko Cumberbatch ponoć szykuje się z entuzjazmem do wystąpienia w życiowej roli smoka Smauga w ekranizacji Hobbita - chociaż jego wypowiedzi na temat przyjemności płynących z wiązania nóg do roli gada traktuje ShK jednak z przymrużeniem oka.
Do wspomnianej ekipy dołączyła tymczasem Lara Pulver obsadzona - tak, o tak! - w roli Irene Adler. Sherlockista jest bardzo ucieszony tym wyborem, bo chociaż nie widział rzeczonej ani w Robin Hoodzie BBC ani w True Blood, to jednak jest to laureatka kilku nagród teatralnych i kobieta o inteligentnej i myślącej twarzy. A to w wypadku Adler najważniejsze (na marginesie: zdaje się, że w kwestii "THE Woman" mamy wśród Czytelników Sherlockianów zupełnie wyjątkową zgodę :), a przynajmniej wynika tak z dyskusji pod poprzednią notką oraz, naturalnie, samej notki).
Oto i Adler AD 2011, bohaterka A Scandal in Belgravia:
Pod nieobecność Sherlockisty serwisy obiegły alarmistyczne wieści o przesunięciu premiery Sherlocka BBC (2) na rok 2012 ale dotyczyło to amerykańskiej telewizji PBS. BBC faktycznie stwierdziło, że z powodu napiętego grafiku Martina Freemana, naszego Hobbita, przedłuży się proces produkcyjny drugiej serii Sherlocków, ale emisja powinna nastąpić jeszcze w roku 2011. O ile oczywiście całego tego misternego planu nie zburzą wspomniane wyżej zamieszki...
Na pocieszenie, nic już chyba nie zatrzyma premiery Tinker, Tailor, Soldier, Spy, ekranizacji szpiegowskiej powieści Johna le Carre*, w której, obok plejady gwiazd z Garym Oldmanem i Colinem Firthem na czele, wystąpi również BBC-Sherlock, Benedykt. Dla zainteresowanych całkiem zachęcający trailer tego ostatniego filmu, z Cumberbatchem w wersji złocisty blond:







Wreszcie, na sam koniec, kolejne gratulacje dla twórców pierwszej serii: zdobyła ona nagrodę za "Outstanding Achievement in Movies, Miniseries and Specials" (czyli po prostu wygrała w kategorii filmy, miniseriale i odcinki specjalne) od TCA (Television Critics Association).
Jako że w ten sposób stworzył się Sherlockiście zgrabny bloczek informacji na temat BBC-Sherlocka, inne drobne doniesienia pojawią się w odrębnym poście. Stay tuned :)

---
"szpiegowska powieść Johna le Carre" to brzmi trochę jak pleonazm, prawda?

wtorek, 26 lipca 2011

O tym, że nie należy przegapiać tego, czego nie ma, poza tym nie ma: zdjęć z planu BBC, powodów do obaw o Freemana oraz ratunku dla Sherlockisty

Jednym z ukochanych i najbardziej znanych, a przy okazji, o dziwo, serio kanonicznych (w odróżnieniu od "Elementary...") dialogów z udziałem Holmesa jest niewątpliwie ten z SILV. Holmes podkreśla, że ważnym tropem jest dziwne zachowanie psa w noc zbrodni, a kiedy słyszy zdziwioną uwagę inspektora, że "przecież pies nic nie zrobił", odpowiada legendarnym "and that was the curious incident". Fraza "Curious Incident of the Dog in the Nighttime" doczekała się nawet własnej książki, której została tytułem.

Właśnie tę frazę wzięła też na warsztat autorka pierwszej części obiecującego cyklu "lekcje Sherlocka Holmesa" ze strony bigthink.com  w swoim artykule poświęconym wskazówkom, które możemy z Holmesa wyciągnąć, by zacząć w końcu aktywnie obserwować świat wokół nas, a nie tylko "widzieć", czyli bezrefleksyjnie przyjmować serwowaną nam papkę.
Bardzo zgrabnie pokazuje, jak zasada zwracania uwagi na to, czego nie ma, może nam pomóc wyślizgnąć się z macek marketingowców, którzy sztucznie dobierają nam informacje i ograniczają wybór a także to, że często niezrobienie niczego - jak pies, który nie ostrzegł właścicieli przed włamaniem - też w istocie jest decyzją i działaniem. Pies mógł zaszczekać, ale nie zaszczekał, bo znał włamywacza.
Wśród filozofów nauki nie ma zgody co do tego, czy należy uznawać tak zwane przyczyny negatywne, czyli niezajście pewnych okoliczności za zdarzenia w ogólności a przyczyny w szczególności (na przykład, czy przyczyną pożaru może być fakt, że w pobliżu nie było Sherlocka Holmesa z wiadrem wody? a czy przyczyną wypadku na przejeździe nie był fakt, że w pobliżu nie było dróżnika?). W wyjaśnianiu zjawisk i w indukcyjno-dedukcyjnej metodzie Holmesa to, co się nie zdarzyło niejednokrotnie odgrywa równie ważną rolę. A w życiu Sherlockisty to, że uroczy pan sprzedający mu internet nie powiedział, że bez ostrzeżenia internetu może nie być, za to ShK dowie się, że z powodu braku działań zerwał swoją umowę i otrzyma za to straszliwą karę - na której temat również żadnych informacji też nigdzie na wierzchu nie widać odegrało ostatnio rolę dość bolesną. Po pierwsze, ma utrudniony dostęp do Sherlockianów i materiałów. Po drugie, kto jak kto, ale ShK, który SILV, także z uwagi na piękną ekranizację z Brettem, wręcz uwielbia, mógł o tym wymownym nieszczekaniu psa pamiętać...
___
Dalej będzie już krótko, bo niczego nie ma, jak u Kononowicza :)
Zdjęć z planu Reichenbach Falls nie ma, bo są zupełnie nieciekawe - Cumberbatch jest ładnie ubrany w fioletową koszulę i granatowy szalik, Lestrade ma urocze okularki, które pożycza też uśmiechniętemu Hobbitowi Watsonowi, ponadto widać dobrze już nam znany plan na Baker Street... - to wszystko razem nie jest warte zachodu z pożyczaniem/bezczelnym łupieniem cudzych fotografii. Mnóstwo takowych można obejrzeć na przykład tu, jeśli ktoś jest bardzo ciekawy ;), a podrasowane i skoncentrowane na Sherlocku znaleźć można na bardzo sprytnej fan-stronie Cumberbatcha.
Nie ma też powodów do obaw o Freemana - a konkretnie obaw wysłowionych przez Fandorina w komentarzu pod ostatnim postem  (że zrzucą Cumberbatcha z wodospadu, bo nie będą mieli jak kręcić kolejnych sezonów z powodu Hobbita) :) Nie tylko pozwalają Freemanowi grać na dwa fronty, ale jeszcze wykorzystują ten fakt, żeby Jakcson (szef Hobbita) mógł sobie zrobić przerwę i skoczyć do San Diego (gdzie odbył się Comic Con i gdzie jest fantastyczne zoo, w którym można obserwować na żywo słonie przez kamerkę - ShK nie mógł sobie odmówić). Jeśli ubiją Sherlocka, to nie z powodu jakichś maluchów z owłosionymi stopami.
Na koniec - żeby nie było, że nie ma w poście nawet wszystkiego tego, czego miało nie być zgodnie z tytułem - nie ma nadziei dla Sherlockisty bo wiedziony uwielbieniem dla Moffata i Gatissa postanowił wreszcie obczaić to, z czego panowie ci byli znani w Wielkiej Brytanii wiele lat przedtem, zanim zrobili nam nowego, fantastycznego Sherlocka. O tak, Sherlockista wsiąkł w Doktora Who... I tak, jest dokładnie tak uroczy i wspaniały, jak można by tego po Moffacie i Gatissie oczekiwać. Problem w tym, że jest to serial, który wychowuje Brytyjczyków od lat kilkudziesięciu, odcinków ma około 800 i Sherlockista musi dokonać dość poważnego przeorganizowania swojego życia, by to wszystko teraz ogarnąć. Takiej TARDIS po prostu, potrzebuje... (zwróćmy uwagę, że TARDIS, chociaż na skutek awarii aparatury maskującej "utknęła" w postaci granatowej budki policyjnej z lat sześćdziesiątych, nigdy nie bywa przez ludzką rasę zauważana - a gdy Doktor wyrzeka na nasze gapiostwo brzmi zupełnie jak Holmes margający na Watsona, który widzi, ale nie obserwuje...).
Można w każdym razie oczekiwać, że na Sherlockianach wzmianki o Doktorze traktowane będą od tego dnia nieco poważniej niż dotąd.

czwartek, 26 maja 2011

Freeman o gejowskim Sherlocku, Cumberbatch w Hobbicie i jeszcze o walce...

Nasz obsypany nagrodami Watson, Martin Freeman, po raz kolejny zdradził w wywiadzie, co jest najważniejsze w BBC-Sherlocku i Sherlockista nie może sobie odmówić, by po raz kolejny nie napisać, że uważa to za sekret każdej, absolutnie każdej i bez miejsca na wyjątek dobrej adaptacji Kanonu (a także każdego filmu/książki/słuchowiska z gatunku "na motywach", każdego inspirowanego fanfiku i w ogóle każdej produkcji, która w napisach końcowych chce chociażby napomknąć, że scenariusz kiedyś został na chwilę zostawiony w tej samej toalecie, w której bywa czasem jakiś czytelnik ACD). Ten sekret to oczywiście skupienie się na relacji Holmesa i Watsona, pokomplikowanej, niejednoznacznej, głębokiej, rzadkiej i zachwycającej.
To, co zostało z tego oświadczenia w mediach to naturalnie to, że Freeman mówi, że "Sherlock" BBC jest bardzo gejowski i sporo w tym prawdy i sporo też niepotrzebnego uproszczenia (Sherlockistę trochę to drażni, kiedy przyjaźń wszechczasów w pewnym sensie "wyjaśnia się" ewentualnym pociągiem seksualnym czy namiętnością o charakterze romantycznym, chociaż było w niej chyba wiele ciekawszych aspektów - ale nie zamierza tu po raz kolejny wracać do tematu, który omówił już kiedyś szeroko).
W każdym razie Freeman wydaje się zupełnie z Sherlockistą zgadzać. "Dla nas wszystkich to jest historia miłosna. Nie zwykła love story, ale opowieść o ludziach, którzy się kochają. Chociaż ten związek bywa trochę dysfunkcyjny, to jednak razem dają radę" - powiedział, a ShK chciałby, żeby przyszli adaptatorzy Sherlocka powiesili sobie te słowa nad łóżkiem.

W tym kontekście, a także w kontekście BAFTA-wywiadu Freemana, w którym ten podkreślał, jak wspaniała chemia połączyła go od razu z Benem Cumberbatchem, trochę zabawnie jest pomyśleć, że nasz Sherlock prawdopodobnie dołączy do swojego Watsona na planie "Hobbita". Zdaje się, że miała to być tajemnica i że w tej sytuacji producenci chcą przynajmniej utajnić to, jaką dokładnie rolę dostanie "urodzony Holmes" (cyt. za: Martin Freeman). ShK wyzna, że nie może się doczekać, by zobaczyć takiego małego, przysadzistego Watsona z wielkimi, owłosionymi stopami w otoczeniu trzynastu krasnoludów i bardzo ciekawi go, jaki los czeka dumnego Sherlocka...
...a czy ShK nie zapomniał przypadkiem wspomnieć, że do ekipy Hobbita dołączył też najwspanialszy pod słońcem przyszły Mycroft Stephen Fry (z Sherlocka 2 Ritchiego)? Zapowiada nam się fuzja fandomów, z której to okazji Sherlockista oficjalnie otwiera etykietę "Hobbit" ;)

Oto 221B Baker Street po gruntownym remoncie:



A na koniec, dla zainteresowanych sztukami walk i Sherlockiem (dłuższa notka o baritsu/bartitsu do przeczytania tu), link do krótkiego editoriala na temat Wing Chun, ulubionej sztuki walki Roberta Downeya Jr., który wykorzystuje ją także w "Sherlocku". Ponoć to ona dała mu siłę w walce z uzależnieniami. Wing Chun to odmiana kung fu, którą reklamuje się jako połączenie naukowego podejścia (pamiętamy, jak Sherlock-Downey "dedukował" efekty każdego ciosu?) i wielu technik zadawania ciosów w obronie własnej lub kogoś innego. Podobnie jak inne wschodnie sztuki walki, Wing Chun to nie tylko seria chwytów przydatnych bójce, ale także sposób na zmianę podejścia do życia i mierzenie się nie tylko z czysto fizycznymi wyzwaniami.

poniedziałek, 23 maja 2011

Dwie radosne informacje dla odmiany :)

Wczoraj, 22 maja, miała miejsce pierwsza wspaniała rocznica tego, jak Sherlockista przegapił ostatnie urodziny samego ACD. Dla uczczenia tego wydarzenia, ShK przegapił je po raz kolejny. Nasz największy dobroczyńca, bez którego być może nigdy nie poznalibyśmy Sherlocka Holmesa (i to niezależnie od tego, czy wierzymy, że faktycznie był autorem Kanonu czy też tylko agentem literackim Watsona), przyszedł na świat 152 lata i jeden dzień temu (22 maja 1859 roku) w Edynburgu.
Specjalnie dla ACD (o którym więcej ShK na razie nie pisze, bo napisze wkrótce przy okazji dawno obiecanej recenzji pewnej książki o nim) wiktoriańskie cytrynowe ciasteczko, które ukradł Sherlockista z fantastycznej strony Victoriana.com :

(na wspomnianej stronie można znaleźć przepis, pochodzący z książki kucharskiej z 1860 r.)

---

A druga radosna informacja to podwójny triumf "Sherlocka" BBC na rozdaniu nagród BAFTA. Od razu widać, że Czytelnicy - zgodnie z zapowiedziami - naprawdę kibicowali :)
Martin Freeman, nasz wspaniały Watson, wygrał nagrodę za drugoplanową rolę męską - tu można wysłuchać jego przemowy, w której ku zachwytowi widowni wyznaje, że niczego innego się nie spodziewał ;) a także późniejszego wywiadu (uwaga, na koniec Freeman skarży się, że nie ma jak świętować, bo następnego dnia - czyli dziś! - kręci w Walii kolejnego Sherlocka :) ).
Sporo ciepłych słów poświęcił Freeman Cumberbatchowi, który niestety nagrody nie dostał, a także producentom, uhonorowanym całkiem zasłużoną BAFTĄ za całość. Króciutki wywiad z Gatissem, Moffatem i paniami Vertue można zobaczyć tu.
Gratulacje i chcemy więcej!

poniedziałek, 2 maja 2011

BAFTA - kibicujmy BBC-Sherlockowi!

British Academy of Film and Television Arts to solidna instytucja, której statuetki są obiektem pożądania wielu brytyjskich twórców. W tym roku trzymamy kciuki, oczywiście, za "Sherlocka", który podobał się chyba wszystkim, Czytelnikom, Sherlockiście, Holmesologom wszystkich krajów i zupełnym laikom lubiącym dobre seriale.
- Odtwórca głównej roli, Benedict Cumberbatch został nominowany w kategorii aktor pierwszoplanowy.



- Znakomity Watson (prywatnie Hobbit), Martin Freeman ma szansę na nagrodę do pary (w kategorii aktor drugoplanowy).



                                                               (to nie jest zdjęcie z planu ;))
- A wspaniali scenarzyści i producenci (prywatnie prawdziwi sherlockiści), często w tym blogu cytowani Mark Gatiss, Steven Moffat, żona jednego z nich (ShK zawsze myli się, którego ;)) Sue Vertue i Beryl Vertue mogą i ze wszech miar powinni zgarnąć nagrodę za całokształt "Sherlocka" (w kategorii serial).



Sherlockista darował sobie wypisywanie konkurentów, bo odnosi wrażenie, że (może z wyjątkiem Doctora Who) są słabo w Polsce znani, ale ciekawych odsyła na stronę BAFTA.
Ceremonia odbędzie się 22 maja, nagrody zostaną ogłoszone tydzień wcześniej.
P.S. Chętni i wielbiciele mogą też zacisnąć jakiś wolny palec za Stephena Fry'a (przyszłego Mycrofta i znanego holmesistę, który zasłużył się już dla Czytelników Sherlockianów). Został nominowany w kategorii Entertainment Performance za "QI" (to również program kanału BBC One).

niedziela, 24 kwietnia 2011

O czym będzie druga seria Sherlocka BBC!!?!

Czyli obiecana wczoraj wstrząsająca notka wielkanocna.
Sherlockista chyba żył gdzieś w puszczy pod kamieniem, bo nie dotarły do niego plotki o nowym wywiadzie z Markiem Gatissem, w którym udzielił on odpowiedzi na powyższe pytanie.
Nowe trzy odcinki Sherlocka mają iść za ciosem i być oparte na trzech przebojach Kanonu: SCAN, HOUN i FINA (Czytelnikom niewtajemniczonym w charakterystyczne skróty J Finleya Christa poleca ShK tę stronę, błyskawicznie da się opanować regułę ich tworzenia, a bardzo ułatwia to czytanie jakichkolwiek tekstów pochodzących z kręgów bardziej hardkorowego fandomu).
A to oznacza, że Steve Moffat pisze scenariusz chorego romansu (SCAN to przecież Irena Adler...), sam Gatiss wybrał sobie "gotycki horror" i zmierzy się z legendą Psa (ShK gratuluje mu odwagi, zważywszy na to, że jest to najczęściej ekranizowana i zarazem najczęściej ekranizowana zupełnie fatalnie opowieść o SH), a Final Problem adaptuje dla BBC Steve Thompson, autor The Blind Banker, drugiej i chyba najsłabszej, choć wciąż znakomitej części pierwszej serii BBC-Sherlocków. Wszystko to ma być sprytnie nakręcone tak, żeby Watson - Martin Freeman - nie zawalił pracy na planie ekranizacji Hobbita (która oczywiście się opóźnia, ale to zupełnie nikogo po tylu latach od pierwszych zapowiedzi tego filmu nie dziwi).
Sherlockista bardzo się cieszy, ale nic kompletnie z tego nie rozumie...
Po pierwsze, nie rozumie, jak ktoś, kto rozumie Kanon tak dobrze, jak na to wskazywała pierwsza seria, może nazywać SCAN romansem, choćby i chorym, czy łagodniej "pokręconym" (oryg. twisted). Komu można zapłacić, żeby nie zapodali nam romansu Sherlocka, na przykład z tą laborantką od szminki???
Po drugie... nie, po drugie to właściwie rozumie. W "Psa..." całkiem mocno wierzy. Pewnie da się zrobić wiarygodną historię o demonicznym kundlu z legendy straszącym ludzi w XXI wieku, która nie odbiegnie zbyt mocno od kanonicznego HOUN. Pewnie tak.
Po trzecie jednak, kompletnie już nie rozumie, czemu oni chcą kręcić FINA - czy przypadkiem ten ostatni odcinek pierwszej serii to nie było do FINA dość wyraźne nawiązanie?! Ileż można robić cliff-hangerów zanim widzowie się zirytują? I, po trzecie i najstraszliwsze, czy oni nie chcą zamordować Sherlocka nieodwołalnie? (W kwestii stosunku Sherlockisty do osób mordujących Sherlocka patrz poprzednia notka...).
Najbardziej już ze wszystkiego przeraża jednak ShK taka wizja, że Sherlock, i owszem, będzie miał wrócić, jednak dopiero w jakimś EMPT kręconym w nowej serii za kolejny rok... A przecież w 2012 to ma już być koniec świata. I Sherlockista po prostu nie wyobraża sobie przeżyć śmierci Holmesa na ekranie i zaraz nie obejrzeć jego powrotu...
Podsumowując, musi więc Sherlockista przyznać, że jest wypowiedziami Gatissa w najwyższym stopniu zaniepokojony.

sobota, 30 października 2010

Wywiad z twórcami Sherlocka BBC/PBS, biedny Downey i potworny Cumberbatch

Z cyklu "mocno zaległe linki", który Sherlockista bez większej dumy zainaugurował jakiś czas temu (odkrywa owe linki metodą zaglądania w otwarte od niepamiętnych czasów karty swojego Chrome'a), dziś bardzo sympatyczny wywiad z Moffatem i Gatissem.
Mówią mniej więcej to, co zwykle, ale dodają więcej szczegółów. Znów możemy usłyszeć, że pomysł na uwspółcześnionego "Sherlocka" wziął się z genialnej refleksji nad tym, że znowu mamy idiotyczną wojnę w Afganistanie (a także w Iraku), że ludzie wciąż wysyłają sobie wiadomości tekstowe, tylko esemesem zamiast telegramem i że mieszkania w Londynie wciąż są za drogie, żeby samotny mężczyzna u progu kariery mógł sobie na nie pozwolić. Wracają do opowieści o castingu, o "idealnym" Cumberbatchu i o tym, jak Freeman wspaniale się z nim komponował (dajmy im prawo do tej dumy - zasłużyli!).
Przepiękny, długi fragment wywiadu poświęcony jest przyjaźni między Holmesem i Watsonem i temu, że dla większości fanów to właśnie jest sens i istota całej tej historii. Gdyby twórcy różnych straszliwych produkcji przeczytali to, co Gatiss i Moffat mówią (i to, jak ciepło, ze zrozumieniem i bez zgrywania twardych macho potrafią opowiadać o przyjaźni między dwoma facetami, co w XXI naprawdę jest dla mężczyzn dużo trudniejsze niż mogłoby się wydawać), to do wielu katastrof nigdy by nie doszło. Sherlockiście zwłaszcza przypadło do gustu wyjaśnienie, czemu "wierzymy" w Watsona w wersji Bruce'a, chociaż tak niewiele ma wspólnego z Doyle'em - po prostu dlatego, że widzimy, że kocha Holmesa a Holmes kocha jego. I podobnie jak Sherlockista, Moffat i Gatiss najwyraźniej uważają pytanie o fizyczne relacje między panami za czwartorzędne wobec tego, jak niesamowita więź łączy detektywa i jego kronikarza.
Ze wzruszeniem przeczytał ShK wyrazy uwielbienia dla Bretta oraz dla Wildera za PLOSH, ale chociaż zgadza się z M&G, że niezwykle ważne jest w ekranizacjach Holmesa odpowiednie poczucie humoru, to nie do końca podziela skłonność do potępiania wszystkich wersji "zbyt poważnych" - zwłaszcza, gdy do tych wersji zaliczane są niektóre Bretty... ;)
Na koniec, za autorem wywiadu, Sherlockista ogłasza konkurs: o co chodzi w wypowiedzi na temat jakiegoś Donalda, który został na powrót wprowadzony do "Sherlocka"? Możliwe, że wiąże się to jakoś z tym humorem, ale jak? Nie dopuszczajmy do siebie podejrzenia, że chodzi o Kaczora ;)... Sherlockista prosi o pomoc zwłaszcza Czytelników, którzy - w przeciwieństwie do niego - nie gubią się na twitterze i śledzą, co tam się dzieje ;)


---
Tymczasem wychwalany wyżej Benedykt otrzymał skomplikowaną rolę w londyńskim teatrze: przyjdzie mu grać w scenicznej wersji "Frankensteina". Większość z nas przynajmniej raz w życiu pomyliła postać doktora Frankensteina (czyli człowieka, genialnego naukowaca) z jego dzieckiem, potworem, którego stworzył i który wcale się Frankenstein nie nazywał. Cumberbatch będzie pogłębiał zamieszanie, grając na zmianię to jednego i drugiego bohatera. Sherlockista nie może doczekać się zdjęć... Adaptację dzieła Mary Shelley wystawi reżyser Danny Boyle, a Cumberbatchowi jako, odpowiednio, dr Frankenstein i potwór, partnerować będzie Johnny Lee Miller.
Uwaga, alter ego naszego ulubionego nowego Sherlocka wygląda tak:

 (Jeśli gdzieś już widzieliście tego pana to prawdopodobnie w Trainspotting, jako Sick Boya)


Na koniec: zdecydowanie mniej przez Czytelników ceniony Downey może nie znaleźć czasu dla Alfonso Cuarona i jego Gravity. Z powodu jakichś niejasności związanych z obsadą roli żeńskiej (Angelina, ta od Brangeliny) doszło do opóźnienia, które może uniemożliwić Downeyowi pogodzenie wszystkich planów. Sherlockista mimo wszystko cieszy się, że Downey stawia raczej na Sherlocka 2 ;)

sobota, 23 października 2010

Bardzo zaległe linki - nowy Holmes wielko- i małoekranowy

A właściwie, to Watson. Pierwszy link prowadzi bowiem do starego już (tydzień to wieczność w czasach, gdy co pół godziny dowiadujemy się czegoś nowego o życiu naszych znajomych) wywiadu z Martinem Freemanem (powiedzmy, takiego artykuło-wywiadu).
Nasz niedoszły Hobbit wyjaśnia, między innymi, dlaczego nie poświęcił kariery w BBC (która to kariera po długim okresie stagnacji, kiedy to występował w Office nareszcie osiągnęła zupełnie niespodziewany wzlot) dla Hollywoodu - Freeman, mówiąc w skrócie, za bardzo czuje się Anglikiem, żeby marnować czas na czerwone dywany Ameryki ;) I bardzo dobrze. Sherlockista trzyma kciuki, żeby jednak jakoś się z ekipą Hobbita w sprawie terminów dogadał (co nie powinno być trudne z uwagi na chaos panujący wokół tego drugiego filmu). Ponadto, jak twierdzi Olly Grant, autor(ka?) linkowanego tekstu z Daily Telegraph, Freeman jest na najlepszej drodze do zostania przynajmniej gwiazdą brytyjskiej telewizji. Nie dość, że ogląda go średnio 7 milionów widzów, ale jeszcze niektórzy z nich twierdzą, że "ukradł show" Cumberbatchowi. Faktycznie, nie da się ukryć, że to jeden z najbardziej charyzmatycznych Watsonów.

Sherlockista doda tylko przy okazji, że amerykańska publiczność chyba jest podobnego zdania, bo sterta recenzji po emisji serialu za Wielką Wodą (którą to stertę ShK tylko pobieżnie przeglądał z braku czasu) utrzymana jest w entuzjastycznych tonach.

A do tego wszystkiego nareszcie rusza kręcenie nowego Sherlocka Ritchiego, którego nie wszyscy wprawdzie wypatrują z takimi jak ShK nadziejami, ale niemniej jednak, powiedzmy sobie wprost, każdy nowy Sherlock w kinach (lepszy od, say, filmów z Roxburghiem, zwanych na forach czule "the Roxburgh horror", i tej koszmarnej produkcji o rozpruwaczu z Donaldem Houstonem w roli Watsona...) to radość, a nawet te najstraszliwsze i, tak, owszem, nawet pierwszy Matthew Frewer mają swoje momenty (Sherlockista chciał tu rzucić dla przykładu jakimś dobrym momentem z pierwszego filmu z Frewerem i Hartem ale zacukał się na tak długo, że odłożył tę przyjemność na czas pisania recenzji z tego cyklu...).
I zawsze, kiedy ruszają zdjęcia do filmu, zjawiają się fotografie, które wytwórnie puszczają w obieg celem podgrzania atmosfery  w tajemniczych okolicznościach i dzięki bohaterstwu niewidzialnych szpiegów włóczących się po planach filmowych wyciekają do takich serwisów jak ten czy ten. Skąd z kolei kradną je różni Sherlockiści. Enjoy :) !



ShK chętnie zinterpretowałby jakoś te zdjęcia, ale nie licząc wyjątkowo ładnego szalika Jude-Law-Watsona jakoś niewiele zwraca uwagę w tej scence z Holmesem i Watsonem w powoziku... ;)

piątek, 24 września 2010

Pilot BBC Sherlocka...

...budzi wielki szacunek dla wszystkich twórców tego serialu. Bynajmniej nie dlatego, że jest takim dobrym Sherlockiem...
Pilot to po prostu godzinna, uproszczona wersja "A Study in Pink" - prawdopodobnie, chociaż nie ma Sherlockista stuprocentowej pewności, ta, która nie została wyemitowana, ponieważ nie wzbudziła entuzjazmu producentów. Może nie jest to kompletny "stinker", ale trudno się dziwić decyzji, by raczej się nim nie chwalić. Pilot ten stanowi natomiast pouczający materiał, ile drobnych rzeczy może zawalić film, nawet, jeśli bez większego zarzutu jest scenariusz, obsada głównych ról, a nawet reżyseria.

To, co różni się najmniej od znanej wszystkim Czytelnikom pełnej wersji, to scenariusz. A konkretnie: dialogi. Bohaterowie wypowiadają niemal dokładnie te same słowa (no, powiedzmy, z zastrzeżeniem, że jest tych słów o pół godziny mniej).
Intryga różni się natomiast od pełnej wersji filmu tylko subtelnościami, nieco bardziej jedynie w finale. W skróconej wersji brak na przykład cudnego nawiązania do STUD w postaci wydrapanego przez umierającą kobietę "RACHE" (kto z Czytelników umarł z zachwytu razem z Sherlcokistą, gdy Holmes zapytał Lestrade'a, po cholerę Angielka miałaby bredzić coś o zemście po niemiecku?) i w związku z tym całego wątku z lokalizowaniem komputera. Brak też Mycrofta, a brak Mycfrofta zawsze jest brakiem smutnym i poważnym.Sam finał odcinka też ma zbliżony przebieg, ale pojedynek z mordercą jest bardziej jednostronny (Holmes znajduje się pod wpływem narkotyków podanych mu przez mordercę i zachowuje się w nader irytujący sposób), a ponadto odbywa się na Baker Street, co z kolei ma swój wdzięk i kanoniczne korzenie w MAZA. Dziwne tylko, że Watson, który od początku wie, ze coś jest nie tak, z kafejki za rogiem bieży Holmesowi z odsieczą przez jakieś pół godziny.

Poza tym jednak niemal wszystkie sceny daje się rozpoznać, chociaż do pełnej wersji zostały w wielu przypadkach nakręcone w innych wersjach - i znacznie lepiej... Sherlockista nie umiał oprzeć się wrażeniu, że w Pilocie tylko główni bohaterowie tak naprawdę czują rolę, a i to nie zawsze, natomiast cała reszta zachowuje się zupełnie sztucznie. To wrażenie mogło jednak wynikać właśnie z faktu, że w ogóle dziwnie ogląda się ten sam film ale "nakręcony jeszcze raz", czy zmontowany z innych dubli. Oczywiście poza jakością gry, w obsadzie nie zmienia się nic poza brodą Andersona (straszną), zupełnie inna jest natomiast aranżacja muzyki (chociaż motywy słychać również dokładnie te same).
I może to przez tę właśnie słabą muzykę, której brakuje błysku, dynamiki, delikatnego pazura i wdzięku wersji ostatecznej, pilot już od pierwszych sekund sprawia wrażenie kompletnego stinkera. Mimo, że o pół godziny krótszy, ma o wiele słabszy rytm i tempo, które wersji wyemitowanej nadawała właśnie świetna ścieżka dźwiękowa. Oczywiście nie pomaga mu inny i chyba mniej fortunny montaż (spotkanie Watsona ze Stamfordem, początkowe dialogi między Holmesem i Watsonem, dedukcja na temat Harry Watson etc. pomontowane są zupełnie inaczej i chyba nadmiernie się przez to ten początek dłuży, podobnie jak dłużą się słabo zagrane dialogi z postaciami pobocznymi).
Ta toporność charakteryzuje również inne szczegóły - SMSy pokazywane są po prostu na ekranach telefonów, zabrakło kilku sherlockistycznych klejnotów w rodzaju pogoni po dachach i zaułkach Londynu, gdy Sherlock ma okazję wykazać się perfekcyjną znajomością centrum czy chwili na pokazanie słabości Sherlocka (rajd Lestrade'a i Andersona, który wyjawia nam w pełnej wersji odcinka, że detektyw jednak nie ogranicza się do plastrów antynikotynowych). Toporniej wreszcie zarysowana jest postać głównego bohatera, chociaż to można z uwagi na krótszy czas filmu częściowo zrozumieć.
Zupełnie natomiast nie może Sherlockista zrozumieć, jak oni to zrobili?! Jeśli nowego Sherlocka BBC majstrują ludzie, którzy kilkoma pociągnięciami reżyserskiego pióra są w stanie z klocowatego stinkera zrobić prawdziwą sherlockistyczną perełkę (i to w dodatku tak, że udało im się przyspieszyć tempo i zwiększyć napięcie, chociaż zarazem akcja jest dłuższa i bliższa Kanonowi) to...

...to Sherlockista zaleca zdejmowanie przed nimi czapek i jest o przyszłość tego serialu zupełnie spokojny :)

czwartek, 9 września 2010

O dzielnym Martinie Freemanie czyli nowym BBC-Watsonie

Sherlockista przez ostatnie dwa tygodnie wpadał coraz głębiej w desperację, bo po gorącym lecie z premierą cudownego serialu BBC nastała posucha taka, że wśród wiadomości dla Holmes-fanów uwagę zwracała nawet kłótnia Ritchiego z Madonną o przyjęcie urodzinowe dla ich synka Rocco.

Trudno też powiedzieć, żeby źródłem sherlockistycznej ekscytacji mógł stać się twitter - co prawda wszystkie BBC-postaci tweetują ostro, wymyślając coraz bardziej niestworzone historie o Paryżach, prezentach i (obecnie) porwaniu Mycrofta przez Moriarty'ego, ale tweety treści "o związał mnie, ale już się rozwiązałem" i to jeszcze w obliczu faktu, że wszystkie postaci muszą dożyć przyszłego roku, kiedy ich losy zostaną nakręcone ;) nie budzą może aż takich emocji. Promykiem słońca był tylko tweet Marka Gatissa, który dumnie obwieścił napisanie scenariusza i chociaż nie uściślił, o jaki scenariusz chodzi (obaj panowie są też zaangażowani w "Doctor Who"), to same jego wolne moce przerobowe mogą budzić nadzieję.

Dziś też pisze bardziej ot tak choćby, żeby udać przed samym sobą, że coś się wydarzyło niż dlatego, że poranna prasówka zwaliła go z krzesła. Konkretnie rzecz biorąc, chciał już napisać wczoraj, że nasz wspaniały Martin Freeman bohatersko odrzucił propozycję życia (rolę Bilbo Bagginsa w powstającym "Hobbicie") z uwagi na pracę nad nową serią Sherlocków. Jednak film "Hobbit" to jedna z najbardziej zadziwiających produkcji ostatnich lat, może trochę nawet przeklęta. Po olśniewającym sukcesie Władcy Pierścieni wydawałoby się, że kwestią paru miesięcy jest dokręcenie Hobbita (który z resztą w opinii Sherlockisty jest lepszą, krótszą, bardziej zwartą, lżejszą i dającą zdecydowanie więcej radości powieścią niż smętna trylogia*, nie wspominając już o tym, że stanowi łatwiejszy materiał na scenariusz - chyba). Jednak coś ewidentnie idzie nie tak. Guillermo del Toro się wycofał, Jackson reżyserem Hobbita jakby jest i jakby nie jest i nikt nic nie wie. W tym czeskim filmie w dodatku miał też wystąpić w roli głównej aktor, który jest już zajęty i nie ma czasu. Na szczęście (bo Freeman jest świetny, a poza tym przyjemnie jest oglądać inne filmy z sherlockistowską obsadą, od razu się żywi więcej sympatii do bohaterów) ta ostatnia informacja okazała się nieścisłą plotką rozpowszechnianą tylko przez "The Sun".
Ekipa Hobbita i Freeman mają jeszcze szansę się dogadać w sprawie terminów.
Zamiast komentarza, dwa tysiące słów ;) :

 (fotomontaż pożyczony z tej strony)
...i może jeszcze tysiąc:


---
*Sherlockista liczy się z tym, że wśród Czytelników może zdarzyć się jeden z tych fanów Tolkiena, który na ten widok dostanie palpitacji serca, a co najmniej oka lub nosa. Przez jakiś czas przechodząc przez ciemne bramy będzie się oglądał ;)

środa, 11 sierpnia 2010

O rany... To znaczy, The Great Game

To znaczy, Wielki Finał.
Sherlockista z niecierpliwością ściągał ostatni odcinek pierwszej serii nowych BBC-Sherlocków, ale ociągał się z obejrzeniem (to znaczy całe dziesięć godzin się ociągał). Po pierwsze, bo przeczuwał, że jak zacznie oglądać to czeka go hop siup 90 minut sherlockistycznego szczęścia a potem szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???
Po drugie, bo Moriarty musi być wspaniały i zarazem Moriarty'ego - po którego sięga 3/4 autorów ekranizacji (pozostała 1/4 zamiast Moriarty'ego bierze Kubę Rozpruwacza) - schrzanić prawie najłatwiej (łatwiej jest schrzanić Irene Adler, która w tym serialu może jeszcze wystąpi, może nawet w męskiej postaci?). O geniuszu zła i Napoleonie Zbrodni, nie wolno po prostu powiedzieć (a tak trochę zrobił Doyle): uhaha to jest geniusz zła i Napoleon Zbrodni, jest strasznie groźny, wysoki i szarooki, publiczności lękajcie się. To zło ma od Moriarty'ego bić, a ponadto jego intrygi mają usprawiedliwiać użycie słowa geniusz i wytłumaczyć, czemu Holmes praktycznie się w Moriartym zakochuje.

Za intrygi, za pomysł na wielką grę, za relacje między Holmesem a Moriartym, skwitowane komentarzem Watsona, że "pasowaliby do siebie", za odurzającą mieszankę BRUC, VALL, 3GAR, FINA (oczywiście), FINA z wersji Granady (!!! :)), a nawet podejrzewa Sherlockista w więcej niż jednym miejscu inspirację Further Adventures Berta Coulesa, za napięcie i natężenie zagadek, dedukcji i akcji w tym ostatnim Sherlocku zasługują twórcy na 5 (nie 6 bo troszkę brakuje tym w takim pośpiechu przedstawianym historiom prawdziwego zaangażowania - to taka typowa zabawa dla Sherlocka, nie zaś dla wielbiącego romantyzm pracy detektywa Watsona).

Za samego Moriarty'ego, o którym Sherlockista naprawdę nie chce pisać za wiele, by nie zepsuć Czytelnikom napięcia i ekscytacji związanej z oczekiwaniem na Napoleona*, mocne db z plusem. W gust Sherlockisty zupełnie nie utrafił, ale nie da się nie docenić tego, co najbardziej charakterystyczne dla całej tej produkcji: połączenia oryginalności z rygorystycznym trzymaniem się Kanonu.

Za pogłębienie, skomplikowanie, zburzenie i odbudowanie relacji między Holmesem a Watsonem - 7 z wyróżnieniem. Twórcy nareszcie zaczęli rozwijać skrzydła przy konstrukcji postaci Sherlocka - pokazali obowiązkowe w każdej adaptacji Holmesa sceny czarnej desperacji w szlafroku ze skrzypcami,  te, które tak często rodziły pytania o ChAD, pokazali też równie obowiązkowe sceny świadczące o skrajnym braku sentymentalizmu , który we współczesnym świecie skłania jego znajomych, a nawet Watsona do diagnozowania u detektywa psychopatii. Pokazali, jak Watson traci w końcu cierpliwość, jak boi się zarazem Sherlocka i o Sherlocka.
I wreszcie, pokazali skrawek serca Holmesa i za tę króciutką scenę, pożyczoną wprost od Doyle'a, ale doskonale XXI-wieczną, Sherlockista Cumberbatcha i Freemana pokochał.

Tak naprawdę, to pewnie pokochał ich już wcześniej, bo zagrany jest ten epizod popisowo, wszystkie postaci czują się pewnie w swoich rolach, a Cumberbatch "tańczący" (wyrażenie Moriarty'ego) w swoim zachwycającym płaszczu został już nawet obwołany arbitrem elegancji dla Brytyjczyków XXI wieku (patrz: Guardian). Co więcej, Sherlockista musi wycofać trochę pomyj, którymi obrzucił dwa damskie blogi stworzone na potrzeby promocji serialu. Jednak dobrze, że dowiedzieliśmy się czegoś więcej o Connie Price ;) I nawet blog z kotkami ostatecznie może okazać się interesujący.
Martwią tylko te wszystkie wpisy o zaginięciu Johna i Sherlocka, kwiecień to bardzo niebezpieczny miesiąc dla Holmesa, miejmy nadzieję, że nie włóczy się nigdzie po górach. Bo jeśli tak, to po tych trzech cudownych filmach czeka nas trzy lata Wielkiego Hiatusu...
Czyli szaranagajama, pustka i kiedybędzienastępna seeeeria, proooszę, długo jeeeszcze???

***
*Napoleona oczywiście, podobnie jak Nelsona i Boswella być w Sherlocku XXI wieku już nie mogło... Ale "I am lost without my blogger" zabrzmiało uroczo :)

niedziela, 8 sierpnia 2010

A Study in Pink i The Blind Banker czyli nowy Sherlock, odcinki 1-2

Sherlockista długo wyliczał sobie w myślach plusy nowej produkcji BBC, żeby zaprezentować Czytelnikom tak efektowną listę, że sama jej długość przekona wszystkich, dlaczego to jest taki fajny nowy Sherlock. Właściwie to nie porzucił tego planu, ale dopiero pisząc poprzednią notkę o stronach BBC przyszło mu do głowy, co tak naprawdę najbardziej go w tym nowym "Sherlocku" ujęło.
Otóż dzięki współczesnej stylizacji, dzięki tym wszystkim blogom i gadżetom, dzięki temu, że nowy Sherlock żyje w takim Londynie, jaki w każdej chwili możemy sobie zobaczyć na żywo, a nie w baśniowym Londynie gazowych latarni, który nie dość, że już nie istnieje, to tak naprawdę nigdy go w ogóle poza wyidealizowanymi wspomnieniami ACD nie było... - dzięki temu wszystkiemu możemy poczuć się choć odrobinę tak, jak tamci czytelnicy sprzed stu lat. Kto z Czytelników nie marzył, by być takim londyńczykiem przełomu minionych wieków, kupować każdy nowy numer Strandu i z rozczulającą nas dziś naiwnością wierzyć, że ten wspaniały detektyw jest postacią rzeczywistą. Kto nie chciał lamentować po jego śmierci w wodospadzie Reichenbach i przysyłać mu listów z prośbą o rozwiązanie zagadki zaginionej cioci (jak głoszą legendy, listy do Holmesa przychodzą do dziś pod adres muzeum i spotykają się z uprzejmą odpowiedzią, że Mr Holmes jest już na emeryturze i hoduje pszczoły).

Wróćmy jednak do naszej listy.
Przede wszystkim, jest to jedna z najwierniejszych ekranizacji, jakie ShK kiedykolwiek miał przyjemność oglądać  i to samo w sobie stanowi rozczulający paradoks. Moffat i Gatiss zdecydowanie nie są holmesologicznymi dyletantami i zawodowymi łowcami kasy, którzy obejrzeli dwa Rathbone'y w dzieciństwie i zapamiętali, że Holmes to gość z taką wielką fajką. To ewidentnie holmesiści pełną gębą, którzy przede wszystkim znakomicie czują klimat tych opowieści, niepowtarzalną mieszankę brytyjskiego chłodu i równie brytyjskiego humoru, a przy tym (tak znienawidzony przez Holmesa!) koktajl romantyzmu i żelaznej logiki.
W scenariuszach obu części "Sherlocka" pełno jest zabawnych dialogów, mnóstwo wręcz mrugnięć oka do holmesologicznie zorientowanego widza - ale przy tym wszystkim zachowana jest jednak dostateczna powaga, tak, że film w żadnym momencie nie staje się parodią czy pastiszem. To ważne, bo wzmaga ochotę, żeby jednak napisać do tego Holmesa w sprawie nękających nas seryjnych kradzieży różowych skarpetek (no, Mr Holmes, to byłoby takie A Study in Pink - 2).

Krwiste postaci zarysowane są zarówno przez scenarzystów, jak i przez aktorów śmiało i wiernie, czyli dokładnie tak jak trzeba. Zważywszy na to, ile Conan Doyle (nie czarujmy się, głównie z powodu niepoważnego traktowania Holmesa) pozostawił w konstrukcji obu głównych swoich bohaterów miejsc niedookreślonych, czyli pola do popisu dla potomnych, zadziwiające jest, jak rzadko dana nam jest przyjemność oglądać na ekranie osoby, które poza nazwiskami Holmes i Watson mają wiele wspólnego z owymi Doyle'owskimi postaciami. Kto widział chociażby poczciwego Rathbone'a z Bruce'em (w Waszyngtonie na przykład) ten wie. Jeszcze większym niebezpieczeństwem od braku wierności jest wierność ślepa, a nieśmiała - czyli wierność stereotypom utrwalonym w kulturze masowej (peleryna-czapa-wygięta faja-Elementary, my dear Watson*). Wystarczy wtedy pół błędu w obsadzie i wychodzi nam (osadzony w epoce, a jakże!) horror z Roxburghiem i Hartem. Każdy dobry Sherlock w życiu Sherlockisty przy pierwszym poznaniu przyprawiał go o dreszcze, każdy na pierwszy rzut oka nic wspólnego z Kanonem nie miał - i każdy dopiero przy bliższym przyjrzeniu okazał się podejrzanie tekstowi Doyle'a bliski.
Cumberbatch nie. Bo Cumberbatch Holmesem jest po prostu od razu, od pierwszego, drugiego i kolejnych wejrzeń. Nie jest (może: jeszcze) wielkim aktorem, nie ima się żadnych afekciarskich sztuczek, nie pohukuje jak ukochany Sherlockisty Jeremy** i nie koncentruje uwagi na sobie. Ale koncentruje ją niewątpliwie na swojej postaci. Holmes, władczy, genialny, do niczego i nikogo nieprzystający, pierwszy i jedyny, bezczelny, arogancki, a zarazem nigdy nie ordynarnie nieuprzejmy, dumny i rozrywany przez tłumione emocje (choć na rozwinięcie tego wątku dali sobie scenarzyści czas - i słusznie), ironicznie dowcipny, niecierpliwy i drapieżny, nade wszystko lękający się nudy jest... no jest dokładnie taki, jak trzeba (no i ten płaszcz...).
Nic dziwnego, że Moffat albo Gatiss powiedzieli w wywiadzie, że Cumberbatch był jedynym kandydatem do roli.

Dodali też, że kiedy Freeman dołączył do niego na zdjęciach próbnych, to od razu widać było, że to jest właśnie ten brakujący puzzel. Sherlockista nie potraktował tego poważnie, bo wypuszczając w świat nowego Sherlocka naprawdę nie da się czegoś takiego o obsadzie nie powiedzieć. Ale teraz z radością przyznaje twórcom rację. Freeman należy, naturalnie, do Watsonów nowoczesnych, czyli młodych, inteligentnych, wielbiących zagadki i autentycznie pomocnych - w żadnym razie nie dziadziowatych. Przy Holmesie trzyma go w pierwszym rzędzie żądza przygód (ten wątek jest szczególnie wyeksponowany - i świetnie, bo dzięki temu powolne rodzenie się relacji między dwoma obcymi facetami, z których tylko jeden jest gejem nabiera realizmu). Przy tym nie brakuje mu szczerego podziwu i szacunku dla Holmesa (którego brakowało nie tylko upiorowi-Hartowi, ale także, i to sobie uświadomił ShK dopiero gdy znów zobaczył na ekranie Watsona wzorcowego, Lawowi z Sherlocka Ritchiego). Trzeba Freemanowi przyznać, że - czy to z natury czy też dzięki dobrej grze - twarz ma do roli Watsona wprost idealną: uczciwą, ale nie przesadnie poczciwą, szlachetną nawet, ale bez naiwnego romantyzmu, dojrzałą i doświadczoną, ale nie starą i nie gorzką, wreszcie: skłonną do wyrażania emocji, ale tylko w stosownych okolicznościach i zawsze bez egzaltacji (znów w przeciwieństwie do Lawa). A poza tym Watson jest kochliwy, zrównoważony (zadziwiająco nawet, zważywszy na jego trudne przejścia na wojnie), spolegliwy, bystry i obdarzony poczuciem humoru ("the good doctor's pawky humour...") - czyli... dokładnie taki, jak trzeba (i ten wieczny brak kasy...).

Ta sama śmiała wierność cechuje intrygi, które również trzymają się ram nakreślonych przez Conan Doyle'a (zwłaszcza A Study in Pink), ale Moffat i Gatiss bez oporów twórczo wykorzystują wszelkie pomysły rozsiane po całym Kanonie. Oryginalne strzępki prozy Doyle'a wirują widzowi przed oczami jak w kalejdoskopie szczególnie w drugiej części, gdzie każda niemal scena odsyła do jakiegoś opowiadania, ale żadna nie jest dosłownym cytatem. Tymczasem cytatów w dialogach nie brakuje, chociaż żaden nie brzmi fałszywie, bo podane są w naturalnym, współczesnym języku. Boli trochę, że nie usłyszymy "You come from Afghanistan, I perceive...", ale dużo naturalniej brzmi "Afghanistan or Iraq?" i z początku trudno się przyzwyczaić, że Holmes i Watson zwracają się do siebie po imieniu (o horror ortodoksów), ale naprawdę kompletnie nierealistyczne byłoby, gdyby w XXI wieku mieszkając razem trzymali się nazwisk. W zamian za te małe niedogodności scenarzyści uraczyli nas, między innymi, serią SMS-ów "Come at once, if convenient - if inconvenient come all the same", za co, zasadniczo, wszystko można by im było wybaczyć. Oczywiście, gdybyśmy już wcześniej nie wybaczyli im wszystkiego za sam fakt, że w ogóle sfilmowali - i to sfilmowali świetnie - ten legendarny początek, te sherlockistyczne łzy wyciskające sceny, gdy Holmes i Watson się poznają i zaczyna się wielka przygoda...
Tak czy owak, mają Moffat i Gatiss wszystko wybaczone, a tymczasem tak wiele do wybaczania w ogóle nie ma. Wielkie, naprawdę huczne brawa należą im się za pomysły na uwspółcześnienie intryg. To dzięki nim, możemy cieszyć się kultową dedukcją z zegarka brata Watsona (SIGN) w nowej wersji - w której informacje wysysa Sherlock z telefonu komórkowego jego siostry. To dzięki nim Holmes może wykorzystywać - z sensem! - serwisy pogodowe i GPS w telefonie, zajmuje się systemem zabezpieczeń w nowoczesnym banku, rozpoznaje, że ktoś włamał się do mieszkania przed nim po drugiej identycznej plamie na dywanie (kto, no kto poznaje ten motyw?), badając ciało na miejscu brodni nie wyprzedza już swojej epoki (jak u ACD), tylko wykłóca się z policyjnym patologiem, a Lestrade robi mu nalot, by sprawdzić, czy znowu nie trzyma narkotyków.
Ten ostatni temat musiał być dla twórców bardzo trudny, bo w okowach politycznej poprawności nie wypada absolutnie serwować młodzieży filmu, w którym postać kultowa używałaby niedozwolonych substancji, a już zwłaszcza - zwłaszcza!, o zgrozo i wieczne potępienie! - paliła papierosy lub fajkę. Wybrnęli z sytuacji chyba najlepiej jak mogli: Holmes ćpa, ale nie na wizji, natomiast w trakcie filmu pozwala sobie tylko na plastry antynikotynowe, mówiąc przy tym z pewną goryczą, że w dzisiejszym Londynie palić naprawdę się nie da (Sherlockista po smutnych doświadczeniach z dzisiejszym Edynburghiem musi to niestety potwierdzić). Mimo to, policja politycznej poprawności i tak dopadła nowego Sherlocka i powód jej ataku wprawił Sherlockistę w niemałe zdumienie.

Jak można przeczytać tu, serial ten przedstawia w "niewłaściwym" świetle Chińczyków (??!!! czy każdy film, w którym pokazana jest chińska mafia to od razu chinofobiczny szowinistyczny paszkwil?) oraz kobiety. Ten pierwszy zarzut może najwyżej wzbudzić politowanie dla jego autorów (bo naprawdę, do jasnej cholery, jak się czyta, że u ACD mafie na ogół pochodziły z Ameryki i czemu nie można było tak zostawić, to szlag człowieka może trafić - czy gdyby ktoś na przykład napisał powieść, w której występowałby jakiś Japończyk, który byłby kretynem, to by znaczyło, że ów autor jest rasistą? a gdyby ów kretyn był biały, to już nie?), do drugiego Sherlockista odniesie się odrobinę szerzej.
Niewątpliwie, kanoniczny Sherlock wygłasza sporo niezbyt mądrych za to bardzo przykrych generalizacji na temat kobiet. Niewątpliwie zdarzało się tak częściej bohaterom powieści dziewiętnastowiecznych niż współczesnych i politycznie poprawnych (co ciekawe i co jest tematem na inną dyskusję, kobietom wolno przeważnie obrażać mężczyzn w dowolnie głupi sposób). Ale żeby wyciągać stąd wniosek, że powieści takich w ogóle być może nie powinno się ekranizować, a bohaterów, którzy wygłaszają niebezpieczne twierdzenia trzeba cenzurować i wycinać, byłoby jakimś kompletnym absurdem. Oczywiście, największych głupot, które Sherlock wygadywał nie ma sensu na siłę pakować na ekran, bo tylko wzbudziłyby niechęć do jego postaci - chyba że udałoby się je dobrze psychologicznie uzasadnić (jak udało się Wilderowi w PLOSH). Tego jednak twórcy uniknęli. Pozwolili sobie jednak pokazać realistycznie bezduszny i protekcjonalny stosunek Holmesa do jego współpracowniczki z kostnicy i konstrukcja tej ostatniej relacji i samej postaci Molly Hopper nawet Sherlockistę trochę obruszyła (szczegóły w komentarzu do bardzo niefortunnej fikcyjnej strony internetowej Molly).
Trzeba jednak powiedzieć jasno, że bezduszność jest akurat trochę przejaskrawioną, cechą nowego Sherlocka w ogóle i objawia się nie tylko w jego relacjach z kobietami. Jedyny naprawdę fałszywy ton, który uraził Sherlockistę w całej tej produkcji (nie licząc muzyki podejrzanie podobnej do muzyki Zimmera z Sherlocka Ritchiego), to moment, kiedy Holmes zniża się do użycia przemocy na umierającym (mężczyźnie), by wydobyć z niego informację, która zaspokoi jego ciekawość. To z Sherlockiem kanonicznym naprawdę nie ma nic wspólnego. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że twórcy po prostu zamierzają nad rozwojem, zwłaszcza emocjonalnym, tej postaci popracować. Trudno powiedzieć, czy dane nam będzie przeżyć tak wzruszającą i tak głęboką przygodę jak ta z drogą Granadowego Holmesa-Bretta, ale trzymajmy kciuki za przyszłe długie i pełne doświadczeń życie tego nowego Sherlocka.

Ten nowy Sherlock, czyli ewentualna kolejna seria BBC, ma tym większe szanse zaistnieć, że obecna naprawdę, nie licząc wymienionych wyżej zastrzeżeń, zebrała znakomite recenzje ze wszystkich stron. Co ważne dla Sherlockisty, także jego największy guru, autor wzorcowych adaptacji radiowych (też BBC), Bert Coules, wypowiedział się o Holmesie Moffata wręcz entuzjastycznie, a zarówno ortodoksi, jak i fani produkcji w rodzaju CSI gromadnie co tydzień zasiadają przed telewizorami.

...i Sherlockista naprawdę zakończyłby tę recenzję jakimś hurraoptymistycznym akcentem, gdyby nie fakt, że właśnie dziś, w dniu premiery trzeciego, finałowego odcinka, dziś, gdy poznamy Moriarty'ego XXI wieku (o którym, trochę tak jak w REDH Granady) napomykano już subtelnie w poprzednich częściach, skończył mu się limit transferu danych i będzie musiał na najnowszego Sherlocka czekać aż dwie doby...
Może z nudów nasmaruje jakiś list do tego Holmesa? Najbardziej wkurzały go takie od kobiet, z pytaniem, czy powinny przyjąć posadę guwernantki... ;)
---
* Sherlockista już wspominał, ale będzie wspominać do znudzenia, bo może ktoś zajrzy tylko do tego jednego wpisu i się nie dowie: żaden z wymienionych elementów nie występuje w tekście ACD!
** Tak, no tak, no mam wyrzuty ilekroć chwalę publicznie jakiegoś INNEGO Sherlocka ;)

czwartek, 25 marca 2010

No, powiedzmy, że coś się jednak też działo...

a przynajmniej w niusletterach Sherlockisty jakieś informacje się pojawiały.

Po pierwsze, coraz więcej plotek o nowym BBC-Sherlocku. Ponoć widziano Watsona - Martina Freemana - w Cardiff!


 Na stronach BBC można już śledzić napływające informacje; poza tym dokopał się Sherlockista do oficjalnego komunikatu. Żadnych rewelacji się nie naczytał, ale serdecznie rozbawiło go połączenie wypowiedzi Moffata, który twierdzi, że "wszystko, co ważne w SH i JW zostało zachowane" i producenta, który obiecuje nam "dynamicznego, superbohatera współczesnego świata, którego arogancja i geniusz każe mu pokazać, że jest lepszy zarówno od przestępcy, jak i od policji - właściwie od wszystkich". No cóż, Ritchiemu się w sumie udało ;) Pocieszające jest kolejne zapewnienie o tym, że Moffat i Gatiss są wiernymi fanami ACD.

Po drugie, liczne plotki o tym, że film zarobił straszną górę pieniędzy (mówi się o ponad 500 milionach), co Sherlockistę interesuje bardzo o tyle, że zwiększa szanse na rychłe zrobienie sequelu.

A po trzecie i ostatnie, zjawiły się pierwsze, kiepskie recenzje DVD z Sherlockiem Holmesem Ritchiego, które to DVD jest krytykowane głównie za to, że nie ma żadnych super dodatków. Sherlockista też dla 14minutowego filmiku na temat powstawania dzieła raczej nie pokusiłby się na kupowanie płyty.