Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 września 2016

Notka w której nie ma żadnej recenzji, za to jest tabelka, Doktor, House, a także to, o co chodzi w całym tym Sherlocku Holmesie.


U Henryka Manna znalazłam kiedyś definicję tak cudowną, że przytaczam ją o wiele zbyt często. To dramaturg. - mówi ktoś o aspirującym młodym artyście.  - Przecież jeszcze nic nie napisał! - Nie, ale gdyby napisał, to byłby to dramat. No więc Sherlockista, moi drodzy, niewątpliwie jest blogerem, bo gdyby coś pisał, to pewnie Sherlockiana - ale nie jest już, na przykład, recenzentem. Pisuję Wam jeszcze krótkie podsumowania, lakoniczne polecanki albo życzliwe ostrzeżenia na facebookowej stronie Sherlockianów, ale jak mawiają bohaterowie "Zabójczej broni 3", długie recenzje? I'm too old for this shit. Naturalnie nie mam tu na myśli, że coś jest nie tak z formą recenzji albo że w ogóle nie warto ich moim zdaniem pisywać, bo znam mnóstwo takich, które warto, i ludzi, którzy robią to znakomicie - it's not you, it's me, recenzjo, zasługujesz na kogoś lepszego, hej! mam pomysł: zostańmy przyjaciółmi.

Z drugiej strony jednak, czasem, gdy przedzieram się przez tę wielką lawinę sherlockistycznej twórczości, o której wspominałam ostatnio na stronie, jakoś żałuję, że nie piszę tych recenzji, jakoś co i rusz chciałabym Wam o tym i owym powiedzieć. I, upychając myśli w krótkim statusie, który wydalam na pożarcie zasięgom facebooka, pomyślałam wczoraj, że bycie blogerem, nazwijmy to, "w sensie Mannowskim", ma jedną, ogromną zaletę: presja jest naprawdę zerowa. Jesli macie ochotę na jedną z tych notek, w których nie ma żadnej porządnej recenzji, a to jest pięć różnych książek, tabelka innych w zapasie oraz Doktor, House i sens holmesologicznego życia, to zapraszam.



niedziela, 29 kwietnia 2012

Apokryfy, Laurie King i ktoś tu jest na to wszystko za stary.

Pamiętacie, jak w poprzedniej notce skarżyłam się na przestój w tematach, który był przyczyną dłuższej przerwy? Trochę oszukiwałam. Tak naprawdę nie muszę czekać na żadne ekscytujące niusy (w rodzaju: "aż się boję, jaki poziom musiała osiągnąć brytyjska telewizja, skoro "Sherlock" jako całość nie zasłużył nawet na nominację do BAFTy!"), bo wiele tekstów od dawna już czeka na napisanie. Czasem tylko brakuje jeszcze trochę researchu (jak przypadku całego działu "Stare Sherlocki", który miał się tu pojawić już od samych początków bloga), czasem ochoty, by dokończyć film do zrecenzowania (nawet nie wiecie, nawet nie podejrzewacie, jakie dwa cudowne koszmarki chowam dla Was w rękawie!), ale bardzo rzadko śmiałości.

niedziela, 13 listopada 2011

Tym razem recenzuje Sherlockista: "Dom jedwabny" czyli nowy Holmes Horowitza

Pamiętacie zapowiedź "Silk House" z tego bloga? Od początku książka ta rodziła pewne sherlockistyczne nadzieje. Po raz pierwszy w historii apokryf miał otrzymać oficjalny stempel właścicieli praw do Kanonu w Ameryce. I po raz pierwszy w historii pisał go Anthony Horowitz, popularny autor powieści dla młodzieży, człowiek obdarzony świetnym poczuciem humoru i dobrym zmysłem do konstrukcji intryg. Ciepłe uczucia Sherlockisty wzmógł jeszcze fakt, że wydawnictwo Rebis od razu wypuściło książkę na polski rynek i w dodatku przysłało mu egzemplarz do zrecenzowania.

Zgodnie z oczekiwaniami Sherlockisty, jego uczucia po lekturze są bardziej skomplikowane.
Żeby w tych komplikacjach nie umknął Czytelnikom główny przekaz, od razu napisze ShK, że książkę jak najbardziej należy kupić i przeczytać, nie tylko z ciekawości ale i dla dużej frajdy. 
Główną i decydującą o odbiorze całości zaletą powieści jest po prostu dobra intryga. Sherlockista dał się wciągnąć na samym początku, a kończył bladym świtem nie odrywając się ani na chwilę. Ponieważ autentycznie ciekawa zagadka jest niezwykle rzadkim dobrem w świecie pastiszów Holmesa, (a nawet, bądźmy szczerzy, w samym Kanonie), już za to można Horowitza pochwalić. Lubimy patrzeć na Sherlocka w akcji, kiedy akcja ta naprawdę wymaga wykazania się jakimś detektywistycznym talentem. 
Jak Czytelnicy z pewnością pamiętają, dla Sherlockisty najważniejszym kryterium oceny Holmesowego pastiszu jest to, na ile autorowi udało się uchwycić magię relacji między głównymi bohaterami. I tutaj Horowitz nie zawiódł - chociaż i nie powalił. Jeśli jednak nie powalił, to z powodów, które same w sobie należy ocenić jako dość szlachetne.
Konkretnie rzecz ujmując: Horowitz niewolniczo wręcz trzyma się w tej powieści Kanonicznych wzorców. Jeśli zatem u ACD bardzo rzadko jedynie trafiają nam się sceny, w których sztywni wiktoriańscy dżentelmeni zdradzają się ze swoimi sentymentami, a bohaterowie zajmują się wprost łączącą ich relacją, to u Horowitza musiało być tak samo. Szóstka za wierność, trzy plus w kategorii "interesujące dla współczesnego czytelnika rozwijanie postaci". Same te postaci są zresztą żywcem przeniesione z kart Conan Doyle'a. Nie dodaje do nich Horowitz zbyt wiele od siebie, ale też chyba nie musi. Wprawdzie autor zarzekał się w wywiadach, że nie pozwolił, by Sherlockiści z Conan Doyle Estate patrzyli mu na ręce, jednak jakoś nie pozwolił sobie pofrunąć na skrzydłach tchnienia fantazji. Nie zdecydował się na żadne kontrowersyjne rozwiązanie, może z wyjątkiem krytykowanej już tu kiedyś przez ShK decyzji, by pisać z perspektywy starzejącego się Watsona, który przeżył Holmesa.
Naturalnie wcale nie znaczy to, że nie oberwał od ortodoksów, bo zawsze i wszędzie znajdą się ludzie, którzy wytkną autorowi pastiszu, że ACD nigdy nie napisał, jakie imię naprawdę nosił Lestrade i jakim prawem, jak śmie po prostu autor taki, puch marny, nazwać go sobie beztrosko George'em (w Kanonie jest tylko "G.", a Sherlockista osobiście przyzwyczaił się do "Gilesa" z adaptacji BBC Berta Coulesa). Takie zarzuty są oczywiście idiotyczne same w sobie, ale stawianie ich Horowitzowi to już wyjątkowa  podłość, bo akurat za znajomość Kanonu, a zwłaszcza zaś za znajomość ulubionych wątków, postaci i dialogów Holmesistów należy się naszemu autorowi odznaka wzorowego ucznia i pochwała w dzienniczku. Wiadomo jednak, że pupilki pani często nas wkurzają i nie inaczej jest z Horowitzem. Sherlockista uwielbia oczywiście różne aluzyjki, kryptocytaciki i motywy z Kanonu i wielokrotnie chwalił za nie różne współczesne wersje Holmesa, ale w "Domu jedwabnym" nie można się od nich wprost opędzić. Autor na każdym kroku zaznacza, niczym taki nieznośny kujon właśnie, że wie, że czytał, że perskie oczko. Oprócz niezliczonych aluzji zakamuflowanych, które na szczęście dla przeciętnego czytelnika nie będą aż tak widoczne, Watson-narrator wielokrotnie odwołuje się wprost do historii opisanych w Kanonie. Niby ma to go uwiarygodnić, podkreślić, że jest tym samym autorem co Watson z prozy ACD, a "Dom jedwabny" to tylko kolejny tekst cyklu (naturalnie jeden z tych przechowywanych w bankowej skrytce, bo "świat nie był na niego gotowy"), a w rzeczywistości odwołania takie brzmią zupełnie fałszywie. Po prostu dlatego, że Watson ACD czyni podobne aluzje bardzo rzadko, a o wiele częściej jest zupełnie niefrasobliwy i niespójny (Sherlockista założy się, że sam ACD znał Kanon nieporównanie gorzej niż Horowitz).
Żeby było śmieszniej, jakiekolwiek uwiarygodnienie nie jest Watsonowi Horowitza zupełnie potrzebne. Sherlockista wspominał tu kiedyś, że tylko szaleńcy porywają się na to, by próbować naśladować styl Watsona, bo to jest prosty przepis na katastrofę. Niniejszym musi wszystko odszczekać. Horowitz podrabia Watsona ACD zupełnie genialnie, to ta sama potoczysta, harmonijna i zarazem obrazowa, kiedy trzeba spokojna, a kiedy trzeba elektryzująca narracja, którą znamy z Kanonu. I gdyby nie irytujące (w tej ilości) wstawki i nawiązania (oraz kilka drobnych potknięć polskiego tłumacza), byłby Sherlockista całkiem oczarowany.
Tak samo zadziwiła ShK wiernopoddańcza skłonność Horowitza, by upchnąć w tej powieści całą listę sherlockistycznych przebojów, czyli...
(Sherlockista osobiście nie uważa tego za spoiler, ale Horowitz w jakimś wywiadzie wyraził dumę z tego, jakie to super niespodzianki, więc może niech szczególnie wrażliwi Czytelnicy lepiej przeskoczą teraz wzrokiem cztery linijki)

[POCZĄTEK SPOILERÓW]

...czyli wspomnianego "George'a" Lestrade'a, Baker Street Irregulars (chyba najbardziej przekonująco wpleconych do akcji), Mary na wyjeździe, leniwego Mycrofta w rządzie, a nawet Moriarty'ego (zupełnie nie wiadomo po co, nic kompletnie nie robi dla rozwoju akcji!).

[KONIEC SPOILERÓW]

...a do tego jeszcze klasyczne elementy typowej Doyle'owskiej intrygi: bohater ścigany jest przez duchy przeszłości, kiedy to w odległym kraju miało miejsce jakieś przestępstwo. I większość z tego zupełnie niepotrzebnie, bo wszystko niemal co wymyślił sam autor, zarówno jeśli chodzi o postaci, jak i oryginalne elementy fabuły jest po prostu ciekawsze. Drugi plan Conan Doyle'a znamy na pamięć, jeśli wykorzystywać tamte postaci i motywy to po to, by wywlec je na plan pierwszy, zmienić, odkryć ich nowe twarze, dać im takie role, by były rzeczywiście niezbędne dla akcji. U Horowitza są one raczej po to, by odfajkować wszystkie "kanoniczne niezbędniki". Być może to kompulsywne ładowanie na tort wszystkich znalezionych u ACD wisienek wynika też po prostu z tego, że Horowitz nie zamierza pisać więcej pełnowymiarowych apokryfów o Holmesie - to, skądinąd, naprawdę wielka szkoda.
Poza tym, trzeba pamiętać, że Horowitz pisał w pierwszym rzędzie nie dla czepliwych hardkorowców, którzy widzą wszystko, a raczej dla nowych rzesz fanów Sherlocka, zwabionych znakomitymi ekranizacjami. I wypełnił bardzo istotną lukę (na ten temat szerzej będzie Sherlockista pisał w raporcie z Debaty już niedługo): dał nam nowego Sherlocka, który nie jest ani uproszczony ani uwspółcześniony. Nie dorobił mu iPhone'a, nie dopisał dwudziestu eksplozji ani scen walki, tylko zaoferował nam wskroś kanoniczną i tradycyjną pod każdym względem, ale zarazem świeżą i naprawdę wciągającą historię. W stylu Watsona - a nie twittera. Sherlockista ma szczerą nadzieję, że ta powieść bardzo się tym nowym fanom - i może przyszłym holmesistom spodoba.
A najtwardsi fani, nawet jeśli będą mieli pewien przesyt aluzji, to z pewnością jej nie odłożą. Wiecie dlaczego? Bo tak, jest tam na samym początku ta scena, nasza ulubiona scena z tylu opowiadań: gdy widzimy Holmesa z Watsonem w saloniku na Baker Street, jest tytoń w kapciu, czytanie w myślach i pani Hudson... i ten dzwonek do drzwi, który zwiastuje nowego klienta... The game is afoot!

poniedziałek, 31 października 2011

Justeene recenzuje - "Dzień dobry, Irene" i "Man from Hell"

Sherlockista z wielką przyjemnością przedstawia kolejną świetną recenzję Justeene. Tym razem sequel książki, o której Justeene pisała już w tym blogu i solidny apokryf :) Dla Justeene brawa i podziękowania!


Skoro się powiedziało Dobranoc, panie Holmes trzeba teraz dodać Dzień dobry, Irene i pochylić się na moment nad drugą książką z cyklu poświęconego przygodom jedynej kobiety, która przechytrzyła Sherlocka Holmesa.
A jest się nad czym pochylać, albowiem zgodnie ze złotą zasadą tworzenia sequeli, mamy to samo co w części pierwszej tylko jest tego więcej – panna Huxleigh jeszcze bardziej poniewierana, Godfrey jeszcze piękniejszy, a w dodatku bohaterski, szlachetny i tym razem użyteczny w szalonych przedsięwzięciach Irene, choć nadal nie w pełni. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych częściach Godfrey nabiera jednak wiatru w żagle.
Intrygi są jeszcze bardziej zawiłe, bohaterowie trafiają na książęcy dwór, po drodze zwiedzając m.in. paryską kostnicę, nadmorskie speluny, a nawet... dom uciech. Sporo miejsca autorka poświęca postaci słynnej francuskiej aktorki, Sarah Bernhardt, której ekscentryczność przyćmiewa nawet osobliwe zachowania Irene. Nie trzeba chyba dodawać, że na kartach powieści „boska Sarah” i pani Norton (bo bohaterka, oficjalnie uznana za zmarłą, używa nazwiska męża) tworzą wyjątkowo barwny duet.
Samą Irene zajmę się osobno. Pozwolę sobie pożyczyć przy tym określenie z komentarza do mojego tekstu o Dobranoc, panie Holmes, ponieważ, niestety, nasza diwa-detektyw niniejszym została jednak tym dziewiętnastowiecznym Bondem w spódnicy, który potrafi dosłownie wszystko i nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. W efekcie postać Irene (za którą, jak czytelnicy pewnie pamiętają, nie przepadam) jest jeszcze bardziej irytująca, a jej wyczyny powodują tylko uniesienie brwi w akcie zdziwienia, a nawet i, po pewnym czasie, zniechęcenia. Paradoksalnie, o wiele ciekawsze wydały mi się tym razem perypetie biednej Nell, którą pani Norton i jej nowa przyjaciółka, Alice, usiłują przemienić z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia i co za tym idzie, wyswatać.
Z przykrością stwierdzam również, że autorka nie oszczędziła też Sherlocka Holmesa. Nasz ulubiony detektyw, może poza dwoma fragmentami, jest równie irytujący co Irene. Holmes zjawia się we Francji na prośbę de Villarda, który tłumaczy jego monografie na francuski, żeby pomóc w sprawie dotyczącej Louise, młodej panienki z tatuażem, wyłowionej przez Godfreya wspaniałego z Sekwany, kiedy próbowała popełnić samobójstwo. Na samym początku najlepszy z detektywów spisuje tę zagadkę na straty i nie interesuje go nic poza jakością przekładu owych monografii. Niby depcze bohaterom po piętach, a jednak sprawia delikatne wrażenie rozkapryszonego nudziarza o inteligencji siedmiolatka, którym ma się ochotę potrząsnąć.
Szkoda, że Dzień dobry, Irene nie trzyma poziomu części pierwszej, bo choć książkę czyta się z zainteresowaniem, to jednak nie jest to ta sama przyjemność co przy Dobranoc, panie Holmes. Męczy nadmiar zalet i umiejętności Irene i nawet świetny fragment opisujący konfrontację Holmesa z Irene i Nell nie jest w stanie zatrzeć tego wrażenia.

Z czystym sumieniem polecam za to wspomnianą kiedyś przez Sherlockistę pozycję z serii „The Further Adventures of Sherlock Holmes”, a mianowicie The Man from Hell, której autorem jest Barrie Roberts. Książka jest nie tylko świetnie napisana – cały czas trzyma w napięciu, a i tematyka jest bardzo interesująca. Dodam tylko, że tytułowy człowiek z piekła nie ma nic wspólnego z Kubą Rozpruwaczem ;)
Wielką zaletą powieści jest to, że doskonale oddaje klimat oryginalnych historii. To nie jest kolejne dzieło ze wstępem w stylu: „Holmes znany z opowiadań stworzonych przez Sir Arthura Conan Doyle’a to bzdura, tak naprawdę był zupełnie inny”, tylko kawał naprawdę dobrej roboty. Holmes i Watson są tacy jakich znamy i kochamy. To wielka sztuka wejść w ten świat i wykorzystać te postaci w zupełnie nowej, bardzo wciągającej opowieści, w której głośna rodzinna (i poniekąd społeczna) tragedia jest tylko wierzchnią warstwą skrywającą o wiele bardziej mroczne sedno sprawy, i trzeba jasno stwierdzić, że ta sztuka udała się autorowi w stu procentach. Roberts nie naśladuje ślepo Conan Doyle’a, ale czerpie to co najlepsze w opowiadaniach o Holmesie i przekłada to na formę powieści, z którą ACD nie radził sobie już tak dobrze.
            Trzeba też wrzucić kamyk do ogródka pana Robertsa, żeby nie było tak słodko i puchato. Powieść zaczyna się tym nieszczęsnym bla, bla, bla skąd się wziął opis tej sprawy i, że na pewno jest autentyczny, etc. etc. Powinni tego prawnie zakazać! Pomysł Nicholasa Meyera żyje własnym życiem i rozpoczyna dosłownie każdą książkę o dalszych przygodach Holmesa, i naprawdę przyprawia już o ból głowy jak Irene Adler w The Canary Trainer. Poza tym minusów właściwie brak. Jeszcze raz gorąco polecam!

czwartek, 29 września 2011

Dla odmiany o książkach. Plus szatan!

Sherlockista zorientował się ostatnio, że zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, podporządkował swój blog prawom wszechwładnej kultury obrazkowej i pisze jednak najczęściej o ekranizacjach, filmach, serialach, aktorach, zdjęciach i planach. Dysproporcja ta prawdopodobnie nie da się usunąć (bo po prostu na ekranach pojawiają się ostatnio znacznie lepsze sherlockistyczne rzeczy niż na papierze), ale ilekroć da się powiedzieć coś ciekawego o najbardziej tradycyjnym z holmesologicznych mediów (nie licząc może czasopism z powieściami w odcinkach ;)), to niewątpliwie warto to zrobić.
W tym tygodniu na przykład świat Sherlockistów obiegła ekscytująca wiadomość, że zgodnie z (wspominanymi tu niegdyś) zapowiedziami, British Library opublikowało kupioną za ciężkie pieniądze, "zaginioną" pierwszą powieść ACD, "The Narrative of John Smith". "Zaginioną" ujął Sherlockista w cudzysłów, ponieważ o ile pierwsza próba powieściowa Arthurowi faktycznie była się zapodziała, o tyle odtworzył ją potem z pamięci. I zadbał o to, by zaginęłą po raz drugi, tym razem na dłużej, bo na samą myśl o publikacji dzieła palił się ze wstydu... Dla literaturoznawców jednak zachowana w czarnych notesach Doyle'a i niedawno wywleczona na światło dzienne z pomroków dziejów opowieść Smitha to nieoceniony materiał badawczy. Ponoć jest to narracja mizogina i samotnika, w którym można rozpoznać pewne Holmesowe rysy, a także ślad klimatu fajek i dorożek, ale Sherlockista słyszał też bardziej złośliwe komentarze, także i takie, że ta pierwsza powieść Arthura pomaga nam zrozumieć, czemu karierę zrobił głównie jako autor opowiadań. Ponoć jedną z - drobnych rzecz jasna, ale mimo to jakoś tam zauważalnych - wad dzieła jest brak fabuły...
Wygląda tak:

Kupić można m. in. tu, a jeśli ktoś chce zniżkę, to niech napisze do Sherlockisty (ShK dostał w którymś swoim newsletterze kod promocyjny dla takich freaków jak my:).
---
Drugą pozycję prezentuje Sherlockista, bo nie może wprost oprzeć się pokusie, by ulec panującej ostatnio modzie na okultystów, satanistów i mrok. Wielbiciele tematyki odnajdą łakomy kąsek w nowym, szatańskim apokryfie autorstwa Guya Adamsa ("The Breath of God"). Holmes musi się w nim zmierzyć z tak potężnymi siłami ciemności, że do pomocy zaprzęga demonologów, medium a także samego Aleistera Crowleya, słynnego okultystę z przełomu wieków (konkretnie z końca 19 i pierwszej połowy 20), przy którym taki nasz Nergal to niewinne naiwne kocię i nieszkodliwy awanturnik.
Kto ma ochotę zakosztować smaku tego dzieła (Sherlockista chyba nie ma na to nerwów, za bardzo go wkurzają takie mhrrroczne bzdety), ten może przeczytać fragment tu. 
Okładka jest paskudna:


...ale za to mamy dobry pretekst, by spojrzeć w trącone nieco obłędem oczy Crowleya:

Gdyby ktoś z Czytelników wystraszył się na serio, na odtrutkę polecam jedną z licznych stron opisujących sławne ofiary "satanizmu", zwłaszcza zaś filozofii Crowleya (która w rzeczywistości nie ma wiele wspólnego z satanizmem rozumianym jako wycie, że Szatan jest naszym panem) - ale osoby o naprawdę słabym sercu Sherlockista ostrzega, że tam z kolei można zobaczyć Jimmy'ego Page'a postawionego obok Lindsay Lohan...

niedziela, 4 września 2011

Zerknijmy na nowego Sherlocka BBC :)

Dziś same rzeczy przyjemne.
Na początek, okładka wielokrotnie na Sherlockianach zapowiadanej książki Anthony'ego Horowitza "The House of Silk", pierwszego zupełnie "oficjalnego" apokryfu Kanonu. Książka już w listopadzie (naturalnie za granicą), a na razie informacja dla wielbicieli audiobooków, że czytać ją będzie sam Derek Jacobi oraz bardzo ładna grafika:


Następnie informacja z gatunku "nie jesteśmy sami" a także "różanopalca Jutrzenka renesansu wielkich Sherlocków na horyzoncie". Otóż Mark Gatiss udzielił RadioTimes.com wywiadu, w którym powiedział, jakie jest jego pięć ukochanych opowiadań Kanonu:

BRUC
REDH
TWIS
MUSG
FINA

(jeśli ktoś nie zetknął się jeszcze ze skrótami Jay Finley Christa albo też coś mu wyleciało z głowy, to Sherlockista poleca kliknięcie tu, a i umieści na stałe link gdzieś wśród ważnych stron - serdecznie przeprasza, że nie daje prawie nigdy polskich tytułów, ale przekłady są albo oczywiste z uwagi na nazwy własne albo tak beznadziejne, że ShK sam się gubi... bo taka na przykład "Buczyna" to co to właściwie miało być?! ;))

... i oczywiście nie można tego wyboru nie skomentować. Sherlockista nigdy nie podjąłby się wyboru pięciu najulubieńszych przygód i problemów, ale gdyby go kto trzymał pod pistoletem, to BRUC, MUSG i REDH znalazłyby się wśród nich na pewno - może FIVE albo CHAS zamiast TWIS i na pewno EMPT zamiast FINA, bo jednak najbardziej na świecie, to kocha, jak Holmes wraca, a nie jak spada. Generalnie jednak rzecz biorąc zupełnie się Gatissowi nie dziwi i bardzo go takie upodobania autora scenariuszy do Sherlocka cieszą. 
Możliwe, że nie przypadkiem wszystkie wymienione tytuły (oprócz ShK-owego FIVE) to jedne z najlepszych ekranizacji Granady. Z całą pewnością wszystkie oprócz FINA to po prostu świetne zagadki, których rozwiązania nie domyślamy się przed Holmesem. BRUC ("Plany łodzi Bruce-Partington") to wręcz majstersztyk - czego tam nie ma! 

uwaga, spoilery :)!

Holmes odkrywa, że ciało zostało zrzucone z dachu pociągu a nie wypchnięte z samego pociągu, namawia Watsona do dokonania włamania, wreszcie, współpracuje blisko z Mycroftem w jego rządowym i superpoważnym wcieleniu. Dokładnie takiego Mycfrofta gra zresztą sam Gatiss. A nasz XXI-wieczny Watson zamiast ograniczać się do wspólnych włamań, nie waha się dla Holmesa zabić. 

koniec spojlerów :)!

W każym razie, wątki z BRUC już się w Sherlockach samego Gatissa z pewnością objawiły i oby ich jak najwięcej.

REDH (bodaj "Liga rudzielców") to bezsprzecznie najśmieszniejsze opowiadanie w całym Kanonie, skargi pana Jabeza Wilsona należą w ogóle do najlepszych humorystycznych fragmentów prozy ACD, a przy tym miał nasz ulubiony autor fenomenalny zupełnie pomysł na intrygę (pod etykietą REDH znajdą Czytelnicy wpisy na temat tego, jak mocno pomysł ten inspiruje współczesnych rzezimieszków, jeśli nasza genialna spółka postanowi oprzeć na nim jakiś przyszły epizod to nie będzie żadnego problemu ;). 

TWIS (Sherlockista bardzo przeprasza... ale naprawdę tłumaczenie brzmi "Krzywousty"...) - opowiadanie, które musiało zainspirować tysiące polskich "wakacyjnych żebraków", kursujących po miejscowościach wypoczynkowych po to, by zarobić na spokojne życie przez trudniejsze miesiące. Szkoda tylko, że nie cytują Szekspira... Tu także najważniejsza jest sama zagadka, a zakończenie jest naprawdę zaskakujące. Brzmi to jak banał, bo takim zdaniem jak poprzednie najczęściej reklamuje się cały Kanon, ale w gruncie rzeczy nie więcej niż połowa opowieści o Holmesie rzeczywiście ma charakter kryminalnej zagadki, którą my dziś, po Agacie Christie i Chandlerze, uznalibyśmy za typową. Wiele z nich to opowieści o zagrożeniu z przeszłości, którego przeważnie nie daje się zatrzymać (jak na przykład DANC albo VALL, czy w pewnym sensie YELL albo REDC) albo też po prostu dziwne historie, jak VEIL. TWIS to oczywiście też nie typowa "locked room murder mystery", ale bardzo jej do tego blisko. I to też chcemy obejrzeć w nowym Sherlocku.

MUSG ("Rytuał rodu Musgrave'ów")... ach :) Stare zamczysko, sekret sięgający czasów Stuartów, poszukiwanie zaginionego skarbu i miłosne szaleństwo temperamentnej Walijki, do tego cudowne postaci drugoplanowe, czyli przygłupi Musgrave i jego stanowczo zbyt inteligentny służący, morderstwo, kradzież, zakodowana mapa... Sherlockista nie miałby nic przeciwko temu, żeby Gatiss przeniósł to opowiadanie do XXI wieku (niewątpliwie coś z tego klimatu pojawiło się już w trzeciej części ostatniej serii, tej ze wskazówkami ukrytymi w obrazie etc.).

A FINA ("Ostatnia zagadka")... FINA to FINA... Za FINA zabrali się Moffat z Gatissem zupełnie dosłownie. Tu akurat intryga dziurawa i niespójna, jak strasznie niespójna to dopiero ujawnia (i potęguje) EMPT, więc przed naszymi autorami same kłopoty, no ale... ale razem z FINA dostają do rąk Moriarty'ego. Dostają Watsonową apologię Holmesa, nad która niejeden z Czytelników i niejedna Czytelniczka ocierali oczy. Zwłaszcza, gdy wygłaszał ją David Burke po Jeremy'm Brettcie, a kamera pokazywała zbliżenie na porzuconą strzykawkę... Dostają "It is with a heavy heart that I take up my pen to write...", które nasuwa się Sherlockiście zawsze, ilekroć przychodzi mu napisać coś naprawdę okropnie smutnego.
I FINA - to czuje Sherlockista przez skórę - nowe FINA BBC będzie naprawdę wielkie. Tylko oby wrócili nam Sherlocka przed nowym sezonem...

Na koniec i zasłużony deser, malutki uryweczek z tego, co czeka nas w nowym HOUN ("Psie..."). (Dla Whovistów - uwaga na Russella Toveya (a.k.a Midshipman Alonzo Frame :) ), kto chce, może głośno krzyknąć za nieodżałowanym Dziesiątym Doktorem, "Allons-y Alonzo!")


środa, 27 lipca 2011

Justeene wraca do nas ze świetną recenzją książki o Irenie Adler!


Sherlockista z radością prezentuje Czytelnikom następną recenzję Justeene. Z radością tym większą, że o ile kiedyś książki kupić się jakoś tak nie odważył, to na pewno zawsze chciał wiedzieć, co było w środku ;) Po tej recenzji myślę, że można śmiało ryzykować! Zwłaszcza, że ShK gorąco podziela poglądy Justeene na samą postać Irene wyrażone w pierwszym akapicie... 
Oddajmy głos Autorce, której należą się brawa i najserdeczniejsze podziękowania :)


Dobranoc, panie Holmes



„Obawiam się, Watsonie, że w l’affaire Adler my wszyscy graliśmy jedynie role drugoplanowe, byliśmy tłem dla sprytu i charakteru tej kobiety”.
Sherlock Holmes

 Swój drugi gościnny występ na Sherlockianach poświęcę pierwszej powieści z serii książek o przygodach jedynej kobiety, której udało się przechytrzyć Sherlocka Holmesa. Na wstępie przyznam się bez bicia, że nie jestem wielką fanką tej postaci, głównie przez uparcie i niezmiennie powtarzany przez niektórych pogląd, jakoby nasza primadonna była jedyną kobietą, zdolną rozpalić serce największego i najbardziej niedostępnego z detektywów. Nie muszę dodawać, że przekonanie to uważam za mocno naciągane? Relacja Holmes-Adler[1] jest w moim mniemaniu o wiele bardziej skomplikowana niż chcieliby zwolennicy teorii romansowej (tych odsyłam do lektury wiekopomnego dzieła o jakże niesamowitych walorach artystycznych, jakim jest wspomniany w moim pierwszym poście The Canary Trainer).
Co by jednak nie mówić, Irene Adler doczekała się ośmiu powieści o swoich  przygodach, napisanych przez Carole Nelson Douglas, amerykańską autorkę powieści różnych. Mniejsza z tym, bo Dobranoc, panie Holmes to naprawdę fajna książka, lekka, łatwa i przyjemna, w sam raz na wakacje, ale również na długie jesienne wieczory, krótkie zimowe dnie czy wiosenne popołudnia. Śledzimy zmagania Irene z prowadzonymi przez nią dochodzeniami, ale również z problemami życia codziennego, obserwujemy jak pnie się po szczeblach kariery. Nasza bohaterka spotyka na swojej drodze mnóstwo postaci – mamy tu przystojnego, wręcz idealnego kawalera, Godfreya Nortona (początki ich znajomości są dosyć burzliwe), następcę czeskiego tronu, Brama Stokera, Oscara Wilde’a, Antonína Dvořáka i oczywiście Sherlocka Holmesa, trafia nawet na śniadanie do Tiffany’ego. Konstrukcja  Dobranoc, panie Holmes nawiązuje nieco do STUD – oto zagubiona w wielkim mieście narratorka, panna Penelope „Nell” Huxley poznaje ekscentryczną pannę Adler, której zachowanie będzie ją zdumiewać do ostatnich kart powieści. Nasze bohaterki zamieszkują razem, Nell staje się powoli asystentką i kronikarką Irene, uczestnicząc (zazwyczaj wbrew swojej woli) w śledztwach prowadzonych przez jej nową towarzyszkę. Sama panna Huxley, córka prowincjonalnego pastora jest postacią na wskroś... wiktoriańską – powściągliwą, pruderyjną, potępiającą wszelkie ekstrawagancje. Barwny styl, filozofia życiowa Irene i jej feministyczne poglądy są dla niej szokujące. Penelope relacjonuje wydarzenia z perspektywy nudnej starej panny w typie Lucy Snowe (główna bohaterka i jednocześnie narratorka powieści Villette autorstwa Charlotte Brontë) czy Fanny Price (to z kolei Mansfield Park Jane Austen), co dodatkowo podkreśla jak bardzo Irene Adler odbiega od stereotypu kobiety („the Angel in the House”) pokutującego w epoce, w której rozgrywa się akcja. I choć postacie nie grzeszą psychologiczną głębią, czego wspaniałym przykładem jest tutaj na przykład Godfrey Norton, to specjalnie nie przeszkadza to w lekturze. Najbardziej irytuje za to sama Irene, która sprawia wrażenie jakby autorka nie mogła się zdecydować, czy panna Adler ma być amoralną awanturnicą, doskonale obeznaną z regułami rządzącymi nawet najbardziej obskurnymi dzielnicami miasta, czy naiwną panienką. Choć nasza bohaterka jest świadoma z czym wiąże się wykonywany przez nią zawód (niejednokrotnie w cynicznych słowach wypowiada się na temat bycia aktorką i śpiewaczką), jest wielce zdziwiona sposobem, w jaki potraktował ją następca czeskiego tronu.
Z nieukrywaną przyjemnością donoszę, że postać Holmesa ma się wcale dobrze. Nasz detektyw prowadzi swoje śledztwo równolegle z Irene, ale jednak na drugim planie. Są natomiast ciekawe dysputy z Watsonem (szczególnie polecam tę o kobietach, z wyrzutami Holmesa, skierowanymi do doktora: „Poza tym naplotłeś banialuk o mojej obojętności wobec płci pięknej w ogóle”) oraz historia opowiedziana w SCAN, tyle, że z drugiej perspektywy. Tutaj jest ona tylko fragmentem większej całości, a w zestawie dostajemy jeszcze brylantowy pas Marii Antoniny i nieobyczajną papugę. Nie brak też opisu rozwoju kariery wokalnej panny Adler oraz solowych poczynań Penelope pod nieobecność przyjaciółki, której zawsze gotowa jest pospieszyć z pomocą.
Po lekturze Dobranoc, panie Holmes mamy wrażenie, że Irene Adler to w zasadzie żeńska wersja samego Holmesa, z własnym odpowiednikiem Watsona, skłonnością do przebieranek oraz niechęcią do małżeństwa. I choć wiemy z góry jak to wszystko się skończy, w niczym to jednak nie przeszkadza, bo lektura naprawdę wciąga (kolejny plus za tłumaczenie). Polecam!



* Postać Irene Adler wywodzona jest niekiedy od Heleny Modrzejewskiej, którą Sir Arthur Conan Doyle miał być zafascynowany, lub jak chcą niektórzy, w której się skrycie podkochiwał. Więcej na ten temat tu: http://www.diogenes-club.com/irene.htm, w artykule Adama Węgłowskiego, „Polski sekret Sherlocka Holmesa” zamieszczonym w magazynie Focus Historia (nr 8/2007) lub w skromnym artykuliku w aktualnym numerze pisma 21. wiek. History Revue.



[1] Zainteresowanym tematem polecam esej "‘A Scandal in Bohemia’" and Sherlock Holmes's Ultimate Mystery Solved” pióra (klawiatury?) Pascale Krumm.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

[minipost] Rękopisów nawet poczta nie potrafi zgubić na dobre!

Po pierwsze i najważniejsze, Sherlockista z pewnym opóźnieniem donosi, że wkrótce ukaże się niepublikowana wcześniej pierwsza powieść ACD, napisana w latach 1883-1884 The Narrative of John Smith, czyli "Opowieść Johna Smitha". Brzmi to zupełnie jak podrozdział z powieści o Holmesie, prawda? Ekscytację naszą studzić może fakt, że te podrozdziały przeważnie są najnudniejsze, po pierwsze dlatego, że nie zawierają Holmesa, a po drugie dlatego, że patrz punkt pierwszy. Ponadto, była to pierwsza długa powieść ACD, a z ostrożnych opinii znawców wynika, że nasz Ukochany Autor nie należał do tych olbrzymów literatury, którzy od pierwszej do ostatniej litery, od młodzieńczych wierszy po podpisy na wekslach, płonęli blaskiem Geniuszu Słowa, przeciwnie, zdaje się, że talent ACD najpełniej objawiał się jednak w krótszych opowiadaniach. Historia ta mimo wszystko godna jest uwagi, ponieważ jedyny rękopis powieści został zgubiony przez pocztę (niech będzie nam to pocieszeniem po wszystkich nigdy niedoręczonych paczkach i kartkach świątecznych). ACD odtworzył go potem częściowo z pamięci. Jeśli - zachowując propocje ;) - ACD równie mocno przeżywał utratę gotowego tekstu jak Sherlockista (o czym ShK ostatnio wspominał), to musiał mieć dobry powód, by zdobyć się na taki wysiłek. Dla nas powodem do przeczytania powieści może być fakt, że występuje w niej pani Rundle, gosposia, którą ponoć można uznać za pierwowzór Mrs Hudson.
Pracami redakcyjnymi kieruje Rachel Foss z British Library, a efekty jej starań mamy ujrzeć już jesienią.
---
Po drugie, Sherlockista najserdeczniej poleca najnowsze dzieło twórców BS-Bloga, czyli niezmiernie elegancką Sherlockistyczną gazetę.
---
Po trzecie i ostatnie, pragnie się trochę pochwalić a trochę usprawiedliwić: wprawdzie blogger zafundował nam ostatnio nowe szablony do przeglądania blogów w trybie mobilnym, to jednak od strony estetycznej pozostawiają one nieco do życzenia. Jednocześnie zatem Sherlockista zachęca do prób czytania Sherlockianów także z komórek (sam na własnej miewał spore problemy), a zarazem przeprasza, że tam w tle w wersji "mobile" widnieć będą jakieś standardowe, bloggerowe widoczki.

poniedziałek, 30 maja 2011

"The Sherlockian" - tym razem recenzja z całości. Sherlockiana goszczą na swoich łamach Justeene!

Pamiętacie pierwszą w dziejach bloga  recenzję z połowy dzieła, bo reszty ShK nie był w stanie przeczytać? Justeene dała radę, chociaż łatwo nie było... Sherlockista z radością prezentuje poniżej pierwszą gościnną recenzję na Sherlockianach (i tym wspaniałym przykładem Justeene zachęca też innych Czytelników do przysyłania sherlockistycznych tekstów, które chcieliby na tych łamach zobaczyć).


Recenzja z drugiej połowy dzieła



Gdybym miała wybrać motto dla tego tekstu, jak czyni to Graham Moore przed każdym rozdziałem, wybór byłby trudny, ale chyba jednak zdecydowałabym się na słowa, jakimi jedna z postaci stara się przywołać głównego bohatera do porządku: „This is deranged. You’re a literary researcher, not a goddamned detective!” Ten cytat powinien być odpowiedzią na entuzjastyczną wypowiedź Matthew Pearla, według którego „The Sherlockian” to pozycja obowiązkowa zarówno dla wielbicieli Sherlocka Holmesa, powieści historycznych oraz kryminałów, w dodatku takich, które pan Pearl określa mianem intelektualnych. This is deranged. You’re a literary researcher, not a goddamned detective!” Po lekturze „The Sherlockian” doszłam do wniosku, że autor „Klubu Dantego” najwyraźniej oszczędził sobie tej przyjemności, skoro wystawił tej książce tak pozytywną ocenę. Niestety, prawda jest taka, że „The Sherlockian” zawodzi na całej linii, w każdym z powyższych aspektów. 
W swej recenzji z połowy dzieła Sherlockista nakreślił już z grubsza, o czym ta, ekhm, powieść traktuje. Mamy więc dwie równoległe opowieści, z których równie dobrze można by zrobić dwie osobne nowele (po wcale nie drobnych poprawkach), z których przynajmniej jedna wiele by na tym zyskała. Mowa tu o historii dotyczącej śledztwa „Arthura” i „Brama”. Sherlockista wspominał, że Graham Moore tłumaczył to spoufalenie z panami Conan Doyle i Stokerem w jednym z epizodów „I Hear of Sherlock Everywhere” względami nowoczesności i dopasowaniem do współczesnego czytelnika. Te wyjaśnienia do mnie nie trafiają, ale trzeba przyznać, że to dopasowanie wychodzi autorowi całkiem nieźle. Książka jest napisana prostym językiem, krótkie zdania, żadnych fajerwerków, oprócz okazjonalnych poetyckich „upiększeń” w rodzaju porównań gotującej się w „Arthurze” krwi do wody bulgoczącej powoli w czajniku. Język jakim posługują się „Artur” i „Bram” nie różni się od mowy marynarza z doków czy ludzi z dolnych warstw społeczeństwa, nie licząc jednego czy dwóch wyrażeń slangowych. Czytelnikom niezaznajomionym z Sherlockiem Holmesem, Conan Doyle’em, jego opowiadaniami o dzielnym detektywie, oraz kryminałami w ogóle, Moore na każdym kroku służy przydługimi wyjaśnieniami, które ma choć w części usprawiedliwić postać Sarah, czyli kogoś w rodzaju dziewczyny Bonda, to jest Harolda. Ponadto, jeśli czytelnik nie słyszał o wydarzeniach, które stały się kanwą utworu, pan Moore służy wyjaśnieniem absolutnie wszystkiego w wieńczącej książkę „Nocie autora”. O ile przytoczenie okoliczności śmierci Richarda Lancelyn Greena (z pominięciem znalezionych przy nim zabawek i butelki ginu) jest jeszcze zrozumiałe, o tyle wyjaśnianie, co jest prawdą, a co autor zmyślił wprawiło mnie w osłupienie, nawet większe niż zakończenie książki.
Sherlockista wspomina, że przez chwilę miał ochotę podejrzeć owe ostatnie strony w (daremnej) nadziei, że mogą one uratować to dzieło. Jeśli jeszcze tego nie zrobił, niech tego nie czyni, albowiem jest gorzej niż na początku. Nie wybiegajmy jednak zanadto w przód.
Zacznę od wątku historycznego. Trzeba przyznać, że zapowiadało się ciekawie. „Arthur” właśnie uśmiercił „demona z Baker Street” (jak w swojej biografii ACD Sherlocka Holmesa określa John Dickson Carr) i jest z tego powodu niezmiernie szczęśliwy, jednak nikt nie daje mu o nim zapomnieć – na ulicy atakują biednego „Arthura” staruszki i przypadkowi przechodnie, policjanci proszą go o autografy, itp., czego on nie potrafi znieść. I to, włączając może jedną scenę z wątku Harolda (kiedy tenże intensywnie myśli nad jakąś błyskotliwą dedukcją, ale przeszkadza mu portfel w tylnej kieszeni spodni i Sarah głośno żująca sałatę) są najlepsze momenty książki. „Arthura” nikt nie traktuje poważnie, ani jego problemów ani jego śledztwa. Moore wielokrotnie podkreśla, że Conan Doyle osiągnięcia w tej dziedzinie miał mierne, co przecież nie jest prawdą, zważywszy choćby na sprawę George’a Edalji. Cała intryga jest natomiast naciągana i wyolbrzymiona, a zakończenie tego wątku jest po prostu głupie. „Arthur” i „Bram” z jednej strony wcielają w życie metody Sherlocka Holmesa, jak przebrania, z drugiej robią więcej szkód niż przysłowiowy słoń w składzie porcelany, przy czym ich postępowanie jest czasami zupełnie nielogiczne, nie wspominając już o rozwiązaniu zagadki, które, mówiąc kolokwialnie, kompletnie nie trzyma się kupy. Szkoda, bo mogła z tego powstać całkiem interesująca historia. Niestety, zamiast tego mamy wiele hałasu o nic, ale opowiedziane z takim przejęciem, że całość wręcz drażni.
Druga opowieść nie tylko nie prezentuje się lepiej, ale, jeśli to możliwe, jest znacznie bardziej irytująca. Przede wszystkim, od samego początku lektury czytelnik zastanawia się nie tylko, o co w tym wszystkim chodzi, ale również, dlaczego ktoś robi z tego taką wielką aferę? Dlaczego to właśnie oni są śledzeni, skoro inni też się bawią we własne śledztwa? Na ten wątek, a w szczególności jego zakończenie lepiej będzie spuścić zasłonę milczenia i skupić się przez chwilę na głównym bohaterze.
Harold White jest postacią nieciekawą, wyjątkowo irytującą i całkowicie pozbawioną osobowości. Autor z uporem maniaka podkreśla, że jest on najmłodszym członkiem Baker Street Irregulars w historii tej organizacji oraz, że jest wyjątkowo oczytany, itp. Zabieg ten ma na celu uwiarygodnienie zachwytów z jakimi nasz bohater spotyka się, głosząc swoje błyskotliwe dedukcje w stylu: X „nie może być mordercą, bo pojawia się na początku śledztwa”, ewentualnie, że Y „przyzna się, kiedy Harold stawi mu czoło, ponieważ tak robią mordercy w opowiadaniach o Sherlocku Holmesie”. Widzimy więc, że rozwój emocjonalny naszego bohatera zatrzymał się na poziomie sześcioletniego dziecka – kiedy zostaje znalezione ciało Alexa Cale, Harolda ponosi i nawet Jeffrey nie jest w stanie przemówić mu do rozsądku (słowami cytowanymi we wstępie tego tekstu). Gość jest wniebowzięty, bo oto ma przed sobą prawdziwego trupa i wreszcie może być Sherlockiem Holmesem! Swoje wywody, jak również metody prowadzenia śledztwa, Harold opiera na kilku cytatach z utworów Conan Doyle’a, a określanie tego bełkotu mianem „szokująco spójnego/logicznego” jest wręcz nie na miejscu. W tym kontekście wniosek naszego bohatera, kiedy on i Sarah odkrywają, że śledzi ich jeden z sherlockistów, że to nie jest zabawa dla amatorów, jest po prostu śmieszny, bo przecież, niewątpliwie, Harold jest wysokiej klasy zawodowcem. Parafrazując Williama Szekspira, reszta niech będzie milczeniem, albowiem już chyba wystarczająco mocno skopałyśmy z Sherlockistą leżącego.
Na koniec warto się pochylić nad prezentacją w tym dziele członków BSI. Niepojętym jest dla mnie, jak pan Moore może być klepany po plecach za to, że przedstawił sherlockistów jako zgraję krzykliwych, bezmózgich zazdrośników, z obsesją na punkcie Sherlocka Holmesa i teorii spiskowych, z miejsca spisującą na straty policję (bo przecież od epoki wiktoriańskiej nic się w tej kwestii nie zmieniło) i natychmiast gotową do przeprowadzania własnych dochodzeń. Aż chciałoby się  zaapelować do autora, łącząc to, co na jego temat napisano w notce biograficznej (choć to chyba za dużo powiedziane, cała notka składa się z jednego zdania) i apel Jeffreya: „This is deranged. You’re a twenty-eight year old graduate of Columbia University with a degree in religious history, not a goddamned writer!”



sobota, 14 maja 2011

ekspres sherlockistyczny, wyd. wieczorne opóźnione - z pomocą Baker Street Bloga

Sherlockista pod pewnymi względami wlecze się z tyłu za Baker Street Blogiem, ale pod innymi wysunął się na czoło peletonu ;) Nie może się bowiem powstrzymać od udostępnienia Czytelnikom (w ślad za BSB) pierwszego odcinka nowej serii nowego współautora BSB, Stevena Doyle'a, znanego nam z wspominanej na Sherlockianach książki "Sherlock Holmes for Dummies". Seria ma tytuł Sherlockian Mythbusters, a pomysł został ściągnięty, rzecz jasna, z serii "Mity", która pojawiła się na Sherlockianach ;) No dobrze, może również ze znanych programów telewizji Discovery... troszkę...
Pierwszy odcinek poświęcony został tajemnicy THOR. W kanonicznym opowiadaniu (i cudownej adaptacji Granady z Jeremym Brettem, której fragmenty można podziwiać w poniższym filmie), zbrodnia - uwaga spoiler, kto nie wie i nie chce widzieć, niech zjedzie teraz nie czytając poniżej filmu i samego filmu też nie ogląda...





... - zbrodnia tedy ;) polegała na upozorowaniu samobójstwa na morderstwo. Kobieta chciała za wszelką cenę pozbyć się broni już po śmierci i, jak stwierdził Holmes, użyła do tego celu kamienia, sznurka oraz mostu. Holmes zademonstrował nawet, że faktycznie było to możliwe (wiązało się to z utopieniem rewolweru biednego Watsona...). Czy jednak błyskotliwa rekonstrukcja nie była tylko fantazją? Steven Doyle powtórzył eksperyment - komu nie chce się oglądać całego filmu, może zerknąć na sam koniec posta ;)




---
Druga wiadomość - smutna, o śmierci Jeremy'ego Paula - także znana jest Sherlockiście dzięki BSB. Jak pisał już ShK na fan-stronie Sherlockianów, to jemu właśnie zawdzięczamy wiele epizodów Sherlocków Granady z Jeremym Brettem (niżej szczegóły), a także sztukę legendę: The Secret of Sherlock Holmes, którą Brett i Hardwicke z wielkim sukcesem grali w Wyndham Theatre (w reżyserii Petera Garlanda) w latach 1988/1989. Niestety - niestety! - zachowało się tylko nagranie dźwiękowe, dzięki któremu można sobie wyobrazić nie tylko bezbłędne ekscentryczne wykonanie Jeremy'ego (do spółki z ciepłym, opiekuńczym, ale zawsze też pełnym ironii i poczucia humoru sir Edwardem), ale też znakomity tekst. Co prawda rozwiązanie fabularne jest dość kontrowersyjne, ale niezliczone kanoniczne nawiązania i dialogi, a także to, co zawsze jest strzałem w dziesiątkę, kiedy adaptujemy Holmesa, czyli skoncentrowanie się na relacjach między Przyjaciółmi, podbijają serce każdego Sherlockisty około trzeciej minuty... Zresztą posłuchajmy:



Jeremy Paul zmarł 3 maja na raka. Tak się składa, że to on napisał jedne z najwspanialszych adaptacji Granady - The Speckled Band (1984), The Naval Treaty (1984), najlepsze z najlepszych, perła wśród pereł, czyli The Musgrave Ritual (1986), za które zebrał garść nagród, a także przywoływane i analizowane wyżej THOR, poza tym: WIST, RED, The Three Gables i kontrowersyjne filmy pełnometrażowe: The Last Vampyre (1993) i jeden z najbardziej szarpiących serce Brettów, ten, w którym Holmes wygrywa, ale ponosi klęskę i na zawsze żegna się z własną wielkością: The Master Blackmailer (1992).
Z podlinkowanej wyżej strony Czytelnicy mogą dowiedzieć się więcej o różnych jego aktywnościach, a Sherlockista poleca po prostu przesłuchanie Secret... Smutne, ale i poruszające ćwiczenie wyobraźni, a zarazem jeden z tych skarbów, który został nam po Paulu i Brettcie.

---
A na koniec posta obiecany spojler filmiku Stevena Doyle'a: TAK! Ani Holmes ani ACD nie zmyślali, faktycznie dałoby się zrobić taką sztuczkę z pistoletem :)

niedziela, 24 kwietnia 2011

Sherlock Holmes, Wielkanoc i nowy, autoryzowany apokryf

Na temat Sherlocka Holmesa i Wielkiej Nocy Sherlockista przeprowadził może nie bardzo głęboki, ale jednak głębszy niż naskórkowy research, który... który zupełnie nic nie wykazał... Pewnie także dlatego, że Wielkanoc to zdecydowanie bardziej święto religijne dla wyznań chrześcijańskich niż "sezon świąteczny" dla wszystkich (którym jest okres bożonarodzeniowy) i stanowi mniej oczywisty punkt w kalendarzu. Nie jest też jakimś szczególnie atrakcyjnym tłem dla pastiszów i apokryfów (ShK wygmerał wprawdzie w Sieci jakieś straszliwe dzieło opisujące objawienia Holmesa doznane w czasie wielkanocnego kazania ale przez litość nie podlinkuje...).
Dlatego też Sherlockista (który szczerze mówiąc także do związków z Wielkanocą innych niż konsumpcja mazurków się nie poczuwa) postanowił po prostu napisać słów parę o innym apokryfie, który wzbudził już wśród Czytelników zainteresowanie. Ogłoszono bowiem tytuł i datę premiery słynnej już (!) książki Anthony'ego Horowitza, który otrzymał błogosławieństwo spadkobierców Conan Doyle'a na napisanie apokryfu dla uczczenia różnych rocznic ACD (Sherlockista zapowiadał tę książkę po raz pierwszy tu).
ShK zachęca do odwiedzenia strony tego Autora i podlinkowanego na niej artykułu z Guardiana, ale dla świątecznie rozleniwionych streści, że:
 - książka ma nosić tytuł Sherlock Holmes. The House of Silk, czyli, jeśli wykluczyć, że to kryptoreklama pewnego sklepu z jedwabną bielizną, trzeba założyć, że będzie o jakiejś przędzalni, sklepie bławatnym, "domu jedwabiu" czy tajemniczym wnętrzu o obitych jedwabiem ścianach, w którym leżeć będą warstwami trupy eterycznych blondynek poduszonych przez wielkie psy. Trudno powiedzieć ;)
 - akcja rozpocznie się od napadu na pociąg, a potem przeniesie się do Wimbledonu
 - narracja prowadzona będzie w pierwszej osobie (duże ryzyko, jak ocenia Sherlockista) i, co już bardzo ale to bardzo się ShK nie podoba, rzekomo zostaje spisana przez Watsona już po śmierci Holmesa (do ludzi, którzy usiłują nam wmówić, że Holmes nie żyje i/lub wyobrażają sobie, że są w stanie go zabić, chociaż wycofał się z tego nawet ACD ma ochotę Sherlockista...no... powiedzmy, że wykreślić z wish-list w Amazonie...)
 - Watson spisuje tę historię tak późno, bo wcześniej, oczywiście, "świat nie był na nią gotowy" (podobnie jak na mrożącą krew w żyłach opowieść o Wielkiej Nutrii z Sumatry). Co uważa ShK za chwyt po prostu zbyt oklepany, te frazesy o 'niegotowym świecie' są już zbyt wytarte nawet na to, by śmieszyć w branżowych sherlockistycznych dowcipach...
 - książka ukaże się 1 listopada nakładem wydawnictwa Orion i będzie kosztowała koszmarnie dużo...


...hm... Właściwie, to nie wie ShK, co o tym myśleć. Jeszcze niedawno cieszył się na książkę Horowitza, ale teraz chyba ogarniają go wątpliwości. Złe przeczucia takie. Z drugiej strony, ostatnio najgorsze przeczucia dręczyły go przed serialem BBC, a wszyscy wiemy, w jak wspaniałym stylu BBC te przeczucia rozwiało.
I właśnie o naszym ulubionym serialu BBC będzie następna, szokująca notka Sherlockisty, który wyzna ze wstydem, że dopiero szykując materiały do powyższej natknął się na 12 już dni mające nowiny, które wstrząsną Czytelnikami Sherlockianów ;)
Ale to już jutro ;)

wtorek, 29 marca 2011

[minipostuś] O tym, dlaczego Sherlockista nie donosi nic o drugim Sherlocku Ritchiego...

... nie, nie dlatego, żeby nie wkurzać niektórych wiernych Czytelników ;) Nie łudźcie się, ręka by mu nie zadrżała. Dlatego, że kiedy otrzymuje szereg niusów treści "Stephen Fry opowiada o drugim Sherlocku!" "Wywiad ze Stephenem Fryem - rewelacje na temat postaci Mycrofta!" oraz "Downey i Law zdradzają sekrety sequelu filmu Ritchiego", to nastawia się na nieco mniej przewidywalne i bardziej ekscytujące informacje niż:
- SF zawsze lubił Holmesa i cieszy się z roli
- Mycroft to taki starszy, zdolniejszy, ale i bardziej leniwy Sherlock
- super się go gra
- w ogóle na planie jest czad
- akcja dwójki jest poważniejsza
- ale nie będzie w 3D
- Holmes i Watson już się tak ze sobą nie drażnią, bo mają Moriarty'ego na głowie
- no, trochę się drażnią, bo ślub Watsona tuż-tuż
- w ogóle cały film będzie o tropieniu Moriarty'ego
- po całej Europie, nie wyłączając Szwajcarii (tak tak, są wodospady)
- zupełnie jak w FINA!!1! [nudge nudge, wink wink]
- stawka jest po prostu większa niż życie w tej dwójce i strasznie się to Downeyowi i Lawowi podoba
- w ogóle zobaczycie, jaka to fajna stawka, jaki fajny film, jaki fajny plan i jakie fajne role i jak się fajnie grało u takiego fajnego reżysera i z takimi fajnymi kumplami...


... W związku z tym, jak potem ShK wchodzi pracowicie w te wszystkie czaderskimi tytułami opatrzone linki i znajduje to, co wyżej, to mu potem zajmuje aż tydzień, żeby się tym podzielić z Czytelnikami Sherlockianów...
Na otarcie łez (czy to wywołanych żenującym poziomem marketingu fundowanego nam z okazji amerykańskich superprodukcji, brakiem nowych informacji na temat filmu Ritchiego, a może naddatkiem jakichkolwiek wzmianek o dziele, przez które człowiek przypomina sobie, jaki stres go czeka w grudniu ;) zapowiada Sherlockista nowy mały cykl, poświęcony artykułom z "The Grand Game", którą tak bardzo chwalił się tu. Pierwsza część w ciągu kilku dni, wędrować będzie ShK przez tę piękną książkę niespiesznie :)

poniedziałek, 21 marca 2011

Pierwsza w dziejach bloga recenzja z połowy dzieła - The Sherlockian



Recenzja będzie tylko z (pierwszej) połowy książki, bowiem drugiej Sherlockista czytać nie zamierza. Wiosna idzie, rower trzeba odkurzyć, na chomiku mnóstwo dobrego Sherlocka, nie wspominając o zapasach w domu, czas bliskim poświęcić, wódki się napić, przeczytać co 3 słowo w "Badaniach logicznych" Husserla w poszukiwaniu tajnego kodu typu Dana Browna, posegregować skarpetki na kolory albo na długość albo na jedno i drugie, przekładając co 5 do oddzielnej szufladki na którą nakleimy ręcznie rzeźbiony drewniany szyld z napisem "Pewnik wyboru" - ważniejszych zadań przychodzi ShK do głowy cała masa.


Produkcja Grahama Moore'a, wydana w Ameryce jako The Sherlockian a w Wielkiej Brytanii jako The Holmes Affair* doczekała się całkiem niezłej recenzji w Timesie, a także odcinka bardzo wspaniałego podcastu I Hear of Sherlock Everywhere! Autor zafundował też swojemu dziełu stronę internetową, pardon, jak to się teraz mówi "oficjalnego bloga" powieści. I wszystko to jest dla Sherlockisty kompletnie niepojęte. To jest, da się zrozumieć, jak przebiegają marketingowe mechanizmy, dzięki którym takie idealnie dostosowane do wymogów współczesnego czytelnika produkty - bo o literaturze chyba nie może być mowy, przynajmniej w odniesieniu do pierwszych 200 stron - są recenzowane w poważnych gazetach. Da się nawet zrozumieć, jak to zostało zrobione. Sherlockista czytywał kiedyś z czymś w rodzaju toksycznej fascynacji amerykańskie podręczniki czytania powieści i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że autor - który wcześniej pisywał tylko scenariusze kinowe i telewizyjne - co najmniej starał się realizować zalecenia w rodzaju "staraj się zastępować przymiotniki czasownikami", "dbaj o to, żeby twoje zdania nie były dłuższe niż pięć słów", "wybierz narrację w trzeciej osobie ale z perspektywy" i "każdy rozdział zakończ czymś, co skłoni czytelnika do przeczytania następnego". Zwłaszcza przedostatni punkt, dotyczący narracji, odbił się szczególnie boleśnie na tonie opowieści, ale o tym jeszcze za chwilę.
Ponieważ na książkę składają się dwie równolegle przedstawiane historie, ma ona też dwóch "trzecioosobowych narratorów". Papierowy i nieciekawy Harold White, świeżo-mianowany członek Baker Street Irregulars ma ambicję rozwikłać morderstwo znanego Sherlockisty, który właśnie odnalazł bezcenny pamiętnik Doyle'a (wątek ten został zainspirowany sprawą zabójstwa Richarda Lancelyna Greena a, jak można się dowiedzieć z linkowanego wyżej podcastu, w jeszcze większym stopniu na poły zmyślonym esejem Davida Granna, o którym Sherlockista pisał tu). Równolegle, Doyle, który właśnie z wielką radością pozbył się ze swojego życia Holmesa stracając go w otchłań wodospadu Reichenbach, próbuje rozwiązać sprawę seryjnego mordercy sufrażystek, a także wysłanego mu listu z bombą. O ile miałka i blada narracja prowadzona przez "Harolda" jest tylko przeciętna i niewciągająca, o tyle równie nijako napisane części o Doyle'u, w których jest on konsekwentnie nazywany "Arthur" przyprawia o zgrzytanie zębów i płacz z irytacji. Moore tłumaczy się z tej idiotycznej decyzji w podcaście, bo jako osoba dobrze obeznana z realiami sherlockistycznego świata doskonale wie, że dla nas ACD to zawsze Conan Doyle i nawet Amerykanie nigdy nie mówią/piszą/myślą o nim per "Arthur". Moore sądzi jednak, że w nowoczesnej powieści wszystkie postaci muszą być nazywane po imieniu i gdyby zrobił inaczej w częściach umieszczonych w 19 wieku, to mógłby popaść w nieudolne naśladownictwo mistrzowskiej narracji Watsona. No cóż, faktycznie, jakichkolwiek prób naśladowania barwnej prozy Watsona nie sposób mu zarzucić, czytelnik natomiast może się rozkoszować "nowoczesnymi" stronicami na temat "Arthura" i "Brama" (Stokera, autora "Draculi" i znajomego Doyle'a w życiu i w książce Moore'a). W nowoczesnej powieści nie ma też ewidentnie miejsca na jakiekolwiek odważniejsze zabiegi literackie - zdania Moore'a są proste i rzeczowe jak wyjęte żywcem z serialowych didaskaliów.
Na temat intryg może Sherlockista powiedzieć tylko tyle, że 200 stron nie wciągnęło go w żaden wątek. Śledztwo White'a pełne jest nachalnych i naiwnych odwołań do Kanonu (wszystkie aluzje są na wszelki wypadek wypowiedziane i łopatologicznie wytłumaczone - autor powołał nawet do życia specjalną postać, wyjątkowo irytującą dziennikarkę "spoza sherlockistycznego świata", by mieć pretekst do pieczołowitego wskazywania źródeł cytatów i nawiązań). Bohater twierdzi, że zamierza się kierować metodami Holmesa, ale wychodzi to zupełnie nienaturalnie i mało imponująco. Zamiast realnych metod jest garstka cytatów. Zamiast genialnych, błyskotliwych dedukcji - nieśmiałe zgadywanki. Sherlockista doskonale wie, że w dwudziestym pierwszym wieku modne są postaci detektywów-przeciętniaków, ale on osobiście zatrzymał się na jakims innym etapie rozwoju gatunku roman policier i chyba szuka jednak w podobnych książkach momentów podziwu i ekscytacji. Lepiej i ciekawiej poczyna sobie Conan Doyle, ale mozolne, boleśnie nudno realistyczne opisy jego działań, łącznie z próbami politycznie poprawnego opisania myśli konserwatysty, który inwigiluje środowisko sufrażystek byłyby niestrawne nawet bez "Arthura" i "Brama".
Podsumowując, zamiast sięgać po książkę, lepiej posłuchać podcastu, a w nim długiego wywiadu z autorem. Pan Moore na żywo wciąż nie jest interesujacy - ale opowiada wiele ciekawych i sympatycznych anegdot o członkach BSI, którzy pomagali mu w pracy nad książką, w tym o niezastąpionym Lesliem Klingerze i Danielu Stashowerze (specjaliście od biografii ACD). Sherlockista musi tu zaznaczyć, że z rozmowy nie wynika, by BSI krytykowało tę powieść - wręcz przeciwnie, przytoczone reakcje są pozytywne, podobnie jak linkowane wcześniej recenzje. ShK zaczął się nawet zastanawiać, czy nie sprawdzić, co jest na końcu, bo może ostatnie strony rzutem na taśmę ratują tę książkę. Po namyśle jednak postanowił pozostawić to wyzwanie...komuś innemu :) Kiedy Moore wspomina, jak to długo bał się, że nie da rady napisać dobrej książki i życzył sobie, by tematem zajął się ktoś obdarzony lepszym piórem, można tylko przez grzeczność zamilczeć.


---
*Sherlockista, niestety, dał się nabrać, kupił przez pomyłkę obie i tę amerykańską, niemacaną i nietkniętą zamierza wkrótce sprzedać na Allegro za jakieś 40 zł plus wysyłka, ew. odbiór osobisty połączony z sherlockistyczną kawą w Krakowie :) Jak widać z recenzji, nie jest to pozycja, którą szczerze poleci, jednak jeśli ktoś z Czytelników jest zainteresowany i chce sobie wyrobić własne zdanie, to ShK zachęca do kontaktu jeszcze przed aukcją (książka kosztowała go oryginalnie bodaj 13 funtów plus przesyłka).

środa, 16 lutego 2011

Sherlockistyczne spóźnione walentynki...

...przyszła! Przyszła! Naprawdę przyszła, pod wieczór, niespodziewanie, kiedy zaczynał już Sherlockista tracić nadzieję. Piękna nad wszelkie pojęcie i cudowniejsza niż w najśmielszych marzeniach. Okryta tylko cieniutką żółtą kopertą ze stemplem BSI i Urzędu Celnego w Warszawie, ale wewnątrz twarda, solidna, ciężka i wspaniała.

Właśnie ona, tu z frustracją jako obiekt marzeń jedynie Sherlockisty opisana.
Prawie 450 stron najpiękniejszych, najstarszych, legendą owianych pereł Sherlockizmu, najlepsze eseje najwspanialszych ludzi na świecie z lat 1902-1959... Wszystkie obiecywane przez BSI nazwiska i jeszcze tyleż więcej... Esej Założycielski Knoxa, Dorothy L. Sayers razy kilka, Franklin D. Roosevelt, Christopher Morley, Anthony Boucher, Vincent Starrett, Rex Stout, Jay Finley Christ, sam William S. Baring-Gould (no, fragment ;) )... Nieprzebrane bogactwo i niesłychane wzruszenie.
Ale pewnie nie miałby Sherlockista autentycznych łez przejęcia w oczach, gdyby nie otworzył od razu łapczywie okładki i nie zobaczył, że na pierwszej stronie ma prawdziwy autograf Lesliego Klingera (...no dobra, Laurie King też, w zaistniałej sytuacji chyba trzeba będzie zacząć jej wybaczać Mary Russell)...
(ShK serdecznie przeprasza za jakość tego zdjęcia, ale jak się dysponuje wyłącznie przedpotopową komórką bez flesza i kabelka do komputera to... to Czytelnicy nawet nie wiedzą, na ile wysiłków trzeba się wtedy zdobyć, żeby zaszpanować autografem na blogu ;) )
W tej sytuacji może tylko Sherlockista powiedzieć, że BSI rzeczywiście działa, że jak piszą na stronie, że mają jeszcze trochę egzemplarzy z autografem to należy wierzyć, że mają a nie potem tracić oddech z wrażenia i...
...i idzie czytać :)

sobota, 29 stycznia 2011

Post w sensie ścisłym...

Po obfitującym w różnorakie smakowite wydarzenia początku stycznia, ostatnie dwa tygodnie były dla Sherlockisty jak dieta kopenhaska. Rzucał się z nadzieją na każdy tekst, w którym zabłysło nazwisko Holmesa, po czym odkrywał, że trafił właśnie na bloga poświęconego drzewkom bonsai albo, o zgrozo, o Smoleńsku (tylko otchłannie głębokie poczucie obowiązku Sherlockisty skłoniło go do zajrzenia do artykułu pod tytułem Katastrofa smoleńska i Sherlock Holmes (tytuł chyba został zmieniony, bo teraz trudno go wyszukać. Niestety - na szczęście? - okazało się, ku wielkiemu rozczarowaniu ShK, że nie odkryto przy wraku samolotu śladów żadnego wielkiego psa, a po prostu ktoś odwołał się w wywiadzie do cytatu z Holmesa ("Insensibly one begins to twist facts to suit theories, instead of theories to suit facts." - SCAN, podobną wypowiedź można znaleźć już w STUD.
Jakoś nie poruszyła też ShK wstrząsająca informacja o kłótniach między Judem Lawem (Ritchie-Watsonem) a Robertem Downeyem Jrem (Ritchie-Holmesem) na temat Mela Gibsona - która została zamieszczona na 6 chyba różnych portalach... Zainteresowanym streszcza Sherlockista, że RDJ ma dług wdzięczności wobec Mela, który pomagał mu kiedyś wyciągać się z nałogów. Law tymczasem jest przejęty losem Oksany, która zarzuca Gibsonowi rzeczy naprawdę jeżące włos na głowie. Prawda, że to poruszająca sprawa? Czy to wpłynie na atmosferę na planie? Już niebawem dowiemy się więcej, niestety...

Sherlockista po raz enty otrzymał też znacznie ciekawszą, ale frustrującą na swój sposób informację, że na stronie Baker Street Journal można kupić zaplanowaną na luty i absolutnie zachwycającą książkę pod wspólną redakcją Laurie King (tak, to ta od Mary Russell... nie zrażajcie się jednak, drodzy Czytelnicy i czytajcie dalej, King w zeszłym roku wstąpiła do BSI i chyba schodzi na właściwą drogę ;) oraz Lesliego Klingera (prawda, że od razu lepiej? :) ).

Jak widać, tytuł brzmi bardzo godnie: The Grand Game, a Celebration of Sherlockian Scholarship i jest zbiorem obrosłych już legendą holmesologicznych esejów. O pierwszym, założycielskim właściwie eseju tego typu, autorstwa Ronalda Knoxa, już ShK wspominał (w podlinkowanym tekście jest z kolei link do tekstu Knoxa), ale w wyborze znalazły się też artykuły A. A. Milne'a, Christophera Morleya (tego, który został wspomniany m. in. tu jako założyciel BSI), Rexa Stouta (Czy Watson też była kobietą?!), Dorothy L. Sayers i wielu innych holmesologicznych sław, a nawet niektórych prezydentów Stanów Zjednoczonych ;) Na stronie BSJ można to cudo zamówić, za jedyne 50 dolarów plus koszty przesyłki (ok. 15 dolarów razem z podatkiem). Ah, well, bother.
Leslie Klinger na swoim twitterze jakiś czas temu linkował pokaz slajdów z podpisywania książki podczas BSI - weekendu.

I to, obawia się Sherlockista, chwilowo byłoby na tyle...

środa, 19 stycznia 2011

[minipost] Horowitz napisze nowego Holmesa!

Sherlockista z entuzjazmem i sentymentem odnotował doniesienie, że Anthony Horowitz, znany jako autor powieści o Aleksie Riderze, napisze apokryf o Sherlocku Holmesie. Co więcej, otrzymał upoważnienie Conan Doyle Estate (zainteresowanych komplikacjami wokół zarządzania prawami do Holmesa odsyła Sherlockista do notki na ten temat , wydaje się jednak, że ten Conan Doyle Estate to ten "właściwy", bo w artykule można znaleźć wzmianki o rozmowach z pozostałymi przy życiu krewnymi ACD)  - a to samo w sobie jest ewenementem.
Entuzjazm ShK wziął się stąd, że Horowitz to dowcipny i błyskotliwy autor, który twierdzi w dodatku, że uwielbia opowiadania o Holmesie  - zakochał się w nich, gdy miał 16 lat. Dobry znak, że dopiero wtedy, bo wbrew pozorom i wbrew polskim listom lektur, Sherlock to nie są książki dla dzieci z podstawówki ;)
Sentyment zaś stąd, że lat temu dwieście i trochę miał ShK przyjemność przetłumaczyć przesympatyczną powieść Horowitza dla młodzieży i tym samym zadebiutować w swojej pracy ;)

niedziela, 19 grudnia 2010

Ekspresik sherlockistyczny

(to taka forma pośrednia między minipostem a odcinkiem ekspresu :) , nie oznacza, że Sherlockista się świątecznie żegna, bo planuje jeszcze dłuższą recenzję-niespodziankę, ale oznacza, że w Sherlockistycznym świecie raczej duch compliments of the season i nikt nawet żadnego wielkiego błękitnego karbunkułu nie ukradł).

A zatem, doniesienie pierwsze to właściwie przypomnienie o tym, że wciąż toczy się walka o ocalenie domu Arthura Conan Doyle'a, w którym powstawały obiekty naszego uwielbienia. Bez domu, który znalazł się w ruinie i który planuje się podzielić na osiem mieszkań, być może nie byłoby ani Bretta ani Downeya ani Rathbone'a ani Gielguda ani Coulesa ani Merrisona ani nawet tego bloga i znacznej części życia tysięcy Sherlockistów na świecie. No, może ShK trochę przesadził, ale z całą pewnością posiadłość w Undershaw, w której, jak Sherlockista wspominał tu w poprzedniej notce na ten temat  (zainteresowanych odsyłam też do podlinkowanego bloga o tytule Help to Save Undershaw). W każdym razie, nie byłoby miejsca, w którym Doyle pielęgnował chorą żonę i przywracał życiu Holmesa po smutnym epizodzie nad wodospadem Reichenbach. Na blogu można poczytać o tym, ilu wspaniałych ludzi zaangażowało się w sprawę - w tym John Gibson, Sherlockiście jeszcze nieznany, choć autor pięciu książek w temacie i działacz Undershaw Preservation Trust, a także znany nam wszystkim Mark Gatiss, któremu zawdzięczamy Sherlocka BBC oraz przedstawiciele Warner Bros. Sherlockista nie mógł się powstrzymać od kradzieży pocztówki świątecznej, na której śnieg litościwie zakrywa wszystkie niedostatki starego domu Doyle'a, pozostawiając czysty urok:


A Sherlockista przypomina o całej sprawie dlatego, że dotarły do niego pogłoski o tym, jakoby obrońcy domu Doyle'a mieli się odwołać do sądu wyższej instancji (od decyzji stosownej jednostki samorządu terytorialnego, która wydała już zgodę na planowaną przebudowę).


Doniesienie drugie to właściwie żadne zaskoczenie, ale wszyscy z wyjątkiem ujawnionych już i znanych zapiekłych wrogów Sherlocka Ritchiego (a może nawet i oni :) ucieszą się, że Hans Zimmer zrobi muzykę również do drugiej części filmu (jak wspominał Sherlockista, efekty prac nad jedynką były zarówno w miarę, jak na Hollywood oryginalne i zostały uhonorowane nominacją do Oscara, choć nie samą statuetką).

Doniesienie trzecie to źródło potężnej, gigantycznej wręcz frustracji Sherlockisty. Ukazała się bowiem w zdecydowanie bardziej cywilizowanym sherlockistycznie świecie debiutancka powieść Grahama Moore'a pod tytułem The Sherlockian. 


Okładka jest banalna do bólu zębów, ale fabuła już chyba mniej. Powieść składa się z dwóch równoległych wątków: sir Arthura Conan Doyle'a i współczesnego narratora, który jest specem od opowiadań o Holmesie. Obaj próbują rozwiązać zagadki "z prawdziwego życia" z pomocą Sherlockowych metod. Więcej (ale niewiele więcej) zdradzi Czytelnikom sam autor, Graham Moore, w promocyjnym klipie:





A skąd taka frustracja Sherlockisty? Stąd po prostu, że usiłował ściągnąć tę powieść już-teraz-zaraz-w formie audio z serwisu Audible i serwis Audible wcisnął mu jakiś crap na temat ograniczeń związanych z prawami autorskimi. Naprawdę, bardzo jest to wkurzające i nie pierwszy raz już się ShK naciął na ten fenomen, że jego polskie IP i polska karta płatnicza wykluczają go z grona szczęśliwców, dla których dostępne są różne sherlockistyczne cymesy. Świat nie jest taką znowu  globalną wioską, niestety. Może uda mu się ściągnąć wersję papierową i napisać recenzję (nie nie, to nie ta zapowiadana w nagłówku recenzja niespodzianka).
I jeszcze zapowiadana na początek nowego roku kolejna pozycja Moore'a:
...i Sherlockista żegna się na dziś, ale jeszcze tu wkrótce wróci. Przy okazji chciałby serdecznie pozdrowić nowych Czytelników, którzy ostatnio odezwali się w komentarzach :)

piątek, 26 listopada 2010

Ekspres sherlockistyczny, odc. 2

Po perypetiach z layoutem czas na kolejne doniesienie techniczne i obiecany drugi odcinek ekspresu. Ponieważ wiadomości, które początkowo zamierzał ShK zebrać w jednym poście, stopniowo się rozrastają, odcinków będzie więcej, za to dłuższe i z absolutnie wszystkich działów sherlockistycznej kultury:
Na początek: literatura i dwie informacje, z czego jedna wyjątkowo egzotyczna:

W Walii zorganizowano konkurs literacki na opowiadanie inspirowane miejscową przyrodą. Ponoć poziom był bardzo wysoki i większość z 58 zgłoszeń nadawała się nawet do publikacji (Sherlockista absolutnie nie chciałby być złośliwy, ale czyżby publikować miałby periodyk w rodzaju "Walijski przegląd literatury przyrodniczej"?), jednak niekwestionowanym zwycięzcą okazało się dzieło o tytule "Extract from a Victorian diary", czyli, tak tak, Czytelnicy słusznie się domyślają, pastisz SH. Autor, Richard Birch (trzeba przyznać, że "Brzoza" to niezwykle stosowne nazwisko dla ekologa), ponoć umiejętnie podrabia narrację Watsona, a bohaterem jest Sherlock Holmes, który bada skały u podnóża góry Parys i dedukuje jej wiek z obecności skamielin oraz identyfikuje gatunek zamieszkujących w pobliżu nietoperzy dzięki znalezionym skrzydłom ciem. Sherlockista tym razem bez przekąsu stwierdza, że musi być to urocze. Nagroda została przyznana także dlatego, że wprowadzenie Sherlocka Holmesa zostało potraktowane jako wyjątkowo dobry sposób na propagowanie literatury przyrodniczej. No pewnie, że dobry!

Druga wiadomość nie jest właściwie żadną nowiną. Sherlockista już kiedyś słyszał o konkurencyjnym dla recenzowanej w tym blogu serii Andrew Lane'a cyklu książek na temat młodości Sherlocka pod tytułem "The Boy Sherlock" autorstwa Shane'a Peacocka (mnóstwo informacji i wyimków z książek można znaleźć na jej stronie, która jednak miejscami wydaje się odrobinę zapuszczona). Ukazały się już cztery tytuły: "Eye of the Crow" (2007), "Death in the Air" (2008), "Vanishing Girl" (2009) i "The Secret Fiend" (2010). Sherlockista przypomniał sobie, że miał coś z tego zamówić ;), bo nagle wypatrzył gdzieś doniesienie o nowej nagrodzie dla serii. Kiedy jednak pogrzebał głębiej w temacie, odkrył, że ta nagroda to tylko kropla w deszczu zaszczytów i dowodów uznania, więc chyba warto przyjrzeć się sprawie bliżej.
Akcja pierwszej z nich ma miejsce w 1867 roku, a Sherlock musi rozwiązać zagadkę zbrodni, w której świadkami jest tylko para kruków...

(Obrazek okładki oraz opis podpatrzony na stronie autora)











A doniesienie techniczne jest takie, że czasem natrafia Sherlockista na taką informację, którą bardzo chciałby się podzielić od razu. Za mało jest jej na normalnego posta, zbyt mało ważna, żeby czekać, aż się uzbiera kilka takich, jeszcze najlepiej tematycznie powiązanych, więc zamierza bezwstydnie od czasu do czasu wieszać takie "miniposty" w formie jednego-dwóch zdań. Pierwszy za chwileczkę ;)

czwartek, 28 października 2010

Leslie Klinger i Sherlock BBC/PBS oraz coś o rozumowaniu Sherlocka H

Sherlockista pragnie podzielić się dziś dwiema perełkami, które zupełnie nie są ze sobą związane, ale dzielić notki na dwie też sensu specjalnie nie ma.

Na pierwszą Czytelnicy mogli już natrafić na jedynym w swoim rodzaju, przewspaniałym Baker Street Blogu. Można tam przeczytać serię tweetów Lesliego Klingera, jednego z najwybitniejszych holmesologów w historii sherlockizmu w ogóle i (między innymi) redaktora nowego, przewspaniałego trzytomowego wydania Kanonu z komentarzami i opracowaniem krytycznym (The Annotated Sherlock Holmes), a przy tym, rzecz jasna, członka BSI i autorytetu Sherlockisty in all things Sherlockian. Tweety Klingera pisane były w czasie (ponownego) oglądania zupełnie niekontrowersyjnego wśród Czytelników Sherlockisty serialu BBC, który właśnie emitowany jest przez amerykańską telewizję PBS.
Sherlockista najserdeczniej zachęca do przeczytania tweetów od dołu i jeszcze lepiej z jednym okiem na A Study in Pink. Od siebie może powiedzieć, że mówił chyba prawie dokładnie to samo w tych samych momentach i czytając wypowiedzi Klingera zarazem bardzo się wzruszył wspólnotą doświadczeń i wbił w dumę, że Widział To Samo, co Sam Klinger :) (z wyjątkiem jednego, genialnego wyjaśnienia zachowania BBC-Sherlocka, które Klinger podaje pod sam koniec - dotyczy to nieco głupiego uporu SH, żeby koniecznie spróbować wybranej kapsułki, którego ShK nie potrafił sobie wytłumaczyć). Jeszcze raz zatem zachęca do wejścia w link w pierwszych linijkach tej notki.

Druga dotyczy nowej, arcyciekawej książki o rozumowaniu Sherlocka Holmesa  - Reasoning Backwards. Sherlock Holmes' Guide to Effective Problem Solving Gregga Younga, z której fragment można przeczytać tu. Young nie napisał jej bynajmniej dla sherlockistów, a dla ludzi, którzy chcą zarabiać pieniądze i potrzebują w tym celu skutecznych metod rozumowania. Do tej pory, Young reklamował powszechnie nauczane sposoby, takie jak burza mózgów, badanie różnych możliwości, etc, które nazywa ogólnie rzecz biorąc rozumowaniem "do przodu". Ponoć czytając Holmesa doznał olśnienia i uznał, że niezawodnym ratunkiem dla wszelkich osób poszukujących skutecznego i szybkiego rozwiązania problemów będzie właśnie rozumowanie "do tyłu", którego metody stara się wyciągnąć z opowiadań Doyle'a.
Pytanie o to, na czym właściwie polegała słynna Sherlockowa "dedukcja" bynajmniej nie jest niekontrowersyjne. Sherlockista, który sam jako filozof z wykształcenia i zamiłowania tematem sposobów rozumowania jest osobiście zainteresowany, natknął się na szereg różnych interpretacji i zamierzał popełnić kiedyś dłuższy tekst na ten temat. Trudno nie zauważyć, że rozumowanie Holmesa nie jest ścisłą dedukcją, a zatem rozumowaniem gwarantującym przenoszenie prawdziwości z przesłanek na wnioski, że bardzo wiele stosuje Holmes wręcz indukcyjnych, empirycznych i niepewnych uogólnień a już na pewno często zbyt wiele pojawia się w jego wywodach ukrytych przesłanek, żeby w ogóle oceniać strukturę i poprawność jego wywodów, nie wspominając już o niezawodności jego rozumowań.
Young kładzie jednak nacisk na dwa aspekty pracy intelektualnej Holmesa, które nie podlegają dyskusji. Po pierwsze, celem Holmesa - jako detektywa - jest (przeważnie, bo z pewnością nie zawsze) wykrycie przyczyn stanów rzeczy, które już zaistniały, a zatem rozumowanie "wstecz", od skutków do powodów i przyczyn. Przed nami leży trup, co się stało, kto spowodował ten smutny stan rzeczy?
Sherlockista spotkał się z takim, arcyciekawym ujęciem Holmesowego rozumowania, podług którego polega ono na ustaleniu - wychwyceniu - właściwej hipotezy wyjaśniającej dane zdarzenie. Jest to, w pewnym przybliżeniu, odpowiednik abdukcji (pojęcie Ch.S. Peirce'a), czyli procesu, w ramach którego - w dużym uproszczeniu - 'wydziera' się czy też 'wyrywa' rzeczywistości, a mówiąc mniej metaforycznie po postu zgaduje właściwą teorię przyczyn zajścia danego faktu.
Chociaż Young uparcie trzyma się terminu "dedukcja", prawdopodobnie ma na myśli rozumowanie właśnie takiego kształtu. Żeby jednak natychmiast uciec od podejrzanego słowa "zgadywać" (Holmes uważał zgadywanie, jak pamiętamy, za szokujący nawyk), trzeba wyjaśnić, co może nam pomóc w tym procesie. Wywody Younga na ten temat są już znacznie bardziej kontrowersyjne.
Otóż zaleca on, by poważnie potraktować wszystkie te słynne wypowiedzi Holmesa o tym, że nie da się zrobić cegieł bez gliny, że jest wielkim błędem teoretyzować przed poznaniem faktów i że aby cokolwiek powiedzieć o sprawie najpierw potrzebuje zebrać "data, data, data!". Jednym słowem Young stanowczo oponuje przeciwko modnemu w XX i XXI wieku zwyczajowi układania wielu hipotez (burza mózgów) i sprawdzania ich po kolei, twierdząc, że jest to strata czasu. Zdaniem Younga, należy podejść do sprawy "bez uprzedzeń" i bez formowania wstępnych teorii. Sęk w tym, że z uwagi na ustalenia filozofii nauki, ale także filozofii trudno uwierzyć, by coś podobnego było w ogóle możliwe. Holmes każe nam "obserwować", ale, jak zauważył Popper, jak mamy "obserwować", jeśli nie wiemy najpierw czego wypatrywać? By ustalić, czego ewentualnie wypatrywać potrzebujemy chociażby wstępnej hipotezy badawczej, a wtedy przestaniemy już być w zgodzie z zaleceniami Younga... Sherlockista na razie wstrzymuje się jednak z oceną argumentacji Younga i samej książki, którą z całą pewnością sprowadzi, kiedy tylko stanie się dostępna (w marcu 2011). A wygląda tak:

wtorek, 26 października 2010

Doyle i Devon

Nie każdy z nas może się poszczycić tym, że jakieś hrabstwo w panice będzie doszukiwało się najdrobniejszych powodów, by móc poszczycić się nami, lub też jakowymiś z nami koligacjami. Jak dowiedział się Sherlockista z lokalnego blogu, Hrabstwu Devon, a konkretnie Brianowi W. Pughowi udało się znaleźć aż trzy dobre powody, by przyciągnąć do Devon sherlockistów i holmesistów. A kiedy już mu się udało, to napisał książkę-przewodnik, którą Sherlockista z pewnością by nabył, gdyby miał szansę w Devon się znaleźć, albo gdyby miał chociaż szansę w najbliższym czasie zrobić zakupy w Amazonie bez drastycznych konsekwencji dla budżetu (skądinąd, konsekwencje te chyba odrobinę straciły na drastyczności, bowiem dotarła do ShK szczęsna nowina, jakoby Amazon.co.uk zamierzał zrobić Super Saver Shipping również dla naszej niegodnej ojczyzny).

Pierwszy powód jest czytelnikom Sherlockianów doskonale znany*: to wędrówki po tym hrabstwie w towarzystwie Bertrama Fletchera Robinsona, które zaowocowały ukochanym przez wszystkich Psem Baskerville'ów (ponoć nawet nazwisko Baskerville pochodziło od kierowcy Robinsona). Inspiracja legendami opowiadanymi przez Robinsona oraz atmosferą bagien, po których Doyle był prowadzany okazała się tak silna, że powstały nawet wątpliwości co do autorstwa "Psa...", rozstrzygnięte jednak niemal jednogłośnie na korzyść Conan Doyle'a. W końcu aż nazbyt realistyczny wydaje się fakt, że Doyle powrócił do utopionego z dużym trudem detektywa, bo nie mógł sobie bez niego poradzić.

Kolejne powody są już mniej znane: to George Turnavine Budd, lekarz z Plymouth który niegdyś zatrudnił młodego Doyle'a oraz Sir George Newnes, baronet i największy szczęściarz świata, wydawca The Strand, pisma, które umożliwiło Sherlockowi Holmesowi zaistnienie w świecie.

Podsumowując, może nie jest to kopalnia sherlockistycznej wiedzy, ale z pewnością interesująca kałuża.
Pełny tytuł przewodnika Briana Pugh brzmi: Arthur Conan Doyle, Sherlock Holmes and Devon: A Complete Tour Guide and Companion, a okładka (przypadkiem akurat Kindle'owa, choć istnieje oczywiście wersja z uczciwego papieru) wygląda tak:




---
*No właśnie: Sherlockista jest pewien, że gdzieś o tym pisał, ale wyszukiwarka (skądinąd fatalna, ale brak zacięcia programistycznego nie pozwala mi jej nijak udoskonalić) nic nie znajduje, nawet pod stosownymi etykietami. Czy ktoś potrafi podlinkować tę notkę?