Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lancelyn Green. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lancelyn Green. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 marca 2011
Pierwsza w dziejach bloga recenzja z połowy dzieła - The Sherlockian
Recenzja będzie tylko z (pierwszej) połowy książki, bowiem drugiej Sherlockista czytać nie zamierza. Wiosna idzie, rower trzeba odkurzyć, na chomiku mnóstwo dobrego Sherlocka, nie wspominając o zapasach w domu, czas bliskim poświęcić, wódki się napić, przeczytać co 3 słowo w "Badaniach logicznych" Husserla w poszukiwaniu tajnego kodu typu Dana Browna, posegregować skarpetki na kolory albo na długość albo na jedno i drugie, przekładając co 5 do oddzielnej szufladki na którą nakleimy ręcznie rzeźbiony drewniany szyld z napisem "Pewnik wyboru" - ważniejszych zadań przychodzi ShK do głowy cała masa.
Produkcja Grahama Moore'a, wydana w Ameryce jako The Sherlockian a w Wielkiej Brytanii jako The Holmes Affair* doczekała się całkiem niezłej recenzji w Timesie, a także odcinka bardzo wspaniałego podcastu I Hear of Sherlock Everywhere! Autor zafundował też swojemu dziełu stronę internetową, pardon, jak to się teraz mówi "oficjalnego bloga" powieści. I wszystko to jest dla Sherlockisty kompletnie niepojęte. To jest, da się zrozumieć, jak przebiegają marketingowe mechanizmy, dzięki którym takie idealnie dostosowane do wymogów współczesnego czytelnika produkty - bo o literaturze chyba nie może być mowy, przynajmniej w odniesieniu do pierwszych 200 stron - są recenzowane w poważnych gazetach. Da się nawet zrozumieć, jak to zostało zrobione. Sherlockista czytywał kiedyś z czymś w rodzaju toksycznej fascynacji amerykańskie podręczniki czytania powieści i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że autor - który wcześniej pisywał tylko scenariusze kinowe i telewizyjne - co najmniej starał się realizować zalecenia w rodzaju "staraj się zastępować przymiotniki czasownikami", "dbaj o to, żeby twoje zdania nie były dłuższe niż pięć słów", "wybierz narrację w trzeciej osobie ale z perspektywy" i "każdy rozdział zakończ czymś, co skłoni czytelnika do przeczytania następnego". Zwłaszcza przedostatni punkt, dotyczący narracji, odbił się szczególnie boleśnie na tonie opowieści, ale o tym jeszcze za chwilę.
Ponieważ na książkę składają się dwie równolegle przedstawiane historie, ma ona też dwóch "trzecioosobowych narratorów". Papierowy i nieciekawy Harold White, świeżo-mianowany członek Baker Street Irregulars ma ambicję rozwikłać morderstwo znanego Sherlockisty, który właśnie odnalazł bezcenny pamiętnik Doyle'a (wątek ten został zainspirowany sprawą zabójstwa Richarda Lancelyna Greena a, jak można się dowiedzieć z linkowanego wyżej podcastu, w jeszcze większym stopniu na poły zmyślonym esejem Davida Granna, o którym Sherlockista pisał tu). Równolegle, Doyle, który właśnie z wielką radością pozbył się ze swojego życia Holmesa stracając go w otchłań wodospadu Reichenbach, próbuje rozwiązać sprawę seryjnego mordercy sufrażystek, a także wysłanego mu listu z bombą. O ile miałka i blada narracja prowadzona przez "Harolda" jest tylko przeciętna i niewciągająca, o tyle równie nijako napisane części o Doyle'u, w których jest on konsekwentnie nazywany "Arthur" przyprawia o zgrzytanie zębów i płacz z irytacji. Moore tłumaczy się z tej idiotycznej decyzji w podcaście, bo jako osoba dobrze obeznana z realiami sherlockistycznego świata doskonale wie, że dla nas ACD to zawsze Conan Doyle i nawet Amerykanie nigdy nie mówią/piszą/myślą o nim per "Arthur". Moore sądzi jednak, że w nowoczesnej powieści wszystkie postaci muszą być nazywane po imieniu i gdyby zrobił inaczej w częściach umieszczonych w 19 wieku, to mógłby popaść w nieudolne naśladownictwo mistrzowskiej narracji Watsona. No cóż, faktycznie, jakichkolwiek prób naśladowania barwnej prozy Watsona nie sposób mu zarzucić, czytelnik natomiast może się rozkoszować "nowoczesnymi" stronicami na temat "Arthura" i "Brama" (Stokera, autora "Draculi" i znajomego Doyle'a w życiu i w książce Moore'a). W nowoczesnej powieści nie ma też ewidentnie miejsca na jakiekolwiek odważniejsze zabiegi literackie - zdania Moore'a są proste i rzeczowe jak wyjęte żywcem z serialowych didaskaliów.
Na temat intryg może Sherlockista powiedzieć tylko tyle, że 200 stron nie wciągnęło go w żaden wątek. Śledztwo White'a pełne jest nachalnych i naiwnych odwołań do Kanonu (wszystkie aluzje są na wszelki wypadek wypowiedziane i łopatologicznie wytłumaczone - autor powołał nawet do życia specjalną postać, wyjątkowo irytującą dziennikarkę "spoza sherlockistycznego świata", by mieć pretekst do pieczołowitego wskazywania źródeł cytatów i nawiązań). Bohater twierdzi, że zamierza się kierować metodami Holmesa, ale wychodzi to zupełnie nienaturalnie i mało imponująco. Zamiast realnych metod jest garstka cytatów. Zamiast genialnych, błyskotliwych dedukcji - nieśmiałe zgadywanki. Sherlockista doskonale wie, że w dwudziestym pierwszym wieku modne są postaci detektywów-przeciętniaków, ale on osobiście zatrzymał się na jakims innym etapie rozwoju gatunku roman policier i chyba szuka jednak w podobnych książkach momentów podziwu i ekscytacji. Lepiej i ciekawiej poczyna sobie Conan Doyle, ale mozolne, boleśnie nudno realistyczne opisy jego działań, łącznie z próbami politycznie poprawnego opisania myśli konserwatysty, który inwigiluje środowisko sufrażystek byłyby niestrawne nawet bez "Arthura" i "Brama".
Podsumowując, zamiast sięgać po książkę, lepiej posłuchać podcastu, a w nim długiego wywiadu z autorem. Pan Moore na żywo wciąż nie jest interesujacy - ale opowiada wiele ciekawych i sympatycznych anegdot o członkach BSI, którzy pomagali mu w pracy nad książką, w tym o niezastąpionym Lesliem Klingerze i Danielu Stashowerze (specjaliście od biografii ACD). Sherlockista musi tu zaznaczyć, że z rozmowy nie wynika, by BSI krytykowało tę powieść - wręcz przeciwnie, przytoczone reakcje są pozytywne, podobnie jak linkowane wcześniej recenzje. ShK zaczął się nawet zastanawiać, czy nie sprawdzić, co jest na końcu, bo może ostatnie strony rzutem na taśmę ratują tę książkę. Po namyśle jednak postanowił pozostawić to wyzwanie...komuś innemu :) Kiedy Moore wspomina, jak to długo bał się, że nie da rady napisać dobrej książki i życzył sobie, by tematem zajął się ktoś obdarzony lepszym piórem, można tylko przez grzeczność zamilczeć.
---
*Sherlockista, niestety, dał się nabrać, kupił przez pomyłkę obie i tę amerykańską, niemacaną i nietkniętą zamierza wkrótce sprzedać na Allegro za jakieś 40 zł plus wysyłka, ew. odbiór osobisty połączony z sherlockistyczną kawą w Krakowie :) Jak widać z recenzji, nie jest to pozycja, którą szczerze poleci, jednak jeśli ktoś z Czytelników jest zainteresowany i chce sobie wyrobić własne zdanie, to ShK zachęca do kontaktu jeszcze przed aukcją (książka kosztowała go oryginalnie bodaj 13 funtów plus przesyłka).
czwartek, 10 lutego 2011
Postu ciąg dalszy... Houdini, wybuch w katedrze i Portsmouth...
Sherlockista co prawda dał się trochę pochłonąć ostatnio pozasherlockistycznym aktywnościom, ale gdyby docierały do niego wieści ciekawsze niż kolejne rozstanie Jude'a Lawa i Sieny Miller, to pewnie odezwałby się wcześniej...
Dziś na początek garstka doniesień na temat nowego Sherlocka Ritchiego. Po pierwsze na planie widziano - a przynajmniej widział Perez Hilton - Rachel McAdams, czyli Irene Adler z "jedynki". Nie wiadomo, niestety, co tam robiła, bo, jak Czytelnicy z pewnością pamiętają, w "dwójce" najważniejszą kobietą nie będzie wcale "The Woman" tylko Noomi Rapace...

Rachel McAdams ma się ponoć pojawić na chwilkę w początkowych ujęciach filmu, kręconych właśnie w Strasburgu. Być może będzie miała jakiś związek z wybuchem w strasburskiej katedrze, który został ponoć nakręcony bez oszczędzania i będzie wyglądał niezwykle realistycznie... (zainteresowanych odsyła Sherlockista do artykułu w Daily Mail)
Tradycjonaliści pewnie z większą przyjemnością obejrzą nowy film wytwórni DreamWorks, która kupiła prawa do scenariusza J. Michaela Straczynskiego pod tytułem Voices From the Dead. O ile ShK wiadomo, żaden reżyser nie podjął się jeszcze realizacji dzieła, ale historia niewątpliwie wzbudzi zainteresowanie sherlockistów. Scenariusz opowiada bowiem o sławnej przyjaźni ACD z legendarnym prestidigitatorem Harrym Houdinim - a konkretnie o ich wspólnych śledztwach w sprawie morderstw w Nowym Jorku.
W rzeczywistości Panowie faktycznie spotykali się w Ameryce, ale ich znajomość w gruncie rzeczy koncentrowała się wokół wielkiego sporu o duchy, nadprzyrodzone moce i możliwość kontaktu ze zmarłymi. Houdini pasjonował się tym tematem jako wielki demaskator wszystkiego, co nadprzyrodzone - sam jako iluzjonista wiedział najlepiej, jak łatwo jest nabrać ufną publiczność. Doyle z biegiem lat coraz bardziej angażował się w różne spirytystyczne ruchy, prowadził liczne seanse i wierzył praktycznie w większość bzdur, którymi żyła szeroka publiczność, w tym fotografie wróżek i tym podobne. Jeden z takich seansów, w którym rolę medium odegrała sama Lady Doyle, doprowadził praktycznie do zerwania przyjaźni naszego ulubionego autora z Houdinim... To zresztą nie mogło się udać: Houdini chodził na seanse Doyle'a, słuchał, jak przyjaciel opowiada mu o duchach i innych cudach niewidach i zamiast dać mu wiarę pisał bardzo sceptyczne artykuły, w których zwalczał wszelkie podobne praktyki. Doyle śledził karierę Houdiniego, słuchał, jak przyjaciel z pomocą zupełnie ludzkich przemyślnych środków uwalniał się z różnych pułapek, po czym usiłował mu wmawiać, że nie jest wcale iluzjonistą tylko prawdziwym magikiem...
Szczegółową historię przyjaźni obu panów można przeczytać między innymi tu.
A wielbicielom postaci ACD i zainteresowanych jego losami może Sherlockista polecić wycieczkę do Porstmouth, gdzie Doyle spędził około dziesięciu lat życia i gdzie od dawna mieściło się jedno z jego muzeów (więcej informacji tu). Perłą muzeum jest kolekcja pozostawiona przez Sir Richarda Lancelyna Greena, jedną z najbardziej fascynujących postaci wśród współczesnych Sherlockistów. Ten wybitny specjalista od Doyle'a i Holmesa zmarł w tajemniczych okolicznościach w 2004 roku (o tej sprawie bardziej szczegółowo pisał ShK w kontekście książki Davida Granna), co już stało się tematem licznych publikacji, w tym książki wymienionej w nawiasie i kryminału Grahama Moore'a (o którym wspominał ShK tu i który już wkrótce zrecenzuje, bo właśnie czeka u niego na półce). 21 lutego rozpoczyna się w Portsmouth wspaniała impreza, na którą wciąż jeszcze można się wybrać...
...a Sherlockista postanowił właśnie wykorzystać sezon ogórkowy, by napisać jakieś zaległe recenzje, więc na tym na razie zakończy.
Dziś na początek garstka doniesień na temat nowego Sherlocka Ritchiego. Po pierwsze na planie widziano - a przynajmniej widział Perez Hilton - Rachel McAdams, czyli Irene Adler z "jedynki". Nie wiadomo, niestety, co tam robiła, bo, jak Czytelnicy z pewnością pamiętają, w "dwójce" najważniejszą kobietą nie będzie wcale "The Woman" tylko Noomi Rapace...
Rachel McAdams ma się ponoć pojawić na chwilkę w początkowych ujęciach filmu, kręconych właśnie w Strasburgu. Być może będzie miała jakiś związek z wybuchem w strasburskiej katedrze, który został ponoć nakręcony bez oszczędzania i będzie wyglądał niezwykle realistycznie... (zainteresowanych odsyła Sherlockista do artykułu w Daily Mail)
Tradycjonaliści pewnie z większą przyjemnością obejrzą nowy film wytwórni DreamWorks, która kupiła prawa do scenariusza J. Michaela Straczynskiego pod tytułem Voices From the Dead. O ile ShK wiadomo, żaden reżyser nie podjął się jeszcze realizacji dzieła, ale historia niewątpliwie wzbudzi zainteresowanie sherlockistów. Scenariusz opowiada bowiem o sławnej przyjaźni ACD z legendarnym prestidigitatorem Harrym Houdinim - a konkretnie o ich wspólnych śledztwach w sprawie morderstw w Nowym Jorku.
W rzeczywistości Panowie faktycznie spotykali się w Ameryce, ale ich znajomość w gruncie rzeczy koncentrowała się wokół wielkiego sporu o duchy, nadprzyrodzone moce i możliwość kontaktu ze zmarłymi. Houdini pasjonował się tym tematem jako wielki demaskator wszystkiego, co nadprzyrodzone - sam jako iluzjonista wiedział najlepiej, jak łatwo jest nabrać ufną publiczność. Doyle z biegiem lat coraz bardziej angażował się w różne spirytystyczne ruchy, prowadził liczne seanse i wierzył praktycznie w większość bzdur, którymi żyła szeroka publiczność, w tym fotografie wróżek i tym podobne. Jeden z takich seansów, w którym rolę medium odegrała sama Lady Doyle, doprowadził praktycznie do zerwania przyjaźni naszego ulubionego autora z Houdinim... To zresztą nie mogło się udać: Houdini chodził na seanse Doyle'a, słuchał, jak przyjaciel opowiada mu o duchach i innych cudach niewidach i zamiast dać mu wiarę pisał bardzo sceptyczne artykuły, w których zwalczał wszelkie podobne praktyki. Doyle śledził karierę Houdiniego, słuchał, jak przyjaciel z pomocą zupełnie ludzkich przemyślnych środków uwalniał się z różnych pułapek, po czym usiłował mu wmawiać, że nie jest wcale iluzjonistą tylko prawdziwym magikiem...
Szczegółową historię przyjaźni obu panów można przeczytać między innymi tu.
A wielbicielom postaci ACD i zainteresowanych jego losami może Sherlockista polecić wycieczkę do Porstmouth, gdzie Doyle spędził około dziesięciu lat życia i gdzie od dawna mieściło się jedno z jego muzeów (więcej informacji tu). Perłą muzeum jest kolekcja pozostawiona przez Sir Richarda Lancelyna Greena, jedną z najbardziej fascynujących postaci wśród współczesnych Sherlockistów. Ten wybitny specjalista od Doyle'a i Holmesa zmarł w tajemniczych okolicznościach w 2004 roku (o tej sprawie bardziej szczegółowo pisał ShK w kontekście książki Davida Granna), co już stało się tematem licznych publikacji, w tym książki wymienionej w nawiasie i kryminału Grahama Moore'a (o którym wspominał ShK tu i który już wkrótce zrecenzuje, bo właśnie czeka u niego na półce). 21 lutego rozpoczyna się w Portsmouth wspaniała impreza, na którą wciąż jeszcze można się wybrać...
...a Sherlockista postanowił właśnie wykorzystać sezon ogórkowy, by napisać jakieś zaległe recenzje, więc na tym na razie zakończy.
piątek, 12 marca 2010
Z cyklu: lista zakupów
Sherlockista z mieszanymi uczuciami wita wieści o kolejnych publikacjach, które musi, ale to absolutnie musi chociaż obejrzeć ;)
Książka Davida Granna, mimo zwodniczego tytułu - Diabeł i Sherlock Holmes, opowieści o morderstwie, szaleństwie i obsesji - nie jest kolejnym pastiszem czy apokryfem, a serią artykułów, w których dziennikarz bada różne ekscytujące zagadki z ostatnich lat. Sherlock Holmes w tytule pojawił się nie tylko po to, by książkę lepiej sprzedać (sam ten fakt odnotowuje Sherlockista nie tyle z irytacją, co z pewnym rodzajem radości ;) ), ale dlatego, że jedną z opisywanych zagadek jest głośna i tajemnicza śmierć znanego Holmesisty, Lancelyna Greena, jednego z największych kolekcjonerów Sherlockianów a także autora licznych publikacji, zarówno pastiszy i przeróbek jak i artykułów.
W marcu 2004 Green został znaleziony martwy w łóżku w towarzystwie butelki dżinu i zabawek erotycznych. Śmierć nastąpiła przez uduszenie. Jak donosił między innymi The Guardian, przed śmiercią Green interesował się zbliżającą aukcją kolekcji papierów Conan Doyle'a i mówił niepokojące rzeczy na temat zagrożenia swojej reputacji przez jakiegoś Amerykanina.
Jego śmierć pozostała niewyjaśniona, choć wiele okoliczności wskazuje na samobójstwo. Wspaniała kolekcja Sherlockianów Greena została przekazana muzeum w Porstmouth.
Jako że nie był to jedyny wypadek tego rodzaju w środowisku Holmesistów, po raz kolejny pojawiły się doniesienia o istnieniu "klątwy Arthura Conan Doyle'a"...
... i dlatego między innymi Sherlockista naprawdę bardzo chciały kiązkę Granna przeczytać ;)
***
A na deser nowy uczciwy apokryf, zatytułowany klasycznie "Further Adventures", a konkretnie "The Man from Hell", czyli "Człowiek z piekieł". Obszerną - i zachęcającą - recenzję można przeczytać tu. Sherlockiście, który do książki na razie dostępu nie ma, pozostaje jedynie zachęcić "tak ogólnie", bo przecież dowolna książka o Sherlocku Holmesie jest statystycznie lepsza od dowolnej książki bez Sherlocka ;)
Autor, Barrie Roberts, ma już na koncie sporo innych podobnych publikacji, a jego najnowsze dzieło, trzeba przyznać, ma niezwykle efektowną okładkę:
Subskrybuj:
Posty (Atom)





