piątek, 28 września 2012

Elementary, wieloryby, Ameryka i Sherlock Holmes.

Nie dało się dłużej odwlekać obejrzenia Elementary, które od dawna już czekało wycieknięte w Sieci. Odwlekałam nie dlatego, że spodziewałam się po nim, jak niektórzy, traumy, poniewierki, Freddy'ego z Ulicy Wiązów i przyszywania powiek do policzków, by nie obejrzeć kolejnego odcinka. Po prostu wiedziałam, że tak będzie: że nie będę wiedziała, co powiedzieć.



Ponieważ nie mam żadnej spójnej opinii, a jestem w najpracowitszym okresie mojego życia i nie mogę sobie pozwolić, by dumać nad recenzją przez długie godziny i doby, pozwólcie, że przedstawię Wam swoją opinię tak trochę metaforycznie, z pomocą różnych skojarzeń i bez specjalnej myśli przewodniej.
Chyba, że tą myślą będzie "nie rozumiem Amerykanów, z wzajemnością".

Nie rozumiem, na przykład, tego plakatu, począwszy od hasła (tak tak, wiem, że to taki żarcik na bazie "home sweet home" - nie pomaga), przez szalik (boli), płaszcz, nieogoloną twarz (amerykańskie tradycje sherlockizmu, nowe wzorce Downeya?), a skończywszy na całokształcie.
Sherlockista zupełnie przypadkiem, znalazł ostatnio serwis, gdzie można kupić sobie plakat z cytatem  z ACD. Jakie było jego zdziwienie, gdy na plakacie obok znalazł cytat, który pasuje do Baker Street 221 b znacznie lepiej niż cokolwiek, co ACD kiedykolwiek napisał: It's not down on any map, true places never are. Ten ostatni cytat pochodzi od Hermana Melville'a, który był, oczywiście, o ironio, Amerykaninem. Melville był też człowiekiem, który, podobnie jak ACD, zaczął dorosłe życie od podróży na statku wielorybniczym. Sherlockista, w którym praktyka polowań na wieloryby raczej nie budzi romantycznych skojarzeń (tylko mordercze instynkty wobec jej pomysłodawców), musi przyznać, że z trudem wyobraża sobie swoje życie, gdyby te akurat wyprawy nigdy się nie odbyły, a Melville i Doyle zostali zupełnie innymi ludźmi i autorami.
Cytat byłby wspaniałym mottem do entuzjastycznej recenzji "Elementary", prawda? Takiej zaczynającej się od tego, że nawet w Ameryce Holmes pozostaje sobą, bo "it's not down on any map", że Nowy Jork to nowy, niepowtarzalny klimat, ale potęga Baker Street z łatwością dociera za Ocean.
No więc, nie dociera prawie nigdy. Nie dotarła, kiedy do Ameryki wysłali Basila Rathbone'a, tworząc jedyny właściwie koszmarek w gronie mało kanonicznych, ale uroczych filmów z serii Rathbone/Bruce. Być może była tam jeszcze za czasów Williama Gillete'a, ale zważywszy, że chciał żenić Holmesa, można - przy całym ogromnym szacunku dla tego zasłużonego dla samych korzeni sherlockizmu aktora - żywić uzasadnione wątpliwości. O dwóch produkcjach z lat 80/90 w ogóle zapomnijmy, żeby nie mieć koszmarnych snów. Niewiele udało się ocalić Ritchiemu. W Ameryce, panuje, po prostu, inny klimat - to nie jest kraj dla Sherlocka Holmesa.
Nietrudno zrozumieć, dlaczego. Holmes jest Brytyjczykiem z krwi i kości, takim, który Amerykanom się nigdy nie spodoba, którego nigdy nie zrozumieją. Jest, po prostu, o zgrozo, sztywniakiem. Jego życiem rządzi porządek, dyscyplina, estetyka, nawyki kształtowane przez całe wieki, przez niezliczone pokolenia dżentelmenów. Ma w sobie dumę i władczość, którą daje mu nie tylko poczucie, że jest wybitny - ale także wychowanie w społeczeństwie, w którym wszyscy nie są równi (nie licząc naturalnie brutalnych różnic, o których decydują pieniądze). Ubiera się - odruchowo! - schludnie i elegancko, nikt mu nie pozwalał przychodzić na wykłady w szortach i z gumą, a w trakcie grać na swoim Maku i przerywać profesorowi naiwnymi pytaniami, waląc nich per "ty" (po angielsku też to, wbrew pozorom, widać). Precyzyjnie wymawia wszystkie samogłoski (co Amerykanom ewidentnie się nie podoba, bo Jonny Lee Miller spotkał się ze sporą krytyką za swój niezrozumiały akcent właśnie...). Oczywiście, że to tylko stereotypy, jak to stereotypy nie za mądre i krzywdzące, i możecie mnie tu zaraz zarzucić kontrprzykładami z obu stron, a jednak musi być jakaś przyczyna, dla której dopiero w Ameryce Holmes zaczyna być wiecznie niedogolonym obszarpańcem bez cienia gustu, jak Downey czy Miller. On tam po prostu nie pasuje, nie potrafi stać się stylowym, prawdziwym Amerykaninem (bo przecież oczywiście tacy też są, tylko styl jednak inny), nie potrafi pozostać, z jakichś przyczyn, Brytyjczykiem.
W dodatku, zupełnie co innego oznacza być buntownikiem na tle wciąż jeszcze sztywniejszych ram brytyjskiego życia społecznego...

...niż w wyluzowanej Ameryce. Tam nawet, jeśli popełni się zbrodnię ostateczną i zlekceważy rynek, to i tak pies z kulawą nogą się tym nie zainteresuje. Odbija się to boleśnie na konstrukcji postaci, bo twórcy, chcąc podkreślić, że Holmes jest niedostosowany społecznie, musieli naprawdę wzbić się na wyżyny i pokazać rzeczy super-dziwne. 
Dlatego Sherlock nie tylko lekceważy uczucia przesłuchiwanych świadków, a także swojej Watson, ale musi jeszcze dostawać "temper tantrums" jak dwulatek. Oczywiście, kanoniczny Holmes nierzadko irytował się i wściekał (co pamięta każdy), ale raczej nie wybiegłby na ulicę, żeby zdemolować komuś dorożkę. To po prostu nie jest stylowe.
Dlatego nie tylko musi wynająć prostytutkę, ale jeszcze pochwali się Watson i nam wszystkim kajdankami.
Dlatego nie tylko dedukuje, że w pokoju jest sejf, a w sejfie trup (bardzo dobry pomysł), ale musi również zgadywać, co powiedzą za chwilę postaci w programach telewizyjnych (po co właściwie Holmesowi tyle odbiorników? czy twórcy myślą, że każdy geniusz ma, zasadniczo, jak Glenn Gould i nie potrafi pracować, gdy bodźców jest za mało?) oraz jaki będzie wynik meczu baseballowego. (To, że Watson jest kobietą jest pestką, niczym wprost, w porównaniu z tym, że ogląda BASEBALL! Powiedzieć, że nie rozumiem Amerykanów, to mało, to była jedyna scena, w której rozumiałam za to biednego, wynudzonego jak stado śpiących mopsów Sherlocka).
Dlatego nie tylko ma znakomitą pamięć do istotnych szczegółów, ale też pisze książkę w pamięci. Rozsądny Holmes z całą pewnością uznałby to za zagracanie umysłu - po co pamiętać 18 rozdziałów własnej książki, skoro można powierzyć je papierowi i zapomnieć?
Generalnie rzecz biorąc, mistyczna niemal aura otaczająca zdolności Sherlocka to jest w ogóle najgorszy jak na razie znak w tym serialu, bo grozi skrętem w stronę bardzo głupiego serialu produkowanego niegdyś przez Doherty'ego (twórcę Elementary), czyli "Medium". Bohaterka "Medium" miała wizje, w których widziała przeszłość i przyszłość, a szczególnie: to, jak naprawdę przebiegały różne zbrodnie. Mój problem z tym serialem (którego zmęczyłam chyba ze cztery odcinki, wyłącznie z uwagi na ciekawość, kim jest Doherty) był taki, że kiedy nasz bohater po prostu widzi całą prawdę w doświadczeniu mistycznym, to troszkę zabija to napięcie typu "ale kto zabił i jak nasz detektyw do tego dojdzie". Dedukcje tego Sherlocka pod względem wiarygodności i prawdopodobieństwa mają niestety sporo wspólnego z mistycznymi wglądami, co odrobinę rekompensuje, na szczęście, fakt, że na prawdziwą i świetną panią detektyw wyrosła (szkoda, że już w ciągu pół godziny) Joan Watson.
Watson - i to naprawdę zabawne, że było to widać już w pierwszych trailerach - jest niewątpliwie najjaśniejszym punktem "Elementary", świetnie zagrana, wiarygodna, nieprzeszarżowana ani pod względem pomysłu ani wykonania. Po prostu: znacznie ciekawsza niż zupełnie papierowy i nie do końca spójny jak na razie Holmes. Oczywiście, można oglądać ten serial jak przyzwoity procedural z dobrą postacią kobiecą (Watson, intryga, oraz drugi plan w postaci Gregsona i tajemniczego ojca Sherlocka zainteresowały mnie na tyle, że obejrzałabym drugi odcinek, nawet, gdyby nie obowiązek sherlockistyczny). Jeśli jednak ma to być adaptacja Sherlocka, to miejmy nadzieję, że postać naszego głównego bohatera także nabierze kształtu.
Chwilowo to ameba z mnóstwem niby-nóżek. 
Słowo daję, gdybym tylko nie była graficzną analfabetką, oznaczyłabym obrazek różnymi  cechami Sherlocka JLM.


Jonny Lee Miller jest dobry, ale niestety w tej roli brakuje mu charyzmy, klasy i stylu, a to duży problem, jeśli gra się Holmesa. (Pamiętacie Bretta? Pamiętacie stężenie charyzmy, jaka bije od Jeremy'ego już na etapie czołówki, kiedy wygląda za okno, i nie, nie chodzi mi o to, jak bardzo piękny ma profil?). Ale to nie Jonny'ego wina. Po pierwsze, ma specyficzną, raczej delikatną niż rzucającą się w oczy urodę i dostał fatalne kostiumy, o czym była już mowa, a na Holmesa trzeba wyglądać.  Co gorsza, przytrafiło mu się nieszczęście, które rzadko spotyka aktorów grających Sherlocka: dostał też wielkiej urody Watsona (Downey mógłby narzekać na pięknisia Law, ale to jednak nic w porównaniu z tym, jak uderzające jest egzotyczne piękno Liu). Choćby, czego bardzo nam wszystkim życzę, rozwój postaci był poprowadzony znakomicie, Miller nigdy nie będzie robił większego wrażenia od niej - przynajmniej, o ile rozmawiamy o wrażeniu, jakie wywiera na ludziach elegancki, genialny detektyw, a nie, na przykład były narkoman-dwulatek. Nie zapominajmy, że Liu jest też o wiele wiarygodniejsza jako po prostu niezwykle inteligentny i spostrzegawczy człowiek.
Po drugie - i ważniejsze - twórcy postanowili go raczej "ulepić z chwytów" (w wywiadach bez cienia żenady wspominają, że bazują na "mitologii" Holmesa raczej niż na Kanonie) niż wymyślić od A do Z. Specjalnie się przy tym nie krępowali, w końcu w Ameryce wszystko jest większe, jak wiadomo. Miller ma tatuaże - postać od razu będzie mhroczniejsza. Właśnie uciekł z odwyku - yeah, na kim tam robi wrażenie jakieś okazjonalne branie znudzonego życiem dżentelmena. Już w pierwszym dniu pracy upokarza i obraża Watson - no ba, w końcu jest mistycznym geniuszem i wie, że wszystko mu wolno. Gada głośno w operze, żeby ją zmusić do współpracy - jasne, kto by tam pamiętał, że ten nudziarz angielski Holmes był wielkim melomanem i sam by tam Watson zaciągnął. (Czy tylko ja mam wrażenie, że twórcy wzięli i tak wykoślawiony obraz z Sherlocków Ritchiego i wykoślawili go jeszcze bardziej?)
Po trzecie - ostatnie - i załamujące, istnieją uzasadnione obawy, że nie oszczędzono nam również chwytu z mroczną przeszłością romansową. Oczywiście można mieć nadzieję, że Watson źle zgaduje, niemniej jednak powiem Wam szczerze, że jak przez cały czas mocno trzymałam kciuki, żeby było coraz lepiej, tak w chwili rozmowy w więzieniu, gdy słuchałam jak to Holmes jest zdolny do bliskich relacji, tylko się ich boi, oraz jak to w Londynie być może spotkała go biedaczysko nieszczęśliwa miłość, powoli rozluźniłam dłonie i podniosłam je do czoła.
Wyobraźcie sobie, że obok Picarda i Rikera siedzi Sherlockista. (Ha! Ostatnio zwierzałam się w rozmowie o blogowaniu, że zawsze marzyłam, żeby kiedyś użyć tego memu, nie zachwyca mnie jednak, że tak dobrze oddaje moje uczucia przy wyczekanym nowym Sherlocku.)
Kiedy zaczynałam pisać, myślałam, że ta recenzja będzie lepsza, że zdobędę się na więcej entuzjazmu i nadziei na przyszłość. Na pewno zamierzam oglądać i na pewno nie cofam kredytu zaufania (moja stara nieco obronna notka pozostaje w mocy). Nie jest dobrze, ale nie jest tragicznie (może oprócz rozmowy w więzieniu, szalika i swetra. I muzyki!). Wiele mogłoby się zmienić, gdyby w kolejnych odcinkach poprawili choćby takie niby drobiazgi jak stroje głównego bohatera (może Watson zabierze go na zakupy?) i muzykę, która jest, mówiąc krótko, beznadziejna, a przecież wystarczyłoby znaleźć jakieś lepsze piosenki. Nie mogę powiedzieć, że się nie cieszę, że co tydzień będę oglądała nowy odcinek  przygód nowego Sherlocka Holmesa (i to z nieznanymi jeszcze  zagadkami) -  ja już, wyznam Wam w najgłębszej tajemnicy, mam chyba dosyć tego wiecznego czekania na BBC i boję się, że tamci z kolei przesadzą z budowaniem oczekiwań. Ale mam takie niezręczne wrażenie, że po raz kolejny zresztą amerykańska produkcja nie jest dla mnie czymś, co mogę smakować, ale raczej czymś, z czym muszę się pogodzić, że jest, jakie jest, czyli obce i niezrozumiałe. Jak gdyby wszystko było nie w tym tonie, co trzeba, nie w tym stylu, nie na swoim miejscu. Po prostu: nie dla mnie. Moje serce zostało po tamtej drugiej stronie stawu, mimo wszystkich Gwiezdnych Wojen i innych Star Treków (chociaż ST to akurat żaden byłby argument, bo kocham Kirka, ale rozumiem Picarda...). I jedynym amerykańskim wytworem, jaki rozumiem naprawdę dobrze, jest Coca-Cola, chociaż i ona mówi do mnie z lekko brytyjskim akcentem.




13 komentarzy:

Justeene pisze...

W większości się z Sherlockistą zgodzę. Uważam, że byłby to nawet przyzwoity serial, gdyby tylko bohaterowie inaczej się nazywali. Oglądając, miałam wrażenie że ten Holmes to przetrawiona mieszanka Downeya Jr. z doktorem House'm. Osobną kwestią jest to co on ma na sobie. Jak sobie przypomnę ten fragment HOUN o czystych kołnierzykach... Czemu amerykański Holmes musi ostatnimi czasy wyglądać jak kloszard? Swoją drogą Watson też nie prezentuje się jakoś specjalnie elegancko.

Lucy Liu jako Watson. Mnie się nie podobało, choć z tego co czytam jestem w mniejszości. Ja w ogóle nie kupuję tego amerykańskiego pomysłu, że Holmes i Watson są bardziej na siebie skazani niż naprawdę się lubią. Brakowało mi między Liu i Millerem tej kanonicznej chemii. Takiej nutki przygody, jak tu: http://www.youtube.com/watch?v=u0zryVWVqYM
Za to tekst o Google był mocny ;) I pszczoły na dachu. Za to prostytutka przywiodła mi na myśl House'a. Ten wątek z takim tłumaczeniem Sherlocka wprawił mnie w lekkie osłupienie, przyznam się szczerze. To nie tylko jest dziwne, to jest w mojej opinii poniekąd pójście na łatwiznę. Seks się sprzedaje, dorzućmy trochę to tu to tam.

Dopiero pierwszy odcinek (i widać, że to wszystko w pośpiechu robione), zobaczymy co będzie dalej.

Adeenah pisze...

Po Zwierzowej recenzji chciałam dać serialowi szansę, a po tej już na pewno chcę to zobaczyć. Też chcę zrobić Star Trekowy facepalm i przekonać się, czy JLM jest amebą! A Jeremy patrzący przez okno to porównanie nie fair - on zawstydza wszystkich Holmesów tego świata, tylko Benedict jakoś się broni (i to głównie dlatego, że jest po prostu inny).

fabulitas pisze...

Myślę, że Justeene ma tutaj dobre intuicje z Housem. IMO to od niego wszyscy amerykańscy Holmesowie są i będą zarośnięci, nie od RDJ.

D.Max pisze...

Ja to jak zwykle stoję w obronie tego serialu. Przyznaję, brakło mi jakiegoś umc, pewnej ukrytej siły w tym odcinku. Kreacja Holmesa nie odchodzi zbytnio od kanonu: ubiera się tak jak opisano - stonowany ubiór. Jego łażenie po mieszkaniu gdzie doszło do zbrodniu przypominało mi obchód Holmesa po domy w Studium w szkarłacie. Co do jego zachowania, jestestwa charakteru- co się dało wzięto z kanonu, reszta bazuje na niedopowiedzeniach ACD: trzeba było ją wymyślić i jak najbardziej dopasować do tego co jest. Postać Watson, największa chyba kontrowersja, też spisuje się nieźle. Nie jest to były lekarżołnierz przygłup jak w książce. Mamy inteligentną kobietę, której zdziwienie nie wygląda jak zdziwienie upośledzonego przedszkolaka. Obie postacie nie wyglądają jak karykatury powieści a jak całkiem sprytne reaktywacje danych postaci. Na koniec chcę dodać że zgadzam się z Justeene z tym że brak między nimi pewnej chemii no ale to serial. Tu się chemię buduje przez 172 sezony. A Holmes bardziej mi przypomina miks Downeya Jr. (ciut mimiki) z Doctorem Who nr. 11 który połknął kija, choć to skojarzenie boże przez brytyjski akcent (akcent ma uroczy ale gada za szybko... myślicie że stąd amerykańska publika go nie lubi?). Co do ilości telewizorów, jest teoria ale nie znam jej za dobrze więc nie będę lepiej tłumaczył. Po prostu, jak zdolność obliczeniowa mózgu olbrzymia to żeby wynik prostego działania był dobry, to trzeba kilka całek mu dorzucić na pożarcie. Poza tym... Czy Wam jak się nie nudzi nie odpalacie wszystkich tv, kompów, laptopów itp i nie oglądacie kilku rzeczy na raz xD?

D.Max pisze...

PS. Co do skojarzeń s Housem to tylko wysokie czoło, nos i prostytutka wychodząca z chaty. Choć wolałbym żeby Holmes grał na gitarze nie na skrzypach...

ShK pisze...

@Fabulitas, raz, że pewnie tak z tym House'em, a dwa, że to jest właśnie takie amerykańskie, nie być w stanie przetrawić tego brytyjskiego oryginału i inspirować się własnymi produkcjami... Nie zwrócili, poza tym, uwagi, że Laurie to inny styl.
@DMax: Nie zgodzę się w dwóch punktach: Watson w Kanonie nie jest żadnym przygłupem, był nim tylko Bruce i kilku po nim, no i od czasu Bretta nikt już nie robi adaptacji z niezbyt rozgarniętym Watsonem, więc to serio żadna zasługa. Jeśli zrzynali z House'a i Ritchiego, to to też zerżnęli i tyle. Poza tym, Holmes naprawdę nie ubiera się stosownie, nikt normalny nie chodzi w takich swetrach, chyba, ze w Boże Narodzenie, bo wczoraj dostali go od cioci, której NAPRAWDĘ nie chcą zrobić przykrości ;)

Justeene pisze...

Hej, nawet Mark Darcy nie pomykał w takim przerażającym swetrze! ;D

ShK pisze...

Mnie właśnie tknęło, czy to a) nie miał być taki brytyjski akcent, b) nie spowoduje, że publika pomyśli, że tak wygląda słynny brytyjski tweed... :D

fabulitas pisze...

Ja to jestem nawet trochę zaintrygowana, w którą stronę pójdą z ubraniami Sherlocka. Bo na razie wygląda to tak, że Holmes, jak uciekł z odwyku, to wszedł po drodze do domu do sklepu Armii Zbawienia i kupił dwa czy trzy kilo ciuchów na wagę (stąd czarny worek na śmieci w charakterze szafy). Jakby niekanoniczne to nie było, kupuję na razie sam pomysł.

@ShK
Z tego, co mówili twórcy serialu, to opierali się głównie właśnie na popkulturowej personie (legendzie) Holmesa - a w kontekście amerykanskim najbardziej się narzuca wtedy House (już nie mówiąc o tym, że w dużej liczbie amerykańskich produkcji Brytyjczyk to taki stock character jak, powiedzmy, gej najlepszy przyjaciel bohaterki). Niemniej nawiązanie do pszczół jakąś tam nadzieję na to, że coś z kanonu ocaleje, daje.

aharper pisze...

A ja właśnie straciłam nadzieję. Sherlock Holmes jako inspiracja a nie jako format jest dla mnie ok. Może być niski, może mieć tatuaże, może nie dbać o wygląd zewnętrzny. Może być stary, może być chłopcem, może być myszą, może nawet (nie krzyczcie na mnie za bardzo!) nie być angielskim genetelmanem.
Inspiracja nie adaptacja.
Ale nie może, nie może, NIE MOŻE !!! być smarkaczem!
I niestety w związku z tym, że w Elementary mamy Sherlocka-smarkacza moim zdaniem nie mamy na co czekać. Będą przygody, choć jeśli w pilocie mamy kapiący miód jako najbardziej tajemnicze wydarzenie, to nie robiłabym sobie wielkiego smaku. Rozwój postaci jest przewidywalny do bólu. Będzie troszkę psychoanalizy w obie strony, Watson oczywiście zostanie zmuszona w którymś momencie wykazać się jako lekarz, a Sherlock nawiąże relację. Amerykańska publiczność będzie niecierpliwie czekać, kiedy wreszcie bohaterowie się pocałują. Publiczność po tej stronie będzie ufać, że może jeszcze dziś nie będą się całować. Gdyby bohater nazywał się inaczej mogłabym po prostu film zignorować, ale tak cóż, lepszy rydz niż nic.
Oczywiście jeśli się pomyliłam chętnie odszczekam wszystko za 12 tygodni.
Ostatni weekend przed rokiem akademickim, mogło być tak miło....

D.Max pisze...

W sumie pozostaje tylko czekać i mieć nadzieję. Ciekawe czy powstanie jakiś dłuższy motyw typu ćpający Holmes, pan Morstan (który ma się pojawić w drugim odcinku) lub obsesja na punkcie Harvardzkiego matematyka w kapeluszu kowbojskim Jima Moriarty'ego. (Btw. nie uważacie że Matt Smith byłby ciekawym Moriartym?)

duod pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
duod pisze...

służę uprzejmie http://i1126.photobucket.com/albums/l604/duod_mj/asdfghj.jpg