piątek, 5 października 2012

Bardzo krótka recenzja z drugiego odcinka Elementary.

Gdybym miała jednym słowem podsumować drugi odcinek "Elementary", byłoby to słowo "płeee".
Ponieważ jednak tak nie wypada na poważnym, sherlockistycznym blogu, teraz napiszę Wam dla picu kilka złożonych i szczegółowych zdań na temat odcinka. Osoby niecierpliwe mogą poniższy akapit całkowicie pominąć, ponieważ piosenka zamieszczona na końcu wyraża idealnie zarówno treść odcinka, jak i moje względem niego odczucia, a także nawet coś w rodzaju błagalnego apelu i symbolicznego podsumowania rozważanej w poprzedniej notce relacji między Ameryką a Wielką Brytanią.



Tym, którzy postanowili jednak przeczytać, serdecznie dziękuję. Są takie przypadki, gdy, jak mawiał książę Salina, trzeba zmienić wszystko, by wszystko pozostało bez zmian. Są jednak też i takie przypadki, gdy zmieniamy wszystko i, o ironio, wszystko posłusznie się zmienia. "Elementary", jak się domyślacie, to zdecydowanie ten drugi typ przypadków, a ja, jako osoba - co mogło Wam się rzucić w oczy - dość przywiązana do Doyle'a i jego postaci, nie jestem zachwycona, gdy z mojego najulubieńszego bohatera zostaje samo nazwisko oraz imię. Serio, w poprzednim odcinku dawałam mu szansę. W tym, kiedy odebrał telefon przedstawiając się jako "Sherlock Holmes", w pierwszym odruchu pomyślałam, że sobie kpi. Z rozmówcy albo z nas. I nie, skrzypce nie pomogą, zwłaszcza skrzypce otulone mgłą bolesnej londyńskiej tajemnicy (jezusicku, no ludzie, really, dlaczego, why, po co). Pomogłaby może trochę teatralna scenka w szpitalu (znów całkiem przyzwoity pomysł w kategorii "solidny procedural"), i całkiem nieźle pomyślany trick, że - trochę, odrobineczkę jak w "Reichenbach Falls" - my już stopniowo zaczynamy się obawiać, czy Holmes aby nie oszalał, a tu proszę jak wszystkich wykiwał. Ale wszystko niszczą histeryczne i kompletnie z czapy wzięte wygłupy Holmesa w rodzaju szalone wybudzanie się z transu na spotkaniu grupy wsparcia albo domowy pożar. Pomogłoby, gdyby wykorzystali Watson, skoro już tak ją fajnie zarysowali w pilocie, ale w tym odcinku oprócz jednej dobrej sceny, w której eksponują jej lekarskie kwalifikacje, wcisnęli pani doktor jakąś nudnawą sekwencję z nieinteresującym byłym, która to sekwencja prawdopodobnie przygotowała grunt pod przyszłe wątki obyczajowe, i to nie jest dobra wiadomość. Poprawy w strojach nie zanotowano, niestety - na marginesie, książę Salina też umiał sobie wybrać szalik, w przeciwieństwie do naszego bohatera. Chemii w relacji Holmes-Watson również, chociaż twórcy bardzo się starali stworzyć wrażenie, jakoby ścierały się dwie silne osobowości oraz kto się czubi ten jeszcze się polubi, bla, bla, bla. No nie wiem, ja bym na miejscu Holmesa nie wytrzymała z Watson, która z tą nieznośnie poprawną miną wypełnia swoje obowiązki i namawia do grzecznego siedzenia na terapii grupowej (żaden porządny Watson by tego nie zrobił). Na miejscu Watson nie wytrzymałabym z tym lekko histerycznym, mało fascynującym - bo wyzutym z wszelkiej charyzmy - wariatem. To naprawdę wzruszające, że oni jednak postanowili trzymać się razem przez cały sezon, ale twórcy muszą mnie dopiero przekonać, że za tą decyzją stoi coś więcej oprócz kasy tatusia Holmesa (co za upiorny pomysł, powstrzymałam się od komentarza przy pierwszym odcinku, ale najwyższy czas powiedzieć to wprost: to naprawdę nie działa). Nie, pretensjonalne rozmowy o poznawaniu się bliżej i tajemnicach z przeszłości również nie pomogą.

Czytelnikom mniej holmesologicznie zaangażowanym polecałabym po prostu odpuścić, bo są lepsze procedurale - na przykład takie, w których interesuje nas postać głównego detektywa, a nie, to, czemu scenarzyści tak go udziwnili. Ja oczywiście będę trwać na posterunku - to JEST Sherlock, najwątlejszy w przyrodzie, ale jednak Sherlock Holmes - i doniosę Wam, jeśli tylko zmieni się coś na lepsze. Umówmy się jednak, że do tego czasu raczej nie będę już recenzować kolejnych odcinków, wiele jest ciekawszych holmesologicznych tematów.
A całą resztę mojego bólu, rozczarowania i zawiedzionych nadziei niech wyrazi:

3 komentarze:

Anna Harper pisze...

Łączę się z Sherlockistą w bólu! Powiem szczerze bardzo chciałam, żeby ten serial był oglądalny. Zawsze miło w piątkowy wieczór po tygodniu zapaść z herbatką do czegoś ciekawego. Wypowiedziawszy się pod poprzednią recenzją dość ostro postanowiłam jednak dać serialowi szansę i obejrzałam pierwszy odcinek jeszcze raz. Ku swojemu zdziwieniu przyzwyczaiwszy się do beznadziejnie nakreślonych bohaterów zaczęłam ich nawet trochę lubić, chyba głównie żeby mieć trochę nadziei na piątkowy wieczór... ale dziś przyłączam się do ogólnego "pleez". Nasuwa mi się taka myśl, że każdemu Sherlock na jego miarę. Bądź każdy ma Sherlocka na jakiego zasłużył. I jeszcze to zakończenie - pamiętacie taki film "Siedem lat w Tybecie" - film sympatyczny, Brat Pitt przystojny, treść ciekawa, zdjęcia oszałamiające - i oto przychodzi zakończenie. Wiadomo że pojedzie do syna. Mogłoby się tu skończyć, wiadomo że zostawi mu pozytywką - Już kończcie!, ale nie jeszcze syn musi podejść do pozytywki i odegrać melodię - no już, już proszę koniec! ale nie jeszcze nasz bohater idzie z synem w góry, no to już musi być koniec!!!! bez jaj! i oto proszę państwa, jeszcze na tej górze muszą się uściskać. I film jest zarżnięty. Zakończenie drugiego odcinka E jest analogicznie nieznośne, ale przynajmniej nie nie psuje dobrego filmu. America, States, yeah!

Holmes Brett Fan pisze...

Ten film byłby nawet fajny, ale nie jako kolejna holmesowska produkcja tylko zwykły serial komediowy. Imię Sherlock zupełnie nie pasuje do tego serialu. Ten "Holmes" ma odruchy, które Brett skrytykowałby bez dwóch zdań. Ja osobiście uważam, że ten Holmes jest gorszy od tego, którego grał Robert Downej Jr.- kilkudniowy zarost, spojrzenie menela spod biedronki, ciuchy, które zapewne nie pamiętają kiedy ostatni raz były prane, ta momentowa chęć wyżalenia się komuś, nadmiar emocji. Podsumowując to nic mi się nie podoba w tej postaci (nazwać to coś Sherlockiem byłoby bluźnierstwem). Na uspokojenie chyba oglądnę Bretta, czyli tego jedynego, idealnego Holmesa forever ;)

Iwona pisze...

Po obejrzeniu 3 odcinków, uważam że naszego nowicjusza nakreślili chyba bardziej ołówkiem Mentalisty niż Doyla!

Spodoba się tym, którzy polubili 2 część Sherlocka z Downeyem. (Choć jestem jego fanką, żałuję że to obejrzałam, bo o ile pierwsza część całkowicie mnie zahipnotyzowała, i tym sposobem zaczęłam czytać, o tyle tę drugą pragnę wymazać z pamięci. Nie jestem dumna, że moja przygoda z Holmesem zaczęła się właśnie od tego, ale no cóż, sentyment został.) I tak: to jest jeszcze gorsze niż Game of shadows...
Myślę, że z nudów będę oglądać, patrzeć i płakać jak spieprzyli coś pięknego.