piątek, 23 marca 2012

Plotki o Elementary i kilka uwag o Watsonie...

Miałam wczoraj interesujące doświadczenie: najpierw przeczytałam pogłoski na temat scenariusza do Elementary, a potem posłuchałam, jak David Stuart Davies i Steven Doyle wyjaśniają, czemu tak bardzo mi się te plotki nie spodobały. W podcaście sprzed prawie roku.
Po kolei!



Na tumblerze pojawiają się nieśmiało plotki, jakoby scenariusz CBS-owskiego "Elementary" wyciekł i wpadł w ręce jednej z użytkowniczek. Nie mam pojęcia, na ile są wiarygodne, bo o ile sama treść rzekomego scenariusza wydaje się, niestety, niezwykle wręcz prawdopodobna, o tyle nie ma żadnych informacji na temat jej źródeł.
Zaciekawiło mnie nie to, czy faktycznie coś z tego, o czym można sobie pod powyższym linkiem poczytać pojawi się w serialu, ale raczej sam fakt, że użytkowniczka podobny pomysł na Sherlocka powitała z radością (użytkowniczka ma, jak by to oględnie powiedzieć, niezwykle wręcz oryginalne upodobania i obnosi się z, cytuję, "nienawiścią", do Sherlocka BBC - co wiele wyjaśnia).
Użytkowniczka ta cieszy się szczególnie z tego, że zupełnie inaczej pokazane będą relacje Holmesa i Watson (jak serdecznie nie znoszę "Seksmisji", tak w tym wypadku nie da się uciec od skojarzeń...). Watson ma być ponoć w wersji CBS  płatną damą do towarzystwa, której zadaniem jest utrzymywanie Holmesa w trzeźwości. Podobno też od samego początku nie pała do współlokatora sympatią - co nie dziwi, bo współlokator ów zajmuje się zapamiętywaniem fragmentów programów telewizyjnych i bezskutecznie usiłuje ją olśnić dedukcjami. Joan jednak dzielnie się nie daje, swojej pracy nie znosi, Holmesa podziwiać nie zamierza i przy pierwszej okazji postanawia go zaszantażować. Być może w przyszłości zacznie okazywać jego pracy więcej zainteresowania i wtedy będzie jakaś szansa na wspólne przygody.
Niezależnie od tego, skąd cytowana tumblerzystka wytrzasnęła te rewelacje, mam przeczucie, że w znacznym procencie się sprawdzą. Pasują znakomicie nie tylko do tego, co już wiemy o zarysie fabuły - Watson naprawdę ma być "strażniczką trzeźwości" dla Holmesa, a nie jest to wdzięczna rola, ale także do Lucy Liu, stworzonej do ról wrednych wiedźm. Trzeba też się zgodzić, że takie przedstawienie Holmesa i Watson z pewnością nikomu nie pomyli się z wersją BBC, a może nawet zaspokoi odwieczne ambicje Amerykanów, żeby wszystko robić po swojemu i inaczej.
(Celowo nie skomentuję tu szczegółowo tego zdjęcia, bo omawiam je dogłębnie w następnej notce, która już się gotuje i powieszę ją pewnie jutro!) 

Tyle tylko, że to jest po prostu fatalny pomysł. Schemat "nie znoszą się, ale w końcu zaczynają się mniej lub bardziej cenić" jest bardzo sympatyczny, widzieliśmy go milion razy i często się nieźle sprawdzał, ale pozostaje jednak ten tiny little insignificant detail, że NIE jest to historia znajomości Holmesa i WatsonA. Nie wszystko, co nowe i oryginalne to fajne, no serio, drodzy Amerykanie. A "Watson nie znosi Holmesa", co gorsza, wcale nie jest już nawet rozwiązaniem oryginalnym. Widzieliśmy już Jude'a Lawa prychającego bez przerwy na zahukanego Downeya. Widzieliśmy Iana "Szczura" Harta, który w twarz mówi Frewerowi, że mu "nie ufa" (i wiele innych przykrych rzeczy - Ian Hart powinien za zgodę na wygłoszenie tej kwestii mieć karnie wykreśloną rolę Watsona z życiorysu, nigdy nim nie był i nigdy nim nie będzie). Co wszystkie te wersje postaci Watsona miały ze sobą wspólnego? To, że były po prostu:

(że Sherlockista pożyczy sobie doskonały komentarz z tumblera)

Nie wiem, czy to tradycja, czy zły nawyk, czy po prostu Heglowska Konieczność, ale jak zwykle na Sherlockianach, po długich wyrzekaniach na różne błędy i wypaczenia pojawi się coś w rodzaju "a tymczasem Granada zrobiła to wspaniale" :) Tym razem nawet, gdybym sama zdołała uciec od podobnych porównań, to nasunął mi je cudowny podcast I hear of Sherlock Everywhere, o dziwo, z czerwca zeszłego roku. W cudownym epizodzie poświęconym pamięci ukochanego mojego Watsona Edwarda Hardwicke'a (kto nie słuchał, niech natychmiast to naprawi - oprócz ekipy IHSH jest też David Stuard Davies i Steven Doyle i wszyscy wspominają Hardwicke'a i Bretta... i można się dowiedzieć, jak staruszek już Hardwicke tłukł się za ocean na konferencję tylko po to, by uczcić pamięć przyjaciela), Davies i Doyle zwrócili uwagę na coś, co niby wydaje się oczywiste, ale, niestety, chyba nie jest takie dla wszystkich. Holmes i Watson się lubią. Nie: darzą się chłodnym szacunkiem. Nie: przypadkiem obaj lubią zagadki i przygody. Nie: bez przerwy się wyzłośliwiają jak nieudane małżeństwo, bo tak będzie zabawniej. Nie: co chwila okazują sobie zniecierpliwienie. Nie: lekceważą się nawzajem. Nie: z trudem znoszą wspólne mieszkanie, chociaż może i gdzieś w głębi są sobie oddani. Davies i Doyle, którzy w momencie nagrywania programu nie mieli jeszcze oczywiście pojęcia o nadciągającym "Elementary", z wyraźną niechęcią przywołali te nowe ekranizacje, w których Watson jest taki energiczny i wyemancypowany, że bez przerwy robi tylko Holmesowi przytyki - coś, w czym Jude Law tak spektakularnie przeszarżował. I podkreślili, że wielkość Hardwicke'a kryła się głównie w tym, ile ciepła wniósł do swojej roli. Hardwicke udowodnił, że nie trzeba być wcale ciapą kompletną jak Nigel Bruce, żeby być Watsonem wspierającym i serdecznym. Holmes ma dość własnych demonów i morderców na ulicach. W domu potrzebuje oparcia i trochę ludzkich uczuć. Tylko Watson może go ogrzać, tylko wobec Watsona skryty Holmes ma szansę się otworzyć. Watson wredny i złośliwy po prostu nie jest Watsonem. Publiczność lubi oglądać słowne przepychanki, nieprzyjemne nawet żarty i przytyki - ale Watson nie może być dla Holmesa rywalem. Wtłaczanie jednej z najwspanialszych przyjaźni w historii literatury i kina w amerykańskie ramki "czubią się, ale się polubią" czy "głęboko w środku, to się kochają, ale nie zamierzają sobie tego okazywać" jest kompletnym nieporozumieniem. 
Magia tkwi w tym, że polubili się od pierwszego wejrzenia, kiedy Holmes dopytywał się o tolerancję Watsona dla nieregularnego trybu życia i upodobania do gry na skrzypcach. Magia tkwi w tym, że - jak wspaniale pokazała to seria Granady! - Watson bez żadnego gadania potrafił Holmesowi oddać kawał swojego życia. Nie była to znajomość taka, jaką tak często pokazują nam modne seriale XXI wieku: oparta na ciągłym, zupełnie świadomym przeliczaniu wzajemnych zasług i szacowaniu osobistych strat i zysków. Nikt się nie zastanawiał "czy wciąż się przy nim rozwijam?", "czy staję się dzięki niemu bardziej kreatywny?" i "jak to wpływa na moją pracę?!". Holmes i Watson po prostu popłynęli z prądem i, wbrew temu, co wmawiają nam wszystkie te rewizjonistyczne interpretacje: nigdy nie żałowali ani chwili! Hardwicke, po scenie opisanej w ostatniej notce, kiedy dowiedział się, że Brett zrobił go w balona, czule okrywa śpiącego przyjaciela kocykiem - i jeśli ktoś nie sięgnął po chusteczki już wcześniej, to właśnie ma kolejną okazję. 
Co niewyobrażalne, nigdy też nie mieli się dosyć - Watson Granady na każdą nową sprawę Holmesa reagował z mniejszym lub większym entuzjazmem. Często w dodatku - o dziwy nad dziwa! - cieszył się, bo nie myślał o sobie, tylko z ulgą witał zajęcie dla udręczonego nudą i depresją Sherlocka.
A najbardziej już ze wszystkiego niesamowite jest to, że Holmes-Brett to właśnie w Hardwicke'u-Watsonie uwielbiał! Nie oczekiwał po nim błyskotliwych dedukcji, bo to była jego, Holmesa, rola. Nie potrzebował wcale, by ktoś go wychowywał i pracowicie tępił jego wybujałe ego. Sherlock na ekranie - i Jeremy poza nim - w Watsonie znaleźli swojego dobrego doktora, lekarza ciała i duszy, znakomitego, inteligentnego pomocnika, ale i ciepłe oparcie, kogoś, kto będzie go chronił, przed światem i przed nim samym. I naprawdę Hardwicke nie stał się od tego słodkim, Bruce'owatym dziadkiem, którego asekurować trzeba nawet przy przechodzeniu przez głębsze kałuże. Przeciwnie! Właśnie dzięki temu, że to Watson osłaniać musiał często wielkiego Bretta-detektywa przed światem i przed własnym jego udręczonym umysłem, zyskał pozycję równego, jeśli nie ważniejszego partnera w tej przyjaźni.
I, na koniec, Watson musi też Holmesa podziwiać - po prostu dlatego, że i my będziemy na detektywa patrzeć tak jak on. Jeśli Watson odnosi się z przekąsem do zdolności przyjaciela, to chociaż niby pamiętamy z innych - lepszych - ekranizacji, że ten cały Holmes jednak jest genialny, błyskawicznie zaczynamy mieć wątpliwości. A chociaż modna jest, oprócz wrednych Watsonów, również tendencja, by umniejszać wszystkich wybitnych bohaterów popkultury (czego dowodem jest dręczenie postaci Doktora, o czym sporo ostatnio pisałam tu i ówdzie), to Sherlock Holmes się do tego wybitnie nie nadaje. Holmes odarty z nimbu geniuszu będzie równie nudny jak przeciętny detektwyw z CSI-Kozia Wólka. A nimb ten zapewnia mu w największej mierze głównie zachwyt w spojrzeniu wiernego Watsona.
Nieprzyjemny Watson i za mały Holmes  (pod każdym względem) - to były główne problemy nowego filmu Ritchiego. Ja oczywiście rozumiem kłopot CBS (chociaż mam przy tym smutne wątpliwości, czy CBS w ogóle zdaje sobie sprawę z istnienia jakiegokolwiek kłopotu). Moffat, Gatiss i Martin Freeman przejęli Hardwicke'ową tradycję dobrych i mądrych Watsonów i zrobili to tak olśniewająco wspaniale, że nikt rozsądny nie rywalizowałby z nimi w tej akurat kategorii. Jeśli jednak Amerykanie nie mają lepszego pomysłu na własny serial niż postawić BBC na głowie, to może jednak nie powinni byli się za to zabierać wcale.

5 komentarzy:

cara pisze...

Świetny wpis - oddający dużo moich uczuć odnośnie wszystkiego - co do Elementary i co do przyjaźni Sherlocka z Watsonem - wydaje mi się, że własnie to jest najciekawsze, że oni się lubią!
Dobra a co do Elementary to serial wygląda na tak zły, że zwierz jest naprawdę ciekawy co wyjdzie. Ogólnie zwierza martwi to zdjęcie bo pokazuje, że nawet estetycznie twórcy nie zrozumieli o co chodzi w postaci Sherlocka. To jedna z nielicznych postaci gdzie wygląd a właściwie pewien sposób noszenia się jest naturalnym przedłużeniem charakteru

ShK pisze...

Dzięki Zwierzu :) Jutro dobiorę się im do tego szalika ;) Bardzo głęboko się ze Zwierzem w kwestii określonego wyglądu Sherlocka zgadzam!

Anonimowy pisze...

A ja we łzach, :-) tradycyjnie – jak zawsze, gdy czytam takie piękne rzeczy o Jeremym albo jego Watsonach.
Kochany Edward Hardwicke… Przyjaciel Holmesa i przyjaciel Bretta, wierny do końca, gdy sam już chory, walczył o pośmiertną Baftę dla Jeremy’ego. To on wielokrotnie odbierał go ze szpitala po nawrotach ChAD, to on był przy Jeremym w dobrych i gorszych chwilach, to on pożegnał go w kościele St Martin In The Fields słowami „When I remember Jeremy, I shall always remember him laughing, and I cannot pay him a higher compliment than that”. To on wiedział, ile cierpienia pokrywał Jeremy tym swoim cudownym, zaraźliwym śmiechem – bo znał go tak jak Watson znał Holmesa, na wylot, na zawsze. Naprawdę. Uwielbiam patrzyć, gdy jego Watson okrywa „babcinym” pledem plecy Holmesa [DEVI], gdy szepce przez drzwi z panią Hudson, aby nie zbudzić Holmesa z drzemki [PRIO], gdy delikatnie pyta, czy może pojechać z Holmesem – „jeśli nie będzie przeszkadzał” [SILV], jakby raz jeszcze chciał usłyszeć, jak bardzo jest potrzebny przyjacielowi. Oczywiście, relacja Holmes/Watson to wspaniale prowadzona gra wspaniałych aktorów, jakimi byli obaj panowie, ale gdy patrzę na nich, zawsze czuję, jakim kontrapunktem dla AKTORÓW była ich przyjaźń poza planem.

buddy2blogger pisze...

Always a pleasure to meet another Sherlockian :)

Great blog and lot of cool stuff about Sherlock Holmes!

Have you read the book "Bending the Willow: Jeremy Brett as Sherlock Holmes" by David Stuart Davies. This book is a must read for fans of the Granada adaptation and/or Jeremy Brett.

Cheers!

ShK pisze...

Thanks for the comment :) Actually, I have luckily just received "Bending the Willow" as a present from one of Sherlockiana's readers and I've just begun to read! It's a fantastic book - I have also learned a lot about Brett from the Scarlet Street forums where you can find posts from many great Sherlockians, and from the wonderful I hear of Sherlock Everywhere podcast.