wtorek, 4 grudnia 2012

ShKA - 4 grudnia, D jak DATA!

A nawet: Data! Data! Data!
(COPP)

Holmes żąda więcej danych - bo wszak to fatalny błąd teoretyzować zanim dostanie się do ręki fakty (Sherlockista niestety nie może nie zauważyć, że jeśli się nie poteoretyzuje, to żadnych faktów w ogóle nie będzie) i nie da się robić cegieł bez gliny.

Sherlockista żąda więcej Komandora Daty.



Drobna - ale ważna uwaga dotycząca wymowy. Holmes może sobie po angielsku wołać danych na dwa sposoby: elegancko, z pięknym, długim, bezdźwięcznym "a", by podkreślić łacińskie pochodzenie wyrazu, lub też nieco nowocześniej, "Dejta". Sherlockista osobiście lubi obie wersje, bo obie występowały w jego ukochanych audiobookach (słabiej znosi tylko hiperamerykańskie "Dada", ale wyrzekanie na amerykańskie akcenty to temat, który nie nadaje się do adwentowych kalendarzy).
Gdy mamy na myśli najbledszego z oficerów na Enterprise, można jednak mówić wyłącznie "Dejta" i kropka, bo tylko osoby tak złośliwe i nieuprzejme jak doktor Pulaski mogą sugerować, że androidom jest wszystko jedno, jak się wymawia ich imię.
Nie uwierzycie, ale to zestawienie Daty, Spota, Spocka
i czarnego diablątka Sherlockista zrobił zupełnie sam.
Nie mówi, że było łatwo ;)

Data, nasz drogi kosmiczny Pinokio, android z pozytronowym mózgiem, który za wszelką cenę chce być człowiekiem i nawet nie zauważa, że już od dawna nim jest, nawet bez skóry, poczucia humoru czy czipa z emocjami - został pod wieloma względami następcą wielkiego Spocka. Kim jest Spock, wiedzą przeważnie nawet takie osoby, które nie oglądały w życiu ani pół odcinka Star Treka i to naprawdę sporo mówi o tym, jaką rolę odegrała ta postać w kulturze popularnej.


Wolkanina i androida, oprócz upodobania do kotów, łączy wybitna umysłowość o nieco logicznym, by nie rzec komputerowym profilu (nie rzeknie tak Sherlockista, bo byłoby to niedelikatne wobec Daty; Spock ucieszyłby się z komplementu) i fakt, że obaj stanowili niewyczerpane źródło uciechy i komicznych sytuacji, gdy zderzali się z niedoskonałościami, emocjami i niepojętymi, irracjonalnymi zachowaniami ludzkich współtowarzyszy służby.

Łączy ich także uwielbienie dla Sherlocka Holmesa, którego Spock nazwał swoim przodkiem, cytując nieśmiertelne "If you eliminate the impossible, whatever remains, however improbable, must be the truth" (który to cytat, rzekomo podsumowujący "metodę" Holmesa, wykorzystywany jest wręcz masowo, zarówno w adaptacjach Kanonu, w roli "ukłonu dla fanów" albo próby "legitymizacji", jak i w zupełnie innych produkcjach - i okropnie to Sherlockistę bawi, bo to serio nie byłaby dobra metoda dla nawet najgenialniejszego detektywa...). Data... wystarczy popatrzeć tylko na te obrazki, by zozumieć, że androidy nie śnią o elektrycznych owcach, tylko o fajkach, deerstalkerach i mordercach. A Brent Spiner, odtwórca roli Daty powinien mieć Sherlocka dopisanego do listy kultowych postaci, które kiedyś zagrał.

Między Spockiem a Datą istnieje  jednak pewna znacząca różnica: stary Spock na wieść o tym, że ktoś jest androidem, a wolałby być bardziej ludzki z zaskoczenia z trudem potrafi powiedzieć "Fascinating!". Spock z całą pewnością byłby jedną z osób, które Holmesem zachwycają się głównie dlatego, że widzą w nich, podobnie jak Watson na etapie STUD, maszynę do logicznego myślenia. Spock, gdyby już musiał mieć jeszcze więcej czerwonej, ziemskiej krwi niż ma, pewnie wybrałby właśnie Holmesa, jako najbardziej nieludzkiego pośród ludzi.


Data tymczasem - i to naprawdę był jeden z wielu genialnych pomysłów twórców Star Treka TNG - wciela się w Holmesa po to, by udowodnić (wspomnianej już wrednej doktor Pulaski), że stał się wystarczająco ludzki.

Nie mogę się tu powstrzymać od małej dygresji: to jak w TNG w ogóle wykorzystuje się dramatrurgicznie ten niewykły, Pinokiowaty status Daty, zawieszonego między elektroniczną naturą a marzeniem o byciu prawdziwym chłopcem, jest naprawdę fantastyczne. Sherlockista jako filozof był wprost zachwycony tym, w jak subtelny, złożony i inteligentny sposób dyskutuje się o świadomości Daty w odcinku, w którym odbywa się jego proces (proces ma na celu ustalenie, czy Data jest osobą, czy też przedmiotem-własnością Floty). I nie mówię tak tylko dlatego, że dałam się urządzić jak ostatnia, sentymentalna krowa, i zryczałam się na tym odcinku tak, że się omal nie utopiłam. Naprawdę trudno bardzo wytłumaczyć, co i dlaczego właściwie tak mocno się czuje, kiedy pokazują nam, że Data po latach wciąż przechowuje hologram nieżyjącej już towarzyszki służby, z którą kiedyś poszedł do łóżka. W dodatku, w samym wątku "Data-is-Sherlock Holmes" kwestia tego, co to znaczy być osobą i kto ma prawo do tego, by uznać się za prawdziwego człowieka została rozwinięta w sposób, który u osób kochających zarazem filozofię, Sherlocka i Star Treka może wywoływać reakcje estetyczno-emocjonalne o niebezpiecznym dla zdrowia natężeniu. Ale po kolei.

Pierwszy odcinek, w którym Data przebiera się za Holmesa i korzysta z uroków holodecku, czyli specjalnego pokładu, gdzie można bawić się w dowolnie wybranym wirtualnym świecie, a komputer generuje postacie, intrygi, akcje i zagadki, "Elementary, my Dear Data" zaczyna się, prawdę mówiąc, nudnawo. Data występuje w obowiązkowym death frisbee i płaszczu i zachowuje się trochę zbyt sztywno (Data grający Holmesa jest zdecydowanie za bardzo spięty i przeszarżowany; ale zarazem Brent Spiner grający Datę grającego Holmesa jest zupełnie genialny). 

Geordi niestety kompletnie nie pasuje do roli Watsona. Sherlockista musi się też przyznać, że w ogóle nie przepada za trochę nijakim Geordim, wyróżniającym się głównie dość irytującą złota opaską na oczy, która trochę osłabia ekspresję aktora - za każdym razem, gdy ktoś kusił Geordiego możliwością odzyskania wzroku, Sherlockista miał wielką nadzieję, że Geordi ulegnie.

Baker Street jest za to zupełnie standardowa i standardowo udana - kto przegapił czekonotkę z literką B?, tylko intrygi w dość zabawny sposób plączą beztrosko różne kanoniczne wątki.
Zabawa zaczyna się wtedy, gdy Geordi każe komputerowi zaprogramować dla Daty takiego przeciwnika, który ma szansę go pokonać (standardowi oponenci Holmesa nie mają szans już choćby z tego względu, że nasz android zna na pamięć wszystkie historie Doyle'a i to w sensie dosłownym). I tak oto, proszę państwa, rodzi się z wirtualnej piany Moriarty. I ach, co to jest za Moriarty!
(Uwaga, w dalszej części notki występują dosyć poważne spoilery, a to są świetne odcinki, więc jeśli nie widzieliście, to zobaczcie najpierw, a przeczytajcie potem!)

Moriarty z TNG to, i mówię to z ręką na sercu, jedyny Moriarty, który naprawdę mi zaimponował - a w dodatku nie da się nie być po jego stronie. Odwieczny problem z tą postacią jest taki, że trudno wymyślić tak wyrafinowane zbrodnie, których ów Napoleon miałby się dopuszczać, by przekonać widzów, że faktycznie mają do czynienia z arcymistrzem Zła. Ten Moriarty nie zyskuje sobie reputacji geniusza dzięki zbrodniczym knowaniom. On zresztą jest zbyt zajęty, by kraść i mordować, zajmuje się bowiem najbardziej ludzkim z odwiecznych ludzkich pytań - ustala, kim jest, skąd przybył i dokąd zmierza. 

Moriarty to w pewnym sensie ucieleśnione (choć tylko wirtualnie) marzenie filozofa: świadomość, która mocą własnej inteligencji potrafi wyjść poza otaczający ją świat i ustalić, jaki jest jej prawdziwy status. On wie, że poza jego wirtualną krainą istnieje świat "prawdziwszy" i bardziej "realny", który zarazem jest dla niego kompletnie niedostępny - nieusuwalne podejrzenie filozofów wszelkich epok. A co, jeśli jesteśmy tylko mózgami w naczyniu (powaga, pojawiła się w filozofii i taka wątpliwość), czyimiś kreacjami, jeśli żyjemy we śnie, a gdzieś indziej jest jawa? A może wszyscy mieszkamy na wielkim holodecku jakiejś jeszcze innej, nowszej Enterprise i nawet się nie zorientujemy, kiedy kapitan znów wyłączy nas na cztery lata, bo będzie wolał popływać z piratami? Co z tego, że ten nasz wirtualny świat jest tak dobrą podróbką, że nigdy nie doświadczymy "braku" realności - ten argument nikogo jeszcze nie uspokoił. Moriarty, część komputerowego programu wygenerowana na skutek nierozważnego życzenia Geordiego, miał ogromnego pecha: zyskał samoświadomość, której nie można już wyłączyć. Samoświadomość to, po prostu, kłopoty. 
Picard w cylindrze.
All arguments are invalid.
Moriarty potrafi już zaistnieć niezależnie
od włączonego akurat programu.
Ten obrazek to naprawdę mróz po kościach.
Dlatego tak znakomity jest drugi odcinek z Datą-Sherlockiem i Moriartym (nakręcony kilka lat później z powodu wszystkich tych amerykańskich dziwactw związanych z prawami autorskimi do Kanonu) - "Ship in a Bottle". Tu Data ma okazję popisać się w roli Holmesa tylko na samym początku, gdy dzięki uważnej obserwacji i błyskotliwej dedukcji wykrywa dziwny problem w funkcjonowaniu holodecku. Reszta odcinka należy do Moriarty'ego, który w imponującym stylu walczy o to, by wydostać się "do prawdziwego życia", a także do Picarda, który nawet jak na siebie okazuje się wyjątkowo mądry, empatyczny i inteligentny. I to jest wręcz nieprawdopodobnie dobry odcinek, w którym momentami nikt, na czele z Picardem oraz widzami, nie wie już, czy jest prawdziwy, czy jest osobą, i co to w ogóle znaczy.
Data oczywiście nie sprawdza się w roli Holmesa - pogromcy TEGO Moriarty'ego. Bez pomocy Picarda już w poprzednim odcinku nie poradziłby sobie z tym Napoleonem świadomości. Ale nie ma tu już takich prostych chwytów, jakie w TOSie miały służyć pokazaniu, jak bardzo odmienny i nieludzki jest Spock (który nigdy nie sprawdzał się jako dowódca, bo, na przykład, nie zgadzał się się na pochowanie jednego z członków załogi z powodu niebezpieczeństwa). W gruncie rzeczy, Picard ostatecznie radzi sobie z Moriartym dzięki zwykłej, ludzkiej inteligencji i umiejętnej grze.

Ciekawe jest w tym wszystkim to, że kiedy Picard przejmuje stery odcinka, od razu automatycznie sam staje się w pewnym sensie Holmesem. To on jeden potrafi zmierzyć się z tym arcy-przeciwnikiem. Tylko jemu nie zabraknie zmyślności i wyczucia. I to nam naprawdę wiele mówi o Sherlocku w ogóle. Chwyt, który ratuje Picarda, to działanie niezwykle wręcz w stylu Holmesa, wielbiciela teatru i magicznych tricków, śmiałe, zawadiackie a zarazem mające na uwadze dobro wszystkich, nie tylko proste pozbycie się problemu.  Nasz prawdziwy Sherlock także koncertowo wręcz grał na emocjach podejrzanych i miał w sobie też tę wrażliwość, która pozwala zrozumieć potrzeby i motywacje innych nawet wówczas, gdy stoją one w rażącej sprzeczności z naszymi.
To coś, co pewnie potrafiłby zrobić również Kirk, ale nie wiadomo, czy przyszłoby do głowy Spockowi, choćby długo eliminował to, co niemożliwe.
koniec spoilerów

W efekcie, widz Elementary, Dear Data, czy Ship in a Bottle, wcale nie ma wrażenia, że Data nie potrafił być jak prawdziwy Holmes, bo nie ma "ludzkiej intuicji", "uczuć" czy innych rzeczy, które Bones zawsze wypominał Spockowi. Faktycznie, brak mu trochę kreatywności, co jest wodą na młyn sceptycznej doktor Pulaski, ale naszej jakże ludzkiej pani doktor też jakoś nie przyszło do głowy właściwe rozwiązanie problemu. Data nie radzi sobie nie dlatego, że jest androidem - tylko po prostu dlatego, że Holmesem jego świata jest Picard. A geniusz Sherlocka nie leży tak naprawdę w szczególnych umiejętnościach logicznych i wielkiej szybkości kojarzenia faktów, tylko w tym, jak bardzo potrafił być niekonwencjonalny.

To już jednak, moi drodzy Czytelnicy, temat na zupełnie inną literkę!
Ta czekonotka miała być krótka... Mam nadzieję, że była przynajmniej słodka, bo jutrzejsza może być odrobinkę kwaskowata.

7 komentarzy:

Rusty Angel pisze...

Nie było szans domyślić się, o czym będzie ten wpis. :( Najmniejszych. Co nie zmienia faktu, że jest cudowny.

Sherlock Kittel pisze...

Rusty! :) Twój komentarz jest po prostu bezcenny, bo już prawdę mówiąc rozpaczałam, że odzew taki marny w porównaniu z poprzednimi, bo przesadziłam z poziomiem nerdowatości tematu albo fatalnie napisałam i nikomu na całym świecie się nie podobał i zginę samotna w blogerskim piekle zapieszczona na smierć przez tribbles ;)

Basiek pisze...

Wpis cudny :) Sherlock, Data i trochę Spocka do tego. Czytałam go, co prawda, na dwie tury - do połowy, potem oddalić się obejrzeć "Ship in a bottle" (o którego istnieniu wcześniej nawet nie wiedziałam...) a potem reszta do końca. I teraz już nie wiem co lepsze - czekoladki z kalendarza czy twoje czekonotki :) I jeszcze mam postanowienie na potem (tzn. gdy będę miała dużo czasu) - obejrzeć całe TNG. Bo je zdecydowanie za słabo znam i za bardzo lubię. So many series, so little time...

Sherlock Kittel pisze...

@Basiek
Jestem zachwycona, że obejrzałaś "Ship in a Bottle" dzięki temu wpisowi, mam nadzieję, że Mikołaj mi to policzy ;) Dzięki, że napisałaś!

Ysabell pisze...

Och i ach!!!
Spock i Data razem w jednej notce! (Musisz mi wybaczyć ten zachwyt, bo każdego z nich z osobna kocham bardziej niż wszystkie Holmesy razem wzięte... No, może Datę kocham jak wszystkie Holmesy odjąć Bretta i Mycrofta...)

Bardzo, bardzo trzymam język za zębami i palce z dala od klawiszy, żeby nie zacząć się kłócić zupełnie nie na temat, o Spocka i The Galileo Seven...

Wpis wspaniały. I z wszystkimi niemal Twoimi spostrzeżeniami zgadzam się całkowicie. Więc tylko jeszcze dodam, że na zdjęciu Daty i Pickarda, o ile Data wygląda jak archetypiczny Holmes, to Pickard niemal idealnie jak Holmes Bretta. I to dopiero jest piękne. :)

Sherlock Kittel pisze...

Ysabell :) :) :)
Muszę powiedzieć, że właśnie wtedy już tak na amen pokochałam Picarda (bardzo trudno było mi zdradzić Kirka), kiedy go zobaczyłam w tym cylindrze i był takim prawdziwym, kanonicznym Holmesem ;)

Ysabell z pracy pisze...

Jak przepadam za TOS, tak nigdy nie przepadałam za Kirkiem, więc nie miałam tego problemu, ale rozumiem. :)

W The Big Bang Theory, w uroczym odcinku, w którym Leonard wspomina wprowadzanie się do Sheldona, jednym z pytań, które mu Sheldon zadał było "TOS czy TNG?", a odpowiedź brzmiała "TNG, ale Pickard, a nie Kirk". I ja mam dokładnie tak samo. :)

(I lubię Geordiego. Nawet bardzo)

Cholera, miało nie być o ST... :)