poniedziałek, 31 grudnia 2012

ShKA - S is for SATISFACTION

Sherlock Holmes (...) sank back into his velvet-lined arm-chair with a long sigh of Satisfaction.



Literka stąd

Satysfakcja.

Siadamy w fotelu z głębokim westchnieniem satysfakcji. Karbunkuł znaleziony, spotkanie z klientem wypadło godnie, sztuczki wywołały stosowne wrażenie, przestępca dał się elegancko przywabić i złowić, Watson w końcu zakumał, co było dedukcją, a co nam się zgadło i co trzeba będzie w opowiadaniu ostro podrasować. O, już słyszymy jak skrobie pierwszy szkic, jeszcze kilka tygodni i o historię będą się zabijać tłumy rozszalałych fanów.


Satysfakcji nic nie mąci - Holmes żyje dla pracy. Nie będzie w takiej chwili przejmował się zaniedbanym życiem towarzyskim, nie żałuje, że nie widział czyichś pierwszych kroczków, o finanse martwić się z jakichś tajemniczych przyczyn nie musi. Nawet jeśli ostatnim klientem zajmował się wyłącznie z ciekawości, już wkrótce pewnie nadarzy się jakiś książę Holderness i jednym małym czekiem załatwi mu rok utrzymania. Sherlock uprawia swoją sztukę dla niej samej, do osiągnięcia satysfakcji nic więcej ponoć mu nie trzeba. Owszem, lubi sobie czasem napisać jakąś monografię - ale najchętniej na tematy związane z zawodem. Poza pracą detektywa kocha jeszcze muzykę - ale to nie ten typ, który zadręczać się będzie, że w kolejnym roku musi koniecznie nadrobić braki z wczesnego klasycyzmu. W zupełności wystarczy mu porządny koncert, a choćby i opera od drugiego aktu. Jeśli Holmes wymyślał sobie jakieś postanowienia noworoczne, to najprawdopodobniej zawsze je realizował.


Zerknijcie dwa zdjęcia w dół - Benedict też ładnie potrafi naśladować
Pagetowe pozy Sherlocka!

Chyba mało kto potrafi tak po prostu usiąść wieczorem w fotelu i mieć świadomość, że zrobił absolutnie wszystko co należy, nie pozostały mu w głowie nienapisane opowieści, otwarte książki leżące jak wyrzut sumienia, poobrażani bliscy, którym znowu zapomniał oddzwonić, obowiązki wylewające się wszystkimi szparami z codziennego grafiku, przepis do wypróbowania, podróż po wielką przygodę, pomysł na artykuł. Mało kto z nas kiedykolwiek czuje pełną satysfakcję.


I chyba mamy szczęście, bo po Sherlocku widać, że satysfakcja jest najokrutniejszym i najbardziej zwodniczym z uczuć. Im pełniejsza - tym krótsza; im większa - tym boleśniejsze jej przemijanie; im bardziej sycąca - tym szybciej przychodzi głód. Właśnie wtedy, gdy jak w przypadku Holmesa, pozornie najłatwiej ją osiągnąć, bo płynie z jasno określonego źródła i nic właściwie nie blokuje jej drogi, satysfakcja przybiera najzłośliwsze oblicze.


Sherlock Holmes (...) zapadł się głębiej w fotel z głębokim westchnieniem satysfakcji... Kto pamiętał cytat i wiedział z jakiej sceny SIGN pochodzi, ten od początku przeczuwał pewnie, że notka może być melancholijna. Domyślacie się, co zrobił Holmes w miejscu, w które wstawiłam trzy kropki?
Po prostu wstrzyknął sobie dawkę siedmioprocentowego roztworu. Mogłoby się wydawać, że taka niegodna droga na skróty powinna przynosić jedynie ułudę i męki, ale w rzeczywistości, która czasami za nic w świecie nie chce zachowywać się dydaktycznie, nasycenie zagłodzonego umysłu "pustymi kaloriami" narkotyku to dla Holmesa lepsze rozwiązanie niż pełne zdrowego błonnika złożone zagadki. 


To prawda, dłużej trawi się pewnie solidne, wielozbożowe morderstwo a i nawet drobna kradzież z razowej mąki z pełnego przemiału może zająć energię przez cały poranek. A kokaina? Holmesie!  Niszczysz umysł, ciało, duszę, no i popatrz, co się stanie, jeśli się uzależnisz - skończysz w Nowym Jorku, w okropnych wymiętych ubraniach, i będziesz musiał słuchać Gregsona oraz niani Watson!

Uzależnienie od prawdziwych zagadek ma jednak cechę może jeszcze straszniejszą. Każda rozwiązana sprawa - to jeden schwytany przestępca, to jedna szansa mniej, że i następnego dnia trafi się jakaś soczysta zbrodnia. Im przestępca ów okazalszy, im dłużej trwała zabawa, im więcej rozkoszy intelektualnej przysporzyło Holmesowi pokonanie przeciwnika - tym większa pustka, boleśniejsza wyrwa, bardziej strome zejście po osiągnięciu szczytu. Łatwo jest, niestety, o większą dawkę narkotyku; jeśli potrzebujemy lepszego przestępstwa, pozostaje tylko czekać, bezczynnie czekać z nosem wbitym w gazetę, strzelać po ścianach, warczeć, narzekać, że nasz umysł jest jak rozpędzona maszyna, która z braku materiałów sama rwie się na strzępy. Tylko ten, kto zaznał tortur nudy, tej prawdziwej nudy płynącej z całkowitego zniewolenia umysłu, może podejrzewać, jak potworne jest to uczucie. 

Dlatego najgorsze, co spotkało Sherlocka Holmesa w karierze, to to, że musiał zamordować Moriarty'ego. Gdy potem o tym myślał, przeglądając listy od guwernantek w opałach i zdesperowanych właścicielek zaginionych króliczków, często pewnie żałował, że przyszło mu zniszczyć jedynego naprawdę wspaniałego przeciwnika - jedyną osobę, która przynosiła mu wciąż coraz większe dawki satysfakcji. Choć z drugiej przecież strony, abstrahując od szlachetnych motywacji, które zawsze kazały Holmesowi na pierwszym miejscu stawiać dobro publiczne, samo pragnienie osiągnięcia satysfakcji kazało mu walczyć z Moriarty'm do końca. Gdyby Napoleon Zbrodni uciekł, choćby i całkiem pokonany, byłoby to jak Mozart bez dwunastu taktów. Co jednak robić po skończonym koncercie, gdy nic nie pozostanie już do wysłuchania?



Smutek po osiągnięciu celu, depresja szczytu - i tristesse po najbardziej udanym seksie - to oczywiście sprawy doskonale znane. Sherlockista nie odkrywa tu przed Wami nowych kontynentów. W przypadku Holmesa jest to jednak smutek szczególnie radykalny. To człowiek, który, choć z pozoru powinien jako genialny detektyw aż pławić się w satysfakcji (nikt nie pławi się w niej piękniej niż Poirot, skądinąd), właściwie nigdy jej nie osiąga. Te krótkie chwile, gdy nie dręczy go akurat frustracja wywołana przez przestoje w śledztwie, gdy cieszy się radością polowania i przeczuciem rychłego sukcesu - wtedy chyba najbliżej jest prawdziwego poczucia spełnienia. A z drugiej strony, już wtedy zaczyna się bać przyszłej satysfakcji, która przyniesie mu tylko powrót upiorów nudy. Zaszczyty, zyski, żony - z tego cieszą się inni. Sherlockowi, jak on sam mówi zresztą Watsonowi w tym nieskończenie smutnym zakończeniu SIGN (którego obyśmy nie oglądali w wersji z Cumberbatchem), pozostaje tylko kokaina.

Na co dzień żyje bowiem Holmes na jałowym pustkowiu, dobry doktor opowiada nam tylko o tych najlepszych momentach - wizja życia Holmesa taka, jaką znamy, tak ma się pewnie do rzeczywistości, jak wizja, jaką ktoś śledzący tylko tumblr mógłby sobie wyrobić na temat życia fanów seriali Stevena Moffata. Ileż tam cudownych dowodów fanowskich rozkoszy, hołdów dla znakomitych odcinków i najdrobniejszych zabawnych motywów - kto by podejrzewał, jak bardzo jesteśmy zagłodzeni i z jaką determinacją wyciskamy wszystko, co się da z każdego ujęcia trailera.

To skojarzenie przywodzi mi na myśl wpis Zwierza o popkulturalnej pustce*, o tym przykrym uczuciu, które ogarnia nas, gdy wyczekany film jest już obejrzany, historia się skończyła, wychodzimy z kina, i już na parkingu zaczynamy tęsknić za światem z ekranu. Przeczytałam tamtą notkę w dniu, gdy sama opowiedziałam Wam, jak to jest być nieoficjalną nieregularną z Baker Street  - i od razu pomyślałam, że dla wszystkich sherlockistów mam znakomitą nowinę.

Mamy znacznie lepiej niż Holmes. Chociaż pod jednym, jedynym małym względem. Nie uchronimy się przed wszelkimi pustkami i przed każdym podstępnym zagraniem satysfakcji. Nic nam nie pomoże, gdy za półtora roku skończy się na dobre ten "Hobbit", na którego tak nieopatrznie teraz narzekamy.


To jest naprawdę duże wydanie krytyczne Holmesa ,
dostępne w najwspanialszym miejscu świata:
księgarni poświęconej WYŁĄCZNIE holmesianom...
Zajrzyjcie na Wessexpress.com  - to dom Gasogene Books.

My, nieregularni, nawet ci skromni, bez zasług i zaszczytów, mamy jednak pewien cudowny przywilej: stałe i nieograniczone prawo wstępu do chociaż jednego, najulubieńszego świata. Nie musimy zwiększać dawek narkotyku, czekać latami na kolejne części, niszczyć zdrowia, niepokoić się, że zabraknie przestępców. Już teraz kraina holmesologów, książek, apokryfów, filmów, adaptacji, okołosherlockowych działów nauki, historii i teorii literatury rozrosła się do takich rozmiarów, że żaden pojedynczy holmesista nie przemierzy już całej tej przestrzeni. Droga nigdy nam się nie skończy; to luksus, który rzadko się trafia w świecie (pop)kultury. Nigdy nie wyrzucą nas z kina.


Wszystko mogą mi podstępnie zakończyć i zabrać, najukochańsze i najdłuższe historie dobijają w końcu do mniej lub bardziej satysfakcjonującuch finałów - i można tylko zacząć od nowa, by znów przebyć zawsze za krótką i zawsze zbyt tę samą drogę od ich startu do mety. Choćbym obejrzała "Gwiezdne wojny" jeszcze i drugi milion razy, nie zamieszkam na stałe na pokładzie Sokoła Millenium. Stamtąd wciąż mnie jednak wyrzucają.

W mieszkaniu przy Baker Street jestem zawsze u siebie, czy to w Londynie, Tallinie czy w Warszawie. Nie wyprowadzam się, najwyżej wychodzę do pracy i przez jakiś czas zajmuję się tłumaczeniem albo filozofią. Tam, w świecie Holmesa, panuje zresztą kolisty czas mityczny, nie trzeba się bać, że człowiek przegapi podwieczorek. Zawsze trwa dla nas pierwsze spotkanie coraz to nowych Holmesa i Watsona, pojedynek nad wodospadem, wielki powrót, włamanie do Milvertona.
Jeśli zatem przyszło mi do głowy jedno podsumowanie** - tego roku i wszystkich życzeń, który chciałam Wam złożyć na następny - to jest ono takie: bądźcie sherlockistami. To bardzo szczęśliwy fandom.

Chociaż nigdy nie czuje się nasycony.



Sherlockista jak dorośnie, chce być jak ci panowie. 
Jest już nawet trochę jak Mick - nie umie spiewać ;)


*Zwierzu, jeśli znajdziesz w swoim google analytics niepokojąco metafizyczne zapytanie "Zwierz pustka" to już wiesz, kto Cię tak szukał :)
**Będą jeszcze podsumowania bardziej blogowe w urodzinowym wpisie - urodziny obchodzą Sherlockiana w okolicach urodzin Holmesa, czyli już niedługo :)

9 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Myślałam: cóż wspanialszego ponad K, L, P, Q mogę jeszcze tutaj dostać w prezencie? A jednak! S to wyjątkowo piękny prezent noworoczny, to błogie sylwestrowe czuwanie przy komputerze, z wyzwalającym poczuciem ulgi, że nie tylko dla mnie tak naprawdę realne jest życie na Baker Street 221b - i że tylko co najwyżej jestem pracującą emerytką, matką/teściową i z pozoru zupełnie zwykłą babą. :-)

ysabellog pisze...

Czy Sherlockista pamięta, że mimo tej pięknej (i jakże satysfakcjonującej) notki my ciągle czekamy na więcej?

Aż jestem ciekawa, czym nas jeszcze zaskoczysz, bo mam wrażenie, że ostatnio co notka, to lepsza. Może to dzięki większej ilości czasu na dopieszczanie ich? Ale nie każ nam czekać za długo, proszę.

Co zaś do dorastania i bycia muzykiem, to (jak mówi stary dowcip) musisz się zdecydować: albo jedno, albo drugie. :)

Nina Wum pisze...

Popieram przedpiśczynię.
Sherlockisto, wróć!

Anonimowy pisze...

@ Tam, w świecie Holmesa, panuje zresztą kolisty czas mityczny, nie trzeba się bać, że człowiek przegapi podwieczorek.

I właśnie tym zdaniem, łączącym wzniosłość z najrozkoszniejszą przyziemnością, wymiar kosmiczny z wymiarem hobbickim, osiągnęłaś doskonałość.
Właściwie mogłabyś już spocząć na laurach... ale nie chciej, dobrze? :-)

pozdrawiam
allegra walker

Detective pisze...

Bardzo ciekawy blog. Aż chce się tu codziennie zaglądać.

Cisowa pisze...

Przyznam szczerze, że trafiłam na bloga dzięki szukaniu nowinek odnośnie Sherlocka BBC, ale jak już tu trafiłam wsiąknęłam na dobre :)artykułów do przeczytania miałam tyle, że haniebnie zaniedbałam komentowanie, co też niniejszym nadrabiam. Achy i ochy są jak najbardziej na miejscu więc owe zachwyty uskuteczniam :) uwielbiam analizę postaci, które zyskują tutaj pełnowymiarowość, a nie są jedynie czarno-białe. Czekam niecierpliwie na kolejne notki, gdyż mimo, że jestem nowym czytelnikiem ich brak już zaczyna mi mocno doskwierać. :) Mam też pytanie: czy mogę dodać twojego bloga do linków swojego? Byłoby bowiem straszne gdybym nie skorzystała z szerzenia sherlockizmu w tak przyjemnej formie jak twój blog. Weny życzę i (powtarzam się oj powtarzam) czekam niecierpliwie na owej weny wyniki!

Sherlock Kittel pisze...

Dziękuję wszystkim za dobre słowo :) Będą nowe notki, na pewno, w ciągu paru dni.
Cisowa - witam Cię serdecznie! Oczywiście, że Sherlockiana można linkować wszędzie, bardzo mnie to zawsze cieszy, napisz tylko koniecznie, jaki jest Twój adres, żebym mogła wybrać się z rewizytą :)

Marcin pisze...

Fajne :) Zobacz mój blog też

Cintas de advertencia pisze...

Ten blog posiada dużo ciekawych tematów do dyskusji