Wszyscy znamy to uczucie, które nas ogarnia, gdy widzimy właściwego człowieka na właściwym miejscu. Na Sherlockianach często opowiadałam o tych wspaniałych momentach, kiedy patrzyłam na twarz na ekranie i nagle wiedziałam, że nie ma tu w ogóle o czym dyskutować. To był właśnie "on"! Świadomość, że ktoś pasuje gdzieś idealnie i nic się nie da na to poradzić napawa mnie wręcz czymś, na co po polsku nie ma tak dobrego słowa jak angielskie "
awe", oznaczające zarazem podziw i przerażenie. Różnie zaczynały się moje wielkie przygody, czasem jak grom z jasnego nieba, od pierwszego "Barcelona", czasem jak w komedii romantycznej: od "kto to w ogóle jest?!" do zdławionego "zdaje się, że to najlepszy Holmes, jakiego kiedykolwiek zobaczę w życiu", a czasem jeszcze od konstatacji "jaki fajny szalik".