Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Sherlock" BBC 2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Sherlock" BBC 2. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 stycznia 2012

Co po 2 serii Sherlocka BBC? It's Elementary.

Współczesny rynek jest bezlitosny i każde popularne zjawisko powoduje, że pojawiają się tłumy naśladowców. Harry Potter wywołał falę koszmarnych serii o czarodziejach, Zmierzch - jeszcze straszliwszy potop wampirów. Sherlocki Ritchiego i BBC też urodziły już nową mini-modę i samo w sobie nie jest to złe. Nawet najgorszy Holmes to wciąż lepiej niż... no niż to, co się stało w ostatnich latach z popkulturą kierowaną do młodzieży. Gorzej, że naśladowcy ci przeważnie zamierzają naśladować głównie wyniki finansowe...
Ale do rzeczy.
To, co wzbudza największe obawy i niechęć wręcz fandomu (ale także samych twórców) Sherlocka BBC, to projekt amerykańskiej telewizji CBS. Ich Sherlock, pod roboczym tytułem "Elementary", ma być również uwspółcześniony, a akcja będzie się toczyła w Nowym Jorku. Poza tym, wiadomo bardzo niewiele. Zamówiono pilota, którego napisze Rob Doherty, autor, między innymi "Medium", a także "Star Trek-Voyagera" (coś czuję, że przez tego całego Sherlocka będę musiała wejść jeszcze w "Star Treka", chociażby po to, żeby docenić Cumberbatcha w nowym filmie, i to już będzie mój koniec).
O obsadzie na razie cisza, podobnie o koncepcji. Trudno powiedzieć, czego w ogóle się spodziewać - czy teledysku w typie Ritchiego, tyle że nawet bez kostiumów epoki? Czy podrabiania BBC i ich genialnych sposobów na przeniesienie Doyle'owych fabuł w XXI wiek?
Amerykanie muszą uważać. Sue Vertue, producentka "naszego" Sherlocka, zdradziła, że CBS zgłaszało się do niej wcześniej, usiłując wydębić jakąś zgodę na remake - ale bezskutecznie. PBS, które pokazuje Sherlocka (i nie tylko) BBC w Ameryce, już jest wkurzone. Proces o plagiat wisi więc w powietrzu.
Paradoksalnie - dla nas to złe nowiny, bo im bardziej CBS postara się różnić od BBC, tym gorszy będzie to serial...
Lepiej już zapowiada się nowy rosyjski Sherlock Holmes, który ma być kręcony w Petersburgu. Od razu planuje się aż 16 odcinków (w ośmiu dwuodcinkowych miniseriach!) i obsadzono już najważniejsze role.
Sherlockiem ma być młody Igor Petrenko, którego polscy widzowie mieli szansę zobaczyć w "Kierowcy dla Wiery", w roli Wiktora.
Igor Petrenko (z bazy IMDB)
Jego Watson to Andrij Panin, a całość reżyseruje Andriej Kawun.
Rosjanie mają wspaniałe sherlockistyczne tradycje i dali nam już jednego świetnego Holmesa - Wasilija Liwanowa - jeszcze przed Jeremym Brettem. ("Pies..." z Liwanowem to jeden z tych pięciu, których nie mogłam sobie przypomnieć w recenzji drugiego odcinka BBC :) ). Sherlocki Liwanowa (i Witalija Sołomina w roli Watsona) powstawały w latach 1979-1986 i są miejscami całkiem wierne Kanonowi (chociaż w dużej mierze oryginalne), a już na pewno bardzo dobrze dają się oglądać do dziś. To także dzięki żywemu aktorstwu obu panów i niesamowitemu klimatowi. Udawana Anglia plus rosyjski samowar i dwóch prawdziwych Słowian, którzy usiłują zgrywać zdystansowanych dżentelmenów Zachodu, chociaż jest zupełnie oczywiste, że między ujęciami chodzą na wódeczkę (wódeczka pojawia się nawet w jednej sekwencji na ekranie :D) to zupełnie uroczy koktajl. Liwanow za zasługi dla "przyjaźni rosyjsko-brytyjskiej" dostał zresztą medal od samej królowej Elżbiety II. To kolejna seria, o której na Sherlockianach jeszcze będzie (jak już zrozumiem, że tak dłużej miotać się nie można i muszę w końcu zdecydować, czy rzucić dla bloga pracę, studia czy życie osobiste ;) ).
A oto i Liwanow, naturalnie z fają:
Po tym petersburskim Sherlocku spodziewam się raczej dobrych rzeczy - Rosjanie naprawdę kochają Holmesa, do tego stopnia, że w Moskwie postawili mu pomnik!
To fatalne zdjęcie pożyczam z tej strony.  Pomnik znajduje się w bardzo stosownym miejscu, bo przed ambasadą UK.

A na koniec jeszcze dwie średnie wiadomości na temat naszego Sherlocka BBC i jego trzeciej serii.
Chociaż Moffat pobudził nasze apetyty wiadomością, że nowa seria miałaby być jeszcze przed końcem roku, natychmiast na twitterze odezwała się wspomniana wyżej Sue Vertue, gasząc wszelkie nadzieje. Nie wiadomo, czy to znowu spisek i bezlitosne dręczenie fanów, czy po prostu Moffat naprawdę niezręcznie się wyraził i został źle zrozumiany przez dziennikarzy przeprowadzających wywiad. Mimo to, nie należy być zupełnie czarnej myśli, każą nam czekać, ale prawie na pewno nie dłużej niż ostatnio.
Bardziej niepokoją mnie coraz częściej pojawiające się wypowiedzi Moffata, że pierwsze 6 odcinków BBC pokazuje nam dopiero wczesny okres w przyjaźni/życiu Holmesa i Watsona. Oraz, że czeka ich wiele innych osobistych perturbacji. Wszystko to sugeruje jednoznacznie, że w imię wierności Kanonowi oraz realistycznego podejścia do rozwoju bohaterów/samego-życia będziemy katowani jakąś żoną Watsona. A to jest coś, czego nie toleruję nigdy i w żadnej, nawet najwspanialszej wersji. Obok wspaniałej akcji "I believe in Sherlock" chętnie zorganizowałabym jakąś taką specjalnie dla Moffa... na przykład "Mary Morstan is a pain in the ass"? ;)



P.S. UWAGA SPOILER 
Re: spiskowe teorie w komentarzach dotyczące tego, "Jak Sherlock to zrobił" :) - Cumberbatch opowiedział w wywiadzie dla dokumentalnego dodatku do DVD z drugim sezonem, jak on sam przeżył upadek z dachu. Zeskoczył na dach znajdujący się niecałe półtora metra niżej, a dalej zjechał na linach na wielką nadmuchiwaną poduchę. Moffat z kolei mówił, że od razu nakręcili, co naprawdę się stało (a co zobaczymy pewnie w EMPT). Prawdopodobnie w najbliższym czasie będę powtarzała "Reichenbach Falls" ze znajomymi, przyjrzę się tej śmieciarce!

czwartek, 19 stycznia 2012

I believe in Sherlock. Moriarty was real!

I jeszcze jeden post na zakończenie tego wspaniałego sezonu, zanim zaczną się spoilery, pogłoski i dygresje (w najbliższych notkach: o dwóch (!!) planowanych Sherlockach, z czego (co najmniej) jednym bardzo strasznym, o Undershaw i o Doctorze Who).

Uwaga, niżej (mały) spoiler finału!

Dziękuję najserdeczniej jednemu z anonimowych komentatorów recenzji Reichenbach Falls, dzięki któremu dowiedziałam się o czymś, co każdemu poprawi humor po tym wspaniałym, ale tak strasznie smutnym finale.
Sto dwadzieścia lat temu, kiedy ACD zabił Holmesa, Londyńczycy chodzili w czarnych opaskach. Dziś, ludzie skrzykują się na blogach i facebookowych stronach, by publicznie odkłamywać wielką bajkę Moriarty'ego. W bibliotekach, parkach, na ścianach domów i tiszertach pojawiają się napisy, ogłoszenia, ulotki i graffiti: I believe in Sherlock. Moriarty was real. Wierzę w Sherlocka. Moriarty istniał naprawdę.

Koniec (małego) spoilera.


Jeśli zblazowani i postmodernistyczni telewidzowie XXI wieku zaczynają robić coś tak szalonego i pięknego, to znaczy, że "Sherlock" jest wielki. Że Holmes i Watson są nieśmiertelni i nieuśmiercalni, to już było jakiś czas temu wiadomo. Że znów wylądują na szczytach sławy i zaczną rządzić masową wyobraźnią - to zasługa tej wspaniałej BBC-ekipy, Cumberbatcha, Freemana, Gatissa, Moffatta, Thompsona... Chwała! I bierzcie się szybko do roboty.
Żyjemy w dobrych czasach.
A ja szczególnie. Wszystkie te cudowności 2 sezonu - myślę, że bezsprzecznie, o dziwo, jeszcze lepszego niż pierwszy! - nie miałyby takiego smaku, gdyby nie Wy, tu i na facebookowej stronie Sherlockianów. Dziękuję za komentarze, za zachęty i dobre słowa, a najbardziej na świecie za to, że kiedy w okolicach piątej rano, po kolejnym odcinku, wpadałam na stronę, żeby dać ujście emocjom, zawsze znajdowałam tam kogoś, dzięki komu nie czułam się już samotnym Holmes-wariatem. Oby jak najwięcej takich miesięcy przed nami :)

wtorek, 17 stycznia 2012

Reichenbach Falls - koniec Sherlocka.

[Recenzja najeżona jest spoilerami - jeśli nie widzieliście, nie czytajcie dalej. Poważnie mówię.]

Turner, The Great Falls of the Reichenbach,
płótno odzyskane dzięki nieocenionej pomocy pana Sherlocka Holmesa


To było znacznie straszniejsze niż się spodziewałam. Straszniejsze niż którakolwiek z poprzednich adaptacji Final Problem. Straszne jak coś, co jest zupełnie blisko i zupełnie naprawdę.
ACD, umęczony popularnością Holmesa, usunął go szybko i byle jak. Zadbał tylko o dekoracje - jest efektowny wodospad i mroczny Napoleon zbrodni o nazwisku Moriarty, które w każdym zakątku świata, gdzie dotarła kiedykolwiek łacina, brzmi jak zwiastun śmierci. Intryga FINA to niczym nie poparte wywody o rzekomej "wielkiej organizacji" (którą w działaniu widzieliśmy w VALL, ale w tu Watson już nawet o tym nie pamięta), "pajęczej sieci" (do której, jak się potem okazuje, należy poza szefem dokładnie jedna wybitna jednostka), "geniuszu zła" (którego największym indywidualnym osiągnięciem jest wynajęcie pociągu) i pełna nonsensów akcja, w ramach której Holmes nie rozwiązuje nawet żadnej zagadki. Nie licząc Watsona i paru jego nieśmiertelnych słów, a także przejmującego obrazu smutnego Holmesa, który musi się z nim pożegnać, cały ten wodospad to wielka ściema, która spływa po nas jak po kaczce.
Reichenbach Falls jest jak kokon z pajęczyny, który oblepia nas stopniowo od pierwszych scen, a w finale niemal dusi. Stephen Thompson - ten najmniej sławny, ten, który dał nam do tej pory "tylko" Blind Bankera z poprzedniej serii - postanowił napisać FINA porządnie, tworząc sadystyczny wręcz i przerażająco smutny obraz. Często oglądając "Sherlocka" miałam wrażenie, że przeniesienie historii Doyle'a we współczesność, jakkolwiek błyskotliwe, skutkuje dodatkowym dystansem i ironią, nieobecnymi w wielu prostodusznych ekranizacjach "wiernych epoce". Te wszystkie przeróbki, aluzje, cytaty - jak by nie były genialne, zawsze będą jak perskie oczko puszczone do postmodernistycznego widza.

Reichenbach Falls jest zupełnie na poważnie - i jest opowiadane bezpośrednio nam, bez żadnego mrugnięcia okiem. Zwierz, który jak zawsze celnie zwrócił uwagę na mnóstwo spraw, zauważył też i to: ten odcinek wprost odwołuje się do bolączek brytyjskiej rzeczywistości, z jej absurdami, mitami i lękami. Są tu wszechwładne brukowce, których nieetyczne praktyki zwracają ostatnio coraz więcej uwagi. Nawet Watson ze swoim sławnym ale niezależnym (czytaj: biednym) blogiem jest bezsilny wobec siły rażenia irracjonalnie potężnych mediów i słusznie ostrzega przyjaciela, że te w każdej chwili mogą obrócić się przeciwko niemu. Jednego dnia pstrykają mu setne nieszkodliwe zdjęcie w tej głupiej czapce, wynoszą go na szczyty sławy i nazywają "Reichenbach Hero" (odnalezienie tego obrazu to nie tylko sposób na genialne wprowadzenie do akcji kanonicznego tytułu, ale także, być może zamierzony, piękny ukłon w stronę FINA z Jeremym Brettem).  W kolejnym numerze bardziej opłaca im się zrobić z Sherlocka oszusta, kłamcę i przestępcę. Sherlock naturalnie uznaje, że nic go to nie obchodzi, przecież opinie - opowieści... - idiotów są mu obojętne. To jego pierwszy wielki błąd. Opinie idiotów, pełne wrzasku i wściekłości Super Ekspres i Daily Mail, to życie - nawet najlepszych z nas. A Moriarty już zadbał, by Sherlock dobitnie to zrozumiał.

Są i kody komputerowe, współczesny złoty cielec. Szpitale, banki, muzea, samochody i lodówki rządzone są dziś linijkami zer i jedynek - z jaką czcią patrzymy na tych nielicznych i wtajemniczonych, którzy język ten posiedli i niczym dawni kapłani potrafią czynić cuda za pomocą tajemniczych symboli... Sam Sherlock jest skłonny uwierzyć, że aplikacja z iPhone'a potrafi otworzyć wszystkie zamki świata i wywołać ogólny Armageddon. I to jego druga porażka. Moriarty rzucił mu przynętę - wielką tłustą, efektowną zagadkę, jak mapę z ukrytym skarbem, a Sherlock połknął ją razem z haczykiem. Połknął ją też Mycroft, który, zupełnie wbrew Kanonowi, okazuje się tu najsłabszym ogniwem Sherlocka. On także w pewnym sensie dał się wplątać w wielką ściemę. Jim Moriarty naprawdę umie opowiadać bajki chętnym dzieciom.

I kiedy tak z rosnącym zdziwieniem zdziwieniem i smutkiem patrzymy, z jaką łatwością Moriarty krok po kroku osacza Holmesa i odbiera mu wszystko, opinię, sławę, nazwisko, zaufanie Lestrade'a, lojalność brata, a w końcu nawet wolność, niepostrzeżenie wpadamy w wielką pułapkę zastawioną specjalnie na nas: sceptycyzm, zakorzeniony w kompleksach. Nikt nie może być taki dobry, prawda? W każdym widzu siedzi mały Anderson, który dość już ma upokorzeń. Wydedukował, dokąd zabrano dzieci, na podstawie jednego odcisku buta? Seeeerio? Wypluwa z siebie wszystkie te dedukcje na podstawie jakiejś plamy z keczupu... a my ledwo w ogóle widzimy tę plamę. Czy ktoś nas tu nie wkręca? A współczesny inteligentny widz, który coraz boleśniej uświadamia sobie, jak bardzo i na każdym kroku manipulują nim te straszne wspomniane wyżej media, politycy i reklamy, stawia sobie za punkt honoru, żeby nie dać się wkręcić. I kiedy Moriarty umiejętnie podsuwa oczywiste, sceptyczne wyjaśnienie: Holmes tak błyskotliwie rozwiązuje zagadki, bo sam je wymyśla, a otoczenie Sherlocka rzuca się na nie jak na balsam na zranione ego, wtedy i my, stopniowo, niepostrzeżenie, zaprzeczając głośno, "bo przecież... ale... mówili, że ma być trzecia seria!", zaczynamy zadawać pytania.
W opowiadaniu jest tylko skromna wzmianka o próbach podważenia reputacji Holmesa przez brata Moriarty'ego. W Reichenbach Falls doświadczamy potęgi umiejętnego kłamstwa na samych sobie. 
I to jest przebłysk czystego geniuszu - ale nie najbardziej przejmujący.
Bo przecież skoro cały ten wielki upadek w niesławę, okrutne gry Moriarty'ego i jego domki z piernika to także i w tym FINA tylko wielka bajka dla naiwnych dzieci, to co tu jest w ogóle prawdziwe, co jest rzeczywiste, pod tymi wszystkimi fałszami?
To, co zawsze. Przecież już mówiłam. Watson. I smutny Holmes, który musi się z nim pożegnać.
Jak słusznie prawi Zwierz, Freeman kwalifikuje się do natychmiastowej drugiej BAFTY. Cumberbatch może dostać dwie na raz, bo budował tę rolę przez wszystkie sześć odcinków. Reichenbach Falls miało być o umieraniu - i jest. Bez zdrowego, postmodernistycznego dystansu, bez przymrużenia oka. Jest o ludzkim lęku przed utratą, zarówno kogoś, jak i własnego życia. I, jak jeszcze nigdy dotąd w tej serii, o miłości, w jej szczególnie pięknej odmianie. Więź Holmesa z Watsonem to samo serce Kanonu, bez niej te wszystkie przygody byłyby opowiadankami dla młodzieży o papierowym superbohaterze. Takie miłości są  szczególnie rzeczywiste, bo nie ma w nich amoku samolubnych genów, udawania kogoś, kim się tylko chce być, gierek, ulotnych namiętności, zaborczości. 
I nie ma dla Sherlocka - ale także dla nas - nic prawdziwszego, żadnego solidniejszego punktu oparcia w sypiącej się rzeczywistości niż żelazna lojalność Johna. A najprawdziwszym zagrożeniem jest po prostu śmierć przyjaciela. 
Ostatecznie i naprawdę plan Moriarty'ego opiera się na tym, że Sherlock jakoś w ciągu tych sześciu opowieści rzeczywiście stał się człowiekiem. Moriarty - czy już wspomniałam, że dla Scotta też BAFTA? - z człowieka przemienił się w pająka.
Ostateczny pojedynek między nimi byłby żywcem wyjęty z Kanonu, gdyby nie to, że Doyle nie zadał sobie trudu, by go bezpośrednio opisać. Watson odesłany pod byle pretektem. Niebezpieczna wysokość. Wojna nerwów szaleńca z socjopatą. I chociaż pozornie wydaje się, że sytuacja jest odwrócona, bo w tym FINA to Holmes został przyparty do muru, nadal to Moriarty ma mniej do stracenia.
I jeszcze jeden błysk najprawdziwszego geniuszu: cały ten Napoleon zła przegra ostatecznie, bo dopadnie go zemsta byłej.
Wierna Molly, której Sherlock nie docenia prawie do samego końca, która z wyjątkiem przeprosin nie usłyszała od niego jednego ludzkiego słowa, jest - i to właśnie dzięki temu! - jego jedynym sposobem na przetrwanie. Nie wiemy jeszcze, jak dokładnie twórcy rozwiązali odwieczny problem z FINA/EMPT (problem brzmi: "to nie trzyma się kupy!"), ale pomysł, by wielkiego Holmesa przed wielkim Moriartym ocalił największy kopciuszek całej serii szczerze mnie pewnie wzruszy, kiedy już znajdę na niego miejsce pośród wszystkich innych emocji.
To, co było do przewidzenia, pierwszy odcinek tej serii, który odebrałam bezpośrednio i osobiście - nie tylko na metapoziomie, "bo to taki wspaniały Sherlock", "bo to jest tak dobrze zrobione". Ten jest zresztą być może skonstruowany jeszcze doskonalej niż poprzednie, w czym niebagatelną rolę odegrała pewnie świetna muzyka. Ale też to pierwsza historia, w której błyskotliwe pomysły na uwspółcześnienie, zagadki i świetne dialogi zeszły w moich oczach na drugi plan. Po raz pierwszy bałam się i smuciłam naprawdę.
Jeśli coś mi się nie spodobało, to jedno: ostatnie ujęcia, z Sherlockiem przyczajonym na cmentarzu. Ale nie wiem, czy nie spodobało mi się to dlatego, że wolałabym, by jeszcze poudawali, że trzymają nas w niepewności - czy też po prostu nie da się po ostatniej scenie znieść myśli, że Watson został oszukany.
I ten smutek też jest prawdziwy.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

"Hounds of Baskerville". Wierny "Pies..."!

To był najlepszy, jak dotąd, odcinek z obu sezonów "Sherlocka" BBC - a to pewnie będzie moja pierwsza opinia o tym wspaniałym serialu, która wywoła kontrowersje.
Czytałam* już sporo komentarzy w rodzaju "nie no, w sumie też fajne..." i zupełnie im się nie dziwię. W kategorii "film detektywistyczny dla szerszej publiczności" żaden "Pies..." nigdy nie będzie miał szans w pojedynku z dynamicznymi mieszankami kryminałów, szpiegowskich intryg i pojedynków z kultowymi postaciami Holmes-świata.

Ale ja nie jestem normalną publicznością, tylko maniaczką Sherlocka Holmesa, a to jest to najwspanialszy "Pies..." w historii wielkiego i małego ekranu. Co prawda, konkurencja imponuje raczej ilością (Rathbone, 2 Cushingi, Brett, Frewer, Roxburgh, 5 innych, o których akurat zapomniałam i 20, o których w życiu nie słyszałam i pewnie nie chciałabym słyszeć) niż jakością, ale właśnie dlatego osiągnięcie Gatissa zupełnie poważnie odebrało mi oddech. Tego się nie da dobrze zekranizować. Holmesa przez większość czasu nie ma. Bagno jest wdzięcznym obiektem romantycznych opisów Watsona, ale na ekranie wygląda potem jak mało ekscytujące błocko. Potwór jest z gatunku takich, które straszne są głównie wtedy, gdy wyobrażamy je sobie przy lampce nocnej. Pokazany - wypada żałośnie. Intryga jest nawet niezła, ale po stu latach już wszyscy wiedzą, jak to było. No i, serio, kto w XXI wieku przestraszy się "śladów wielkiego psa" ?!
Nie wiadomo, skąd Gatiss wziął odwagę, żeby mimo wszystko zmierzyć się z HOUN - ale za to, co z nim zrobił, mogę mu od dziś codziennie osobiście pastować buty. 
Wiadomo tylko, że jako holmesolog musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tych starych kłopotów i pewnie dlatego z nadludzką zwinnością udało mu się ominąć wszystkie bagienne pułapki - choć musiał wprowadzić do akcji również inne zwierzęta...




SPOILERY. DUŻE!



Holmes wyjeżdża i ludzie się nudzą, patrząc na Watsona? A czemu nie miałby wygłosić cytatu z Kanonu o ważnych sprawach i wysyłaniu Watsona, a potem przestać się wygłupiać? Bagno jest nudne? Zróbmy z tego las z czarcim jarem i autentyczne pole minowe przed wojskową bazą. Na pewno nie będzie mniej nastrojowo (oj, nie jest!). Potwór straszy tylko w wyobraźni? To niech i tam pozostanie! Pokażmy strach, pokażmy terror, pokażmy szaleństwo... ale pamiętajmy, że, jak powiedział Brett-Holmes w Eligible Bachelor, "there are no such horrors as the horrors of the mind". To nie jakiś kundel przyprawia ludzi o obłęd ze strachu, tylko ich własny umysł, poddany eksperymentom. Co więcej: to jest sam Kanon. Przecież ACD sugerował wyraźnie, jak ważną rolę odgrywało bezustanne podsycanie lęku Baskerville'ów przed starą legendą. Pamiętają, że to Stapleton? To niech tym razem nazwisko to nosi bezwzględna morderczyni fosforyzujących królików. Kanalią będzie kto inny. Nie będą się bali "śladów wielkiego psa", już choćby dlatego że samo zdanie "Mr Holmes, they were the footsteps of a gigantic hound" (ukochany przez sherlockistów cytat wszechczasów) brzmi dziś staroświecko? Obróćmy słabość w siłę. Niech Sherlock się nim zachwyci. Niech każe je powtórzyć - tu holmesiści będą już autentycznie ryczeć z zachwytu. Niech z jego powodu postanowi zająć się tą sprawą i niech wreszcie to właśnie zdanie i ten staroświecki "Hound" stanie się kluczem do całej, upiornej intrygi. Paradoksalnie niemal: o wiele bardziej realistycznej niż w dotychczasowych odcinkach. Podobne - koszmarne -  badania naprawdę miały miejsce. Ludzie naprawdę próbują zmajstrować fosforyzujące króliki. I gdyby tylko ktoś w jakiejś zabitej dechami dziurze zwęszył szansę na znęcenie turystów legenda o koszmarnym pas-kundlu, to z całą pewnością następnego dnia pierwszy dostępny, szczekający czworonóg zostałby ucharakteryzowany na potwora Frankensteina i byłby pokazywany za odpowiednią opłatą.



KONIEC SPOILERÓW

Efekt? "Hounds of Baskerville" są zarazem jedną z najwierniejszych i jedną z najśmielszych ekranizacji HOUN. Ale ten film, w odróżnieniu od innych "Psów...", ogląda się w napięciu od początku do końca.
"Psy..." Gatissa podobały mi się najbardziej ze wszystkich tych BBC-perełek także dlatego, że to "najprostszy" epizod. Nie ma tu, jak zauważył także Zwierz (którego recenzję podlinkuję jeszcze raz na końcu - nasze wrażenia były pod wieloma względami identyczne!) typowych dla Moffata fajerwerków i fabularnych efektów specjalnych. Tej prostoty, charakterystycznej dla opowiadań naszego kochanego Doktora, chyba trochę mi brakowało w porzednich odcinkach, które są takie nowoczesne, zamotane, szybkie, pękające od wątków i wymyślnych dialogów. Może się starzeję, ale potrzebuję więcej czasu na pełne przeżycie emocji i wejście w historię. Tu, na przykład, znalazło się dość scen, by wspaniale dawkować napięcie w wątku biedaczka Henry'ego, czyli naszego kochanego Alonsa (patrz: przedostatni post z przypisem). Jeszcze nigdy przedtem autentycznie nie bałam się o tego bohatera HOUN.
"Psy..." dają także Sherlockowi i Johnowi troszkę więcej czasu na świadome rozwijanie ich relacji. Tym razem zresztą i Cumberbatch i Freeman dostali wielkie pole do aktorskiego popisu i oni już wiedzieli, jak je wykorzystać.



MAŁE SPOILERY

Sherlock jest wspaniały w scenach manii i paniki. To po prostu on, Holmes z Kanonu, na drugim biegunie depresji (w sprawie Holmesa-ChADowca więcej w postach oznaczonych tą etykietą). Zakrwawiony, z harpunem w ręce, rozdygotany, wściekły, błagający o sprawę, o jakikolwiek ochłap, który mógłby cisnąć na pożarcie swojemu rozszalałemu umysłowi. Nie: podekscytowany. Nie: zabawnie gadatliwy, jak Downey. To jest prawdziwa mania, gonitwa myśli, nieznośne, wyczerpujące, pożerające napięcie.
I to jest prawdziwe przerażenie. Mało kto pokazał nam kiedykolwiek porządnie przestraszonego Holmesa, prawda? A to jest przecież - tak jak w Kanonie! - opowieść, w której Sherlock przez cały czas walczy o odzyskanie kontroli, nad przestępcą, ale i nad sobą. Jest poza swoim naturalnym środowiskiem - Londynem - i mierzy się ze sprawą, którą ze wszystkich sił stara się wyjaśnić w racjonalny sposób. Holmes nie może sobie pozwolić na najmniejsze zwątpienie w światło rozumu (i zdrowego rozsądku), to byłby jego koniec. Cumberbatch pokazuje nam to wstrząsająco dobitnie. Co ciekawe - i wspaniałe - wydaje się, że wizja utraty przyjaźni Watsona wywołuje w nim podobną panikę. Przez moment Sherlock chwyta za serce swoją nieporadnością w relacjach międzyludzkich... ale po chwili znowu wkurza bezczelnym eksperymentem na przyjacielu. Cały Holmes.
Watson... Watson nigdy nie był lepiej napisany ani zagrany. U Zwierza znajdziecie - między innymi - wspaniały gif, który pokazuje, jak nasz doktor potrafi przeobrazić się nagle w wysokiego rangą oficera. Potrafi też pięknie się fochać, z cudownym dystansem podchodzić do narcyzmu Sherlocka, z troską - do jego szaleństwa no i, co najważniejsze, jest wymarzonym partnerem. Każdy sherlockista zachwycony będzie sceną przeniesioną prosto z BLUE, w której Holmes usiłuje wyłudzić informacje pod pretekstem lipnego zakładu, a Watson musi błyskawicznie odnaleźć się w tej sytuacji.

KONIEC MAŁYCH SPOILERÓW

A na sam koniec: to, że nie było fajerwerków, nie oznacza, że brakowało charakterystycznych dla tej serii smaczków. Niezapomnianych min Mycrofta. Scen, w których fan Sherlocka wyraża rozczarowanie, że detektyw nie ma "tego kapelusza"... Korespondencji od niedoszłych klientów. Fantastycznych dedukcji, których, co naprawdę zadziwiające, twórcy w ogóle nam nie żałują. Jeszcze nigdy nie było takiej ekranizacji Sherlocka, w której włożono by tyle pracy w dopieszczanie jego rozumowań...
Nie chcę kończyć tej recenzji. Nie chciałam, by kończył się ten cudowny, najlepszy z możliwych HOUN, przedostatni już odcinek w króciutkim sezonie "Sherlocka".
A już na pewno nie chcę oglądać tego, TEGO Watsona, gdy dowie się, że Holmes spadł w otchłań Reichenbach.

Możemy się pocieszać, że "pewnie kiedyś zrobią następny sezon", że "można obejrzeć przecież inne EMPT". Za tydzień czeka nas emocjonalna jatka.


---
*Stali Czytelnicy pewnie są zdziwieni, skąd ten pierwszosobowy coming out Sherlockisty. To proste: szykuję uroczysty nastrój przed recenzją z "Reichenbach Falls". Przecież nie napiszę "Sherlockista się zryczał"!

czwartek, 5 stycznia 2012

Na szybko! Moffat, kobiety, Pies, Duży Format, Game of Shadows i Alonzo!

Sherlocksita serdecznie zachęca, żeby kupić dziś Wyborczą, w której znajdziemy
 - długą recenzję sequela Ritchiego, Game of Shadows (o dziwo, bardzo entuzjastyczną!)
(i w Dużym Formacie)
 - długi artykuł o Downeyu
 - przeglądowy artykuł o Holmesie w kinie z bardzo ładnymi i ciekawie dobranymi zdjęciami (ShK wzruszył się faktem, że Nicholas Rowe z Młodego Sherlocka i Piramidy także znalazł tam swoje miejsce :)
To raz.
Sam Sherlockista zrecenzuje Game of Shadows prawdopodobonie w sobotę, bo z przyczyn technicznych (boi się iść na to sam, a wsparcie moralne uzyska dopiero za 24 h) obejrzy go dopiero jutro. Stay tuned!
To dwa.
Moffat sam musiał się zmierzyć z częścią oskarżeń, które i Wy wobec niego wysunęliście - kto nie widział, niech koniecznie zajrzy do bardzo ciekawej dyskusji pod recenzją "Scandal in Belgravia". Czytelnicy zarzucają twórcom m. in., że:

uwaga SPOILERY!

Irene przegrywa, chociaż według Kanonu nie powinna, co gorsza: (jak wszystkie silne kobiety Moffata) przegrywa, bo ulega uczuciu, zadaje się z tą szumowiną, Jimem, jest mniej pozytywną postacią i zachowuje się chyba jednak zbyt, bo ja wiem, wulgarnie? (z tym ostatnim zarzutem ShK się akurat zgadza, przed pozostałymi raczej Moffa broni).

koniec SPOILERÓW!

Okazuje się, że i sam Moffat musiał zmierzyć się z podobną krytyką w tej sprawie. Na konferencji przy okazji pokazu kolejnego odcinka, "Psa..." (czy raczej: "Psów..."!), dziennikarze zarzucili mu, że jest seksistą i mizoginistą (!) i że jeśli w roku 2012 bohaterka jest w gorszej sytuacji niż w roku 1891 to znaczy, że coś jest nie tak (co do tego zarzutu, to Sherlockista nie zgadza się akurat tak zdecydowanie, że nawet nie uważa tego za spoiler: to po prostu jawny fałsz!).
Moff zareagował furią na oskarżenia pod własnym adresem i bronił również Sherlocka, chociaż nienajmądrzej. Powiedział, między innymi, że w Kanonie Holmes nie może znieść, gdy kobiety są krzywdzone i budzi to w nim oburzenie. To prawda, ale ShK osobiście bardzo nie lubi, gdy jacyś współcześni samozwańczy rycerze nieproszeni rzucają się, by go bronić (jako tej słabej niewinnej białogłowy w opresji)* i uważa to właśnie raczej za seksizm i objaw miłości do własnego, męskiego ego niż za cokolwiek innego. Ta więc akurat cecha spokojnie mogłaby w uwspółcześnionej ekranizacji ulecieć w kosmos.

uwaga, malutki SPOILER


Nie oznacza to, że ShK ma cokolwiek przeciwko scenom  z panią Hudson, w której reakcja Holmesa jest ze wszech miar uzasadniona: brutale z Ameryki dopuścili się ataku na osobę ewidentnie starszą i słabszą, a przy tym Sherlockowi bliską.

koniec malutkiego SPOILERA

Więcej (spoilerowatych) szczegółów tu. Na tej samej konferencji po raz kolejny ciekawymi wypowiedziami popisał się Benedict, który trafnie zauważył, że chociaż Holmes dysponuje pewnymi supermocami, to jednak nie jest to nic takiego, co wymaga zostania bohaterem komiksu i noszenia majtek po zewnętrznej stronie spodni. Zazdrości swojemu bohaterowi umiejętności i to właśnie dlatego, że są one - co najmniej w pewnym stopniu - osiągalne dla każdego, kto zechce włożyć w trening odpowiednio wiele pracy. Cumberbatch powinien zacząć uważać. Kto zbyt mocno wchodzi w rolę Sherlocka, ten na ogół przypłaca to rozstrojem nerwowym (patrz: Stephens, patrz: Brett...)... Z drugiej strony, to właśnie tacy aktorzy ofiarowują nam te najgenialniejsze momenty holmesizmu ;)
To było długie trzy.
A na koniec, no co? Oczywiście trailer do "Hounds of Baskerville", które BBC emituje już w niedzielę!
Sherlockista przypomina tylko, że ten odcinek pisał Gatiss, że będzie to horror i że z pierwszych przecieków wynika, że różni się on mocno od SCAN, choć na pewno nie poziomem :)

A teraz do wszystkich whovistów przed monitorami: I rrraaaz, dwaaaa, trzyyyy...
Allons-y Alonso!!!**



---
*Pod żadnym pozorem nie należy mylić takich sytuacji z normalną pomocą od bliskich i znajomych płci męskiej (czy dowolnej).
** Inside joke: Henry'ego gra Russell Tovey, aktor, który wystąpił niegdyś w świątecznym Doktorze Who jako Midshipman Alonso Frame właśnie. Wówczas Doktor był jeszcze w swoim niezapomnianym i przez wielu ukochanym Dziesiątym wcieleniu i grał go najcudowniejszy pod słońcem David Tennant. Ten Dziesiąty Doktor lubił bardzo francuski zwrot "Allons-y!" (wym. w przybliżeniu "aląz-i", a znaczący tyle, co "chodźmy!" czy "ruszajmy!") i wyznał kiedyś, że marzy o tym, by chociaż raz w życiu wykrzyknąć "Allons-y, Alonso!". Wyobraźmy sobie radość - Doktora i milionów telewidzów - gdy przyszło Dziesiątemu zawołać tak do Midshipmana Frame'a :)

środa, 4 stycznia 2012

"Scandal in Belgravia". BBC Sherlock, season 2, episode 1. Po polsku: odlot!

[Można czytać spokojnie, nie ma żadnych nowych spojlerów.]

Pierwszy sezon Sherlocka z XXI wieku, Sherlocka uwspółcześnionego, przeniesionego w inną epokę, z wyrazistą obsadą i bardzo śmiałymi rozwiązaniami fabularnymi, powinien był wywołać kontrowersje i ambiwalentne uczucia. Tymczasem, ku radosnemu zdziwieniu Sherlockisty, otoczył go bez mała kult, i to zarówno ze strony hardkorowego Holmesowego fandomu, jak i zwykłych wielbicieli seriali detektywistycznych, którzy na myśl o Kanonie dyskretnie tłumią ziew.
Musi ShK wyznać, że choć oficjalnie w blogu tryskał entuzjazmem, w skrytości serca na myśl o kontynuacji odczuwał dreszcze obawy. Czy chłopcy dadzą radę? Czy udźwigną? Czy nie zepsują? - a stawka jest niebagatelna, bo podobnego rozkwitu nie zaznał wspomniany sherlockistyczny fandom od czasów Jeremy'ego Bretta i mamy szansę zostać świadkami narodzin kolejnej wielkiej legendy i wielkiego cyklu. Każda wtopa mogłaby przynieść niepowetowane straty - zdechnięcie oglądalności, brak zamówienia na kolejny sezon i szansy na poprawę, a w konsekwencji również wygaszenie mody na Holmesa. I kolejne dwadzieścia lat bryndzy, Richardów Roxburghów (brrrr) i innych Mattów Frewerów (auć). Pierwszego stycznia targał zatem Sherlockistą, obok noworocznego kaca, także stres.
Moffat, Gatiss, Cumberbatch, Freeman i reszta Ekipy ukoili  nerwy ShK około trzeciej minuty projekcji. Przez kolejne 87 nie myślał już Sherlockista o niczym niezwiązanym z akcją, a jeśli dawał wyraz refleksjom o charakterze ocennym, to miały one postać głównie nie do końca artykułowanych, za to ekspresywnych okrzyków "ale czad!".
Jeśli zaś wahał się co do treści recenzji, to głównie w kwestii kolejności zachwytów. Po namyśle jednak...
po pierwsze chciałby powiedzieć, że Cumberbatch jest wspaniały. Dostała mu się rola trudniejsza niż w poprzedniej serii, wiele emocji do wygrania, wiele złożonych relacji, w których wspaniale potrafił się odnaleźć - nie tylko z Irene Adler, ale również z Johnem i Mycroftem, a nawet z biedną Molly Hooper. I dał popis.
Po drugie, sprawę ułatwili mu oczywiście scenarzyści. Sherlockista do tej pory myślał, że tylko Bert Coules (także z BBC) bezbłędnie wyczuwa, jak pisać Holmesa, jakie słowa wkładać mu w usta i jakie zachowania, kiedy pozwalać mu ujawnić odrobinę emocji, a kiedy podkreślić, jak mocno odbiega od społecznej normy. Moffat z Gatissem radzą sobie może nawet jeszcze lepiej. Oni po prostu robią wszystko dobrze. Właściwie. Jak powiedziałby Mozart z "Amadeusza" Formana: jest dokładnie tyle nut, ile trzeba. Tyle współczesnego luzu i tyle bezpośrednich cytatów, by Holmes brzmiał zarazem kanonicznie i naturalnie. Tyle dedukcji (świetnie i zabawnie pokazywanych na ekranie) i tyle towarzyskich wpadek, ile zaliczał ich Sherlock ACD. Tyle akcji (łącznie z absolutnie cudowną sceną defenestracji!) i tyle snucia się po domu (oraz pałacu Buckingham) w prześcieradle; tyle skrzypiec... a właśnie...
Po trzecie, ach, te skrzypce...
Czy Czytelnicy pamiętają może jedną z najczulszych notek w historii Sherlockianów, tę o PLOSH (Private Life of Sherlock Holmes)? To był ten oburzający film o Holmesie, miłości i smutnych skrzypcach, którego żaden szanujący się sherlockista by nie zniósł, gdyby zarazem go nie kochał, i którego niech nikt nigdy nie waży się naśladować. Oczywiście nikt oprócz ekipy BBC. Sherlockista nie wie naturalnie, na ile nawiązania do PLOSH były zamierzone, a na ile nasunęły się same na skutek podobieństw fabularnych, ale, o rany no, są naprawdę okropnie wzruszające. Także same w sobie. Nie znaczy to na szczęście, że jest to jednak wbrew obietnicom romansidło.
Po czwarte bowiem, Irene Adler jest dokładnie tą osobą, którą by była, gdyby nasza droga śpiewaczka i awanturnica z wieku XIX urodziła się sto lat później. Lara Pulver spisała się świetnie, ale jeszcze lepiej spisał się Moffat.
Wielbiciele "Sherlocka" mogli tego jeszcze nie zauważyć, ale fani drugiego słynnego dziecka Moffata, nowych serii Doktora Who, już wiedzą, że autor ten ma słabość do silnych postaci kobiecych. W fandomie whovistów jednym z ważnych punktów sporów jest to, czy Moffat nie przesadził, wprowadzając do fabuły postać żony Doktora, która jest tak barwna, tak wszystkowiedząca i tak we wszystkim oblatana (dosłownie! ona wie lepiej jak kierować samą TARDIS!), że przyćmiewa głównego bohatera. Można było się obawiać, że także Adler okaże się trochę przerysowana. Ale i ten niepokój okazał się nieuzasadniony. Irene jest wspaniałą, naprawdę godną przeciwniczką, jednak ilekroć wydaje nam się już, że Sherlock dał się podejść jak dziecko, tylekroć scenariusz funduje nam nowy zwrot akcji. Wszystkim, którzy wciąż nie mogą przełknąć superwoman Adler, Sherlockista uprzejmie przypomina, że w opowiadaniu to ONA wygrała :)
Po piąte, nie chciałby Sherlockista Was zanudzić achami i ochami na temat aktorów, ale nie da się pominąć Johna, a zwłaszcza Mycrofta. Hobbit po prostu trzyma formę, Mycroft jednak rozwinął się bardzo i wykorzystuje w pełni dłuższy czas ekranowy. Jego minę na widok Sherlocka w prześcieradle nazwałby Sherlockista 'bezcenną', ale jakie zachwyty pozostałyby mu wtedy na opisanie bardziej dramatycznych momentów w wykonaniu Gatissa?
Po szóste i ostatnie, twórcy nie bali się niczego. Nie bali się nakręcić Sherlocka z papierosem (za co jest im ShK osobiście wdzięczny, niewiele rzeczy budzi w nim tyle odrazy, co współczesny faszystowski prozdrowotny terror), nie bali się pokazać gołej kobiety przed 21 (za to, naturalnie, zgarniają baty od pruderyjnych recenzentów, ale tego rodzaju pruderia budzi w ShK bodaj jeszcze większą odrazę), i nie bali się wreszcie spisać na nowo aż kilku Kanonicznych przebojów. Dosłownie! Zajrzyjcie na blog Watsona, a znajdziecie zapiski z paru spraw, których "zajawki" pokazują nam na początku odcinka. "Speckled Blonde" i "Geek Interpreter" (to nie są literówki) to błyski Moffatowo-Gatissowego geniuszu. Za (uwaga! kto nie oglądał jeszcze filmu niech tam pod żadnym pozorem nie wchodzi, bo zepsuje sobie moment najczystszej holmesologicznej radości :)) wycinki prasowe pod tytułem "Hat-man and Robin" wybacza ShK całej ekipie wszystkie wpadki na dziewięć odcinków w przód.
A oby było ich jeszcze więcej.
Jeśli coś może Sherlockista zarzucić temu SCAN, to dotyczy to dialogów z Adler. Może trochę za bardzo wyeksponowane są prowokacje i aluzje seksualne? Momentami niby to śmiałe wypowiedzi Irene brzmią raczej komicznie niż ekscytująco. Poza tym, można by odrobinkę przerobić montaż. Z początku gubimy kilka miesięcy życia Sherlocka i nie jest do końca jasne czemu ani w jaki sposób, pod koniec troszkę zaczynamy tracić ciągłość w śledzeniu głównej intrygi. Ale to naprawdę czepialstwo, które ma raczej uwiarygodnić Sherlockistę w roli odpowiedzialnego recenzenta i zatuszować fakt, że w istocie jest po prostu pijanym z rozkoszy fanem ;)
Na szczęście, nie jest ShK w swojej radości odosobniony - zarówno Telegraph, jak i Den of Geek opublikowały recenzje, które aż wzruszają stężeniem zachwytu.
Bo i tak naprawdę, to porządnie wkurzają w nowym Sherlocku tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce legalnie dostępny jest tylko za ciężkie pieniądze.
A po drugie, jak ja mam po Czymś Takim iść i z życzliwą obiektywnością oglądać w czwartek jakiegoś Ritchiego???
P.S. Uwaga - w komentarzach już są spojlery!

środa, 21 grudnia 2011

Trailery Sherlocka BBC 2! Tak, jest straszny kundel! I jeszcze straszniejszy Moriarty.

Na początek, upajający koktail z wszystkich trzech epizodów. Prawda, że "a monstrous hound" brzmi wspaniale w ustach Cumberbatcha?




A tu zajawka Psa - Tego Diabelskiego Psa, którego jeszcze nikomu nie udało się dobrze nakręcić. Może tym razem?




Czy "He's back!" oznacza, że wrócił ON on, niezrównoważony Jim? Trailer wykorzystuje materiał z pierwszego i trzeciego odcinka. Tak, Sherlockista też się trochę tego - i w ogóle trójki - boi...




No i wreszcie: sam Jim... ląduje w więzieniu... razem z Sherlockiem... ?




A na koniec, może ktoś jeszcze nie widział fragmencików nowego wspaniałego SCAN?
Oto pierwszy:


I drugi:



Sherlockista właściwie ma ochotę wydać z siebie tylko jakiś długi entuzjastyczny okrzyk. Absolustnie wszystko wskazuje na to, że druga seria będzie co najmniej równie dobra jak pierwsza. Co najmniej! I, uwaga, przypomina ShK, że cała ta uczta dla osób, które potrafią zdobyć brytyjskie IP legalnie dostępna będzie prawdopodobnie już 1, a najdalej 2 stycznia! (Tak rok temu działał bbc iplayer, czyli striming na stronie naszej ulubionej brytyjskiej telewizji.

czwartek, 8 grudnia 2011

Z ostatniej chwili! Premiera Sherlocka 2 w BBC!

W NOWY ROK :)))!!!


A Scandal in Belgravia na początek roku 2012 - to chyba musi być wspaniały rok. Oznacza to również, że, by trzymać się metod legalnych, osoby z brytyjskim IP będą pewnie mogły obejrzeć to nowe cudo jeszcze tego samego dnia lub następnego. 
Sherlockista jest podescytowany tą informacją do nieprzytomności także dlatego, że na fan-stronie, Sherlockology ukazała się wolna od spojlerów recenzja nowego odcinka Sherlocka. I po prostu pęka od zachwytów. Naturalnie ekipa Sherlockology jako oficjalny fanklub produkcji BBC, który w dodatku robi na tym fakcie kasę ;) nie jest obiektywna w sądach, ale ShK myśli, że gdyby nie byli zachwyceni, to nie byliby zdolni piać z rozkoszy na temat aktorów, scenariusza, aluzji i nowej obsady... Podobno, mówiąc w skrócie, wszystko jest jakimś cudem jeszcze lepsze, nawet Moffatt i Martin Freeman, w co Sherlockista po prostu nie potrafi uwierzyć. Z dostępnego streszczenia wiadomo, że będzie chodziło o szantaż grożący kompromitacją brytyjskiego rządu, że będą bardzo poważni agenci i superwyrachowana Irene Adler. I zobaczymy to wszystko już tak niedługo...
Cudownie.

UPDATE! 
Okazuje się, że DVD też dostało gwałtownego przyspieszenia i ma wyjść jeszcze w styczniu! Nasz arsenał legalnych środków, żeby to SZYBKO zobaczyć wspaniale się właśnie rozrósł!

sobota, 5 listopada 2011

Ważne! Wielka debata! BBC-Sherlock, Ritchie-Downey i Rathbone-Brett! I miłość.

Sherlockista wspominał już o The Great Sherlock Holmes Debate, ale wówczas nie wiedział jeszcze wielu różnych rzeczy, niektórych zupełnie wspaniałych.
Po pierwsze, debata jest częścią promocji książki Charlotte Ann Walters pod tytułem "Barefoot on Baker Street"...

... która jest bardzo sympatycznie się zapowiadającą  historią dziewczyny o imieniu Red, jej perypetii i spotkania z wielkim Sherlockiem. Charlotte Ann Walters sama porwała się na niemało w ramach reklamy swojej książki: przez 56 dni do debaty codziennie opisuje w blogu jedno z opowiadań z Kanonu. Sherlockista ciekawie zerknął na kilka z tych eseików, ale są, niestety, rozczarowujące. W zasadzie składają się z luźnego streszczenia i kilku oczywistych refleksji - na przykład w podsumowaniu jednego z ukochanych opowiadań ShK, DEVI, Autorka zauważa, że można w nim znaleźć jeden z ulubionych dialogów sherlockistów wszechczasów ("Śledziłem pana" - "Nikogo nie widziałem" - "Tyle właśnie może pan zobaczyć, kiedy to ja pana śledzę") oraz, że znajduje się w nim szczególnie wzruszająca scena (serdeczne przeprosiny Holmesa, dzięki którym Watson ma rzadką okazję wejrzeć w jego serce). No, nie wie Sherlockista, czy taki cykl ma jakąś szczególną wartość, chyba, że dla studentów literatury angielskiej, którzy Holmesa nie lubią, a muszą zaliczyć całość na egzaminie z kursu, który nieopatrznie wybrali.
Drugie rozczarowanie - tym razem potężne - czyhało na Sherlockistę tuż za winklem.
Za winklem bowiem znalazł składy trzech drużyn występujących w debacie. Pierwsza z nich, broniąca interesów BBC-Sherlocka, od początku interesowała go najbardziej, ponieważ sam zamierzał stanąć po jej stronie. Pełen skład w skrócie znajdą Czytelnicy tu:


Jak widać, oprócz zupełnie oczywistego członka: Sherlockology, która jest przesympatyczną i bardzo aktywną fan-stroną serialu BBC, a także kilku innych znanych postaci - w tym przedstawianej wyżej Charlotte Walters, szefa SHSL i nieznanych bliżej polskiemu czytelnikowi autorów, jest w tej drużynie, i to w prestiżowej roli kapitana cały nowy holmesologiczny podcast. Baker Street Babes (odcinki i więcej informacji do ściągnięcia tu) to przesięwzięcie fanek Holmesa z Ameryki i Wielkiej Brytanii, które z założenia miało być pierwszym holmesologicznym podcastem (autorki przegapiły wielokrotnie tu chwalony i na stałe podlinkowany w pasu po lewej I hear of Sherlock Everywhere :D) i to w dodatku kobiecym. Pierwszy, jak już wiemy, nie jest, kobiecy jest bez wątpliwości. Aż do bólu. To serduszko na czubku fajki to tylko wierzchołek góry lodowej. Sherlockista - sam, wbrew używanym końcówkom gramatycznym, płci żeńskiej - być może wykazuje się tu dość absurdalnym męskim szowinizmem, ale takiego stężenia stereotypowej kobiecości w holmesologicznym przedsięwzięciu po prostu nie jest w stanie znieść. Usiłował przesłuchać dokładnie dwa odcinki - pierwszy i najnowszy - i za każdym razem wymiękał po trzeciej minucie dziewczęcych chichotów autorek. Wymiękał, ale twardo słuchał dalej. I już nie licząc irytujących achów i śmieszków kompletnie nie potrafił się wywodami pań zainteresować. Absolutnie nie wątpi ShK, że, nie licząc może wpadki z "I hear...", wszystkie autorki są oddanymi holmesistkami i świetnie się znają na all-things-sherlockian. Mało tego, jest nawet Sherlockista głęboko przekonany, że BSB wybrały najlepszą drużynę (przypomina: BBC-Sherlocka) i powiodą ją do zwycięstwa. Nie ma też nic przeciwko idei, by o Holmesie mówić po dziewczęcemu - sam nigdy nie usiłował wykreować sobie szczególnie szorstkiego i machoidalnego image'u. Ale tego podcastu chyba nie zdzierży, choćby z powodu koszmarnej piosenki na początku i nieznośnego zalotnego tonu całego przedsięwzięcia (dlaczego sherlockiści płci męskiej gadają sobie po prostu o Holmesie, a sherlockistki muszą przy okazji jeszcze podkreślać, jakie są od tego seksi?).

Tymczasem jego faworyci z "I hear..." wystąpią, co może trochę dziwić, w Drużynie Ritchiego-Downeya:
Sherlockista rozumie to o tyle, że ekipa "I hear..." od początku nie była źle nastawiona do filmowych Sherlocków z Downeyem, przeprowadziła też linkowany tu kiedyś długi wywiad z Klingerem, który był konsultantem ekipy WB. A poza tym, wbrew temu, co twierdzą niektóre Czytelniczki ;), to naprawdę nie jest taki zły Sherlock i można się kłócić, czy to aby nie Ritchie lepiej popularyzuje ACD w 21 wieku. Nie zapominajmy, że debata dotyczy raczej tego, kto zapewnia Sherlockowi lepszą przyszłość w popkulturze - a nie, kto zrobił najlepszą adaptację dla geeków.

Najmniej znanych twarzy, nie licząc może linkowanego również z lewej strony Sherlockianów Alastaira Duncana, pojawiło się w ekipie tradycjonalistów, czyli nieformalnego fanklubu Jeremy'ego Bretta:

Ekipa ta została dokooptowana do imprezy najpóźniej, ale trudno byłoby sobie wyobrazić porządną debatę nad (najprawdopodobniej świetlaną) przyszłością Sherlocka Holmesa bez przypomnienia Rathbone'ów, a zwłaszcza legendarnej serii Granady z jej nieodżałowaną, wielką ekipą w składzie Brett, Burke i Hardwicke. Gdyby nie ta seria, gdyby nie ta ekipa, to ani Sherlockisty ani Sherlockianów być może w ogóle by tu nie było (co zupełnie nie znaczy, że jest to jedyny wspaniały Holmes, którego ShK pokochał).

Na koniec wreszcie, czekały Sherlockistę te dwie najwspanialsze niespodzianki. Po pierwsze, debata - oprócz promocji Charlotte Walters - służy sprawom zaiste godnym:

W skrócie: ratujemy dom ACD w Undershaw (w sprawie szczegółów patrz etykieta na dole), walczymy o pośmiertną BAFTę dla Jeremy'ego i reklamujemy cudowny blog Always1985. W takim przedsięwzięciu nie wypada wręcz nie wziąć udziału.
I - to już ostatni punkt programu - Sherlockista pod tą presją się ugiął :) Jeśli ktoś z Czytelników sprawdzał pełną listę uczestników Debaty na miniblogu mxpublishing, to być może zwrócił uwagę na Kraków, Poland? To właśnie ShK. Co więcej jest na tej liście i druga polska Uczestniczka (z Bydgoszczy) i ta Uczestniczka to Czytelniczka Sherlockianów. Po tych wspaniałych wiadomościach (o miejsca w Debacie wcale nie było łatwo) i po zbadaniu gruntu, myślał Sherlockista, że wszystkie trudności już za nim i gdy dziś otrzymał linka rejestracyjnego, popędził na właściwą stronę, wpisał dane i w punkcie "którą drużynę popierasz przed debatą?" pewną ręką zaznaczył BBC-Sherlocka. Nie da się chcieć więcej: jest bardzo nowoczesny, lubią go nawet ludzie, dla którego Homes Doyle'a to poczciwa ramota, przyciąga mnóstwo fanów i robi to inteligentniej i subtelniej niż Ritchie, a poza tym jest wierną i naprawdę dobrą adaptacją oryginału. I tak wpatrzył się Sherlockista w swój formularz i już miał wysyłać, kiedy nagle...
... kiedy nagle zaklął szpetnie i z pełnym poczuciem obiektywnej niesłuszności swojego wyboru, z całkowitą świadomością, że wspiera drużynę, która musi przegrać, wbrew wszelkim racjonalnym argumentom kliknął na Team 3 Traditionalists.
Może usłyszał triumfalny Brettowy okrzyk, może zobaczył jego uśmiech, może przypomniał sobie, jak, dumnie wyprostowany, przeprawiał się łodzią do starego zamczyska w poszukiwaniu skarbu i trupa, a może zobaczył Jeremy'ego-Sherlocka w koszuli nocnej na błotnistej Baker Street, udręczonego koszmarami.
A może po prostu przypomniał sobie, że dość żartów, to jest właśnie jego najprawdziwszy, jedyny taki Holmes i że choćby nie wiadomo co mówiły dzisiaj słupki oglądalności - w oczach Sherlockisty nikt od czasów ACD nie zrobił dla Sherlocka więcej. I to jest właśnie, cholera, miłość.

piątek, 7 października 2011

Dziś mały pościk zupełnie obrazkowy...

...a to trochę dlatego, że w ostatnich dniach żył Sherlockista głównie finałem Doktora. Świetnym i radosnym (to dla ShK trochę pleonazm) finałem, dodajmy. Na fali Whovistycznego entuzjazmu musi się zatem Sherlockista podzielić w pierwszym rzędzie łakomym kąskiem dla licznie wśród Czytelników reprezentowanych przedstawicieli obu fandomów:

(ten wspaniały komiks nazywa się Darlock Holmes :D)

Z kolei dla Breciarzy ma Sherlockista coś, co samo w sobie może nie jest powalające, ale powala za to sam fakt, że powstało. Są ludzie, którzy potrafią zdobyc się na to, by narysować film animowany pod fonię wziętą z Granady... Sherlockista zachęca, żeby wsłuchać się w to, jak wspaniale Jeremy potrafił grać samym głosem - i wzruszyć się zaangażowaniem autorów poniższego filmiku:





...a na koniec jeszcze nowy, nowy piękny plakat przyszłego Sherlocka. Sherlockista wyzna Wam szczerze, że nie wie, jak wytrzyma, czekając do tego przeklętego 2012 jednocześnie na kolejną serię Doktora i Sherlocka i to wszystko o jednym Christmas Special... Trzymajmy się razem...

niedziela, 4 września 2011

Zerknijmy na nowego Sherlocka BBC :)

Dziś same rzeczy przyjemne.
Na początek, okładka wielokrotnie na Sherlockianach zapowiadanej książki Anthony'ego Horowitza "The House of Silk", pierwszego zupełnie "oficjalnego" apokryfu Kanonu. Książka już w listopadzie (naturalnie za granicą), a na razie informacja dla wielbicieli audiobooków, że czytać ją będzie sam Derek Jacobi oraz bardzo ładna grafika:


Następnie informacja z gatunku "nie jesteśmy sami" a także "różanopalca Jutrzenka renesansu wielkich Sherlocków na horyzoncie". Otóż Mark Gatiss udzielił RadioTimes.com wywiadu, w którym powiedział, jakie jest jego pięć ukochanych opowiadań Kanonu:

BRUC
REDH
TWIS
MUSG
FINA

(jeśli ktoś nie zetknął się jeszcze ze skrótami Jay Finley Christa albo też coś mu wyleciało z głowy, to Sherlockista poleca kliknięcie tu, a i umieści na stałe link gdzieś wśród ważnych stron - serdecznie przeprasza, że nie daje prawie nigdy polskich tytułów, ale przekłady są albo oczywiste z uwagi na nazwy własne albo tak beznadziejne, że ShK sam się gubi... bo taka na przykład "Buczyna" to co to właściwie miało być?! ;))

... i oczywiście nie można tego wyboru nie skomentować. Sherlockista nigdy nie podjąłby się wyboru pięciu najulubieńszych przygód i problemów, ale gdyby go kto trzymał pod pistoletem, to BRUC, MUSG i REDH znalazłyby się wśród nich na pewno - może FIVE albo CHAS zamiast TWIS i na pewno EMPT zamiast FINA, bo jednak najbardziej na świecie, to kocha, jak Holmes wraca, a nie jak spada. Generalnie jednak rzecz biorąc zupełnie się Gatissowi nie dziwi i bardzo go takie upodobania autora scenariuszy do Sherlocka cieszą. 
Możliwe, że nie przypadkiem wszystkie wymienione tytuły (oprócz ShK-owego FIVE) to jedne z najlepszych ekranizacji Granady. Z całą pewnością wszystkie oprócz FINA to po prostu świetne zagadki, których rozwiązania nie domyślamy się przed Holmesem. BRUC ("Plany łodzi Bruce-Partington") to wręcz majstersztyk - czego tam nie ma! 

uwaga, spoilery :)!

Holmes odkrywa, że ciało zostało zrzucone z dachu pociągu a nie wypchnięte z samego pociągu, namawia Watsona do dokonania włamania, wreszcie, współpracuje blisko z Mycroftem w jego rządowym i superpoważnym wcieleniu. Dokładnie takiego Mycfrofta gra zresztą sam Gatiss. A nasz XXI-wieczny Watson zamiast ograniczać się do wspólnych włamań, nie waha się dla Holmesa zabić. 

koniec spojlerów :)!

W każym razie, wątki z BRUC już się w Sherlockach samego Gatissa z pewnością objawiły i oby ich jak najwięcej.

REDH (bodaj "Liga rudzielców") to bezsprzecznie najśmieszniejsze opowiadanie w całym Kanonie, skargi pana Jabeza Wilsona należą w ogóle do najlepszych humorystycznych fragmentów prozy ACD, a przy tym miał nasz ulubiony autor fenomenalny zupełnie pomysł na intrygę (pod etykietą REDH znajdą Czytelnicy wpisy na temat tego, jak mocno pomysł ten inspiruje współczesnych rzezimieszków, jeśli nasza genialna spółka postanowi oprzeć na nim jakiś przyszły epizod to nie będzie żadnego problemu ;). 

TWIS (Sherlockista bardzo przeprasza... ale naprawdę tłumaczenie brzmi "Krzywousty"...) - opowiadanie, które musiało zainspirować tysiące polskich "wakacyjnych żebraków", kursujących po miejscowościach wypoczynkowych po to, by zarobić na spokojne życie przez trudniejsze miesiące. Szkoda tylko, że nie cytują Szekspira... Tu także najważniejsza jest sama zagadka, a zakończenie jest naprawdę zaskakujące. Brzmi to jak banał, bo takim zdaniem jak poprzednie najczęściej reklamuje się cały Kanon, ale w gruncie rzeczy nie więcej niż połowa opowieści o Holmesie rzeczywiście ma charakter kryminalnej zagadki, którą my dziś, po Agacie Christie i Chandlerze, uznalibyśmy za typową. Wiele z nich to opowieści o zagrożeniu z przeszłości, którego przeważnie nie daje się zatrzymać (jak na przykład DANC albo VALL, czy w pewnym sensie YELL albo REDC) albo też po prostu dziwne historie, jak VEIL. TWIS to oczywiście też nie typowa "locked room murder mystery", ale bardzo jej do tego blisko. I to też chcemy obejrzeć w nowym Sherlocku.

MUSG ("Rytuał rodu Musgrave'ów")... ach :) Stare zamczysko, sekret sięgający czasów Stuartów, poszukiwanie zaginionego skarbu i miłosne szaleństwo temperamentnej Walijki, do tego cudowne postaci drugoplanowe, czyli przygłupi Musgrave i jego stanowczo zbyt inteligentny służący, morderstwo, kradzież, zakodowana mapa... Sherlockista nie miałby nic przeciwko temu, żeby Gatiss przeniósł to opowiadanie do XXI wieku (niewątpliwie coś z tego klimatu pojawiło się już w trzeciej części ostatniej serii, tej ze wskazówkami ukrytymi w obrazie etc.).

A FINA ("Ostatnia zagadka")... FINA to FINA... Za FINA zabrali się Moffat z Gatissem zupełnie dosłownie. Tu akurat intryga dziurawa i niespójna, jak strasznie niespójna to dopiero ujawnia (i potęguje) EMPT, więc przed naszymi autorami same kłopoty, no ale... ale razem z FINA dostają do rąk Moriarty'ego. Dostają Watsonową apologię Holmesa, nad która niejeden z Czytelników i niejedna Czytelniczka ocierali oczy. Zwłaszcza, gdy wygłaszał ją David Burke po Jeremy'm Brettcie, a kamera pokazywała zbliżenie na porzuconą strzykawkę... Dostają "It is with a heavy heart that I take up my pen to write...", które nasuwa się Sherlockiście zawsze, ilekroć przychodzi mu napisać coś naprawdę okropnie smutnego.
I FINA - to czuje Sherlockista przez skórę - nowe FINA BBC będzie naprawdę wielkie. Tylko oby wrócili nam Sherlocka przed nowym sezonem...

Na koniec i zasłużony deser, malutki uryweczek z tego, co czeka nas w nowym HOUN ("Psie..."). (Dla Whovistów - uwaga na Russella Toveya (a.k.a Midshipman Alonzo Frame :) ), kto chce, może głośno krzyknąć za nieodżałowanym Dziesiątym Doktorem, "Allons-y Alonzo!")


sobota, 3 września 2011

Wrzesień na Sherlockianach

...nastał, a Sherlockista wyzna, że chociaż obijał się w sierpniu skandalicznie, to wyrzutów sumienia większych nie ma, bo, po prostu, nic się specjalnego nie działo i można było z czystym sumieniem korzystać ze słońca oraz, jak by powiedział przytłoczony kondycją młodzieży polskiej prof. Hartman, piwa, muzy i plaży. Kto żyje życiem Akademii mógł rozkoszować się wraz z Sherlockistą błogą świadomością, że to sam środek wakacji, a kto jeszcze w szkole lub już w pracy, ten tym bardziej czuł presję, by mijający bezpowrotnie miesiąc wykorzystywać gdzieś z dala od komputera.
Sherlockista zapewnia jednak, że po prostu stęsknił się za Sherlockianami jako takimi, za Waszymi komentarzami i za tym cudownym poczuciem, że rok 1895 jest żywy jeszcze wieczniej niż towarzysz Lenin, w związku z czym we wrześniu będzie coś pisał, choćby w materiałach miał kilka ploteczek z planu i informacje w rodzaju "ach jej, lament w Ameryce, przesuwają premierę Tinker Tailor Soldier Spy, w której gra Cumberbatch".
Jakie ogórki tymczasem zakwitły nam w tych ostatnich tygodniach sezonu?
Po pierwsze, ShK uzbierał dwie dobre informacje na temat Sherlocka 2 Ritchiego (Game of Shadows - dla polskich guglatorów, "Gra cieni").
Pierwsza z tych informacji to taka, że Downey był niepocieszony, bo, uwaga, w przeciwieństwie do tego, jak przebiegały prace nad pierwszym filmem, tym razem sceny akcji kręcono na samym końcu. Można stąd wywnioskować taki - pocieszający! - wniosek, że w nowym Sherlocku będą jakieś sceny, które nie są scenami akcji i które nakręcono na początku. Na potwierdzenie tych jutrzenkę nadziei niosących z sobą słów wypłynęło na serwisy filmowe zdjęcie Moriarty'ego-Harrisa oraz Holmesa-Downeya, którzy oddają się rozrywce w powszechnej wyobraźni jak najdalszej od wszelkiej akcji, czyli grze w szachy.
Oto i ono:


 Co prawda jest to najprawdopodobniej ujęcie "zza kulis", na którym Moriarty i jakaś tajemnicza siwa postać z boku chyba podczytują jeszcze scenariusz, ale można optymistycznie założyć, że szachownica nie została tam przywleczona tylko przez znudzonych oczekiwaniem na swoje wejście kaskaderów.
Informacja, którą Sherlockista najchętniej by zignorował, ale jakaś sadystyczna potrzeba zrzucenia cierpienia na innych mu nie pozwala, jest taka, że Amerykanie szykują się już na ekscytujący pojedynek. Trzeba tu zaznaczyć, że dla nich z jakichś bardzo smutnych przyczyn każda premiera kinowa to pojedynek, bo zazwyczaj w ten sam weekend wychodzi więcej niż jeden "duży" film. Sherlock i "Game of Shadows" na przykład zmierzy się w bitwie o widza z sequelem "Alvina i wiewiórek" i Sherlockista... z całym szacunkiem dla wiewiórek... wolałby nie poznać nigdy wyników tej rywalizacji...
źródło: imdb
Sam Ritchie ponoć wierzy w swojego drugiego Sherlocka, więc i my wierzmy.

Aby zadośćuczynić Czytelnikom za długą przerwę, od razu dorzuci też Sherlockista garść wiadomości na temat drugiego Sherlocka, którego wyglądamy chyba jeszcze bardziej, i który nadejdzie od strony BBC.

Na pierwszą odsłonę BBC-Sherlocka spłynęła kolejna ważna nagroda, tym razem na festiwalu w Edynburgu.

O Cumberbatchu wiemy już, że wkrótce ujawni talenty szpiegowskie w Tinker Tailor Soldier Spy i na plakacie wyszedł tak:



Można też w tym miejscu dodać, że bardzo dzielnie sprawił się w plebiscycie BBC America na ulubieńców płci męskiej. Odpadł dopiero w półfinałach, gdy przyszło mu się zmierzyć z późniejszym triumfatorem imprezy, Alanem Rickmanem. (Sherlockista wyzna z pewnym zażenowaniem, że osobiście kibicował jeszcze bodaj bardziej drugiej "nodze" półfinałów, gdzie jego najukochańszy Doktor (Who) David Tennant poległ w boju z wielkim Colinem Firthem).

O Gatissie, a zwłaszcza o Stevenie Moffatcie dowiedział się natomiast Sherlockista w ten leniwy sierpień, że są jeszcze bardziej utalentowani niż kiedykolwiek mu się wydawało. Niniejszym zachęca i gorąco namawia wszystkich Sherlockistów, żeby dali się wkręcić w nowego Doktora Who (reaktywowanego w roku 2005). Pełnię władzy pisarskiej przejął Moffat dopiero wraz z nadejściem Doktora 11, czyli od piątego sezonu, w roku 2010 - i zupełnie niesamowite jest to, o ileż bardziej dorosłe, skomplikowane i wciągające są teraz scenariusze. Sherlockista nie jest nawet pewien, czy go za bardzo aby nie męczy ten nowy, zupełnie nie rozhisteryzowany Doktor i jego wielowątkowa historia budowana spójnie od dwóch już sezonów i czy nie tęskni jednak nade wszystko za dziecięcą rozkoszą, jaką dawał Tennant uganiając się z krzykiem za wielkimi, zielonymi potworami. Wystarczy jednak zobaczyć kilka epizodów Moffata, żeby widzieć jasno, że scenariusze trzech pierwszych Sherlocków nieprzypadkowo były tak dobre, inteligentne, trzymające w napięciu i pełne zagadek. Ten facet (ci faceci) mają naprawdę ogromny talent do budowania intryg i jasnego opowiadania zawiłych opowieści, który to talent w dodatku rozwija się z każdym nowym filmem. O ile tylko Moffat kompletnie się nie wypali (a w wywiadach trochę jednak narzeka na zmęczenie - pisanie na raz dwóch najważniejszych seriali Wielkiej Brytanii to nie przelewki), to sądząc po nowym Doktorze, druga seria Sherlocków powinna być naprawdę wciągająca.
Ma Sherlockista jeszcze jeden ładny niusik o autorach BBC-Sherlocka, ale ponieważ domaga się dłuższego komentarza, a w tej notce by utonął, to zaprezentuje go jutro :) Nie ma już wiele zaległego Doktora do oglądania, więc można mu wierzyć, że wróci.

sobota, 13 sierpnia 2011

Wiele twarzy Marka Gatissa, Ritchie, Undershaw i inne wspaniałości.

O tym, że Mark Gatiss jest wielkim skarbem dla każdego sherlockisty nie trzeba już chyba nikogo przekonywać, ale nawet ShK, który powoli zostaje jego szalikowcem, wciąż czasem jest zaskoczony celnością jego wypowiedzi. Tu można posłuchać dosyć ogólnej wypowiedzi na temat narodzin pomysłu i (braku) nadziei na książki firmowane przez spółkę Moffat/Gatiss, a tu z kolei poczytać można niezwykle obiecujący wywiad na temat drugiej serii. To, że miała być o psie, kobiecie i wodospadzie, to wiemy już od dawna, teraz jednak dowiadujemy się również, że w centrum uwagi znajdzie się relacja między Holmesem a Watsonem. Sherlockista nie jest mocny ze statystyki, ale podejrzewa, że nie trzeba przeczytać wielu notek na Sherlockianach, żeby wypatrzeć któreś z jego kazań na temat tego, dlaczego w każdej dobrej ekranizacji Kanonu "bromance" głównych bohaterów musi być na pierwszym planie. Jeśli Gatiss podziela poglądy ShK to... to niech się spieszą z tą emisją ;) Niezwykle celna wydaje się też Sherlockiście uwaga, że presja na trzymanie się kostiumowego sztafażu zabiła sporo ekranizacji Sherlocków - właśnie dlatego, że obowiązkowy deerstalker i fourwheeler przesłaniały autorom to, co jest w tych książkach najważniejsze (patrz dwa zdania wyżej;). Gatiss słusznie zauważa (czyni to zresztą także w linkowanym wcześniej materiale audio), że pierwsza ważna seria, w której Sherlocka uwolniono z gorsetu epoki to były filmy z niezapomnianymi Rathbone'em i Bruce'em, ale taktownie nie dodaje, że szansa na eksplorację psychicznej głębi bohaterów raczej nie została wówczas wykorzystana. Nieskromnie twierdzi natomiast, że mimo śmiałej decyzji o uwspółcześnieniu Sherlocków jego filmy stanowią jedną z najwierniejszych ekranizacji Kanonu w historii i trudno się z nim nie zgodzić. Tak, naprawdę widać, że i Gatiss i Moffat szczerze kochają te postaci i te książki. A najlepszą wiadomość z tego wywiadu zostawił Sherlockista na koniec: Gatiss cieszy się, że przypadło mu w udziale pisanie scenariuszy do filmów, które opowiadają o początkach znajomości Holmesa i Watsona. Jak twierdzi, zarówno stosunek Sherlocka do kobiet, jak i do zbrodni dopiero się kształtuje i wszystko jest dość plastyczne. My możemy się zatem cieszyć podwójnie: po pierwsze, bo ten plastyczny materiał Holmesowej psychiki kształtowany jest niezwykle fachowo i zgodnie z wytycznymi ACD, a po drugie, bo jeśli ktoś wspomina o "początkach" znajomości to prawie tak, jak gdyby sugerował, że mógłby zrobić jeszcze wiele filmów o środkach i końcach, prawda? A zatem wizja, że załatwią Sherlocka w wodospadzie i więcej na ekrany nie powrócą wydaje się możliwa tylko, gdyby oglądalność była zupełnie katastrofalna. Co, na szczęście, jest naprawdę mało prawdopodobne. Wariant optymistyczny? Czeka nas jeszcze kawał nowego, XXI-wiecznego kanonu.
Gatiss troszczy się również o uczczenie pamięci tego, któremu to wszystko zawdzięczamy, czyli ACD. ShK wspominał już kilkakrotnie, że dom ACD, Undershaw, ten, w którym swoich dni dożywała jego pierwsza żona Touie, ma zostać przebudowany i to dość gruntownie. Gatiss zaangażował się w działanie komisji mającej na celu ocalenie Undershaw, a o ostatnich wydarzeniach można poczytać tu. Jak się wydaje, Undershaw zyskało na budowie nowej autostrady, która zapewni mu lepsze skomunikowanie ze światem. ACD zależało na tym, by zamieszkać w ustronnym miejscu, ewentualni współcześni  turyści zdecydowanie bardziej docenią jednak możliwość łatwego dojazdu.
---
Uff... Wprawdzie po ostatniej notce kolejna miała nie być poświęcona Sherlockowi BBC, ale w obliczu tylu zachęcających faktów nie dało się inaczej. Na koniec zatem nieco mniej radosne informacje na temat postępków Ritchiego i amerykańskiego obłędu.
---

Otóż pojawiły się plotki - i to plotki oparte na wypowiedziach samego reżysera - że nasza największa sherlockistyczna nadzieja związana z "Game of Shadows", czyli Stephen Fry (Mycroft) będzie się rozbierał na ekranie. ShK nie ukrywa, że trochę go zmroziło. Goły Mycroft to nie brzmiałoby dobrze nawet, gdyby grał go jakiś młody tenisista. Ponadto możemy spodziewać się chusteczki z literą A rzuconej Sherlockowi przez Moriarty'ego w charakterze wyzwania oraz licznych fajerwerków, bo jakoś trzeba było wykorzystać amerykański budżet. Nie traćmy wiary. Nie traćmy wiary. Powtarzam, nie traćmy wiary, no!
---

Jedyna naprawdę smutna informacja dzisiejszego dnia dotyczy kondycji umysłowej pewnej wirginijskiej rady zarządząjącej listą podstawówkowych lektur. Otóż na skutek protestów jednego z rodziców, usunęła ona z tej listy STUD. Rodzic ów twierdził, że książka ACD w złym świetle przedstawia religię mormonów, a to z uwagi, m. in., na ten fragment:

(John Ferrier) had always determined, deep down in his resolute heart, that nothing would ever induce him to allow his daughter to wed a Mormon. Such marriage he regarded as no marriage at all, but as a shame and a disgrace. Whatever he might think of the Mormon doctrines, upon that one point he was inflexible. He had to seal his mouth on the subject, however, for to express an unorthodox opinion was a dangerous matter in those days in the Land of the Saints.

Sherlockista musi powiedzieć, że na wszelkie zamordyzmy spod znaku "obrażania uczuć religijnych" etc. reaguje dość alergicznie i  - naprawdę delikatnie rzecz ujmując - nie widzi powodu, by dopuszczać tylko te dzieła, w których wszyscy wszystkimi wyznaniami się zachwycają. Wprawdzie osobiście uważa, że HOUN - który ponoć ma szansę zastąpić STUD na liście - jest znacznie lepszą powieścią i lepszym wprowadzeniem do gatunku powieści kryminalnej, ale... STUD to powieść, w której Holmes poznaje Watsona. STUD to początek całej przygody, to Beeton's Christmas Annual, to Watsonowe listy i dociekania, to pierwsze razy, pierwsze emocje, pierwsze denouement w wykonaniu Holmesa. Kto usuwa książkę tej sławy z listy lektur, ponieważ niektórzy bohaterowie nie przepadają za wyznawcami Josepha Smitha, Mahometa albo Latającego Potwora Spaghetti*, ten... na pewno nie zasługuje na tyle miejsca na Sherlockianach ;)

Żeby zatem powrócić do optymistycznego tonu całej notki, na koniec zdjęcie Marka Gatissa... Czytelnicy z pewnością dobrze o tym wiedzą, ale Sherlockista dopiero niedawno uświadomił sobie, że ten wspaniały człowiek nie tylko napisał dla nas Sherlocka BBC, ale jeszcze osobiście - i znakomicie - zagrał Mycrofta :)

---
*Sherlockista ośmielił się tu przywołać Jego Makaronowatość, ponieważ jako jego wyznawca chciał w ten sposób dać wyraz swojej bezstronności w temacie ;)

czwartek, 11 sierpnia 2011

O tym, że wszyscy mamy wakacje...

... Sherlockista, bo nawet jak wyjeżdża, to i tak nic się właściwie nie dzieje.
Ekipa Sherlocka BBC też ma wymuszone wakacje, bo w Londynie są zamieszki, przez co trzeba było przerwać zdjęcia.
Tylko Cumberbatch ponoć szykuje się z entuzjazmem do wystąpienia w życiowej roli smoka Smauga w ekranizacji Hobbita - chociaż jego wypowiedzi na temat przyjemności płynących z wiązania nóg do roli gada traktuje ShK jednak z przymrużeniem oka.
Do wspomnianej ekipy dołączyła tymczasem Lara Pulver obsadzona - tak, o tak! - w roli Irene Adler. Sherlockista jest bardzo ucieszony tym wyborem, bo chociaż nie widział rzeczonej ani w Robin Hoodzie BBC ani w True Blood, to jednak jest to laureatka kilku nagród teatralnych i kobieta o inteligentnej i myślącej twarzy. A to w wypadku Adler najważniejsze (na marginesie: zdaje się, że w kwestii "THE Woman" mamy wśród Czytelników Sherlockianów zupełnie wyjątkową zgodę :), a przynajmniej wynika tak z dyskusji pod poprzednią notką oraz, naturalnie, samej notki).
Oto i Adler AD 2011, bohaterka A Scandal in Belgravia:
Pod nieobecność Sherlockisty serwisy obiegły alarmistyczne wieści o przesunięciu premiery Sherlocka BBC (2) na rok 2012 ale dotyczyło to amerykańskiej telewizji PBS. BBC faktycznie stwierdziło, że z powodu napiętego grafiku Martina Freemana, naszego Hobbita, przedłuży się proces produkcyjny drugiej serii Sherlocków, ale emisja powinna nastąpić jeszcze w roku 2011. O ile oczywiście całego tego misternego planu nie zburzą wspomniane wyżej zamieszki...
Na pocieszenie, nic już chyba nie zatrzyma premiery Tinker, Tailor, Soldier, Spy, ekranizacji szpiegowskiej powieści Johna le Carre*, w której, obok plejady gwiazd z Garym Oldmanem i Colinem Firthem na czele, wystąpi również BBC-Sherlock, Benedykt. Dla zainteresowanych całkiem zachęcający trailer tego ostatniego filmu, z Cumberbatchem w wersji złocisty blond:







Wreszcie, na sam koniec, kolejne gratulacje dla twórców pierwszej serii: zdobyła ona nagrodę za "Outstanding Achievement in Movies, Miniseries and Specials" (czyli po prostu wygrała w kategorii filmy, miniseriale i odcinki specjalne) od TCA (Television Critics Association).
Jako że w ten sposób stworzył się Sherlockiście zgrabny bloczek informacji na temat BBC-Sherlocka, inne drobne doniesienia pojawią się w odrębnym poście. Stay tuned :)

---
"szpiegowska powieść Johna le Carre" to brzmi trochę jak pleonazm, prawda?

wtorek, 26 lipca 2011

O tym, że nie należy przegapiać tego, czego nie ma, poza tym nie ma: zdjęć z planu BBC, powodów do obaw o Freemana oraz ratunku dla Sherlockisty

Jednym z ukochanych i najbardziej znanych, a przy okazji, o dziwo, serio kanonicznych (w odróżnieniu od "Elementary...") dialogów z udziałem Holmesa jest niewątpliwie ten z SILV. Holmes podkreśla, że ważnym tropem jest dziwne zachowanie psa w noc zbrodni, a kiedy słyszy zdziwioną uwagę inspektora, że "przecież pies nic nie zrobił", odpowiada legendarnym "and that was the curious incident". Fraza "Curious Incident of the Dog in the Nighttime" doczekała się nawet własnej książki, której została tytułem.

Właśnie tę frazę wzięła też na warsztat autorka pierwszej części obiecującego cyklu "lekcje Sherlocka Holmesa" ze strony bigthink.com  w swoim artykule poświęconym wskazówkom, które możemy z Holmesa wyciągnąć, by zacząć w końcu aktywnie obserwować świat wokół nas, a nie tylko "widzieć", czyli bezrefleksyjnie przyjmować serwowaną nam papkę.
Bardzo zgrabnie pokazuje, jak zasada zwracania uwagi na to, czego nie ma, może nam pomóc wyślizgnąć się z macek marketingowców, którzy sztucznie dobierają nam informacje i ograniczają wybór a także to, że często niezrobienie niczego - jak pies, który nie ostrzegł właścicieli przed włamaniem - też w istocie jest decyzją i działaniem. Pies mógł zaszczekać, ale nie zaszczekał, bo znał włamywacza.
Wśród filozofów nauki nie ma zgody co do tego, czy należy uznawać tak zwane przyczyny negatywne, czyli niezajście pewnych okoliczności za zdarzenia w ogólności a przyczyny w szczególności (na przykład, czy przyczyną pożaru może być fakt, że w pobliżu nie było Sherlocka Holmesa z wiadrem wody? a czy przyczyną wypadku na przejeździe nie był fakt, że w pobliżu nie było dróżnika?). W wyjaśnianiu zjawisk i w indukcyjno-dedukcyjnej metodzie Holmesa to, co się nie zdarzyło niejednokrotnie odgrywa równie ważną rolę. A w życiu Sherlockisty to, że uroczy pan sprzedający mu internet nie powiedział, że bez ostrzeżenia internetu może nie być, za to ShK dowie się, że z powodu braku działań zerwał swoją umowę i otrzyma za to straszliwą karę - na której temat również żadnych informacji też nigdzie na wierzchu nie widać odegrało ostatnio rolę dość bolesną. Po pierwsze, ma utrudniony dostęp do Sherlockianów i materiałów. Po drugie, kto jak kto, ale ShK, który SILV, także z uwagi na piękną ekranizację z Brettem, wręcz uwielbia, mógł o tym wymownym nieszczekaniu psa pamiętać...
___
Dalej będzie już krótko, bo niczego nie ma, jak u Kononowicza :)
Zdjęć z planu Reichenbach Falls nie ma, bo są zupełnie nieciekawe - Cumberbatch jest ładnie ubrany w fioletową koszulę i granatowy szalik, Lestrade ma urocze okularki, które pożycza też uśmiechniętemu Hobbitowi Watsonowi, ponadto widać dobrze już nam znany plan na Baker Street... - to wszystko razem nie jest warte zachodu z pożyczaniem/bezczelnym łupieniem cudzych fotografii. Mnóstwo takowych można obejrzeć na przykład tu, jeśli ktoś jest bardzo ciekawy ;), a podrasowane i skoncentrowane na Sherlocku znaleźć można na bardzo sprytnej fan-stronie Cumberbatcha.
Nie ma też powodów do obaw o Freemana - a konkretnie obaw wysłowionych przez Fandorina w komentarzu pod ostatnim postem  (że zrzucą Cumberbatcha z wodospadu, bo nie będą mieli jak kręcić kolejnych sezonów z powodu Hobbita) :) Nie tylko pozwalają Freemanowi grać na dwa fronty, ale jeszcze wykorzystują ten fakt, żeby Jakcson (szef Hobbita) mógł sobie zrobić przerwę i skoczyć do San Diego (gdzie odbył się Comic Con i gdzie jest fantastyczne zoo, w którym można obserwować na żywo słonie przez kamerkę - ShK nie mógł sobie odmówić). Jeśli ubiją Sherlocka, to nie z powodu jakichś maluchów z owłosionymi stopami.
Na koniec - żeby nie było, że nie ma w poście nawet wszystkiego tego, czego miało nie być zgodnie z tytułem - nie ma nadziei dla Sherlockisty bo wiedziony uwielbieniem dla Moffata i Gatissa postanowił wreszcie obczaić to, z czego panowie ci byli znani w Wielkiej Brytanii wiele lat przedtem, zanim zrobili nam nowego, fantastycznego Sherlocka. O tak, Sherlockista wsiąkł w Doktora Who... I tak, jest dokładnie tak uroczy i wspaniały, jak można by tego po Moffacie i Gatissie oczekiwać. Problem w tym, że jest to serial, który wychowuje Brytyjczyków od lat kilkudziesięciu, odcinków ma około 800 i Sherlockista musi dokonać dość poważnego przeorganizowania swojego życia, by to wszystko teraz ogarnąć. Takiej TARDIS po prostu, potrzebuje... (zwróćmy uwagę, że TARDIS, chociaż na skutek awarii aparatury maskującej "utknęła" w postaci granatowej budki policyjnej z lat sześćdziesiątych, nigdy nie bywa przez ludzką rasę zauważana - a gdy Doktor wyrzeka na nasze gapiostwo brzmi zupełnie jak Holmes margający na Watsona, który widzi, ale nie obserwuje...).
Można w każdym razie oczekiwać, że na Sherlockianach wzmianki o Doktorze traktowane będą od tego dnia nieco poważniej niż dotąd.

środa, 20 lipca 2011

Och nie! Łamiące serce zdjęcia z planu Sherlocka 2 BBC!

Straszliwe zdjęcia zakrwawionego Sherlocka BBC obiegły dziś brytyjskie bulwarówki...
Zdaje się, że podczas kręcenia "A Scandal in Belgravia", Cumberbatch-Holmes zostaje zepchnięty z dachu. Cały we krwi, ląduje w szpitalu...
Tu Sherlock przed upadkiem:


A tu po:

Na koniec: Benedykt odpoczywa między ujęciami:

(zdjęcia pożyczył ShK z tej strony)
Czułe serce Sherlockisty zwinęło się w trąbkę na ten widok. Jeśli to jest  "A Scandal in Belgravia", czyli wariacje na temat SCAN, a SCAN to - nie licząc może brawurowej akcji Watsona - opowiadanie całkiem łagodne w treści, to co czeka nas w "Hounds of Baskerville" i "The Reichenbach Fall" ?! Sherlockista po raz pierwszy wypowie tę obawę na głos: a co jeśli oni go naprawdę ubiją? 
Dla odwrócenia uwagi już za chwilę pościk o tym, co czeka nas w tym drugim Sherlocku...