Jednym z bardzo licznych powodów do wdzięczności, jakie dał mi Sherlock BBC jest wprowadzenie terminu "czapka z dwoma przodami", który znakomicie zastępuje nie wszystkim jednak cokolwiek mówiącego "deerstalkera". Wiecie już zatem, który to sto osiemdziesiąty czwarty. A liczebniki od 1 do 11 pisane wielką literą nieomylnie zwiastują, oczywiście, Doktora.
Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Undershaw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Undershaw. Pokaż wszystkie posty
sobota, 10 marca 2012
niedziela, 29 stycznia 2012
Pamiętajmy o Undershaw
Teraz, kiedy wszyscy czekamy, aż Moffat przywróci do życia Holmesa w trzeciej serii, to najlepszy moment, żeby przypomnieć sobie, jak - a zwłaszcza: gdzie! - zrobił to sam ACD.
Undershaw, dom ACD w latach 1897-1921 to zarówno miejsce narodzin HOUN, w którym Sherlock powrócił na łamy Strandu (chociaż historia ta była oficjalnie datowana przed FINA), jak i wreszcie samego zbioru Return of Sherlock Holmes, tego, któremu zawdzięczamy nie tylko EMPT i triumfalne zmartwychwstanie, ale też fantastyczne SIXN z niezapomnianym hołdem Lestrade'a, SECO (ach ten cudowny, przecudowny film z Brettem!), CHAS, które osobiście zaliczam do mojej piątki najukochańszych (Sherlock namawia Watsona na wspólny włam i zaręcza się z pokojówką...), DANC, to kultowe DANC, dzięki któremu niejedno szczęśliwe, karmione Holmesem dziecko, wymyślało swoje własne ludzikowe alfabety... Chyba już Was przekonałam?
Undershaw to nie jest tylko miejsce, w którym ACD przypadkiem mieszkał (od 1897 roku), ale dom zaprojektowany specjalnie dla niego, a także w znaczącym stopniu przez niego i dostosowany do potrzeb umierającej na gruźlicę Louise, jego pierwszej żony. Powietrze Surrey, piękny dom z czerwonej cegły i ogromne, rozsłonecznione okna, przez które widać było morze zieleni, przedłużyło Louise życie o prawie dziesięć lat.
Tu ACD przeżywał rozterki związane z miłością do Jean Leckie, którą poznał już w maju 1897 roku, a rycerski honor nie pozwolił mu rozwijać romansu przez całe dziewięć lat, aż do śmierci Louise - rok później Jean została jego drugą żoną. (Cały ten okres opisany jest niezwykle barwnie w recenzowanej kiedyś na Sherlockianach książce Barnesa Arthur & George). Z tego domu wyruszył na II Wojnę Burską. Tu wreszcie przyjmował wielkich swojej epoki, którzy byli dla niego kumplami i znajomymi - między innymi J. M. Barrie'ego, Brama Stokera, Virginię Woolf.
Na powyższym zdjęciu widać małego chłopca: to Kingsley, syn Doyle'a, który miał przejąć Undershaw po śmierci Louise. Niestety, chociaż Kingsley przeżył walkę na froncie pierwszej wojny światowej, padł ofiarą powojennej epidemii hiszpanki. W 1921 roku Doyle sprzedał Undershaw (wbrew oczekiwaniom- ze znaczną stratą), a już od roku 1924 aż do 2004, stary dom służył jako hotel i restauracja.
Kłopoty zaczęły się właśnie w roku 2004, kiedy dom przejął prywatny deweloper, a Waverley Borough Council odmówiła zakupu posiadłości. Odmówiła trochę dlatego, że fizycznie nie miała odpowiednich funduszy, ale przyznała też, że nie dość wysoko ceni historyczną i architektoniczną wartość domu. W końcu ACD, twórca jednej z największych ikon światowej kultury (nie lubię słowa popkultura), nie zasługuje na taką samą atencję, jak poważni pisarze. Sam Doyle byłby oczywiście zupełnie załamany taką diagnozą, bo całe życie wyrzucał sobie, że opowiadanka o Holmesie to nic godnego uwagi i pragnął wybić się przede wszystkim poważnymi powieściami historycznymi (bez sukcesu). Chwilowo nie ma więc niestety większych szans na to, by Undershaw zostało przeznaczone na muzeum.
W sprawie opisu wnętrza domu oddam głos komuś, kto robi to szczególnie wspaniale i z nieskrywanym wzruszeniem:
Save Undershaw from WetherbyPond on Vimeo.
A czemu to wszystko piszę? Bo to cenne miejsce ma zostać zniszczone - ale jest jeszcze czas, by zadziałać w jego obronie.
Jak pisałam tu niedawno, oficjalnie zaokrętowałam się na pokład The Undershaw Preservation Trust w roli tak zwanego ambasadora i moim zadaniem jest tłumaczyć, na czym polega niebezpieczeństwo, co chcemy osiągnąć i jak to można zrobić. Jest to potrzebne także dlatego, że wokół dwóch pierwszych punktów narosło trochę nieporozumień. Do dzieła!
NIEBEZPIECZEŃSTWO
Historię domu skończyłam na roku 2004, kiedy to został właściwie opuszczony i wpadł w ręce bezlitosnych developerów-kapitalistów ;)
Wbrew temu, co czasem można usłyszeć, nie planuje się zburzenia samego Undershaw. Na współczesnych zdjęciach i filmach widać, że do starego domu Doyle'a dołączono jeszcze coś - to budynek z 1920 roku. Ten właśnie fragment ma być wyburzony. Zamiast niego ma tam powstać aż 5 szeregowych domków, które będą większe niż wyjściowy budynek.
Największym problemem jest to, że dom Doyle'a ma zostać nieodwracalnie i nieusuwalnie podzielony na trzy podobne szeregówki. Zniszczony zostanie nie tylko zamysł architektoniczny (a, przypominam, autorem projektu był w dużej mierze sam ACD), ale i wartość zabytkowa obiektu.
CEL
The Undershaw Preservation Trust, także wbrew temu, co można czasem przeczytać, nie walczy już nawet o to, by Waverley Borough Council odnowiła dom i urządziła tam muzeum. Nie staram się nawet próbować wnikać w angielską terminologię prawniczą, ale w uproszczeniu: do odpowiedniej instancji sądu została zgłoszona skarga na działania WBC i odpowiednia instancja zgodziła się wysłuchać obu stron. Skarga dotyczy zgody WBC na podzielenie domu - a rozprawa ma się odbyć 23 maja 2012, dzień po urodzinach ACD.
Dodatkowym argumentem po naszej stronie jest fakt, że powstała droga ułatwiająca dostanie się do Undershaw, dzięki czemu bardziej realna stała się wizja, że w przyszłości mogliby tu przyjeżdżać liczni turyści.
POMOC
Największą rolę mają do odegrania oczywiście Ważne Osoby (na przykład duchowy przywódca Undershaw Preservation Trust, Mark Gatiss) i każdy, kto czuje w sobie moc przekonania WBC do tego, by zmieniła zdanie i zrobiła cokolwiek w sprawie ocalenia Undershaw. Na początek: niech chociaż obejmie dom ochroną przed nieodwracalnymi zmianami.
Nieliczni szczęśliwcy będą mogli wypełnić salę sądową i na żywo wspierać reprezentantów UPT.
Osoby związane z mediami mogą postarać się zadbać o odpowiednie nagłośnienie całej sprawy.
Wszyscy mamy za zadanie podpisać petycję (link na stałe w prawym górnym rogu bloga) i informować kogo się da (może przychodzą Wam do głowy różne znane osoby lub instytucje, które warto by zainteresować losami Undershaw?).
Warto reklamować akcję UPT - i petycję - na facebooku, twitterze, blogu.
Sherlock BBC zrobił furorę, Sherlock Ritchiego podbił box-office'y - czas zewrzeć szyki i pokazać, ile jest na świecie osób, dla których ocalenie domu Doyle'a to poważna sprawa.

Undershaw, dom ACD w latach 1897-1921 to zarówno miejsce narodzin HOUN, w którym Sherlock powrócił na łamy Strandu (chociaż historia ta była oficjalnie datowana przed FINA), jak i wreszcie samego zbioru Return of Sherlock Holmes, tego, któremu zawdzięczamy nie tylko EMPT i triumfalne zmartwychwstanie, ale też fantastyczne SIXN z niezapomnianym hołdem Lestrade'a, SECO (ach ten cudowny, przecudowny film z Brettem!), CHAS, które osobiście zaliczam do mojej piątki najukochańszych (Sherlock namawia Watsona na wspólny włam i zaręcza się z pokojówką...), DANC, to kultowe DANC, dzięki któremu niejedno szczęśliwe, karmione Holmesem dziecko, wymyślało swoje własne ludzikowe alfabety... Chyba już Was przekonałam?
Undershaw to nie jest tylko miejsce, w którym ACD przypadkiem mieszkał (od 1897 roku), ale dom zaprojektowany specjalnie dla niego, a także w znaczącym stopniu przez niego i dostosowany do potrzeb umierającej na gruźlicę Louise, jego pierwszej żony. Powietrze Surrey, piękny dom z czerwonej cegły i ogromne, rozsłonecznione okna, przez które widać było morze zieleni, przedłużyło Louise życie o prawie dziesięć lat.
Tu ACD przeżywał rozterki związane z miłością do Jean Leckie, którą poznał już w maju 1897 roku, a rycerski honor nie pozwolił mu rozwijać romansu przez całe dziewięć lat, aż do śmierci Louise - rok później Jean została jego drugą żoną. (Cały ten okres opisany jest niezwykle barwnie w recenzowanej kiedyś na Sherlockianach książce Barnesa Arthur & George). Z tego domu wyruszył na II Wojnę Burską. Tu wreszcie przyjmował wielkich swojej epoki, którzy byli dla niego kumplami i znajomymi - między innymi J. M. Barrie'ego, Brama Stokera, Virginię Woolf.
![]() |
Kłopoty zaczęły się właśnie w roku 2004, kiedy dom przejął prywatny deweloper, a Waverley Borough Council odmówiła zakupu posiadłości. Odmówiła trochę dlatego, że fizycznie nie miała odpowiednich funduszy, ale przyznała też, że nie dość wysoko ceni historyczną i architektoniczną wartość domu. W końcu ACD, twórca jednej z największych ikon światowej kultury (nie lubię słowa popkultura), nie zasługuje na taką samą atencję, jak poważni pisarze. Sam Doyle byłby oczywiście zupełnie załamany taką diagnozą, bo całe życie wyrzucał sobie, że opowiadanka o Holmesie to nic godnego uwagi i pragnął wybić się przede wszystkim poważnymi powieściami historycznymi (bez sukcesu). Chwilowo nie ma więc niestety większych szans na to, by Undershaw zostało przeznaczone na muzeum.
W sprawie opisu wnętrza domu oddam głos komuś, kto robi to szczególnie wspaniale i z nieskrywanym wzruszeniem:
Save Undershaw from WetherbyPond on Vimeo.
A czemu to wszystko piszę? Bo to cenne miejsce ma zostać zniszczone - ale jest jeszcze czas, by zadziałać w jego obronie.
Jak pisałam tu niedawno, oficjalnie zaokrętowałam się na pokład The Undershaw Preservation Trust w roli tak zwanego ambasadora i moim zadaniem jest tłumaczyć, na czym polega niebezpieczeństwo, co chcemy osiągnąć i jak to można zrobić. Jest to potrzebne także dlatego, że wokół dwóch pierwszych punktów narosło trochę nieporozumień. Do dzieła!
NIEBEZPIECZEŃSTWO
Historię domu skończyłam na roku 2004, kiedy to został właściwie opuszczony i wpadł w ręce bezlitosnych developerów-kapitalistów ;)
Wbrew temu, co czasem można usłyszeć, nie planuje się zburzenia samego Undershaw. Na współczesnych zdjęciach i filmach widać, że do starego domu Doyle'a dołączono jeszcze coś - to budynek z 1920 roku. Ten właśnie fragment ma być wyburzony. Zamiast niego ma tam powstać aż 5 szeregowych domków, które będą większe niż wyjściowy budynek.
Największym problemem jest to, że dom Doyle'a ma zostać nieodwracalnie i nieusuwalnie podzielony na trzy podobne szeregówki. Zniszczony zostanie nie tylko zamysł architektoniczny (a, przypominam, autorem projektu był w dużej mierze sam ACD), ale i wartość zabytkowa obiektu.
CEL
The Undershaw Preservation Trust, także wbrew temu, co można czasem przeczytać, nie walczy już nawet o to, by Waverley Borough Council odnowiła dom i urządziła tam muzeum. Nie staram się nawet próbować wnikać w angielską terminologię prawniczą, ale w uproszczeniu: do odpowiedniej instancji sądu została zgłoszona skarga na działania WBC i odpowiednia instancja zgodziła się wysłuchać obu stron. Skarga dotyczy zgody WBC na podzielenie domu - a rozprawa ma się odbyć 23 maja 2012, dzień po urodzinach ACD.
Dodatkowym argumentem po naszej stronie jest fakt, że powstała droga ułatwiająca dostanie się do Undershaw, dzięki czemu bardziej realna stała się wizja, że w przyszłości mogliby tu przyjeżdżać liczni turyści.
POMOC
Największą rolę mają do odegrania oczywiście Ważne Osoby (na przykład duchowy przywódca Undershaw Preservation Trust, Mark Gatiss) i każdy, kto czuje w sobie moc przekonania WBC do tego, by zmieniła zdanie i zrobiła cokolwiek w sprawie ocalenia Undershaw. Na początek: niech chociaż obejmie dom ochroną przed nieodwracalnymi zmianami.
Nieliczni szczęśliwcy będą mogli wypełnić salę sądową i na żywo wspierać reprezentantów UPT.
Osoby związane z mediami mogą postarać się zadbać o odpowiednie nagłośnienie całej sprawy.
Wszyscy mamy za zadanie podpisać petycję (link na stałe w prawym górnym rogu bloga) i informować kogo się da (może przychodzą Wam do głowy różne znane osoby lub instytucje, które warto by zainteresować losami Undershaw?).
Warto reklamować akcję UPT - i petycję - na facebooku, twitterze, blogu.
Sherlock BBC zrobił furorę, Sherlock Ritchiego podbił box-office'y - czas zewrzeć szyki i pokazać, ile jest na świecie osób, dla których ocalenie domu Doyle'a to poważna sprawa.

P.S. Nie bójcie się wyskakującego okienka po petycji :) Jest nachalne, ale nie trzeba żadnych darowizn, wystarczy podpis :)
niedziela, 15 stycznia 2012
Undershaw - o domu ACD raz jeszcze
Z wielką przyjemnością ogłaszam, że Sherlockiana (jeszcze) oficjalnie(j) włączają się w akcję The Undershaw Preservation Trust - czyli towarzystwa walczącego o to, by nie niszczyć Undershaw, domu, w którym ACD napisał, między innymi, tak wspaniale odkurzone ostatnio przez BBC, HOUN.
Sherlockista jest teraz tak zwanym repem na Polskę, czyli osobą, do której można kierować te tłumy ludzi wypytujące Was bezustannie o to, na czym polega afera z domem ACD i jak można pomóc ;)
Naszym patronem jest ten sam BBC-Mark Gatiss, którego tak często tu wychwalam. Naszym celem jest tylko to, żeby nie dopuścić do nieodwracalnego zniszczenia zabytku (podzielenia go i dobudowania części znacznie większej niż wyjściowy dom), chociaż idealnym rozwiązaniem byłoby oczywiście przerobić Undershaw na muzeum.
Pomysł jest bardzo prosty: trzeba wywrzeć na radę (Waverley Borough Council), która o tych zmianach zdecyduje (prawdopodobnie w kwietniu) presję tak zwanej międzynarodowej opinii publicznej. Na początek - o czym jeszcze będę przypominać - podpiszmy petycję.
A kiedy skończy się ten cudowny Holmesowy styczeń z Sherlockiem BBC, pojawi się na Sherlockianach dłuższa notka na temat domu, jego historii i działań UPT (troszkę już można znaleźć w starszych notkach pod etykietą Undershaw).
Sherlockista jest teraz tak zwanym repem na Polskę, czyli osobą, do której można kierować te tłumy ludzi wypytujące Was bezustannie o to, na czym polega afera z domem ACD i jak można pomóc ;)
Naszym patronem jest ten sam BBC-Mark Gatiss, którego tak często tu wychwalam. Naszym celem jest tylko to, żeby nie dopuścić do nieodwracalnego zniszczenia zabytku (podzielenia go i dobudowania części znacznie większej niż wyjściowy dom), chociaż idealnym rozwiązaniem byłoby oczywiście przerobić Undershaw na muzeum.
Pomysł jest bardzo prosty: trzeba wywrzeć na radę (Waverley Borough Council), która o tych zmianach zdecyduje (prawdopodobnie w kwietniu) presję tak zwanej międzynarodowej opinii publicznej. Na początek - o czym jeszcze będę przypominać - podpiszmy petycję.
A kiedy skończy się ten cudowny Holmesowy styczeń z Sherlockiem BBC, pojawi się na Sherlockianach dłuższa notka na temat domu, jego historii i działań UPT (troszkę już można znaleźć w starszych notkach pod etykietą Undershaw).
sobota, 5 listopada 2011
Ważne! Wielka debata! BBC-Sherlock, Ritchie-Downey i Rathbone-Brett! I miłość.
Sherlockista wspominał już o The Great Sherlock Holmes Debate, ale wówczas nie wiedział jeszcze wielu różnych rzeczy, niektórych zupełnie wspaniałych.
Po pierwsze, debata jest częścią promocji książki Charlotte Ann Walters pod tytułem "Barefoot on Baker Street"...
... która jest bardzo sympatycznie się zapowiadającą historią dziewczyny o imieniu Red, jej perypetii i spotkania z wielkim Sherlockiem. Charlotte Ann Walters sama porwała się na niemało w ramach reklamy swojej książki: przez 56 dni do debaty codziennie opisuje w blogu jedno z opowiadań z Kanonu. Sherlockista ciekawie zerknął na kilka z tych eseików, ale są, niestety, rozczarowujące. W zasadzie składają się z luźnego streszczenia i kilku oczywistych refleksji - na przykład w podsumowaniu jednego z ukochanych opowiadań ShK, DEVI, Autorka zauważa, że można w nim znaleźć jeden z ulubionych dialogów sherlockistów wszechczasów ("Śledziłem pana" - "Nikogo nie widziałem" - "Tyle właśnie może pan zobaczyć, kiedy to ja pana śledzę") oraz, że znajduje się w nim szczególnie wzruszająca scena (serdeczne przeprosiny Holmesa, dzięki którym Watson ma rzadką okazję wejrzeć w jego serce). No, nie wie Sherlockista, czy taki cykl ma jakąś szczególną wartość, chyba, że dla studentów literatury angielskiej, którzy Holmesa nie lubią, a muszą zaliczyć całość na egzaminie z kursu, który nieopatrznie wybrali.
Drugie rozczarowanie - tym razem potężne - czyhało na Sherlockistę tuż za winklem.
Za winklem bowiem znalazł składy trzech drużyn występujących w debacie. Pierwsza z nich, broniąca interesów BBC-Sherlocka, od początku interesowała go najbardziej, ponieważ sam zamierzał stanąć po jej stronie. Pełen skład w skrócie znajdą Czytelnicy tu:
Jak widać, oprócz zupełnie oczywistego członka: Sherlockology, która jest przesympatyczną i bardzo aktywną fan-stroną serialu BBC, a także kilku innych znanych postaci - w tym przedstawianej wyżej Charlotte Walters, szefa SHSL i nieznanych bliżej polskiemu czytelnikowi autorów, jest w tej drużynie, i to w prestiżowej roli kapitana cały nowy holmesologiczny podcast. Baker Street Babes (odcinki i więcej informacji do ściągnięcia tu) to przesięwzięcie fanek Holmesa z Ameryki i Wielkiej Brytanii, które z założenia miało być pierwszym holmesologicznym podcastem (autorki przegapiły wielokrotnie tu chwalony i na stałe podlinkowany w pasu po lewej I hear of Sherlock Everywhere :D) i to w dodatku kobiecym. Pierwszy, jak już wiemy, nie jest, kobiecy jest bez wątpliwości. Aż do bólu. To serduszko na czubku fajki to tylko wierzchołek góry lodowej. Sherlockista - sam, wbrew używanym końcówkom gramatycznym, płci żeńskiej - być może wykazuje się tu dość absurdalnym męskim szowinizmem, ale takiego stężenia stereotypowej kobiecości w holmesologicznym przedsięwzięciu po prostu nie jest w stanie znieść. Usiłował przesłuchać dokładnie dwa odcinki - pierwszy i najnowszy - i za każdym razem wymiękał po trzeciej minucie dziewczęcych chichotów autorek. Wymiękał, ale twardo słuchał dalej. I już nie licząc irytujących achów i śmieszków kompletnie nie potrafił się wywodami pań zainteresować. Absolutnie nie wątpi ShK, że, nie licząc może wpadki z "I hear...", wszystkie autorki są oddanymi holmesistkami i świetnie się znają na all-things-sherlockian. Mało tego, jest nawet Sherlockista głęboko przekonany, że BSB wybrały najlepszą drużynę (przypomina: BBC-Sherlocka) i powiodą ją do zwycięstwa. Nie ma też nic przeciwko idei, by o Holmesie mówić po dziewczęcemu - sam nigdy nie usiłował wykreować sobie szczególnie szorstkiego i machoidalnego image'u. Ale tego podcastu chyba nie zdzierży, choćby z powodu koszmarnej piosenki na początku i nieznośnego zalotnego tonu całego przedsięwzięcia (dlaczego sherlockiści płci męskiej gadają sobie po prostu o Holmesie, a sherlockistki muszą przy okazji jeszcze podkreślać, jakie są od tego seksi?).
Tymczasem jego faworyci z "I hear..." wystąpią, co może trochę dziwić, w Drużynie Ritchiego-Downeya:
Sherlockista rozumie to o tyle, że ekipa "I hear..." od początku nie była źle nastawiona do filmowych Sherlocków z Downeyem, przeprowadziła też linkowany tu kiedyś długi wywiad z Klingerem, który był konsultantem ekipy WB. A poza tym, wbrew temu, co twierdzą niektóre Czytelniczki ;), to naprawdę nie jest taki zły Sherlock i można się kłócić, czy to aby nie Ritchie lepiej popularyzuje ACD w 21 wieku. Nie zapominajmy, że debata dotyczy raczej tego, kto zapewnia Sherlockowi lepszą przyszłość w popkulturze - a nie, kto zrobił najlepszą adaptację dla geeków.
Najmniej znanych twarzy, nie licząc może linkowanego również z lewej strony Sherlockianów Alastaira Duncana, pojawiło się w ekipie tradycjonalistów, czyli nieformalnego fanklubu Jeremy'ego Bretta:
Ekipa ta została dokooptowana do imprezy najpóźniej, ale trudno byłoby sobie wyobrazić porządną debatę nad (najprawdopodobniej świetlaną) przyszłością Sherlocka Holmesa bez przypomnienia Rathbone'ów, a zwłaszcza legendarnej serii Granady z jej nieodżałowaną, wielką ekipą w składzie Brett, Burke i Hardwicke. Gdyby nie ta seria, gdyby nie ta ekipa, to ani Sherlockisty ani Sherlockianów być może w ogóle by tu nie było (co zupełnie nie znaczy, że jest to jedyny wspaniały Holmes, którego ShK pokochał).
Na koniec wreszcie, czekały Sherlockistę te dwie najwspanialsze niespodzianki. Po pierwsze, debata - oprócz promocji Charlotte Walters - służy sprawom zaiste godnym:
W skrócie: ratujemy dom ACD w Undershaw (w sprawie szczegółów patrz etykieta na dole), walczymy o pośmiertną BAFTę dla Jeremy'ego i reklamujemy cudowny blog Always1985. W takim przedsięwzięciu nie wypada wręcz nie wziąć udziału.
I - to już ostatni punkt programu - Sherlockista pod tą presją się ugiął :) Jeśli ktoś z Czytelników sprawdzał pełną listę uczestników Debaty na miniblogu mxpublishing, to być może zwrócił uwagę na Kraków, Poland? To właśnie ShK. Co więcej jest na tej liście i druga polska Uczestniczka (z Bydgoszczy) i ta Uczestniczka to Czytelniczka Sherlockianów. Po tych wspaniałych wiadomościach (o miejsca w Debacie wcale nie było łatwo) i po zbadaniu gruntu, myślał Sherlockista, że wszystkie trudności już za nim i gdy dziś otrzymał linka rejestracyjnego, popędził na właściwą stronę, wpisał dane i w punkcie "którą drużynę popierasz przed debatą?" pewną ręką zaznaczył BBC-Sherlocka. Nie da się chcieć więcej: jest bardzo nowoczesny, lubią go nawet ludzie, dla którego Homes Doyle'a to poczciwa ramota, przyciąga mnóstwo fanów i robi to inteligentniej i subtelniej niż Ritchie, a poza tym jest wierną i naprawdę dobrą adaptacją oryginału. I tak wpatrzył się Sherlockista w swój formularz i już miał wysyłać, kiedy nagle...
... kiedy nagle zaklął szpetnie i z pełnym poczuciem obiektywnej niesłuszności swojego wyboru, z całkowitą świadomością, że wspiera drużynę, która musi przegrać, wbrew wszelkim racjonalnym argumentom kliknął na Team 3 Traditionalists.
Może usłyszał triumfalny Brettowy okrzyk, może zobaczył jego uśmiech, może przypomniał sobie, jak, dumnie wyprostowany, przeprawiał się łodzią do starego zamczyska w poszukiwaniu skarbu i trupa, a może zobaczył Jeremy'ego-Sherlocka w koszuli nocnej na błotnistej Baker Street, udręczonego koszmarami.
A może po prostu przypomniał sobie, że dość żartów, to jest właśnie jego najprawdziwszy, jedyny taki Holmes i że choćby nie wiadomo co mówiły dzisiaj słupki oglądalności - w oczach Sherlockisty nikt od czasów ACD nie zrobił dla Sherlocka więcej. I to jest właśnie, cholera, miłość.
Po pierwsze, debata jest częścią promocji książki Charlotte Ann Walters pod tytułem "Barefoot on Baker Street"...
... która jest bardzo sympatycznie się zapowiadającą historią dziewczyny o imieniu Red, jej perypetii i spotkania z wielkim Sherlockiem. Charlotte Ann Walters sama porwała się na niemało w ramach reklamy swojej książki: przez 56 dni do debaty codziennie opisuje w blogu jedno z opowiadań z Kanonu. Sherlockista ciekawie zerknął na kilka z tych eseików, ale są, niestety, rozczarowujące. W zasadzie składają się z luźnego streszczenia i kilku oczywistych refleksji - na przykład w podsumowaniu jednego z ukochanych opowiadań ShK, DEVI, Autorka zauważa, że można w nim znaleźć jeden z ulubionych dialogów sherlockistów wszechczasów ("Śledziłem pana" - "Nikogo nie widziałem" - "Tyle właśnie może pan zobaczyć, kiedy to ja pana śledzę") oraz, że znajduje się w nim szczególnie wzruszająca scena (serdeczne przeprosiny Holmesa, dzięki którym Watson ma rzadką okazję wejrzeć w jego serce). No, nie wie Sherlockista, czy taki cykl ma jakąś szczególną wartość, chyba, że dla studentów literatury angielskiej, którzy Holmesa nie lubią, a muszą zaliczyć całość na egzaminie z kursu, który nieopatrznie wybrali.
Drugie rozczarowanie - tym razem potężne - czyhało na Sherlockistę tuż za winklem.
Za winklem bowiem znalazł składy trzech drużyn występujących w debacie. Pierwsza z nich, broniąca interesów BBC-Sherlocka, od początku interesowała go najbardziej, ponieważ sam zamierzał stanąć po jej stronie. Pełen skład w skrócie znajdą Czytelnicy tu:
Jak widać, oprócz zupełnie oczywistego członka: Sherlockology, która jest przesympatyczną i bardzo aktywną fan-stroną serialu BBC, a także kilku innych znanych postaci - w tym przedstawianej wyżej Charlotte Walters, szefa SHSL i nieznanych bliżej polskiemu czytelnikowi autorów, jest w tej drużynie, i to w prestiżowej roli kapitana cały nowy holmesologiczny podcast. Baker Street Babes (odcinki i więcej informacji do ściągnięcia tu) to przesięwzięcie fanek Holmesa z Ameryki i Wielkiej Brytanii, które z założenia miało być pierwszym holmesologicznym podcastem (autorki przegapiły wielokrotnie tu chwalony i na stałe podlinkowany w pasu po lewej I hear of Sherlock Everywhere :D) i to w dodatku kobiecym. Pierwszy, jak już wiemy, nie jest, kobiecy jest bez wątpliwości. Aż do bólu. To serduszko na czubku fajki to tylko wierzchołek góry lodowej. Sherlockista - sam, wbrew używanym końcówkom gramatycznym, płci żeńskiej - być może wykazuje się tu dość absurdalnym męskim szowinizmem, ale takiego stężenia stereotypowej kobiecości w holmesologicznym przedsięwzięciu po prostu nie jest w stanie znieść. Usiłował przesłuchać dokładnie dwa odcinki - pierwszy i najnowszy - i za każdym razem wymiękał po trzeciej minucie dziewczęcych chichotów autorek. Wymiękał, ale twardo słuchał dalej. I już nie licząc irytujących achów i śmieszków kompletnie nie potrafił się wywodami pań zainteresować. Absolutnie nie wątpi ShK, że, nie licząc może wpadki z "I hear...", wszystkie autorki są oddanymi holmesistkami i świetnie się znają na all-things-sherlockian. Mało tego, jest nawet Sherlockista głęboko przekonany, że BSB wybrały najlepszą drużynę (przypomina: BBC-Sherlocka) i powiodą ją do zwycięstwa. Nie ma też nic przeciwko idei, by o Holmesie mówić po dziewczęcemu - sam nigdy nie usiłował wykreować sobie szczególnie szorstkiego i machoidalnego image'u. Ale tego podcastu chyba nie zdzierży, choćby z powodu koszmarnej piosenki na początku i nieznośnego zalotnego tonu całego przedsięwzięcia (dlaczego sherlockiści płci męskiej gadają sobie po prostu o Holmesie, a sherlockistki muszą przy okazji jeszcze podkreślać, jakie są od tego seksi?).
Tymczasem jego faworyci z "I hear..." wystąpią, co może trochę dziwić, w Drużynie Ritchiego-Downeya:
Sherlockista rozumie to o tyle, że ekipa "I hear..." od początku nie była źle nastawiona do filmowych Sherlocków z Downeyem, przeprowadziła też linkowany tu kiedyś długi wywiad z Klingerem, który był konsultantem ekipy WB. A poza tym, wbrew temu, co twierdzą niektóre Czytelniczki ;), to naprawdę nie jest taki zły Sherlock i można się kłócić, czy to aby nie Ritchie lepiej popularyzuje ACD w 21 wieku. Nie zapominajmy, że debata dotyczy raczej tego, kto zapewnia Sherlockowi lepszą przyszłość w popkulturze - a nie, kto zrobił najlepszą adaptację dla geeków.
Najmniej znanych twarzy, nie licząc może linkowanego również z lewej strony Sherlockianów Alastaira Duncana, pojawiło się w ekipie tradycjonalistów, czyli nieformalnego fanklubu Jeremy'ego Bretta:
Ekipa ta została dokooptowana do imprezy najpóźniej, ale trudno byłoby sobie wyobrazić porządną debatę nad (najprawdopodobniej świetlaną) przyszłością Sherlocka Holmesa bez przypomnienia Rathbone'ów, a zwłaszcza legendarnej serii Granady z jej nieodżałowaną, wielką ekipą w składzie Brett, Burke i Hardwicke. Gdyby nie ta seria, gdyby nie ta ekipa, to ani Sherlockisty ani Sherlockianów być może w ogóle by tu nie było (co zupełnie nie znaczy, że jest to jedyny wspaniały Holmes, którego ShK pokochał).
Na koniec wreszcie, czekały Sherlockistę te dwie najwspanialsze niespodzianki. Po pierwsze, debata - oprócz promocji Charlotte Walters - służy sprawom zaiste godnym:
W skrócie: ratujemy dom ACD w Undershaw (w sprawie szczegółów patrz etykieta na dole), walczymy o pośmiertną BAFTę dla Jeremy'ego i reklamujemy cudowny blog Always1985. W takim przedsięwzięciu nie wypada wręcz nie wziąć udziału.
I - to już ostatni punkt programu - Sherlockista pod tą presją się ugiął :) Jeśli ktoś z Czytelników sprawdzał pełną listę uczestników Debaty na miniblogu mxpublishing, to być może zwrócił uwagę na Kraków, Poland? To właśnie ShK. Co więcej jest na tej liście i druga polska Uczestniczka (z Bydgoszczy) i ta Uczestniczka to Czytelniczka Sherlockianów. Po tych wspaniałych wiadomościach (o miejsca w Debacie wcale nie było łatwo) i po zbadaniu gruntu, myślał Sherlockista, że wszystkie trudności już za nim i gdy dziś otrzymał linka rejestracyjnego, popędził na właściwą stronę, wpisał dane i w punkcie "którą drużynę popierasz przed debatą?" pewną ręką zaznaczył BBC-Sherlocka. Nie da się chcieć więcej: jest bardzo nowoczesny, lubią go nawet ludzie, dla którego Homes Doyle'a to poczciwa ramota, przyciąga mnóstwo fanów i robi to inteligentniej i subtelniej niż Ritchie, a poza tym jest wierną i naprawdę dobrą adaptacją oryginału. I tak wpatrzył się Sherlockista w swój formularz i już miał wysyłać, kiedy nagle...
... kiedy nagle zaklął szpetnie i z pełnym poczuciem obiektywnej niesłuszności swojego wyboru, z całkowitą świadomością, że wspiera drużynę, która musi przegrać, wbrew wszelkim racjonalnym argumentom kliknął na Team 3 Traditionalists.
Może usłyszał triumfalny Brettowy okrzyk, może zobaczył jego uśmiech, może przypomniał sobie, jak, dumnie wyprostowany, przeprawiał się łodzią do starego zamczyska w poszukiwaniu skarbu i trupa, a może zobaczył Jeremy'ego-Sherlocka w koszuli nocnej na błotnistej Baker Street, udręczonego koszmarami.
A może po prostu przypomniał sobie, że dość żartów, to jest właśnie jego najprawdziwszy, jedyny taki Holmes i że choćby nie wiadomo co mówiły dzisiaj słupki oglądalności - w oczach Sherlockisty nikt od czasów ACD nie zrobił dla Sherlocka więcej. I to jest właśnie, cholera, miłość.
sobota, 13 sierpnia 2011
Wiele twarzy Marka Gatissa, Ritchie, Undershaw i inne wspaniałości.
O tym, że Mark Gatiss jest wielkim skarbem dla każdego sherlockisty nie trzeba już chyba nikogo przekonywać, ale nawet ShK, który powoli zostaje jego szalikowcem, wciąż czasem jest zaskoczony celnością jego wypowiedzi. Tu można posłuchać dosyć ogólnej wypowiedzi na temat narodzin pomysłu i (braku) nadziei na książki firmowane przez spółkę Moffat/Gatiss, a tu z kolei poczytać można niezwykle obiecujący wywiad na temat drugiej serii. To, że miała być o psie, kobiecie i wodospadzie, to wiemy już od dawna, teraz jednak dowiadujemy się również, że w centrum uwagi znajdzie się relacja między Holmesem a Watsonem. Sherlockista nie jest mocny ze statystyki, ale podejrzewa, że nie trzeba przeczytać wielu notek na Sherlockianach, żeby wypatrzeć któreś z jego kazań na temat tego, dlaczego w każdej dobrej ekranizacji Kanonu "bromance" głównych bohaterów musi być na pierwszym planie. Jeśli Gatiss podziela poglądy ShK to... to niech się spieszą z tą emisją ;) Niezwykle celna wydaje się też Sherlockiście uwaga, że presja na trzymanie się kostiumowego sztafażu zabiła sporo ekranizacji Sherlocków - właśnie dlatego, że obowiązkowy deerstalker i fourwheeler przesłaniały autorom to, co jest w tych książkach najważniejsze (patrz dwa zdania wyżej;). Gatiss słusznie zauważa (czyni to zresztą także w linkowanym wcześniej materiale audio), że pierwsza ważna seria, w której Sherlocka uwolniono z gorsetu epoki to były filmy z niezapomnianymi Rathbone'em i Bruce'em, ale taktownie nie dodaje, że szansa na eksplorację psychicznej głębi bohaterów raczej nie została wówczas wykorzystana. Nieskromnie twierdzi natomiast, że mimo śmiałej decyzji o uwspółcześnieniu Sherlocków jego filmy stanowią jedną z najwierniejszych ekranizacji Kanonu w historii i trudno się z nim nie zgodzić. Tak, naprawdę widać, że i Gatiss i Moffat szczerze kochają te postaci i te książki. A najlepszą wiadomość z tego wywiadu zostawił Sherlockista na koniec: Gatiss cieszy się, że przypadło mu w udziale pisanie scenariuszy do filmów, które opowiadają o początkach znajomości Holmesa i Watsona. Jak twierdzi, zarówno stosunek Sherlocka do kobiet, jak i do zbrodni dopiero się kształtuje i wszystko jest dość plastyczne. My możemy się zatem cieszyć podwójnie: po pierwsze, bo ten plastyczny materiał Holmesowej psychiki kształtowany jest niezwykle fachowo i zgodnie z wytycznymi ACD, a po drugie, bo jeśli ktoś wspomina o "początkach" znajomości to prawie tak, jak gdyby sugerował, że mógłby zrobić jeszcze wiele filmów o środkach i końcach, prawda? A zatem wizja, że załatwią Sherlocka w wodospadzie i więcej na ekrany nie powrócą wydaje się możliwa tylko, gdyby oglądalność była zupełnie katastrofalna. Co, na szczęście, jest naprawdę mało prawdopodobne. Wariant optymistyczny? Czeka nas jeszcze kawał nowego, XXI-wiecznego kanonu.
Gatiss troszczy się również o uczczenie pamięci tego, któremu to wszystko zawdzięczamy, czyli ACD. ShK wspominał już kilkakrotnie, że dom ACD, Undershaw, ten, w którym swoich dni dożywała jego pierwsza żona Touie, ma zostać przebudowany i to dość gruntownie. Gatiss zaangażował się w działanie komisji mającej na celu ocalenie Undershaw, a o ostatnich wydarzeniach można poczytać tu. Jak się wydaje, Undershaw zyskało na budowie nowej autostrady, która zapewni mu lepsze skomunikowanie ze światem. ACD zależało na tym, by zamieszkać w ustronnym miejscu, ewentualni współcześni turyści zdecydowanie bardziej docenią jednak możliwość łatwego dojazdu.
---
Uff... Wprawdzie po ostatniej notce kolejna miała nie być poświęcona Sherlockowi BBC, ale w obliczu tylu zachęcających faktów nie dało się inaczej. Na koniec zatem nieco mniej radosne informacje na temat postępków Ritchiego i amerykańskiego obłędu.
---
Otóż pojawiły się plotki - i to plotki oparte na wypowiedziach samego reżysera - że nasza największa sherlockistyczna nadzieja związana z "Game of Shadows", czyli Stephen Fry (Mycroft) będzie się rozbierał na ekranie. ShK nie ukrywa, że trochę go zmroziło. Goły Mycroft to nie brzmiałoby dobrze nawet, gdyby grał go jakiś młody tenisista. Ponadto możemy spodziewać się chusteczki z literą A rzuconej Sherlockowi przez Moriarty'ego w charakterze wyzwania oraz licznych fajerwerków, bo jakoś trzeba było wykorzystać amerykański budżet. Nie traćmy wiary. Nie traćmy wiary. Powtarzam, nie traćmy wiary, no!
---
Jedyna naprawdę smutna informacja dzisiejszego dnia dotyczy kondycji umysłowej pewnej wirginijskiej rady zarządząjącej listą podstawówkowych lektur. Otóż na skutek protestów jednego z rodziców, usunęła ona z tej listy STUD. Rodzic ów twierdził, że książka ACD w złym świetle przedstawia religię mormonów, a to z uwagi, m. in., na ten fragment:
(John Ferrier) had always determined, deep down in his resolute heart, that nothing would ever induce him to allow his daughter to wed a Mormon. Such marriage he regarded as no marriage at all, but as a shame and a disgrace. Whatever he might think of the Mormon doctrines, upon that one point he was inflexible. He had to seal his mouth on the subject, however, for to express an unorthodox opinion was a dangerous matter in those days in the Land of the Saints.
Sherlockista musi powiedzieć, że na wszelkie zamordyzmy spod znaku "obrażania uczuć religijnych" etc. reaguje dość alergicznie i - naprawdę delikatnie rzecz ujmując - nie widzi powodu, by dopuszczać tylko te dzieła, w których wszyscy wszystkimi wyznaniami się zachwycają. Wprawdzie osobiście uważa, że HOUN - który ponoć ma szansę zastąpić STUD na liście - jest znacznie lepszą powieścią i lepszym wprowadzeniem do gatunku powieści kryminalnej, ale... STUD to powieść, w której Holmes poznaje Watsona. STUD to początek całej przygody, to Beeton's Christmas Annual, to Watsonowe listy i dociekania, to pierwsze razy, pierwsze emocje, pierwsze denouement w wykonaniu Holmesa. Kto usuwa książkę tej sławy z listy lektur, ponieważ niektórzy bohaterowie nie przepadają za wyznawcami Josepha Smitha, Mahometa albo Latającego Potwora Spaghetti*, ten... na pewno nie zasługuje na tyle miejsca na Sherlockianach ;)
Żeby zatem powrócić do optymistycznego tonu całej notki, na koniec zdjęcie Marka Gatissa... Czytelnicy z pewnością dobrze o tym wiedzą, ale Sherlockista dopiero niedawno uświadomił sobie, że ten wspaniały człowiek nie tylko napisał dla nas Sherlocka BBC, ale jeszcze osobiście - i znakomicie - zagrał Mycrofta :)
---
*Sherlockista ośmielił się tu przywołać Jego Makaronowatość, ponieważ jako jego wyznawca chciał w ten sposób dać wyraz swojej bezstronności w temacie ;)
Gatiss troszczy się również o uczczenie pamięci tego, któremu to wszystko zawdzięczamy, czyli ACD. ShK wspominał już kilkakrotnie, że dom ACD, Undershaw, ten, w którym swoich dni dożywała jego pierwsza żona Touie, ma zostać przebudowany i to dość gruntownie. Gatiss zaangażował się w działanie komisji mającej na celu ocalenie Undershaw, a o ostatnich wydarzeniach można poczytać tu. Jak się wydaje, Undershaw zyskało na budowie nowej autostrady, która zapewni mu lepsze skomunikowanie ze światem. ACD zależało na tym, by zamieszkać w ustronnym miejscu, ewentualni współcześni turyści zdecydowanie bardziej docenią jednak możliwość łatwego dojazdu.
---
Uff... Wprawdzie po ostatniej notce kolejna miała nie być poświęcona Sherlockowi BBC, ale w obliczu tylu zachęcających faktów nie dało się inaczej. Na koniec zatem nieco mniej radosne informacje na temat postępków Ritchiego i amerykańskiego obłędu.
---
Otóż pojawiły się plotki - i to plotki oparte na wypowiedziach samego reżysera - że nasza największa sherlockistyczna nadzieja związana z "Game of Shadows", czyli Stephen Fry (Mycroft) będzie się rozbierał na ekranie. ShK nie ukrywa, że trochę go zmroziło. Goły Mycroft to nie brzmiałoby dobrze nawet, gdyby grał go jakiś młody tenisista. Ponadto możemy spodziewać się chusteczki z literą A rzuconej Sherlockowi przez Moriarty'ego w charakterze wyzwania oraz licznych fajerwerków, bo jakoś trzeba było wykorzystać amerykański budżet. Nie traćmy wiary. Nie traćmy wiary. Powtarzam, nie traćmy wiary, no!
---
Jedyna naprawdę smutna informacja dzisiejszego dnia dotyczy kondycji umysłowej pewnej wirginijskiej rady zarządząjącej listą podstawówkowych lektur. Otóż na skutek protestów jednego z rodziców, usunęła ona z tej listy STUD. Rodzic ów twierdził, że książka ACD w złym świetle przedstawia religię mormonów, a to z uwagi, m. in., na ten fragment:
(John Ferrier) had always determined, deep down in his resolute heart, that nothing would ever induce him to allow his daughter to wed a Mormon. Such marriage he regarded as no marriage at all, but as a shame and a disgrace. Whatever he might think of the Mormon doctrines, upon that one point he was inflexible. He had to seal his mouth on the subject, however, for to express an unorthodox opinion was a dangerous matter in those days in the Land of the Saints.
Sherlockista musi powiedzieć, że na wszelkie zamordyzmy spod znaku "obrażania uczuć religijnych" etc. reaguje dość alergicznie i - naprawdę delikatnie rzecz ujmując - nie widzi powodu, by dopuszczać tylko te dzieła, w których wszyscy wszystkimi wyznaniami się zachwycają. Wprawdzie osobiście uważa, że HOUN - który ponoć ma szansę zastąpić STUD na liście - jest znacznie lepszą powieścią i lepszym wprowadzeniem do gatunku powieści kryminalnej, ale... STUD to powieść, w której Holmes poznaje Watsona. STUD to początek całej przygody, to Beeton's Christmas Annual, to Watsonowe listy i dociekania, to pierwsze razy, pierwsze emocje, pierwsze denouement w wykonaniu Holmesa. Kto usuwa książkę tej sławy z listy lektur, ponieważ niektórzy bohaterowie nie przepadają za wyznawcami Josepha Smitha, Mahometa albo Latającego Potwora Spaghetti*, ten... na pewno nie zasługuje na tyle miejsca na Sherlockianach ;)
Żeby zatem powrócić do optymistycznego tonu całej notki, na koniec zdjęcie Marka Gatissa... Czytelnicy z pewnością dobrze o tym wiedzą, ale Sherlockista dopiero niedawno uświadomił sobie, że ten wspaniały człowiek nie tylko napisał dla nas Sherlocka BBC, ale jeszcze osobiście - i znakomicie - zagrał Mycrofta :)
---
*Sherlockista ośmielił się tu przywołać Jego Makaronowatość, ponieważ jako jego wyznawca chciał w ten sposób dać wyraz swojej bezstronności w temacie ;)
wtorek, 22 lutego 2011
William Gillette i nowy (no, roczny) komiks o SH [inauguracja cyklu: MITY]
Komiksy są wprawdzie drugie od końca na sherlockistycznej liście zainteresowań ShK, ale recenzja, którą ostatnio wyszperał zainteresowała go całkiem porządnie - głównie dlatego, że padło w niej magiczne nazwisko William Gillette.
Gillette, pierwszy naprawdę sławny odtwórca roli Holmesa, autor pierwszego naprawdę znanego apokryfu (czyli sztuki o Sherlocku, o której będzie jeszcze niżej) to rozwiązanie trzech zagadek, które nurtują każdego początkującego Sherlockistę:
- dlaczego Holmes pali fajkę typu calabash, skoro w kanonie jest mowa o prostych (glinianej i wiśniowej)?
- dlaczego Holmes chodzi po mieście w tej kretyńskiej czapeczce, skoro u Pageta jest tak przedstawiony wyłącznie w czasie wyprawy na wieś?
- dlaczego najsłynniejszy cytat z Holmesa - It's elementary, my dear Watson! - NIGDY nie pada w tekście ACD (w tej formie)???
Wszystko to wprowadził do pop-kanonu sherlockizmu (nie mylić z Kanonem właściwym) właśnie ten pan:
(fotografię pożyczył ShK od autorki tej starej strony)
Fajkę ponoć dlatego, że taką fajkę łatwiej utrzymać w zębach bez pomocy rąk - a to przydaje się aktorowi. Czapeczkę deerstalker - trudno powiedzieć. Cytat - podobono Gillette sam używał go także w jeszcze odrobinę innej formie, a w wersji "popkanonicznej" pojawił się dopiero w filmie. Nie da się jednak ukryć, że taka protekcjonalna fraza musiała źle wpłynąć na interpretację postaci Watsona i do dziś rzuca cień na popkulturowy obraz tej postaci.
Pretensji do Gillette'a mieć nie można, bo kiedy uzyskał od ACD zgodę na napisanie sztuki na kanwie istniejącego podówczas Kanonu, był trzecim kandydatem w kolejności (dwóch nieszczęsnych kretynów zrezygnowało wcześniej ze współpracy z Doyle'em, bo chciało wprowadzać zbyt głęboko idące zmiany w postaci Holmesa...), a ACD tymczasem właśnie umierał ze szczęścia z powodu zamordowania prześladującego go bohatera (ShK czyta właśnie wspomnianą onegdaj książkę Moore'a, w której scena ta przedstawiona jest szczególnie barwnie), budował sobie nowy dom w Undershaw i, jak głoszą anegdoty, pozwolił Gillette'owi absolutnie na wszystko, łącznie z tym, żeby aktor Holmesa poślubił (o ile tylko nie będzie to oznaczało wprowadzania wątków romantycznych ;). Nie, ACD nie był nadmiernie przywiązany do detektywa, który uczynił go sławniejszym od większości tuzów literatury światowej...
Sztuka, zatytułowana początkowo The Strange Case of Miss Faulkner, zawierała mieszankę różnych motywów z opowiadań ACD (naturalnie tylko tych sprzed Wielkiego Hiatusu), zwłaszcza zaś SCAN i FINA - co oznaczało, że na scenie pojawiał się Moriarty.
Tę właśnie sztukę postanowili zaadaptować twórcy nowego komiksu, Bret Herholz i Rori Shapiro, tworząc
Sherlock Holmes - The Painful Predicament of Alice Faulkner. Komiks jest czarno-biały i minimalistyczny - autorzy linkowanej niżej recenzji uskarżają się, że, jak każdej adaptacji sztuki teatralnej, brakuje mu trochę dynamiki, a zwłaszcza scen plenerowych. W teatrze w końcu ludzie przeważnie siedzą we wnętrzach i rozmawiają. To wydaje się jednak bardzo pasować do Sherlocka H, (i może być niezłym odpoczynkiem od aż nazbyt plenerowych i dynamicznych poczynań Ritchiego ;) ). Sherlockista poczuł się zaciekawiony (i jakoś tak dziwnie wzruszony) na widok poniższego obrazka, który jest tak zadziwiająco kanoniczny w klimacie, chociaż odległy o eony od Pageta czy Frederika Dorra Steele'a:
Prawda, że z daleka i bez powiększania tekstu można poznać, kto to i który dialog z FINA przedstawiają te grafiki (ukradzione przez ShK z tej strony, gdzie można również przeczytać obszerną recenzję komiksu) ?
Jest coś takiego w czole Moriarty'ego, że nie da się go pomylić z niczyim innym czołem...
Zainteresowanych kupnem odsyła ShK nie bezpośrednio do Amazona, którego szczerze nie znosi, ale do blogu jednego z autorów, o zupełnie ujmującym tytule The Further Adventures of Bret M. Herholz i równie ujmującym nagłówku, gdzie mieści się bardzo sherlockistyczny autoportret (tam już będzie link do Amazona ;).
A na zakończenie wspomni tylko, że ten właśnie wpis inauguruje nową, niezwykle ważną serię notek Sherlockisty czyli "mity". Pop-sherlockistyczne mity w rodzaju "Holmes zawsze chodził w deerstalkerze" albo "Watson był przygłupim dziadziem" będą na Sherlockianach sukcesywnie zwalczane, bo to od początku uważał Sherlockista za jedną ze swoich najważniejszych misji :)
Gillette, pierwszy naprawdę sławny odtwórca roli Holmesa, autor pierwszego naprawdę znanego apokryfu (czyli sztuki o Sherlocku, o której będzie jeszcze niżej) to rozwiązanie trzech zagadek, które nurtują każdego początkującego Sherlockistę:
- dlaczego Holmes pali fajkę typu calabash, skoro w kanonie jest mowa o prostych (glinianej i wiśniowej)?
- dlaczego Holmes chodzi po mieście w tej kretyńskiej czapeczce, skoro u Pageta jest tak przedstawiony wyłącznie w czasie wyprawy na wieś?
- dlaczego najsłynniejszy cytat z Holmesa - It's elementary, my dear Watson! - NIGDY nie pada w tekście ACD (w tej formie)???
Wszystko to wprowadził do pop-kanonu sherlockizmu (nie mylić z Kanonem właściwym) właśnie ten pan:
(fotografię pożyczył ShK od autorki tej starej strony)
Fajkę ponoć dlatego, że taką fajkę łatwiej utrzymać w zębach bez pomocy rąk - a to przydaje się aktorowi. Czapeczkę deerstalker - trudno powiedzieć. Cytat - podobono Gillette sam używał go także w jeszcze odrobinę innej formie, a w wersji "popkanonicznej" pojawił się dopiero w filmie. Nie da się jednak ukryć, że taka protekcjonalna fraza musiała źle wpłynąć na interpretację postaci Watsona i do dziś rzuca cień na popkulturowy obraz tej postaci.
Pretensji do Gillette'a mieć nie można, bo kiedy uzyskał od ACD zgodę na napisanie sztuki na kanwie istniejącego podówczas Kanonu, był trzecim kandydatem w kolejności (dwóch nieszczęsnych kretynów zrezygnowało wcześniej ze współpracy z Doyle'em, bo chciało wprowadzać zbyt głęboko idące zmiany w postaci Holmesa...), a ACD tymczasem właśnie umierał ze szczęścia z powodu zamordowania prześladującego go bohatera (ShK czyta właśnie wspomnianą onegdaj książkę Moore'a, w której scena ta przedstawiona jest szczególnie barwnie), budował sobie nowy dom w Undershaw i, jak głoszą anegdoty, pozwolił Gillette'owi absolutnie na wszystko, łącznie z tym, żeby aktor Holmesa poślubił (o ile tylko nie będzie to oznaczało wprowadzania wątków romantycznych ;). Nie, ACD nie był nadmiernie przywiązany do detektywa, który uczynił go sławniejszym od większości tuzów literatury światowej...
Sztuka, zatytułowana początkowo The Strange Case of Miss Faulkner, zawierała mieszankę różnych motywów z opowiadań ACD (naturalnie tylko tych sprzed Wielkiego Hiatusu), zwłaszcza zaś SCAN i FINA - co oznaczało, że na scenie pojawiał się Moriarty.
Tę właśnie sztukę postanowili zaadaptować twórcy nowego komiksu, Bret Herholz i Rori Shapiro, tworząc
Sherlock Holmes - The Painful Predicament of Alice Faulkner. Komiks jest czarno-biały i minimalistyczny - autorzy linkowanej niżej recenzji uskarżają się, że, jak każdej adaptacji sztuki teatralnej, brakuje mu trochę dynamiki, a zwłaszcza scen plenerowych. W teatrze w końcu ludzie przeważnie siedzą we wnętrzach i rozmawiają. To wydaje się jednak bardzo pasować do Sherlocka H, (i może być niezłym odpoczynkiem od aż nazbyt plenerowych i dynamicznych poczynań Ritchiego ;) ). Sherlockista poczuł się zaciekawiony (i jakoś tak dziwnie wzruszony) na widok poniższego obrazka, który jest tak zadziwiająco kanoniczny w klimacie, chociaż odległy o eony od Pageta czy Frederika Dorra Steele'a:
Prawda, że z daleka i bez powiększania tekstu można poznać, kto to i który dialog z FINA przedstawiają te grafiki (ukradzione przez ShK z tej strony, gdzie można również przeczytać obszerną recenzję komiksu) ?
Jest coś takiego w czole Moriarty'ego, że nie da się go pomylić z niczyim innym czołem...
Zainteresowanych kupnem odsyła ShK nie bezpośrednio do Amazona, którego szczerze nie znosi, ale do blogu jednego z autorów, o zupełnie ujmującym tytule The Further Adventures of Bret M. Herholz i równie ujmującym nagłówku, gdzie mieści się bardzo sherlockistyczny autoportret (tam już będzie link do Amazona ;).
A na zakończenie wspomni tylko, że ten właśnie wpis inauguruje nową, niezwykle ważną serię notek Sherlockisty czyli "mity". Pop-sherlockistyczne mity w rodzaju "Holmes zawsze chodził w deerstalkerze" albo "Watson był przygłupim dziadziem" będą na Sherlockianach sukcesywnie zwalczane, bo to od początku uważał Sherlockista za jedną ze swoich najważniejszych misji :)
niedziela, 19 grudnia 2010
Ekspresik sherlockistyczny
(to taka forma pośrednia między minipostem a odcinkiem ekspresu :) , nie oznacza, że Sherlockista się świątecznie żegna, bo planuje jeszcze dłuższą recenzję-niespodziankę, ale oznacza, że w Sherlockistycznym świecie raczej duch compliments of the season i nikt nawet żadnego wielkiego błękitnego karbunkułu nie ukradł).
A zatem, doniesienie pierwsze to właściwie przypomnienie o tym, że wciąż toczy się walka o ocalenie domu Arthura Conan Doyle'a, w którym powstawały obiekty naszego uwielbienia. Bez domu, który znalazł się w ruinie i który planuje się podzielić na osiem mieszkań, być może nie byłoby ani Bretta ani Downeya ani Rathbone'a ani Gielguda ani Coulesa ani Merrisona ani nawet tego bloga i znacznej części życia tysięcy Sherlockistów na świecie. No, może ShK trochę przesadził, ale z całą pewnością posiadłość w Undershaw, w której, jak Sherlockista wspominał tu w poprzedniej notce na ten temat (zainteresowanych odsyłam też do podlinkowanego bloga o tytule Help to Save Undershaw). W każdym razie, nie byłoby miejsca, w którym Doyle pielęgnował chorą żonę i przywracał życiu Holmesa po smutnym epizodzie nad wodospadem Reichenbach. Na blogu można poczytać o tym, ilu wspaniałych ludzi zaangażowało się w sprawę - w tym John Gibson, Sherlockiście jeszcze nieznany, choć autor pięciu książek w temacie i działacz Undershaw Preservation Trust, a także znany nam wszystkim Mark Gatiss, któremu zawdzięczamy Sherlocka BBC oraz przedstawiciele Warner Bros. Sherlockista nie mógł się powstrzymać od kradzieży pocztówki świątecznej, na której śnieg litościwie zakrywa wszystkie niedostatki starego domu Doyle'a, pozostawiając czysty urok:
A skąd taka frustracja Sherlockisty? Stąd po prostu, że usiłował ściągnąć tę powieść już-teraz-zaraz-w formie audio z serwisu Audible i serwis Audible wcisnął mu jakiś crap na temat ograniczeń związanych z prawami autorskimi. Naprawdę, bardzo jest to wkurzające i nie pierwszy raz już się ShK naciął na ten fenomen, że jego polskie IP i polska karta płatnicza wykluczają go z grona szczęśliwców, dla których dostępne są różne sherlockistyczne cymesy. Świat nie jest taką znowu globalną wioską, niestety. Może uda mu się ściągnąć wersję papierową i napisać recenzję (nie nie, to nie ta zapowiadana w nagłówku recenzja niespodzianka).
I jeszcze zapowiadana na początek nowego roku kolejna pozycja Moore'a:
...i Sherlockista żegna się na dziś, ale jeszcze tu wkrótce wróci. Przy okazji chciałby serdecznie pozdrowić nowych Czytelników, którzy ostatnio odezwali się w komentarzach :)
A zatem, doniesienie pierwsze to właściwie przypomnienie o tym, że wciąż toczy się walka o ocalenie domu Arthura Conan Doyle'a, w którym powstawały obiekty naszego uwielbienia. Bez domu, który znalazł się w ruinie i który planuje się podzielić na osiem mieszkań, być może nie byłoby ani Bretta ani Downeya ani Rathbone'a ani Gielguda ani Coulesa ani Merrisona ani nawet tego bloga i znacznej części życia tysięcy Sherlockistów na świecie. No, może ShK trochę przesadził, ale z całą pewnością posiadłość w Undershaw, w której, jak Sherlockista wspominał tu w poprzedniej notce na ten temat (zainteresowanych odsyłam też do podlinkowanego bloga o tytule Help to Save Undershaw). W każdym razie, nie byłoby miejsca, w którym Doyle pielęgnował chorą żonę i przywracał życiu Holmesa po smutnym epizodzie nad wodospadem Reichenbach. Na blogu można poczytać o tym, ilu wspaniałych ludzi zaangażowało się w sprawę - w tym John Gibson, Sherlockiście jeszcze nieznany, choć autor pięciu książek w temacie i działacz Undershaw Preservation Trust, a także znany nam wszystkim Mark Gatiss, któremu zawdzięczamy Sherlocka BBC oraz przedstawiciele Warner Bros. Sherlockista nie mógł się powstrzymać od kradzieży pocztówki świątecznej, na której śnieg litościwie zakrywa wszystkie niedostatki starego domu Doyle'a, pozostawiając czysty urok:
A Sherlockista przypomina o całej sprawie dlatego, że dotarły do niego pogłoski o tym, jakoby obrońcy domu Doyle'a mieli się odwołać do sądu wyższej instancji (od decyzji stosownej jednostki samorządu terytorialnego, która wydała już zgodę na planowaną przebudowę).
Doniesienie drugie to właściwie żadne zaskoczenie, ale wszyscy z wyjątkiem ujawnionych już i znanych zapiekłych wrogów Sherlocka Ritchiego (a może nawet i oni :) ucieszą się, że Hans Zimmer zrobi muzykę również do drugiej części filmu (jak wspominał Sherlockista, efekty prac nad jedynką były zarówno w miarę, jak na Hollywood oryginalne i zostały uhonorowane nominacją do Oscara, choć nie samą statuetką).
Doniesienie trzecie to źródło potężnej, gigantycznej wręcz frustracji Sherlockisty. Ukazała się bowiem w zdecydowanie bardziej cywilizowanym sherlockistycznie świecie debiutancka powieść Grahama Moore'a pod tytułem The Sherlockian.
Okładka jest banalna do bólu zębów, ale fabuła już chyba mniej. Powieść składa się z dwóch równoległych wątków: sir Arthura Conan Doyle'a i współczesnego narratora, który jest specem od opowiadań o Holmesie. Obaj próbują rozwiązać zagadki "z prawdziwego życia" z pomocą Sherlockowych metod. Więcej (ale niewiele więcej) zdradzi Czytelnikom sam autor, Graham Moore, w promocyjnym klipie:
A skąd taka frustracja Sherlockisty? Stąd po prostu, że usiłował ściągnąć tę powieść już-teraz-zaraz-w formie audio z serwisu Audible i serwis Audible wcisnął mu jakiś crap na temat ograniczeń związanych z prawami autorskimi. Naprawdę, bardzo jest to wkurzające i nie pierwszy raz już się ShK naciął na ten fenomen, że jego polskie IP i polska karta płatnicza wykluczają go z grona szczęśliwców, dla których dostępne są różne sherlockistyczne cymesy. Świat nie jest taką znowu globalną wioską, niestety. Może uda mu się ściągnąć wersję papierową i napisać recenzję (nie nie, to nie ta zapowiadana w nagłówku recenzja niespodzianka).
I jeszcze zapowiadana na początek nowego roku kolejna pozycja Moore'a:
...i Sherlockista żegna się na dziś, ale jeszcze tu wkrótce wróci. Przy okazji chciałby serdecznie pozdrowić nowych Czytelników, którzy ostatnio odezwali się w komentarzach :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)









