Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leslie Klinger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leslie Klinger. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 czerwca 2011

Różne kradzione cudeńka, uspokajająca wieść o Sherlocku Ritchiego no i Batman!

Po ostatnich rewelacjach na temat śmierci Spidermana ([*]), wobec odejścia Captain America oraz Batmana (w sprawie skojarzeń z superbohaterami patrz też przypis pod postem), Sherlockista nie mógł odmówić sobie na otarcie łez bezczelnego przekopiowania tego rozkosznego komiksu:




(ukradł go stąd)
---
W samym środku posta ukryje ShK malutką informację na temat sequela Sherlocka Ritchiego, która mogła umknąć uwadze Czytelników, nawet jeśli za radą Sherlockisty wiernie słuchają podcastów ekipy Baker Street Bloga (I hear of Sherlock Everywhere - najnowszy odcinek poświęcony jest ukochanemu Watsonowi wszechczasów, niedawno zmarłemu Edwardowi Hardwicke'owi). Otóż na początku długiego wywiadu z Lesliem Klingerem (link jest do Sherlockianowej etykiety, warto przegrzebać starsze posty) uzyskujemy kojącą informację, że twórcy tej produkcji, przez którą niektórzy z nas czasem budzą się w środku nocy z sercem ściśniętym nieokreślonym lękiem, poszli po sherlockistyczny rozum do głowy, a kiedy wrócili z niczym, wybrali się poń właśnie do Klingera. Innymi słowy: ten naprawdę wielki ekspert od wszelkich holmesologicznych spraw podobno udzielał autorom filmu jakichś konsultacji... Może od dziś będziemy spać trochę lepiej ;)
---

 Wreszcie, na koniec, Sherlockista serdecznie dziękuje również CheshireCatto, która zaopatrzyła go w mnóstwo informacji i nowy teaser najnowszej gry Frogwares poświęconej Sherlockowi - Testament of Sherlock Holmes. Gra  ma się ukazać zarówno w wersji na konsolę jak i na pecety. Sherlockista, chociaż za każdym razem zarzeka się, że na grach nie zna się nawet w takim stopniu, w jakim obecnie znają się na nich szanujące się siedmiolatki, to jednak musi przyznać, że jest bardzo zaintrygowany. Postaci w wersji Frogwares znamy już z wspominanych tu poprzednich gier o Sherlocku, wiadomo zatem, że można oczekiwać całkiem dobrych i całkiem kanonicznych dialogów, a także kanonicznie wyglądającej grafiki. Ta ostatnia chyba zresztą sporo zyskała, i to nie tylko w sensie sherlockistycznym. Trailer (poniżej) momentami naprawdę wygląda atrakcyjnie, a już na pewno nieskończenie bardziej atrakcyjnie niż pierwsza zapowiedź gry z makabrycznymi dziećmi i Watsonem-pacynką (do obejrzenia w starej notce ShK na temat Testamentu).
Co więcej, z również podlinkowanego przez Życzliwą Informatorkę :) forum Sherlockista dowiedział się, że i fabuła wygląda bardziej interesująco niż dotychczas (Kuba Rozpruwacz, Arsene Lupin itp. to oklepane historie). Sherlock pakuje się w kłopoty i musi oczyścić się z zarzutów, a idzie mu to na tyle słabo, że nawet Watson zaczyna traktować go podejrzliwie. Takie dramatyczne wersje Holmesa lubi ShK w każdym wydaniu, chociaż przejście gry pewnie znowu zajmie mu długie dni...





---
Sherlockista zastanawia się, czy ktokolwiek spośród jego Czytelników jest może fanem serialu Queer as Folk? Pamiętacie "Captain Astro", którego uwielbiał Michael i który sam odegrał niebanalną rolę w rozwoju akcji? O ile można wierzyć plotkom, to wbrew pozorom nie był to fikcyjny odpowiednik "Captain America". Początkowo obiektem fascynacji Michaela miał być ponoć sam Batman, jednak właściciele praw autorskich nie zgodzili na wykorzystanie wizerunku swojego superbohatera w gejowskim serialu...

poniedziałek, 21 marca 2011

Pierwsza w dziejach bloga recenzja z połowy dzieła - The Sherlockian



Recenzja będzie tylko z (pierwszej) połowy książki, bowiem drugiej Sherlockista czytać nie zamierza. Wiosna idzie, rower trzeba odkurzyć, na chomiku mnóstwo dobrego Sherlocka, nie wspominając o zapasach w domu, czas bliskim poświęcić, wódki się napić, przeczytać co 3 słowo w "Badaniach logicznych" Husserla w poszukiwaniu tajnego kodu typu Dana Browna, posegregować skarpetki na kolory albo na długość albo na jedno i drugie, przekładając co 5 do oddzielnej szufladki na którą nakleimy ręcznie rzeźbiony drewniany szyld z napisem "Pewnik wyboru" - ważniejszych zadań przychodzi ShK do głowy cała masa.


Produkcja Grahama Moore'a, wydana w Ameryce jako The Sherlockian a w Wielkiej Brytanii jako The Holmes Affair* doczekała się całkiem niezłej recenzji w Timesie, a także odcinka bardzo wspaniałego podcastu I Hear of Sherlock Everywhere! Autor zafundował też swojemu dziełu stronę internetową, pardon, jak to się teraz mówi "oficjalnego bloga" powieści. I wszystko to jest dla Sherlockisty kompletnie niepojęte. To jest, da się zrozumieć, jak przebiegają marketingowe mechanizmy, dzięki którym takie idealnie dostosowane do wymogów współczesnego czytelnika produkty - bo o literaturze chyba nie może być mowy, przynajmniej w odniesieniu do pierwszych 200 stron - są recenzowane w poważnych gazetach. Da się nawet zrozumieć, jak to zostało zrobione. Sherlockista czytywał kiedyś z czymś w rodzaju toksycznej fascynacji amerykańskie podręczniki czytania powieści i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że autor - który wcześniej pisywał tylko scenariusze kinowe i telewizyjne - co najmniej starał się realizować zalecenia w rodzaju "staraj się zastępować przymiotniki czasownikami", "dbaj o to, żeby twoje zdania nie były dłuższe niż pięć słów", "wybierz narrację w trzeciej osobie ale z perspektywy" i "każdy rozdział zakończ czymś, co skłoni czytelnika do przeczytania następnego". Zwłaszcza przedostatni punkt, dotyczący narracji, odbił się szczególnie boleśnie na tonie opowieści, ale o tym jeszcze za chwilę.
Ponieważ na książkę składają się dwie równolegle przedstawiane historie, ma ona też dwóch "trzecioosobowych narratorów". Papierowy i nieciekawy Harold White, świeżo-mianowany członek Baker Street Irregulars ma ambicję rozwikłać morderstwo znanego Sherlockisty, który właśnie odnalazł bezcenny pamiętnik Doyle'a (wątek ten został zainspirowany sprawą zabójstwa Richarda Lancelyna Greena a, jak można się dowiedzieć z linkowanego wyżej podcastu, w jeszcze większym stopniu na poły zmyślonym esejem Davida Granna, o którym Sherlockista pisał tu). Równolegle, Doyle, który właśnie z wielką radością pozbył się ze swojego życia Holmesa stracając go w otchłań wodospadu Reichenbach, próbuje rozwiązać sprawę seryjnego mordercy sufrażystek, a także wysłanego mu listu z bombą. O ile miałka i blada narracja prowadzona przez "Harolda" jest tylko przeciętna i niewciągająca, o tyle równie nijako napisane części o Doyle'u, w których jest on konsekwentnie nazywany "Arthur" przyprawia o zgrzytanie zębów i płacz z irytacji. Moore tłumaczy się z tej idiotycznej decyzji w podcaście, bo jako osoba dobrze obeznana z realiami sherlockistycznego świata doskonale wie, że dla nas ACD to zawsze Conan Doyle i nawet Amerykanie nigdy nie mówią/piszą/myślą o nim per "Arthur". Moore sądzi jednak, że w nowoczesnej powieści wszystkie postaci muszą być nazywane po imieniu i gdyby zrobił inaczej w częściach umieszczonych w 19 wieku, to mógłby popaść w nieudolne naśladownictwo mistrzowskiej narracji Watsona. No cóż, faktycznie, jakichkolwiek prób naśladowania barwnej prozy Watsona nie sposób mu zarzucić, czytelnik natomiast może się rozkoszować "nowoczesnymi" stronicami na temat "Arthura" i "Brama" (Stokera, autora "Draculi" i znajomego Doyle'a w życiu i w książce Moore'a). W nowoczesnej powieści nie ma też ewidentnie miejsca na jakiekolwiek odważniejsze zabiegi literackie - zdania Moore'a są proste i rzeczowe jak wyjęte żywcem z serialowych didaskaliów.
Na temat intryg może Sherlockista powiedzieć tylko tyle, że 200 stron nie wciągnęło go w żaden wątek. Śledztwo White'a pełne jest nachalnych i naiwnych odwołań do Kanonu (wszystkie aluzje są na wszelki wypadek wypowiedziane i łopatologicznie wytłumaczone - autor powołał nawet do życia specjalną postać, wyjątkowo irytującą dziennikarkę "spoza sherlockistycznego świata", by mieć pretekst do pieczołowitego wskazywania źródeł cytatów i nawiązań). Bohater twierdzi, że zamierza się kierować metodami Holmesa, ale wychodzi to zupełnie nienaturalnie i mało imponująco. Zamiast realnych metod jest garstka cytatów. Zamiast genialnych, błyskotliwych dedukcji - nieśmiałe zgadywanki. Sherlockista doskonale wie, że w dwudziestym pierwszym wieku modne są postaci detektywów-przeciętniaków, ale on osobiście zatrzymał się na jakims innym etapie rozwoju gatunku roman policier i chyba szuka jednak w podobnych książkach momentów podziwu i ekscytacji. Lepiej i ciekawiej poczyna sobie Conan Doyle, ale mozolne, boleśnie nudno realistyczne opisy jego działań, łącznie z próbami politycznie poprawnego opisania myśli konserwatysty, który inwigiluje środowisko sufrażystek byłyby niestrawne nawet bez "Arthura" i "Brama".
Podsumowując, zamiast sięgać po książkę, lepiej posłuchać podcastu, a w nim długiego wywiadu z autorem. Pan Moore na żywo wciąż nie jest interesujacy - ale opowiada wiele ciekawych i sympatycznych anegdot o członkach BSI, którzy pomagali mu w pracy nad książką, w tym o niezastąpionym Lesliem Klingerze i Danielu Stashowerze (specjaliście od biografii ACD). Sherlockista musi tu zaznaczyć, że z rozmowy nie wynika, by BSI krytykowało tę powieść - wręcz przeciwnie, przytoczone reakcje są pozytywne, podobnie jak linkowane wcześniej recenzje. ShK zaczął się nawet zastanawiać, czy nie sprawdzić, co jest na końcu, bo może ostatnie strony rzutem na taśmę ratują tę książkę. Po namyśle jednak postanowił pozostawić to wyzwanie...komuś innemu :) Kiedy Moore wspomina, jak to długo bał się, że nie da rady napisać dobrej książki i życzył sobie, by tematem zajął się ktoś obdarzony lepszym piórem, można tylko przez grzeczność zamilczeć.


---
*Sherlockista, niestety, dał się nabrać, kupił przez pomyłkę obie i tę amerykańską, niemacaną i nietkniętą zamierza wkrótce sprzedać na Allegro za jakieś 40 zł plus wysyłka, ew. odbiór osobisty połączony z sherlockistyczną kawą w Krakowie :) Jak widać z recenzji, nie jest to pozycja, którą szczerze poleci, jednak jeśli ktoś z Czytelników jest zainteresowany i chce sobie wyrobić własne zdanie, to ShK zachęca do kontaktu jeszcze przed aukcją (książka kosztowała go oryginalnie bodaj 13 funtów plus przesyłka).

środa, 16 lutego 2011

Sherlockistyczne spóźnione walentynki...

...przyszła! Przyszła! Naprawdę przyszła, pod wieczór, niespodziewanie, kiedy zaczynał już Sherlockista tracić nadzieję. Piękna nad wszelkie pojęcie i cudowniejsza niż w najśmielszych marzeniach. Okryta tylko cieniutką żółtą kopertą ze stemplem BSI i Urzędu Celnego w Warszawie, ale wewnątrz twarda, solidna, ciężka i wspaniała.

Właśnie ona, tu z frustracją jako obiekt marzeń jedynie Sherlockisty opisana.
Prawie 450 stron najpiękniejszych, najstarszych, legendą owianych pereł Sherlockizmu, najlepsze eseje najwspanialszych ludzi na świecie z lat 1902-1959... Wszystkie obiecywane przez BSI nazwiska i jeszcze tyleż więcej... Esej Założycielski Knoxa, Dorothy L. Sayers razy kilka, Franklin D. Roosevelt, Christopher Morley, Anthony Boucher, Vincent Starrett, Rex Stout, Jay Finley Christ, sam William S. Baring-Gould (no, fragment ;) )... Nieprzebrane bogactwo i niesłychane wzruszenie.
Ale pewnie nie miałby Sherlockista autentycznych łez przejęcia w oczach, gdyby nie otworzył od razu łapczywie okładki i nie zobaczył, że na pierwszej stronie ma prawdziwy autograf Lesliego Klingera (...no dobra, Laurie King też, w zaistniałej sytuacji chyba trzeba będzie zacząć jej wybaczać Mary Russell)...
(ShK serdecznie przeprasza za jakość tego zdjęcia, ale jak się dysponuje wyłącznie przedpotopową komórką bez flesza i kabelka do komputera to... to Czytelnicy nawet nie wiedzą, na ile wysiłków trzeba się wtedy zdobyć, żeby zaszpanować autografem na blogu ;) )
W tej sytuacji może tylko Sherlockista powiedzieć, że BSI rzeczywiście działa, że jak piszą na stronie, że mają jeszcze trochę egzemplarzy z autografem to należy wierzyć, że mają a nie potem tracić oddech z wrażenia i...
...i idzie czytać :)

sobota, 29 stycznia 2011

Post w sensie ścisłym...

Po obfitującym w różnorakie smakowite wydarzenia początku stycznia, ostatnie dwa tygodnie były dla Sherlockisty jak dieta kopenhaska. Rzucał się z nadzieją na każdy tekst, w którym zabłysło nazwisko Holmesa, po czym odkrywał, że trafił właśnie na bloga poświęconego drzewkom bonsai albo, o zgrozo, o Smoleńsku (tylko otchłannie głębokie poczucie obowiązku Sherlockisty skłoniło go do zajrzenia do artykułu pod tytułem Katastrofa smoleńska i Sherlock Holmes (tytuł chyba został zmieniony, bo teraz trudno go wyszukać. Niestety - na szczęście? - okazało się, ku wielkiemu rozczarowaniu ShK, że nie odkryto przy wraku samolotu śladów żadnego wielkiego psa, a po prostu ktoś odwołał się w wywiadzie do cytatu z Holmesa ("Insensibly one begins to twist facts to suit theories, instead of theories to suit facts." - SCAN, podobną wypowiedź można znaleźć już w STUD.
Jakoś nie poruszyła też ShK wstrząsająca informacja o kłótniach między Judem Lawem (Ritchie-Watsonem) a Robertem Downeyem Jrem (Ritchie-Holmesem) na temat Mela Gibsona - która została zamieszczona na 6 chyba różnych portalach... Zainteresowanym streszcza Sherlockista, że RDJ ma dług wdzięczności wobec Mela, który pomagał mu kiedyś wyciągać się z nałogów. Law tymczasem jest przejęty losem Oksany, która zarzuca Gibsonowi rzeczy naprawdę jeżące włos na głowie. Prawda, że to poruszająca sprawa? Czy to wpłynie na atmosferę na planie? Już niebawem dowiemy się więcej, niestety...

Sherlockista po raz enty otrzymał też znacznie ciekawszą, ale frustrującą na swój sposób informację, że na stronie Baker Street Journal można kupić zaplanowaną na luty i absolutnie zachwycającą książkę pod wspólną redakcją Laurie King (tak, to ta od Mary Russell... nie zrażajcie się jednak, drodzy Czytelnicy i czytajcie dalej, King w zeszłym roku wstąpiła do BSI i chyba schodzi na właściwą drogę ;) oraz Lesliego Klingera (prawda, że od razu lepiej? :) ).

Jak widać, tytuł brzmi bardzo godnie: The Grand Game, a Celebration of Sherlockian Scholarship i jest zbiorem obrosłych już legendą holmesologicznych esejów. O pierwszym, założycielskim właściwie eseju tego typu, autorstwa Ronalda Knoxa, już ShK wspominał (w podlinkowanym tekście jest z kolei link do tekstu Knoxa), ale w wyborze znalazły się też artykuły A. A. Milne'a, Christophera Morleya (tego, który został wspomniany m. in. tu jako założyciel BSI), Rexa Stouta (Czy Watson też była kobietą?!), Dorothy L. Sayers i wielu innych holmesologicznych sław, a nawet niektórych prezydentów Stanów Zjednoczonych ;) Na stronie BSJ można to cudo zamówić, za jedyne 50 dolarów plus koszty przesyłki (ok. 15 dolarów razem z podatkiem). Ah, well, bother.
Leslie Klinger na swoim twitterze jakiś czas temu linkował pokaz slajdów z podpisywania książki podczas BSI - weekendu.

I to, obawia się Sherlockista, chwilowo byłoby na tyle...

czwartek, 6 stycznia 2011

Kolejne życzenia :)

6 stycznia, Trzech Króli i dwunasty dzień po Bożym Narodzeniu to święto, które obchodzi każdy sherlockista, bez względu na wyznanie lub jego brak. Nie wszyscy dowierzają, że Christopher Morley, słynny założyciel Baker Street Irregulars, miał naprawdę dobry powód, by uznać, że to właśnie tego dnia przyszedł na świat Sherlock Holmes (syn Sigera i Violet). Kanon - alas! - milczy na ten temat. W dodatku, dziwnym zbiegiem okoliczności, 6 stycznia wydane zostało pierwsze The Saturday Review 1934 roku, a do tego pisma Morley akurat pisywał. Co więcej, krążą pogłoski o jakichś astrologicznych przepowiedniach, jakoby to właśnie tego dnia Holmes przyszedł na świat, a z pewnością tego dnia urodził się jeden z braci Morleya.
ShK musi jednak wyznać, że jest zachwycony i przekonany uzasadnieniem, jakie Morley ostatecznie podał - a także jakie głosił ponoć William Baring-Gould (autor pierwszego Annotated Sherlock Holmes, czyli krytycznego opracowania całego Kanonu, z którego korzystały wszystkie pokolenia Sherlockistów przed nami - my bowiem sięgamy już po Klingera).
Sherlock Holmes często cytował Shakespeare'a, jednak tylko jedną sztukę przywołał dwukrotnie - Twelth Night, znaną u nas jako... "Wieczór Trzech Króli" :) Prawdopodobnie Holmes miał po prostu sentyment do tej komedii bo właśnie w wieczór 6 stycznia sam obchodził urodziny.
Dwukrotnie też wybiera ten sam cytat - "Journeys end in lovers' meeting (s)" (II, s. 3) - którym w EMPT wita się szyderczo z pułkownikiem Moranem, a w REDC, już chyba nieco bardziej żartobliwie, z inspektorem Gregsonem. 
I do tego właściwie sprowadza się nasz jedyny uchwytny argument za obraną przez Morleya datą urodzin Holmesa... Jest jeszcze tylko drobny, choć oczywiście znamienny fakcik, który potwierdza teorię o wieczorze Trzech Króli. Otóż, gdy spotykamy bohaterów o poranku w VALL - a był to 7 stycznia, o czym informuje nas bezpośrednio Watson (są tylko pewne niejasności co do roku) - dręczy ich zadziwiający brak apetytu. Czemuż to śniadanie pani Hudson pozostało nietknięte? Zapewne z powodu niedomagania spowodowanego szaleństwami minionego wieczoru, kiedy to świętowali kolejne urodziny Holmesa.

Sherlockista serdecznie zachęca wszystkich do równie godnego uczczenia owej rocznicy* :)



*Dlaczego akurat 157? To na szczęście prostsze i pewniejsze, w LAST, czyli u progu pierwszej wojny światowej, powiedziane jest, że Holmes ma 60 lat, co oznacza, że przyszedł na świat w roku 1854 (można oczywiście interpretować zdanie z LAST luźniej, a w dodatku sam Conan Doyle urodził się dopiero w roku 1859, ale tradycja uświęciła już datę 6.10.1854 i nie widać dość dobrych powodów, by się jej nie trzymać :).


czwartek, 28 października 2010

Leslie Klinger i Sherlock BBC/PBS oraz coś o rozumowaniu Sherlocka H

Sherlockista pragnie podzielić się dziś dwiema perełkami, które zupełnie nie są ze sobą związane, ale dzielić notki na dwie też sensu specjalnie nie ma.

Na pierwszą Czytelnicy mogli już natrafić na jedynym w swoim rodzaju, przewspaniałym Baker Street Blogu. Można tam przeczytać serię tweetów Lesliego Klingera, jednego z najwybitniejszych holmesologów w historii sherlockizmu w ogóle i (między innymi) redaktora nowego, przewspaniałego trzytomowego wydania Kanonu z komentarzami i opracowaniem krytycznym (The Annotated Sherlock Holmes), a przy tym, rzecz jasna, członka BSI i autorytetu Sherlockisty in all things Sherlockian. Tweety Klingera pisane były w czasie (ponownego) oglądania zupełnie niekontrowersyjnego wśród Czytelników Sherlockisty serialu BBC, który właśnie emitowany jest przez amerykańską telewizję PBS.
Sherlockista najserdeczniej zachęca do przeczytania tweetów od dołu i jeszcze lepiej z jednym okiem na A Study in Pink. Od siebie może powiedzieć, że mówił chyba prawie dokładnie to samo w tych samych momentach i czytając wypowiedzi Klingera zarazem bardzo się wzruszył wspólnotą doświadczeń i wbił w dumę, że Widział To Samo, co Sam Klinger :) (z wyjątkiem jednego, genialnego wyjaśnienia zachowania BBC-Sherlocka, które Klinger podaje pod sam koniec - dotyczy to nieco głupiego uporu SH, żeby koniecznie spróbować wybranej kapsułki, którego ShK nie potrafił sobie wytłumaczyć). Jeszcze raz zatem zachęca do wejścia w link w pierwszych linijkach tej notki.

Druga dotyczy nowej, arcyciekawej książki o rozumowaniu Sherlocka Holmesa  - Reasoning Backwards. Sherlock Holmes' Guide to Effective Problem Solving Gregga Younga, z której fragment można przeczytać tu. Young nie napisał jej bynajmniej dla sherlockistów, a dla ludzi, którzy chcą zarabiać pieniądze i potrzebują w tym celu skutecznych metod rozumowania. Do tej pory, Young reklamował powszechnie nauczane sposoby, takie jak burza mózgów, badanie różnych możliwości, etc, które nazywa ogólnie rzecz biorąc rozumowaniem "do przodu". Ponoć czytając Holmesa doznał olśnienia i uznał, że niezawodnym ratunkiem dla wszelkich osób poszukujących skutecznego i szybkiego rozwiązania problemów będzie właśnie rozumowanie "do tyłu", którego metody stara się wyciągnąć z opowiadań Doyle'a.
Pytanie o to, na czym właściwie polegała słynna Sherlockowa "dedukcja" bynajmniej nie jest niekontrowersyjne. Sherlockista, który sam jako filozof z wykształcenia i zamiłowania tematem sposobów rozumowania jest osobiście zainteresowany, natknął się na szereg różnych interpretacji i zamierzał popełnić kiedyś dłuższy tekst na ten temat. Trudno nie zauważyć, że rozumowanie Holmesa nie jest ścisłą dedukcją, a zatem rozumowaniem gwarantującym przenoszenie prawdziwości z przesłanek na wnioski, że bardzo wiele stosuje Holmes wręcz indukcyjnych, empirycznych i niepewnych uogólnień a już na pewno często zbyt wiele pojawia się w jego wywodach ukrytych przesłanek, żeby w ogóle oceniać strukturę i poprawność jego wywodów, nie wspominając już o niezawodności jego rozumowań.
Young kładzie jednak nacisk na dwa aspekty pracy intelektualnej Holmesa, które nie podlegają dyskusji. Po pierwsze, celem Holmesa - jako detektywa - jest (przeważnie, bo z pewnością nie zawsze) wykrycie przyczyn stanów rzeczy, które już zaistniały, a zatem rozumowanie "wstecz", od skutków do powodów i przyczyn. Przed nami leży trup, co się stało, kto spowodował ten smutny stan rzeczy?
Sherlockista spotkał się z takim, arcyciekawym ujęciem Holmesowego rozumowania, podług którego polega ono na ustaleniu - wychwyceniu - właściwej hipotezy wyjaśniającej dane zdarzenie. Jest to, w pewnym przybliżeniu, odpowiednik abdukcji (pojęcie Ch.S. Peirce'a), czyli procesu, w ramach którego - w dużym uproszczeniu - 'wydziera' się czy też 'wyrywa' rzeczywistości, a mówiąc mniej metaforycznie po postu zgaduje właściwą teorię przyczyn zajścia danego faktu.
Chociaż Young uparcie trzyma się terminu "dedukcja", prawdopodobnie ma na myśli rozumowanie właśnie takiego kształtu. Żeby jednak natychmiast uciec od podejrzanego słowa "zgadywać" (Holmes uważał zgadywanie, jak pamiętamy, za szokujący nawyk), trzeba wyjaśnić, co może nam pomóc w tym procesie. Wywody Younga na ten temat są już znacznie bardziej kontrowersyjne.
Otóż zaleca on, by poważnie potraktować wszystkie te słynne wypowiedzi Holmesa o tym, że nie da się zrobić cegieł bez gliny, że jest wielkim błędem teoretyzować przed poznaniem faktów i że aby cokolwiek powiedzieć o sprawie najpierw potrzebuje zebrać "data, data, data!". Jednym słowem Young stanowczo oponuje przeciwko modnemu w XX i XXI wieku zwyczajowi układania wielu hipotez (burza mózgów) i sprawdzania ich po kolei, twierdząc, że jest to strata czasu. Zdaniem Younga, należy podejść do sprawy "bez uprzedzeń" i bez formowania wstępnych teorii. Sęk w tym, że z uwagi na ustalenia filozofii nauki, ale także filozofii trudno uwierzyć, by coś podobnego było w ogóle możliwe. Holmes każe nam "obserwować", ale, jak zauważył Popper, jak mamy "obserwować", jeśli nie wiemy najpierw czego wypatrywać? By ustalić, czego ewentualnie wypatrywać potrzebujemy chociażby wstępnej hipotezy badawczej, a wtedy przestaniemy już być w zgodzie z zaleceniami Younga... Sherlockista na razie wstrzymuje się jednak z oceną argumentacji Younga i samej książki, którą z całą pewnością sprowadzi, kiedy tylko stanie się dostępna (w marcu 2011). A wygląda tak: