Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Gatiss. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Gatiss. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 grudnia 2012

ShKA - 13 grudnia, M jak MYCROFT

M! Nie ma to jak zostać brytyjskim rządem, być cwańszym od samego Sherlocka Holmesa i dać się zapamiętać wyłącznie jako jego starszy brat. 

Pogłoski jakoby w rzeczywistości czekonotka poświęcona była literce M-jak-Mark-Gatiss-z- parasolem są przesadzone. Trochę.


niedziela, 29 stycznia 2012

Pamiętajmy o Undershaw

Teraz, kiedy wszyscy czekamy, aż Moffat przywróci do życia Holmesa w trzeciej serii, to najlepszy moment, żeby przypomnieć sobie, jak - a zwłaszcza: gdzie! - zrobił to sam ACD.
Undershaw, dom ACD w latach 1897-1921 to zarówno miejsce narodzin HOUN, w którym Sherlock powrócił na łamy Strandu (chociaż historia ta była oficjalnie datowana przed FINA), jak i wreszcie samego zbioru Return of Sherlock Holmes, tego, któremu zawdzięczamy nie tylko EMPT i triumfalne zmartwychwstanie, ale też fantastyczne SIXN z niezapomnianym hołdem Lestrade'a, SECO (ach ten cudowny, przecudowny film z Brettem!), CHAS, które osobiście zaliczam do mojej piątki najukochańszych (Sherlock namawia Watsona na wspólny włam i zaręcza się z pokojówką...), DANC, to kultowe DANC, dzięki któremu niejedno szczęśliwe, karmione Holmesem dziecko, wymyślało swoje własne ludzikowe alfabety... Chyba już Was przekonałam?
Undershaw to nie jest tylko miejsce, w którym ACD przypadkiem mieszkał (od 1897 roku), ale dom zaprojektowany specjalnie dla niego, a także w znaczącym stopniu przez niego i dostosowany do potrzeb umierającej na gruźlicę Louise, jego pierwszej żony. Powietrze Surrey, piękny dom z czerwonej cegły i ogromne, rozsłonecznione okna, przez które widać było morze zieleni, przedłużyło Louise życie o prawie dziesięć lat.
Tu ACD przeżywał rozterki związane z miłością do Jean Leckie, którą poznał już w maju 1897 roku, a rycerski honor nie pozwolił mu rozwijać romansu przez całe dziewięć lat, aż do śmierci Louise - rok później Jean została jego drugą żoną. (Cały ten okres opisany jest niezwykle barwnie w recenzowanej kiedyś na Sherlockianach książce Barnesa Arthur & George). Z tego domu wyruszył na II Wojnę Burską. Tu wreszcie przyjmował wielkich swojej epoki, którzy byli dla niego kumplami i znajomymi - między innymi J. M. Barrie'ego, Brama Stokera, Virginię Woolf.


Na powyższym zdjęciu widać małego chłopca: to Kingsley, syn Doyle'a, który miał przejąć Undershaw po śmierci Louise. Niestety, chociaż Kingsley przeżył walkę na froncie pierwszej wojny światowej, padł ofiarą powojennej epidemii hiszpanki. W 1921 roku Doyle sprzedał Undershaw (wbrew oczekiwaniom- ze znaczną stratą), a już od roku 1924 aż do 2004, stary dom służył jako hotel i restauracja.
Kłopoty zaczęły się właśnie w roku 2004, kiedy dom przejął prywatny deweloper, a Waverley Borough Council odmówiła zakupu posiadłości. Odmówiła trochę dlatego, że fizycznie nie miała odpowiednich funduszy, ale przyznała też, że nie dość wysoko ceni historyczną i architektoniczną wartość domu. W końcu ACD, twórca jednej z największych ikon światowej kultury (nie lubię słowa popkultura), nie zasługuje na taką samą atencję, jak poważni pisarze. Sam Doyle byłby oczywiście zupełnie załamany taką diagnozą, bo całe życie wyrzucał sobie, że opowiadanka o Holmesie to nic godnego uwagi i pragnął wybić się przede wszystkim poważnymi powieściami historycznymi (bez sukcesu). Chwilowo nie ma więc niestety większych szans na to, by Undershaw zostało przeznaczone na muzeum.

W sprawie opisu wnętrza domu oddam głos komuś, kto robi to szczególnie wspaniale i z nieskrywanym wzruszeniem:

Save Undershaw from WetherbyPond on Vimeo.

A czemu to wszystko piszę? Bo to cenne miejsce ma zostać zniszczone - ale jest jeszcze czas, by zadziałać w jego obronie.
Jak pisałam tu niedawno, oficjalnie zaokrętowałam się na pokład The Undershaw Preservation Trust w roli tak zwanego ambasadora i moim zadaniem jest tłumaczyć, na czym polega niebezpieczeństwo, co chcemy osiągnąć i jak to można zrobić. Jest to potrzebne także dlatego, że wokół dwóch pierwszych punktów narosło trochę nieporozumień. Do dzieła!

NIEBEZPIECZEŃSTWO

Historię domu skończyłam na roku 2004, kiedy to został właściwie opuszczony i wpadł w ręce bezlitosnych developerów-kapitalistów ;)
Wbrew temu, co czasem można usłyszeć, nie planuje się zburzenia samego Undershaw. Na współczesnych zdjęciach i filmach widać, że do starego domu Doyle'a dołączono jeszcze coś - to budynek z 1920 roku. Ten właśnie fragment ma być wyburzony. Zamiast niego ma tam powstać aż 5 szeregowych domków, które będą większe niż wyjściowy budynek.
Największym problemem jest to, że dom Doyle'a ma zostać nieodwracalnie i nieusuwalnie podzielony na trzy podobne szeregówki. Zniszczony zostanie nie tylko zamysł architektoniczny (a, przypominam, autorem projektu był w dużej mierze sam ACD), ale i wartość zabytkowa obiektu.

CEL


The Undershaw Preservation Trust, także wbrew temu, co można czasem przeczytać, nie walczy już nawet o to, by Waverley Borough Council odnowiła dom i urządziła tam muzeum. Nie staram się nawet próbować wnikać w angielską terminologię prawniczą, ale w uproszczeniu: do odpowiedniej instancji sądu została zgłoszona skarga na działania WBC i odpowiednia instancja zgodziła się wysłuchać obu stron. Skarga dotyczy zgody WBC na podzielenie domu - a rozprawa ma się odbyć 23 maja 2012, dzień po urodzinach ACD.
Dodatkowym argumentem po naszej stronie jest fakt, że powstała droga ułatwiająca dostanie się do Undershaw, dzięki czemu bardziej realna stała się wizja, że w przyszłości mogliby tu przyjeżdżać liczni turyści.

POMOC


Największą rolę mają do odegrania oczywiście Ważne Osoby (na przykład duchowy przywódca Undershaw Preservation Trust, Mark Gatiss) i każdy, kto czuje w sobie moc przekonania WBC do tego, by zmieniła zdanie i zrobiła cokolwiek w sprawie ocalenia Undershaw. Na początek: niech chociaż obejmie dom ochroną przed nieodwracalnymi zmianami.
Nieliczni szczęśliwcy będą mogli wypełnić salę sądową i na żywo wspierać reprezentantów UPT.
Osoby związane z mediami mogą postarać się zadbać o odpowiednie nagłośnienie całej sprawy.
Wszyscy mamy za zadanie podpisać petycję (link na stałe w prawym górnym rogu bloga) i informować kogo się da (może przychodzą Wam do głowy różne znane osoby lub instytucje, które warto by zainteresować losami Undershaw?).
Warto reklamować akcję UPT - i petycję - na facebooku, twitterze, blogu.
Sherlock BBC zrobił furorę, Sherlock Ritchiego podbił box-office'y - czas zewrzeć szyki i pokazać, ile jest na świecie osób, dla których ocalenie domu Doyle'a to poważna sprawa.
P.S. Nie bójcie się wyskakującego okienka po petycji :) Jest nachalne, ale nie trzeba żadnych darowizn, wystarczy podpis :)

niedziela, 15 stycznia 2012

Undershaw - o domu ACD raz jeszcze

Z wielką przyjemnością ogłaszam, że Sherlockiana (jeszcze) oficjalnie(j) włączają się w akcję The Undershaw Preservation Trust - czyli towarzystwa walczącego o to, by nie niszczyć Undershaw, domu, w którym ACD napisał, między innymi, tak wspaniale odkurzone ostatnio przez BBC, HOUN.

Sherlockista jest teraz tak zwanym repem na Polskę, czyli osobą, do której można kierować te tłumy ludzi wypytujące Was bezustannie o to, na czym polega afera z domem ACD i jak można pomóc ;)
Naszym patronem jest ten sam BBC-Mark Gatiss, którego tak często tu wychwalam. Naszym celem jest tylko to, żeby nie dopuścić do nieodwracalnego zniszczenia zabytku (podzielenia go i dobudowania części znacznie większej niż wyjściowy dom), chociaż idealnym rozwiązaniem byłoby oczywiście przerobić Undershaw na muzeum.
Pomysł jest bardzo prosty: trzeba wywrzeć na radę (Waverley Borough Council), która o tych zmianach zdecyduje (prawdopodobnie w kwietniu) presję tak zwanej międzynarodowej opinii publicznej. Na początek - o czym jeszcze będę przypominać - podpiszmy petycję.

A kiedy skończy się ten cudowny Holmesowy styczeń z Sherlockiem BBC, pojawi się na Sherlockianach dłuższa notka na temat domu, jego historii i działań UPT (troszkę już można znaleźć w starszych notkach pod etykietą Undershaw).

poniedziałek, 9 stycznia 2012

"Hounds of Baskerville". Wierny "Pies..."!

To był najlepszy, jak dotąd, odcinek z obu sezonów "Sherlocka" BBC - a to pewnie będzie moja pierwsza opinia o tym wspaniałym serialu, która wywoła kontrowersje.
Czytałam* już sporo komentarzy w rodzaju "nie no, w sumie też fajne..." i zupełnie im się nie dziwię. W kategorii "film detektywistyczny dla szerszej publiczności" żaden "Pies..." nigdy nie będzie miał szans w pojedynku z dynamicznymi mieszankami kryminałów, szpiegowskich intryg i pojedynków z kultowymi postaciami Holmes-świata.

Ale ja nie jestem normalną publicznością, tylko maniaczką Sherlocka Holmesa, a to jest to najwspanialszy "Pies..." w historii wielkiego i małego ekranu. Co prawda, konkurencja imponuje raczej ilością (Rathbone, 2 Cushingi, Brett, Frewer, Roxburgh, 5 innych, o których akurat zapomniałam i 20, o których w życiu nie słyszałam i pewnie nie chciałabym słyszeć) niż jakością, ale właśnie dlatego osiągnięcie Gatissa zupełnie poważnie odebrało mi oddech. Tego się nie da dobrze zekranizować. Holmesa przez większość czasu nie ma. Bagno jest wdzięcznym obiektem romantycznych opisów Watsona, ale na ekranie wygląda potem jak mało ekscytujące błocko. Potwór jest z gatunku takich, które straszne są głównie wtedy, gdy wyobrażamy je sobie przy lampce nocnej. Pokazany - wypada żałośnie. Intryga jest nawet niezła, ale po stu latach już wszyscy wiedzą, jak to było. No i, serio, kto w XXI wieku przestraszy się "śladów wielkiego psa" ?!
Nie wiadomo, skąd Gatiss wziął odwagę, żeby mimo wszystko zmierzyć się z HOUN - ale za to, co z nim zrobił, mogę mu od dziś codziennie osobiście pastować buty. 
Wiadomo tylko, że jako holmesolog musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tych starych kłopotów i pewnie dlatego z nadludzką zwinnością udało mu się ominąć wszystkie bagienne pułapki - choć musiał wprowadzić do akcji również inne zwierzęta...




SPOILERY. DUŻE!



Holmes wyjeżdża i ludzie się nudzą, patrząc na Watsona? A czemu nie miałby wygłosić cytatu z Kanonu o ważnych sprawach i wysyłaniu Watsona, a potem przestać się wygłupiać? Bagno jest nudne? Zróbmy z tego las z czarcim jarem i autentyczne pole minowe przed wojskową bazą. Na pewno nie będzie mniej nastrojowo (oj, nie jest!). Potwór straszy tylko w wyobraźni? To niech i tam pozostanie! Pokażmy strach, pokażmy terror, pokażmy szaleństwo... ale pamiętajmy, że, jak powiedział Brett-Holmes w Eligible Bachelor, "there are no such horrors as the horrors of the mind". To nie jakiś kundel przyprawia ludzi o obłęd ze strachu, tylko ich własny umysł, poddany eksperymentom. Co więcej: to jest sam Kanon. Przecież ACD sugerował wyraźnie, jak ważną rolę odgrywało bezustanne podsycanie lęku Baskerville'ów przed starą legendą. Pamiętają, że to Stapleton? To niech tym razem nazwisko to nosi bezwzględna morderczyni fosforyzujących królików. Kanalią będzie kto inny. Nie będą się bali "śladów wielkiego psa", już choćby dlatego że samo zdanie "Mr Holmes, they were the footsteps of a gigantic hound" (ukochany przez sherlockistów cytat wszechczasów) brzmi dziś staroświecko? Obróćmy słabość w siłę. Niech Sherlock się nim zachwyci. Niech każe je powtórzyć - tu holmesiści będą już autentycznie ryczeć z zachwytu. Niech z jego powodu postanowi zająć się tą sprawą i niech wreszcie to właśnie zdanie i ten staroświecki "Hound" stanie się kluczem do całej, upiornej intrygi. Paradoksalnie niemal: o wiele bardziej realistycznej niż w dotychczasowych odcinkach. Podobne - koszmarne -  badania naprawdę miały miejsce. Ludzie naprawdę próbują zmajstrować fosforyzujące króliki. I gdyby tylko ktoś w jakiejś zabitej dechami dziurze zwęszył szansę na znęcenie turystów legenda o koszmarnym pas-kundlu, to z całą pewnością następnego dnia pierwszy dostępny, szczekający czworonóg zostałby ucharakteryzowany na potwora Frankensteina i byłby pokazywany za odpowiednią opłatą.



KONIEC SPOILERÓW

Efekt? "Hounds of Baskerville" są zarazem jedną z najwierniejszych i jedną z najśmielszych ekranizacji HOUN. Ale ten film, w odróżnieniu od innych "Psów...", ogląda się w napięciu od początku do końca.
"Psy..." Gatissa podobały mi się najbardziej ze wszystkich tych BBC-perełek także dlatego, że to "najprostszy" epizod. Nie ma tu, jak zauważył także Zwierz (którego recenzję podlinkuję jeszcze raz na końcu - nasze wrażenia były pod wieloma względami identyczne!) typowych dla Moffata fajerwerków i fabularnych efektów specjalnych. Tej prostoty, charakterystycznej dla opowiadań naszego kochanego Doktora, chyba trochę mi brakowało w porzednich odcinkach, które są takie nowoczesne, zamotane, szybkie, pękające od wątków i wymyślnych dialogów. Może się starzeję, ale potrzebuję więcej czasu na pełne przeżycie emocji i wejście w historię. Tu, na przykład, znalazło się dość scen, by wspaniale dawkować napięcie w wątku biedaczka Henry'ego, czyli naszego kochanego Alonsa (patrz: przedostatni post z przypisem). Jeszcze nigdy przedtem autentycznie nie bałam się o tego bohatera HOUN.
"Psy..." dają także Sherlockowi i Johnowi troszkę więcej czasu na świadome rozwijanie ich relacji. Tym razem zresztą i Cumberbatch i Freeman dostali wielkie pole do aktorskiego popisu i oni już wiedzieli, jak je wykorzystać.



MAŁE SPOILERY

Sherlock jest wspaniały w scenach manii i paniki. To po prostu on, Holmes z Kanonu, na drugim biegunie depresji (w sprawie Holmesa-ChADowca więcej w postach oznaczonych tą etykietą). Zakrwawiony, z harpunem w ręce, rozdygotany, wściekły, błagający o sprawę, o jakikolwiek ochłap, który mógłby cisnąć na pożarcie swojemu rozszalałemu umysłowi. Nie: podekscytowany. Nie: zabawnie gadatliwy, jak Downey. To jest prawdziwa mania, gonitwa myśli, nieznośne, wyczerpujące, pożerające napięcie.
I to jest prawdziwe przerażenie. Mało kto pokazał nam kiedykolwiek porządnie przestraszonego Holmesa, prawda? A to jest przecież - tak jak w Kanonie! - opowieść, w której Sherlock przez cały czas walczy o odzyskanie kontroli, nad przestępcą, ale i nad sobą. Jest poza swoim naturalnym środowiskiem - Londynem - i mierzy się ze sprawą, którą ze wszystkich sił stara się wyjaśnić w racjonalny sposób. Holmes nie może sobie pozwolić na najmniejsze zwątpienie w światło rozumu (i zdrowego rozsądku), to byłby jego koniec. Cumberbatch pokazuje nam to wstrząsająco dobitnie. Co ciekawe - i wspaniałe - wydaje się, że wizja utraty przyjaźni Watsona wywołuje w nim podobną panikę. Przez moment Sherlock chwyta za serce swoją nieporadnością w relacjach międzyludzkich... ale po chwili znowu wkurza bezczelnym eksperymentem na przyjacielu. Cały Holmes.
Watson... Watson nigdy nie był lepiej napisany ani zagrany. U Zwierza znajdziecie - między innymi - wspaniały gif, który pokazuje, jak nasz doktor potrafi przeobrazić się nagle w wysokiego rangą oficera. Potrafi też pięknie się fochać, z cudownym dystansem podchodzić do narcyzmu Sherlocka, z troską - do jego szaleństwa no i, co najważniejsze, jest wymarzonym partnerem. Każdy sherlockista zachwycony będzie sceną przeniesioną prosto z BLUE, w której Holmes usiłuje wyłudzić informacje pod pretekstem lipnego zakładu, a Watson musi błyskawicznie odnaleźć się w tej sytuacji.

KONIEC MAŁYCH SPOILERÓW

A na sam koniec: to, że nie było fajerwerków, nie oznacza, że brakowało charakterystycznych dla tej serii smaczków. Niezapomnianych min Mycrofta. Scen, w których fan Sherlocka wyraża rozczarowanie, że detektyw nie ma "tego kapelusza"... Korespondencji od niedoszłych klientów. Fantastycznych dedukcji, których, co naprawdę zadziwiające, twórcy w ogóle nam nie żałują. Jeszcze nigdy nie było takiej ekranizacji Sherlocka, w której włożono by tyle pracy w dopieszczanie jego rozumowań...
Nie chcę kończyć tej recenzji. Nie chciałam, by kończył się ten cudowny, najlepszy z możliwych HOUN, przedostatni już odcinek w króciutkim sezonie "Sherlocka".
A już na pewno nie chcę oglądać tego, TEGO Watsona, gdy dowie się, że Holmes spadł w otchłań Reichenbach.

Możemy się pocieszać, że "pewnie kiedyś zrobią następny sezon", że "można obejrzeć przecież inne EMPT". Za tydzień czeka nas emocjonalna jatka.


---
*Stali Czytelnicy pewnie są zdziwieni, skąd ten pierwszosobowy coming out Sherlockisty. To proste: szykuję uroczysty nastrój przed recenzją z "Reichenbach Falls". Przecież nie napiszę "Sherlockista się zryczał"!

środa, 4 stycznia 2012

"Scandal in Belgravia". BBC Sherlock, season 2, episode 1. Po polsku: odlot!

[Można czytać spokojnie, nie ma żadnych nowych spojlerów.]

Pierwszy sezon Sherlocka z XXI wieku, Sherlocka uwspółcześnionego, przeniesionego w inną epokę, z wyrazistą obsadą i bardzo śmiałymi rozwiązaniami fabularnymi, powinien był wywołać kontrowersje i ambiwalentne uczucia. Tymczasem, ku radosnemu zdziwieniu Sherlockisty, otoczył go bez mała kult, i to zarówno ze strony hardkorowego Holmesowego fandomu, jak i zwykłych wielbicieli seriali detektywistycznych, którzy na myśl o Kanonie dyskretnie tłumią ziew.
Musi ShK wyznać, że choć oficjalnie w blogu tryskał entuzjazmem, w skrytości serca na myśl o kontynuacji odczuwał dreszcze obawy. Czy chłopcy dadzą radę? Czy udźwigną? Czy nie zepsują? - a stawka jest niebagatelna, bo podobnego rozkwitu nie zaznał wspomniany sherlockistyczny fandom od czasów Jeremy'ego Bretta i mamy szansę zostać świadkami narodzin kolejnej wielkiej legendy i wielkiego cyklu. Każda wtopa mogłaby przynieść niepowetowane straty - zdechnięcie oglądalności, brak zamówienia na kolejny sezon i szansy na poprawę, a w konsekwencji również wygaszenie mody na Holmesa. I kolejne dwadzieścia lat bryndzy, Richardów Roxburghów (brrrr) i innych Mattów Frewerów (auć). Pierwszego stycznia targał zatem Sherlockistą, obok noworocznego kaca, także stres.
Moffat, Gatiss, Cumberbatch, Freeman i reszta Ekipy ukoili  nerwy ShK około trzeciej minuty projekcji. Przez kolejne 87 nie myślał już Sherlockista o niczym niezwiązanym z akcją, a jeśli dawał wyraz refleksjom o charakterze ocennym, to miały one postać głównie nie do końca artykułowanych, za to ekspresywnych okrzyków "ale czad!".
Jeśli zaś wahał się co do treści recenzji, to głównie w kwestii kolejności zachwytów. Po namyśle jednak...
po pierwsze chciałby powiedzieć, że Cumberbatch jest wspaniały. Dostała mu się rola trudniejsza niż w poprzedniej serii, wiele emocji do wygrania, wiele złożonych relacji, w których wspaniale potrafił się odnaleźć - nie tylko z Irene Adler, ale również z Johnem i Mycroftem, a nawet z biedną Molly Hooper. I dał popis.
Po drugie, sprawę ułatwili mu oczywiście scenarzyści. Sherlockista do tej pory myślał, że tylko Bert Coules (także z BBC) bezbłędnie wyczuwa, jak pisać Holmesa, jakie słowa wkładać mu w usta i jakie zachowania, kiedy pozwalać mu ujawnić odrobinę emocji, a kiedy podkreślić, jak mocno odbiega od społecznej normy. Moffat z Gatissem radzą sobie może nawet jeszcze lepiej. Oni po prostu robią wszystko dobrze. Właściwie. Jak powiedziałby Mozart z "Amadeusza" Formana: jest dokładnie tyle nut, ile trzeba. Tyle współczesnego luzu i tyle bezpośrednich cytatów, by Holmes brzmiał zarazem kanonicznie i naturalnie. Tyle dedukcji (świetnie i zabawnie pokazywanych na ekranie) i tyle towarzyskich wpadek, ile zaliczał ich Sherlock ACD. Tyle akcji (łącznie z absolutnie cudowną sceną defenestracji!) i tyle snucia się po domu (oraz pałacu Buckingham) w prześcieradle; tyle skrzypiec... a właśnie...
Po trzecie, ach, te skrzypce...
Czy Czytelnicy pamiętają może jedną z najczulszych notek w historii Sherlockianów, tę o PLOSH (Private Life of Sherlock Holmes)? To był ten oburzający film o Holmesie, miłości i smutnych skrzypcach, którego żaden szanujący się sherlockista by nie zniósł, gdyby zarazem go nie kochał, i którego niech nikt nigdy nie waży się naśladować. Oczywiście nikt oprócz ekipy BBC. Sherlockista nie wie naturalnie, na ile nawiązania do PLOSH były zamierzone, a na ile nasunęły się same na skutek podobieństw fabularnych, ale, o rany no, są naprawdę okropnie wzruszające. Także same w sobie. Nie znaczy to na szczęście, że jest to jednak wbrew obietnicom romansidło.
Po czwarte bowiem, Irene Adler jest dokładnie tą osobą, którą by była, gdyby nasza droga śpiewaczka i awanturnica z wieku XIX urodziła się sto lat później. Lara Pulver spisała się świetnie, ale jeszcze lepiej spisał się Moffat.
Wielbiciele "Sherlocka" mogli tego jeszcze nie zauważyć, ale fani drugiego słynnego dziecka Moffata, nowych serii Doktora Who, już wiedzą, że autor ten ma słabość do silnych postaci kobiecych. W fandomie whovistów jednym z ważnych punktów sporów jest to, czy Moffat nie przesadził, wprowadzając do fabuły postać żony Doktora, która jest tak barwna, tak wszystkowiedząca i tak we wszystkim oblatana (dosłownie! ona wie lepiej jak kierować samą TARDIS!), że przyćmiewa głównego bohatera. Można było się obawiać, że także Adler okaże się trochę przerysowana. Ale i ten niepokój okazał się nieuzasadniony. Irene jest wspaniałą, naprawdę godną przeciwniczką, jednak ilekroć wydaje nam się już, że Sherlock dał się podejść jak dziecko, tylekroć scenariusz funduje nam nowy zwrot akcji. Wszystkim, którzy wciąż nie mogą przełknąć superwoman Adler, Sherlockista uprzejmie przypomina, że w opowiadaniu to ONA wygrała :)
Po piąte, nie chciałby Sherlockista Was zanudzić achami i ochami na temat aktorów, ale nie da się pominąć Johna, a zwłaszcza Mycrofta. Hobbit po prostu trzyma formę, Mycroft jednak rozwinął się bardzo i wykorzystuje w pełni dłuższy czas ekranowy. Jego minę na widok Sherlocka w prześcieradle nazwałby Sherlockista 'bezcenną', ale jakie zachwyty pozostałyby mu wtedy na opisanie bardziej dramatycznych momentów w wykonaniu Gatissa?
Po szóste i ostatnie, twórcy nie bali się niczego. Nie bali się nakręcić Sherlocka z papierosem (za co jest im ShK osobiście wdzięczny, niewiele rzeczy budzi w nim tyle odrazy, co współczesny faszystowski prozdrowotny terror), nie bali się pokazać gołej kobiety przed 21 (za to, naturalnie, zgarniają baty od pruderyjnych recenzentów, ale tego rodzaju pruderia budzi w ShK bodaj jeszcze większą odrazę), i nie bali się wreszcie spisać na nowo aż kilku Kanonicznych przebojów. Dosłownie! Zajrzyjcie na blog Watsona, a znajdziecie zapiski z paru spraw, których "zajawki" pokazują nam na początku odcinka. "Speckled Blonde" i "Geek Interpreter" (to nie są literówki) to błyski Moffatowo-Gatissowego geniuszu. Za (uwaga! kto nie oglądał jeszcze filmu niech tam pod żadnym pozorem nie wchodzi, bo zepsuje sobie moment najczystszej holmesologicznej radości :)) wycinki prasowe pod tytułem "Hat-man and Robin" wybacza ShK całej ekipie wszystkie wpadki na dziewięć odcinków w przód.
A oby było ich jeszcze więcej.
Jeśli coś może Sherlockista zarzucić temu SCAN, to dotyczy to dialogów z Adler. Może trochę za bardzo wyeksponowane są prowokacje i aluzje seksualne? Momentami niby to śmiałe wypowiedzi Irene brzmią raczej komicznie niż ekscytująco. Poza tym, można by odrobinkę przerobić montaż. Z początku gubimy kilka miesięcy życia Sherlocka i nie jest do końca jasne czemu ani w jaki sposób, pod koniec troszkę zaczynamy tracić ciągłość w śledzeniu głównej intrygi. Ale to naprawdę czepialstwo, które ma raczej uwiarygodnić Sherlockistę w roli odpowiedzialnego recenzenta i zatuszować fakt, że w istocie jest po prostu pijanym z rozkoszy fanem ;)
Na szczęście, nie jest ShK w swojej radości odosobniony - zarówno Telegraph, jak i Den of Geek opublikowały recenzje, które aż wzruszają stężeniem zachwytu.
Bo i tak naprawdę, to porządnie wkurzają w nowym Sherlocku tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce legalnie dostępny jest tylko za ciężkie pieniądze.
A po drugie, jak ja mam po Czymś Takim iść i z życzliwą obiektywnością oglądać w czwartek jakiegoś Ritchiego???
P.S. Uwaga - w komentarzach już są spojlery!

niedziela, 4 września 2011

Zerknijmy na nowego Sherlocka BBC :)

Dziś same rzeczy przyjemne.
Na początek, okładka wielokrotnie na Sherlockianach zapowiadanej książki Anthony'ego Horowitza "The House of Silk", pierwszego zupełnie "oficjalnego" apokryfu Kanonu. Książka już w listopadzie (naturalnie za granicą), a na razie informacja dla wielbicieli audiobooków, że czytać ją będzie sam Derek Jacobi oraz bardzo ładna grafika:


Następnie informacja z gatunku "nie jesteśmy sami" a także "różanopalca Jutrzenka renesansu wielkich Sherlocków na horyzoncie". Otóż Mark Gatiss udzielił RadioTimes.com wywiadu, w którym powiedział, jakie jest jego pięć ukochanych opowiadań Kanonu:

BRUC
REDH
TWIS
MUSG
FINA

(jeśli ktoś nie zetknął się jeszcze ze skrótami Jay Finley Christa albo też coś mu wyleciało z głowy, to Sherlockista poleca kliknięcie tu, a i umieści na stałe link gdzieś wśród ważnych stron - serdecznie przeprasza, że nie daje prawie nigdy polskich tytułów, ale przekłady są albo oczywiste z uwagi na nazwy własne albo tak beznadziejne, że ShK sam się gubi... bo taka na przykład "Buczyna" to co to właściwie miało być?! ;))

... i oczywiście nie można tego wyboru nie skomentować. Sherlockista nigdy nie podjąłby się wyboru pięciu najulubieńszych przygód i problemów, ale gdyby go kto trzymał pod pistoletem, to BRUC, MUSG i REDH znalazłyby się wśród nich na pewno - może FIVE albo CHAS zamiast TWIS i na pewno EMPT zamiast FINA, bo jednak najbardziej na świecie, to kocha, jak Holmes wraca, a nie jak spada. Generalnie jednak rzecz biorąc zupełnie się Gatissowi nie dziwi i bardzo go takie upodobania autora scenariuszy do Sherlocka cieszą. 
Możliwe, że nie przypadkiem wszystkie wymienione tytuły (oprócz ShK-owego FIVE) to jedne z najlepszych ekranizacji Granady. Z całą pewnością wszystkie oprócz FINA to po prostu świetne zagadki, których rozwiązania nie domyślamy się przed Holmesem. BRUC ("Plany łodzi Bruce-Partington") to wręcz majstersztyk - czego tam nie ma! 

uwaga, spoilery :)!

Holmes odkrywa, że ciało zostało zrzucone z dachu pociągu a nie wypchnięte z samego pociągu, namawia Watsona do dokonania włamania, wreszcie, współpracuje blisko z Mycroftem w jego rządowym i superpoważnym wcieleniu. Dokładnie takiego Mycfrofta gra zresztą sam Gatiss. A nasz XXI-wieczny Watson zamiast ograniczać się do wspólnych włamań, nie waha się dla Holmesa zabić. 

koniec spojlerów :)!

W każym razie, wątki z BRUC już się w Sherlockach samego Gatissa z pewnością objawiły i oby ich jak najwięcej.

REDH (bodaj "Liga rudzielców") to bezsprzecznie najśmieszniejsze opowiadanie w całym Kanonie, skargi pana Jabeza Wilsona należą w ogóle do najlepszych humorystycznych fragmentów prozy ACD, a przy tym miał nasz ulubiony autor fenomenalny zupełnie pomysł na intrygę (pod etykietą REDH znajdą Czytelnicy wpisy na temat tego, jak mocno pomysł ten inspiruje współczesnych rzezimieszków, jeśli nasza genialna spółka postanowi oprzeć na nim jakiś przyszły epizod to nie będzie żadnego problemu ;). 

TWIS (Sherlockista bardzo przeprasza... ale naprawdę tłumaczenie brzmi "Krzywousty"...) - opowiadanie, które musiało zainspirować tysiące polskich "wakacyjnych żebraków", kursujących po miejscowościach wypoczynkowych po to, by zarobić na spokojne życie przez trudniejsze miesiące. Szkoda tylko, że nie cytują Szekspira... Tu także najważniejsza jest sama zagadka, a zakończenie jest naprawdę zaskakujące. Brzmi to jak banał, bo takim zdaniem jak poprzednie najczęściej reklamuje się cały Kanon, ale w gruncie rzeczy nie więcej niż połowa opowieści o Holmesie rzeczywiście ma charakter kryminalnej zagadki, którą my dziś, po Agacie Christie i Chandlerze, uznalibyśmy za typową. Wiele z nich to opowieści o zagrożeniu z przeszłości, którego przeważnie nie daje się zatrzymać (jak na przykład DANC albo VALL, czy w pewnym sensie YELL albo REDC) albo też po prostu dziwne historie, jak VEIL. TWIS to oczywiście też nie typowa "locked room murder mystery", ale bardzo jej do tego blisko. I to też chcemy obejrzeć w nowym Sherlocku.

MUSG ("Rytuał rodu Musgrave'ów")... ach :) Stare zamczysko, sekret sięgający czasów Stuartów, poszukiwanie zaginionego skarbu i miłosne szaleństwo temperamentnej Walijki, do tego cudowne postaci drugoplanowe, czyli przygłupi Musgrave i jego stanowczo zbyt inteligentny służący, morderstwo, kradzież, zakodowana mapa... Sherlockista nie miałby nic przeciwko temu, żeby Gatiss przeniósł to opowiadanie do XXI wieku (niewątpliwie coś z tego klimatu pojawiło się już w trzeciej części ostatniej serii, tej ze wskazówkami ukrytymi w obrazie etc.).

A FINA ("Ostatnia zagadka")... FINA to FINA... Za FINA zabrali się Moffat z Gatissem zupełnie dosłownie. Tu akurat intryga dziurawa i niespójna, jak strasznie niespójna to dopiero ujawnia (i potęguje) EMPT, więc przed naszymi autorami same kłopoty, no ale... ale razem z FINA dostają do rąk Moriarty'ego. Dostają Watsonową apologię Holmesa, nad która niejeden z Czytelników i niejedna Czytelniczka ocierali oczy. Zwłaszcza, gdy wygłaszał ją David Burke po Jeremy'm Brettcie, a kamera pokazywała zbliżenie na porzuconą strzykawkę... Dostają "It is with a heavy heart that I take up my pen to write...", które nasuwa się Sherlockiście zawsze, ilekroć przychodzi mu napisać coś naprawdę okropnie smutnego.
I FINA - to czuje Sherlockista przez skórę - nowe FINA BBC będzie naprawdę wielkie. Tylko oby wrócili nam Sherlocka przed nowym sezonem...

Na koniec i zasłużony deser, malutki uryweczek z tego, co czeka nas w nowym HOUN ("Psie..."). (Dla Whovistów - uwaga na Russella Toveya (a.k.a Midshipman Alonzo Frame :) ), kto chce, może głośno krzyknąć za nieodżałowanym Dziesiątym Doktorem, "Allons-y Alonzo!")


sobota, 3 września 2011

Wrzesień na Sherlockianach

...nastał, a Sherlockista wyzna, że chociaż obijał się w sierpniu skandalicznie, to wyrzutów sumienia większych nie ma, bo, po prostu, nic się specjalnego nie działo i można było z czystym sumieniem korzystać ze słońca oraz, jak by powiedział przytłoczony kondycją młodzieży polskiej prof. Hartman, piwa, muzy i plaży. Kto żyje życiem Akademii mógł rozkoszować się wraz z Sherlockistą błogą świadomością, że to sam środek wakacji, a kto jeszcze w szkole lub już w pracy, ten tym bardziej czuł presję, by mijający bezpowrotnie miesiąc wykorzystywać gdzieś z dala od komputera.
Sherlockista zapewnia jednak, że po prostu stęsknił się za Sherlockianami jako takimi, za Waszymi komentarzami i za tym cudownym poczuciem, że rok 1895 jest żywy jeszcze wieczniej niż towarzysz Lenin, w związku z czym we wrześniu będzie coś pisał, choćby w materiałach miał kilka ploteczek z planu i informacje w rodzaju "ach jej, lament w Ameryce, przesuwają premierę Tinker Tailor Soldier Spy, w której gra Cumberbatch".
Jakie ogórki tymczasem zakwitły nam w tych ostatnich tygodniach sezonu?
Po pierwsze, ShK uzbierał dwie dobre informacje na temat Sherlocka 2 Ritchiego (Game of Shadows - dla polskich guglatorów, "Gra cieni").
Pierwsza z tych informacji to taka, że Downey był niepocieszony, bo, uwaga, w przeciwieństwie do tego, jak przebiegały prace nad pierwszym filmem, tym razem sceny akcji kręcono na samym końcu. Można stąd wywnioskować taki - pocieszający! - wniosek, że w nowym Sherlocku będą jakieś sceny, które nie są scenami akcji i które nakręcono na początku. Na potwierdzenie tych jutrzenkę nadziei niosących z sobą słów wypłynęło na serwisy filmowe zdjęcie Moriarty'ego-Harrisa oraz Holmesa-Downeya, którzy oddają się rozrywce w powszechnej wyobraźni jak najdalszej od wszelkiej akcji, czyli grze w szachy.
Oto i ono:


 Co prawda jest to najprawdopodobniej ujęcie "zza kulis", na którym Moriarty i jakaś tajemnicza siwa postać z boku chyba podczytują jeszcze scenariusz, ale można optymistycznie założyć, że szachownica nie została tam przywleczona tylko przez znudzonych oczekiwaniem na swoje wejście kaskaderów.
Informacja, którą Sherlockista najchętniej by zignorował, ale jakaś sadystyczna potrzeba zrzucenia cierpienia na innych mu nie pozwala, jest taka, że Amerykanie szykują się już na ekscytujący pojedynek. Trzeba tu zaznaczyć, że dla nich z jakichś bardzo smutnych przyczyn każda premiera kinowa to pojedynek, bo zazwyczaj w ten sam weekend wychodzi więcej niż jeden "duży" film. Sherlock i "Game of Shadows" na przykład zmierzy się w bitwie o widza z sequelem "Alvina i wiewiórek" i Sherlockista... z całym szacunkiem dla wiewiórek... wolałby nie poznać nigdy wyników tej rywalizacji...
źródło: imdb
Sam Ritchie ponoć wierzy w swojego drugiego Sherlocka, więc i my wierzmy.

Aby zadośćuczynić Czytelnikom za długą przerwę, od razu dorzuci też Sherlockista garść wiadomości na temat drugiego Sherlocka, którego wyglądamy chyba jeszcze bardziej, i który nadejdzie od strony BBC.

Na pierwszą odsłonę BBC-Sherlocka spłynęła kolejna ważna nagroda, tym razem na festiwalu w Edynburgu.

O Cumberbatchu wiemy już, że wkrótce ujawni talenty szpiegowskie w Tinker Tailor Soldier Spy i na plakacie wyszedł tak:



Można też w tym miejscu dodać, że bardzo dzielnie sprawił się w plebiscycie BBC America na ulubieńców płci męskiej. Odpadł dopiero w półfinałach, gdy przyszło mu się zmierzyć z późniejszym triumfatorem imprezy, Alanem Rickmanem. (Sherlockista wyzna z pewnym zażenowaniem, że osobiście kibicował jeszcze bodaj bardziej drugiej "nodze" półfinałów, gdzie jego najukochańszy Doktor (Who) David Tennant poległ w boju z wielkim Colinem Firthem).

O Gatissie, a zwłaszcza o Stevenie Moffatcie dowiedział się natomiast Sherlockista w ten leniwy sierpień, że są jeszcze bardziej utalentowani niż kiedykolwiek mu się wydawało. Niniejszym zachęca i gorąco namawia wszystkich Sherlockistów, żeby dali się wkręcić w nowego Doktora Who (reaktywowanego w roku 2005). Pełnię władzy pisarskiej przejął Moffat dopiero wraz z nadejściem Doktora 11, czyli od piątego sezonu, w roku 2010 - i zupełnie niesamowite jest to, o ileż bardziej dorosłe, skomplikowane i wciągające są teraz scenariusze. Sherlockista nie jest nawet pewien, czy go za bardzo aby nie męczy ten nowy, zupełnie nie rozhisteryzowany Doktor i jego wielowątkowa historia budowana spójnie od dwóch już sezonów i czy nie tęskni jednak nade wszystko za dziecięcą rozkoszą, jaką dawał Tennant uganiając się z krzykiem za wielkimi, zielonymi potworami. Wystarczy jednak zobaczyć kilka epizodów Moffata, żeby widzieć jasno, że scenariusze trzech pierwszych Sherlocków nieprzypadkowo były tak dobre, inteligentne, trzymające w napięciu i pełne zagadek. Ten facet (ci faceci) mają naprawdę ogromny talent do budowania intryg i jasnego opowiadania zawiłych opowieści, który to talent w dodatku rozwija się z każdym nowym filmem. O ile tylko Moffat kompletnie się nie wypali (a w wywiadach trochę jednak narzeka na zmęczenie - pisanie na raz dwóch najważniejszych seriali Wielkiej Brytanii to nie przelewki), to sądząc po nowym Doktorze, druga seria Sherlocków powinna być naprawdę wciągająca.
Ma Sherlockista jeszcze jeden ładny niusik o autorach BBC-Sherlocka, ale ponieważ domaga się dłuższego komentarza, a w tej notce by utonął, to zaprezentuje go jutro :) Nie ma już wiele zaległego Doktora do oglądania, więc można mu wierzyć, że wróci.

sobota, 13 sierpnia 2011

Wiele twarzy Marka Gatissa, Ritchie, Undershaw i inne wspaniałości.

O tym, że Mark Gatiss jest wielkim skarbem dla każdego sherlockisty nie trzeba już chyba nikogo przekonywać, ale nawet ShK, który powoli zostaje jego szalikowcem, wciąż czasem jest zaskoczony celnością jego wypowiedzi. Tu można posłuchać dosyć ogólnej wypowiedzi na temat narodzin pomysłu i (braku) nadziei na książki firmowane przez spółkę Moffat/Gatiss, a tu z kolei poczytać można niezwykle obiecujący wywiad na temat drugiej serii. To, że miała być o psie, kobiecie i wodospadzie, to wiemy już od dawna, teraz jednak dowiadujemy się również, że w centrum uwagi znajdzie się relacja między Holmesem a Watsonem. Sherlockista nie jest mocny ze statystyki, ale podejrzewa, że nie trzeba przeczytać wielu notek na Sherlockianach, żeby wypatrzeć któreś z jego kazań na temat tego, dlaczego w każdej dobrej ekranizacji Kanonu "bromance" głównych bohaterów musi być na pierwszym planie. Jeśli Gatiss podziela poglądy ShK to... to niech się spieszą z tą emisją ;) Niezwykle celna wydaje się też Sherlockiście uwaga, że presja na trzymanie się kostiumowego sztafażu zabiła sporo ekranizacji Sherlocków - właśnie dlatego, że obowiązkowy deerstalker i fourwheeler przesłaniały autorom to, co jest w tych książkach najważniejsze (patrz dwa zdania wyżej;). Gatiss słusznie zauważa (czyni to zresztą także w linkowanym wcześniej materiale audio), że pierwsza ważna seria, w której Sherlocka uwolniono z gorsetu epoki to były filmy z niezapomnianymi Rathbone'em i Bruce'em, ale taktownie nie dodaje, że szansa na eksplorację psychicznej głębi bohaterów raczej nie została wówczas wykorzystana. Nieskromnie twierdzi natomiast, że mimo śmiałej decyzji o uwspółcześnieniu Sherlocków jego filmy stanowią jedną z najwierniejszych ekranizacji Kanonu w historii i trudno się z nim nie zgodzić. Tak, naprawdę widać, że i Gatiss i Moffat szczerze kochają te postaci i te książki. A najlepszą wiadomość z tego wywiadu zostawił Sherlockista na koniec: Gatiss cieszy się, że przypadło mu w udziale pisanie scenariuszy do filmów, które opowiadają o początkach znajomości Holmesa i Watsona. Jak twierdzi, zarówno stosunek Sherlocka do kobiet, jak i do zbrodni dopiero się kształtuje i wszystko jest dość plastyczne. My możemy się zatem cieszyć podwójnie: po pierwsze, bo ten plastyczny materiał Holmesowej psychiki kształtowany jest niezwykle fachowo i zgodnie z wytycznymi ACD, a po drugie, bo jeśli ktoś wspomina o "początkach" znajomości to prawie tak, jak gdyby sugerował, że mógłby zrobić jeszcze wiele filmów o środkach i końcach, prawda? A zatem wizja, że załatwią Sherlocka w wodospadzie i więcej na ekrany nie powrócą wydaje się możliwa tylko, gdyby oglądalność była zupełnie katastrofalna. Co, na szczęście, jest naprawdę mało prawdopodobne. Wariant optymistyczny? Czeka nas jeszcze kawał nowego, XXI-wiecznego kanonu.
Gatiss troszczy się również o uczczenie pamięci tego, któremu to wszystko zawdzięczamy, czyli ACD. ShK wspominał już kilkakrotnie, że dom ACD, Undershaw, ten, w którym swoich dni dożywała jego pierwsza żona Touie, ma zostać przebudowany i to dość gruntownie. Gatiss zaangażował się w działanie komisji mającej na celu ocalenie Undershaw, a o ostatnich wydarzeniach można poczytać tu. Jak się wydaje, Undershaw zyskało na budowie nowej autostrady, która zapewni mu lepsze skomunikowanie ze światem. ACD zależało na tym, by zamieszkać w ustronnym miejscu, ewentualni współcześni  turyści zdecydowanie bardziej docenią jednak możliwość łatwego dojazdu.
---
Uff... Wprawdzie po ostatniej notce kolejna miała nie być poświęcona Sherlockowi BBC, ale w obliczu tylu zachęcających faktów nie dało się inaczej. Na koniec zatem nieco mniej radosne informacje na temat postępków Ritchiego i amerykańskiego obłędu.
---

Otóż pojawiły się plotki - i to plotki oparte na wypowiedziach samego reżysera - że nasza największa sherlockistyczna nadzieja związana z "Game of Shadows", czyli Stephen Fry (Mycroft) będzie się rozbierał na ekranie. ShK nie ukrywa, że trochę go zmroziło. Goły Mycroft to nie brzmiałoby dobrze nawet, gdyby grał go jakiś młody tenisista. Ponadto możemy spodziewać się chusteczki z literą A rzuconej Sherlockowi przez Moriarty'ego w charakterze wyzwania oraz licznych fajerwerków, bo jakoś trzeba było wykorzystać amerykański budżet. Nie traćmy wiary. Nie traćmy wiary. Powtarzam, nie traćmy wiary, no!
---

Jedyna naprawdę smutna informacja dzisiejszego dnia dotyczy kondycji umysłowej pewnej wirginijskiej rady zarządząjącej listą podstawówkowych lektur. Otóż na skutek protestów jednego z rodziców, usunęła ona z tej listy STUD. Rodzic ów twierdził, że książka ACD w złym świetle przedstawia religię mormonów, a to z uwagi, m. in., na ten fragment:

(John Ferrier) had always determined, deep down in his resolute heart, that nothing would ever induce him to allow his daughter to wed a Mormon. Such marriage he regarded as no marriage at all, but as a shame and a disgrace. Whatever he might think of the Mormon doctrines, upon that one point he was inflexible. He had to seal his mouth on the subject, however, for to express an unorthodox opinion was a dangerous matter in those days in the Land of the Saints.

Sherlockista musi powiedzieć, że na wszelkie zamordyzmy spod znaku "obrażania uczuć religijnych" etc. reaguje dość alergicznie i  - naprawdę delikatnie rzecz ujmując - nie widzi powodu, by dopuszczać tylko te dzieła, w których wszyscy wszystkimi wyznaniami się zachwycają. Wprawdzie osobiście uważa, że HOUN - który ponoć ma szansę zastąpić STUD na liście - jest znacznie lepszą powieścią i lepszym wprowadzeniem do gatunku powieści kryminalnej, ale... STUD to powieść, w której Holmes poznaje Watsona. STUD to początek całej przygody, to Beeton's Christmas Annual, to Watsonowe listy i dociekania, to pierwsze razy, pierwsze emocje, pierwsze denouement w wykonaniu Holmesa. Kto usuwa książkę tej sławy z listy lektur, ponieważ niektórzy bohaterowie nie przepadają za wyznawcami Josepha Smitha, Mahometa albo Latającego Potwora Spaghetti*, ten... na pewno nie zasługuje na tyle miejsca na Sherlockianach ;)

Żeby zatem powrócić do optymistycznego tonu całej notki, na koniec zdjęcie Marka Gatissa... Czytelnicy z pewnością dobrze o tym wiedzą, ale Sherlockista dopiero niedawno uświadomił sobie, że ten wspaniały człowiek nie tylko napisał dla nas Sherlocka BBC, ale jeszcze osobiście - i znakomicie - zagrał Mycrofta :)

---
*Sherlockista ośmielił się tu przywołać Jego Makaronowatość, ponieważ jako jego wyznawca chciał w ten sposób dać wyraz swojej bezstronności w temacie ;)

wtorek, 26 lipca 2011

O tym, że nie należy przegapiać tego, czego nie ma, poza tym nie ma: zdjęć z planu BBC, powodów do obaw o Freemana oraz ratunku dla Sherlockisty

Jednym z ukochanych i najbardziej znanych, a przy okazji, o dziwo, serio kanonicznych (w odróżnieniu od "Elementary...") dialogów z udziałem Holmesa jest niewątpliwie ten z SILV. Holmes podkreśla, że ważnym tropem jest dziwne zachowanie psa w noc zbrodni, a kiedy słyszy zdziwioną uwagę inspektora, że "przecież pies nic nie zrobił", odpowiada legendarnym "and that was the curious incident". Fraza "Curious Incident of the Dog in the Nighttime" doczekała się nawet własnej książki, której została tytułem.

Właśnie tę frazę wzięła też na warsztat autorka pierwszej części obiecującego cyklu "lekcje Sherlocka Holmesa" ze strony bigthink.com  w swoim artykule poświęconym wskazówkom, które możemy z Holmesa wyciągnąć, by zacząć w końcu aktywnie obserwować świat wokół nas, a nie tylko "widzieć", czyli bezrefleksyjnie przyjmować serwowaną nam papkę.
Bardzo zgrabnie pokazuje, jak zasada zwracania uwagi na to, czego nie ma, może nam pomóc wyślizgnąć się z macek marketingowców, którzy sztucznie dobierają nam informacje i ograniczają wybór a także to, że często niezrobienie niczego - jak pies, który nie ostrzegł właścicieli przed włamaniem - też w istocie jest decyzją i działaniem. Pies mógł zaszczekać, ale nie zaszczekał, bo znał włamywacza.
Wśród filozofów nauki nie ma zgody co do tego, czy należy uznawać tak zwane przyczyny negatywne, czyli niezajście pewnych okoliczności za zdarzenia w ogólności a przyczyny w szczególności (na przykład, czy przyczyną pożaru może być fakt, że w pobliżu nie było Sherlocka Holmesa z wiadrem wody? a czy przyczyną wypadku na przejeździe nie był fakt, że w pobliżu nie było dróżnika?). W wyjaśnianiu zjawisk i w indukcyjno-dedukcyjnej metodzie Holmesa to, co się nie zdarzyło niejednokrotnie odgrywa równie ważną rolę. A w życiu Sherlockisty to, że uroczy pan sprzedający mu internet nie powiedział, że bez ostrzeżenia internetu może nie być, za to ShK dowie się, że z powodu braku działań zerwał swoją umowę i otrzyma za to straszliwą karę - na której temat również żadnych informacji też nigdzie na wierzchu nie widać odegrało ostatnio rolę dość bolesną. Po pierwsze, ma utrudniony dostęp do Sherlockianów i materiałów. Po drugie, kto jak kto, ale ShK, który SILV, także z uwagi na piękną ekranizację z Brettem, wręcz uwielbia, mógł o tym wymownym nieszczekaniu psa pamiętać...
___
Dalej będzie już krótko, bo niczego nie ma, jak u Kononowicza :)
Zdjęć z planu Reichenbach Falls nie ma, bo są zupełnie nieciekawe - Cumberbatch jest ładnie ubrany w fioletową koszulę i granatowy szalik, Lestrade ma urocze okularki, które pożycza też uśmiechniętemu Hobbitowi Watsonowi, ponadto widać dobrze już nam znany plan na Baker Street... - to wszystko razem nie jest warte zachodu z pożyczaniem/bezczelnym łupieniem cudzych fotografii. Mnóstwo takowych można obejrzeć na przykład tu, jeśli ktoś jest bardzo ciekawy ;), a podrasowane i skoncentrowane na Sherlocku znaleźć można na bardzo sprytnej fan-stronie Cumberbatcha.
Nie ma też powodów do obaw o Freemana - a konkretnie obaw wysłowionych przez Fandorina w komentarzu pod ostatnim postem  (że zrzucą Cumberbatcha z wodospadu, bo nie będą mieli jak kręcić kolejnych sezonów z powodu Hobbita) :) Nie tylko pozwalają Freemanowi grać na dwa fronty, ale jeszcze wykorzystują ten fakt, żeby Jakcson (szef Hobbita) mógł sobie zrobić przerwę i skoczyć do San Diego (gdzie odbył się Comic Con i gdzie jest fantastyczne zoo, w którym można obserwować na żywo słonie przez kamerkę - ShK nie mógł sobie odmówić). Jeśli ubiją Sherlocka, to nie z powodu jakichś maluchów z owłosionymi stopami.
Na koniec - żeby nie było, że nie ma w poście nawet wszystkiego tego, czego miało nie być zgodnie z tytułem - nie ma nadziei dla Sherlockisty bo wiedziony uwielbieniem dla Moffata i Gatissa postanowił wreszcie obczaić to, z czego panowie ci byli znani w Wielkiej Brytanii wiele lat przedtem, zanim zrobili nam nowego, fantastycznego Sherlocka. O tak, Sherlockista wsiąkł w Doktora Who... I tak, jest dokładnie tak uroczy i wspaniały, jak można by tego po Moffacie i Gatissie oczekiwać. Problem w tym, że jest to serial, który wychowuje Brytyjczyków od lat kilkudziesięciu, odcinków ma około 800 i Sherlockista musi dokonać dość poważnego przeorganizowania swojego życia, by to wszystko teraz ogarnąć. Takiej TARDIS po prostu, potrzebuje... (zwróćmy uwagę, że TARDIS, chociaż na skutek awarii aparatury maskującej "utknęła" w postaci granatowej budki policyjnej z lat sześćdziesiątych, nigdy nie bywa przez ludzką rasę zauważana - a gdy Doktor wyrzeka na nasze gapiostwo brzmi zupełnie jak Holmes margający na Watsona, który widzi, ale nie obserwuje...).
Można w każdym razie oczekiwać, że na Sherlockianach wzmianki o Doktorze traktowane będą od tego dnia nieco poważniej niż dotąd.

sobota, 16 lipca 2011

Coś starego i coś nowego o Sherlocku Moffata, Gatissa, Cumberbatcha i Freemana

Sherlock BBC, to ten Sherlock z XXI w., którego nie boją się nawet nieholmesologiczni znajomi Sherlockisty, przymuszani do jego oglądania. ShK wygrzebał bardzo starą jakąś zajaweczkę z Moffatem i Gatissem, reklamującymi drugą serię swojego genialnego "Sherlocka" - w trzech kuszących słowach. Nie dowiemy się niczego nowego - bo wiadomo już od dawna, że nowa seria będzie o Irenie, o psie (a nawet, jak okazało się ostatnio, psach) i o wodospadach, ale zawsze można popatrzeć na Gatissa i Moffata celem uspokojenia nerwów. To ostatnie kieruje Sherlockista zwłaszcza do osób, które tak jak on będą oglądały w najbliższym czasie różne superprodukcje, przed którymi na wielki ekran wjechał z hukiem niedogolony i uszminkowany Downey, z jakichś przyczyn nazywany "Holmesem".




A drugi niusik jest taki, że "The Sun" i Metro.co.uk przyuważyły Benedykta kręcącego jakąś scenę bójki do nowych odcinków. Uwaga - nie jest rozebrany, nie zdjął nawet płaszcza, nie ma potu na nagiej klatce piersiowej ani makijażu na oczach, w ogóle wygląda, jak gdyby załatwił oprycha paroma sprytnymi ciosami i nie dostał przy tym zadyszki. Czyli jak Sherlock Holmes :)
(Osoby tak sentymentalne jak Sherlockista pewnie zauważą, że na jednym z poniższych zdjęć widać, że Cumberbatch tak samo stawia stopy jak Jeremy Brett...)


poniedziałek, 23 maja 2011

Dwie radosne informacje dla odmiany :)

Wczoraj, 22 maja, miała miejsce pierwsza wspaniała rocznica tego, jak Sherlockista przegapił ostatnie urodziny samego ACD. Dla uczczenia tego wydarzenia, ShK przegapił je po raz kolejny. Nasz największy dobroczyńca, bez którego być może nigdy nie poznalibyśmy Sherlocka Holmesa (i to niezależnie od tego, czy wierzymy, że faktycznie był autorem Kanonu czy też tylko agentem literackim Watsona), przyszedł na świat 152 lata i jeden dzień temu (22 maja 1859 roku) w Edynburgu.
Specjalnie dla ACD (o którym więcej ShK na razie nie pisze, bo napisze wkrótce przy okazji dawno obiecanej recenzji pewnej książki o nim) wiktoriańskie cytrynowe ciasteczko, które ukradł Sherlockista z fantastycznej strony Victoriana.com :

(na wspomnianej stronie można znaleźć przepis, pochodzący z książki kucharskiej z 1860 r.)

---

A druga radosna informacja to podwójny triumf "Sherlocka" BBC na rozdaniu nagród BAFTA. Od razu widać, że Czytelnicy - zgodnie z zapowiedziami - naprawdę kibicowali :)
Martin Freeman, nasz wspaniały Watson, wygrał nagrodę za drugoplanową rolę męską - tu można wysłuchać jego przemowy, w której ku zachwytowi widowni wyznaje, że niczego innego się nie spodziewał ;) a także późniejszego wywiadu (uwaga, na koniec Freeman skarży się, że nie ma jak świętować, bo następnego dnia - czyli dziś! - kręci w Walii kolejnego Sherlocka :) ).
Sporo ciepłych słów poświęcił Freeman Cumberbatchowi, który niestety nagrody nie dostał, a także producentom, uhonorowanym całkiem zasłużoną BAFTĄ za całość. Króciutki wywiad z Gatissem, Moffatem i paniami Vertue można zobaczyć tu.
Gratulacje i chcemy więcej!

poniedziałek, 2 maja 2011

BAFTA - kibicujmy BBC-Sherlockowi!

British Academy of Film and Television Arts to solidna instytucja, której statuetki są obiektem pożądania wielu brytyjskich twórców. W tym roku trzymamy kciuki, oczywiście, za "Sherlocka", który podobał się chyba wszystkim, Czytelnikom, Sherlockiście, Holmesologom wszystkich krajów i zupełnym laikom lubiącym dobre seriale.
- Odtwórca głównej roli, Benedict Cumberbatch został nominowany w kategorii aktor pierwszoplanowy.



- Znakomity Watson (prywatnie Hobbit), Martin Freeman ma szansę na nagrodę do pary (w kategorii aktor drugoplanowy).



                                                               (to nie jest zdjęcie z planu ;))
- A wspaniali scenarzyści i producenci (prywatnie prawdziwi sherlockiści), często w tym blogu cytowani Mark Gatiss, Steven Moffat, żona jednego z nich (ShK zawsze myli się, którego ;)) Sue Vertue i Beryl Vertue mogą i ze wszech miar powinni zgarnąć nagrodę za całokształt "Sherlocka" (w kategorii serial).



Sherlockista darował sobie wypisywanie konkurentów, bo odnosi wrażenie, że (może z wyjątkiem Doctora Who) są słabo w Polsce znani, ale ciekawych odsyła na stronę BAFTA.
Ceremonia odbędzie się 22 maja, nagrody zostaną ogłoszone tydzień wcześniej.
P.S. Chętni i wielbiciele mogą też zacisnąć jakiś wolny palec za Stephena Fry'a (przyszłego Mycrofta i znanego holmesistę, który zasłużył się już dla Czytelników Sherlockianów). Został nominowany w kategorii Entertainment Performance za "QI" (to również program kanału BBC One).

niedziela, 24 kwietnia 2011

O czym będzie druga seria Sherlocka BBC!!?!

Czyli obiecana wczoraj wstrząsająca notka wielkanocna.
Sherlockista chyba żył gdzieś w puszczy pod kamieniem, bo nie dotarły do niego plotki o nowym wywiadzie z Markiem Gatissem, w którym udzielił on odpowiedzi na powyższe pytanie.
Nowe trzy odcinki Sherlocka mają iść za ciosem i być oparte na trzech przebojach Kanonu: SCAN, HOUN i FINA (Czytelnikom niewtajemniczonym w charakterystyczne skróty J Finleya Christa poleca ShK tę stronę, błyskawicznie da się opanować regułę ich tworzenia, a bardzo ułatwia to czytanie jakichkolwiek tekstów pochodzących z kręgów bardziej hardkorowego fandomu).
A to oznacza, że Steve Moffat pisze scenariusz chorego romansu (SCAN to przecież Irena Adler...), sam Gatiss wybrał sobie "gotycki horror" i zmierzy się z legendą Psa (ShK gratuluje mu odwagi, zważywszy na to, że jest to najczęściej ekranizowana i zarazem najczęściej ekranizowana zupełnie fatalnie opowieść o SH), a Final Problem adaptuje dla BBC Steve Thompson, autor The Blind Banker, drugiej i chyba najsłabszej, choć wciąż znakomitej części pierwszej serii BBC-Sherlocków. Wszystko to ma być sprytnie nakręcone tak, żeby Watson - Martin Freeman - nie zawalił pracy na planie ekranizacji Hobbita (która oczywiście się opóźnia, ale to zupełnie nikogo po tylu latach od pierwszych zapowiedzi tego filmu nie dziwi).
Sherlockista bardzo się cieszy, ale nic kompletnie z tego nie rozumie...
Po pierwsze, nie rozumie, jak ktoś, kto rozumie Kanon tak dobrze, jak na to wskazywała pierwsza seria, może nazywać SCAN romansem, choćby i chorym, czy łagodniej "pokręconym" (oryg. twisted). Komu można zapłacić, żeby nie zapodali nam romansu Sherlocka, na przykład z tą laborantką od szminki???
Po drugie... nie, po drugie to właściwie rozumie. W "Psa..." całkiem mocno wierzy. Pewnie da się zrobić wiarygodną historię o demonicznym kundlu z legendy straszącym ludzi w XXI wieku, która nie odbiegnie zbyt mocno od kanonicznego HOUN. Pewnie tak.
Po trzecie jednak, kompletnie już nie rozumie, czemu oni chcą kręcić FINA - czy przypadkiem ten ostatni odcinek pierwszej serii to nie było do FINA dość wyraźne nawiązanie?! Ileż można robić cliff-hangerów zanim widzowie się zirytują? I, po trzecie i najstraszliwsze, czy oni nie chcą zamordować Sherlocka nieodwołalnie? (W kwestii stosunku Sherlockisty do osób mordujących Sherlocka patrz poprzednia notka...).
Najbardziej już ze wszystkiego przeraża jednak ShK taka wizja, że Sherlock, i owszem, będzie miał wrócić, jednak dopiero w jakimś EMPT kręconym w nowej serii za kolejny rok... A przecież w 2012 to ma już być koniec świata. I Sherlockista po prostu nie wyobraża sobie przeżyć śmierci Holmesa na ekranie i zaraz nie obejrzeć jego powrotu...
Podsumowując, musi więc Sherlockista przyznać, że jest wypowiedziami Gatissa w najwyższym stopniu zaniepokojony.

sobota, 8 stycznia 2011

I nareszcie prezent - (już prawie) kręci się nowy Sherlock BBC!

Sherlockista ekspresowo donosi - dzięki Milwaukee Meg, której serdecznie dziękuje za komentarz do poprzedniej notki - że Mark Gatiss potwierdził na Twitterze (ach ten Twitter, jednak trzeba go śledzić ;) wspaniałą nowinę: w maju zaczną kręcić nową serię Sherlocków. Wiemy już, że nie będzie w niej Dra Who, ale będzie 3 razy po 90 minut Cumberbatcha i Freemana. Po pierwszej serii chyba wszyscy mamy mocno zaostrzone apetyty i Sherlockista był już nawet ku swemu radosnemu zdumieniu wypytywany przez kilka osób spoza ścisłego holmes-fandomu, czy będą kolejne odcinki.

Trzeba przyznać, że naprawdę rzadko zdarza się taka ekranizacja czy wariacja na temat obrośniętych legendą książek, która budzi zachwyt zarówno ludzi z najgłębszych czeluści fandomowego szaleństwa, jak i takich, których niespecjalnie interesuje, czy pani Hudson pochodziła ze Szkocji, ale za to lubią dobre filmy. Jeszcze raz brawa dla ekipy BBC.

A oto i Mark Gatiss (którego w tym wcieleniu może byśmy nie podejrzewali o zdolność do konstruowania błyskotliwie inteligentnych scenariuszy...):

niedziela, 19 grudnia 2010

Ekspresik sherlockistyczny

(to taka forma pośrednia między minipostem a odcinkiem ekspresu :) , nie oznacza, że Sherlockista się świątecznie żegna, bo planuje jeszcze dłuższą recenzję-niespodziankę, ale oznacza, że w Sherlockistycznym świecie raczej duch compliments of the season i nikt nawet żadnego wielkiego błękitnego karbunkułu nie ukradł).

A zatem, doniesienie pierwsze to właściwie przypomnienie o tym, że wciąż toczy się walka o ocalenie domu Arthura Conan Doyle'a, w którym powstawały obiekty naszego uwielbienia. Bez domu, który znalazł się w ruinie i który planuje się podzielić na osiem mieszkań, być może nie byłoby ani Bretta ani Downeya ani Rathbone'a ani Gielguda ani Coulesa ani Merrisona ani nawet tego bloga i znacznej części życia tysięcy Sherlockistów na świecie. No, może ShK trochę przesadził, ale z całą pewnością posiadłość w Undershaw, w której, jak Sherlockista wspominał tu w poprzedniej notce na ten temat  (zainteresowanych odsyłam też do podlinkowanego bloga o tytule Help to Save Undershaw). W każdym razie, nie byłoby miejsca, w którym Doyle pielęgnował chorą żonę i przywracał życiu Holmesa po smutnym epizodzie nad wodospadem Reichenbach. Na blogu można poczytać o tym, ilu wspaniałych ludzi zaangażowało się w sprawę - w tym John Gibson, Sherlockiście jeszcze nieznany, choć autor pięciu książek w temacie i działacz Undershaw Preservation Trust, a także znany nam wszystkim Mark Gatiss, któremu zawdzięczamy Sherlocka BBC oraz przedstawiciele Warner Bros. Sherlockista nie mógł się powstrzymać od kradzieży pocztówki świątecznej, na której śnieg litościwie zakrywa wszystkie niedostatki starego domu Doyle'a, pozostawiając czysty urok:


A Sherlockista przypomina o całej sprawie dlatego, że dotarły do niego pogłoski o tym, jakoby obrońcy domu Doyle'a mieli się odwołać do sądu wyższej instancji (od decyzji stosownej jednostki samorządu terytorialnego, która wydała już zgodę na planowaną przebudowę).


Doniesienie drugie to właściwie żadne zaskoczenie, ale wszyscy z wyjątkiem ujawnionych już i znanych zapiekłych wrogów Sherlocka Ritchiego (a może nawet i oni :) ucieszą się, że Hans Zimmer zrobi muzykę również do drugiej części filmu (jak wspominał Sherlockista, efekty prac nad jedynką były zarówno w miarę, jak na Hollywood oryginalne i zostały uhonorowane nominacją do Oscara, choć nie samą statuetką).

Doniesienie trzecie to źródło potężnej, gigantycznej wręcz frustracji Sherlockisty. Ukazała się bowiem w zdecydowanie bardziej cywilizowanym sherlockistycznie świecie debiutancka powieść Grahama Moore'a pod tytułem The Sherlockian. 


Okładka jest banalna do bólu zębów, ale fabuła już chyba mniej. Powieść składa się z dwóch równoległych wątków: sir Arthura Conan Doyle'a i współczesnego narratora, który jest specem od opowiadań o Holmesie. Obaj próbują rozwiązać zagadki "z prawdziwego życia" z pomocą Sherlockowych metod. Więcej (ale niewiele więcej) zdradzi Czytelnikom sam autor, Graham Moore, w promocyjnym klipie:





A skąd taka frustracja Sherlockisty? Stąd po prostu, że usiłował ściągnąć tę powieść już-teraz-zaraz-w formie audio z serwisu Audible i serwis Audible wcisnął mu jakiś crap na temat ograniczeń związanych z prawami autorskimi. Naprawdę, bardzo jest to wkurzające i nie pierwszy raz już się ShK naciął na ten fenomen, że jego polskie IP i polska karta płatnicza wykluczają go z grona szczęśliwców, dla których dostępne są różne sherlockistyczne cymesy. Świat nie jest taką znowu  globalną wioską, niestety. Może uda mu się ściągnąć wersję papierową i napisać recenzję (nie nie, to nie ta zapowiadana w nagłówku recenzja niespodzianka).
I jeszcze zapowiadana na początek nowego roku kolejna pozycja Moore'a:
...i Sherlockista żegna się na dziś, ale jeszcze tu wkrótce wróci. Przy okazji chciałby serdecznie pozdrowić nowych Czytelników, którzy ostatnio odezwali się w komentarzach :)

sobota, 30 października 2010

Wywiad z twórcami Sherlocka BBC/PBS, biedny Downey i potworny Cumberbatch

Z cyklu "mocno zaległe linki", który Sherlockista bez większej dumy zainaugurował jakiś czas temu (odkrywa owe linki metodą zaglądania w otwarte od niepamiętnych czasów karty swojego Chrome'a), dziś bardzo sympatyczny wywiad z Moffatem i Gatissem.
Mówią mniej więcej to, co zwykle, ale dodają więcej szczegółów. Znów możemy usłyszeć, że pomysł na uwspółcześnionego "Sherlocka" wziął się z genialnej refleksji nad tym, że znowu mamy idiotyczną wojnę w Afganistanie (a także w Iraku), że ludzie wciąż wysyłają sobie wiadomości tekstowe, tylko esemesem zamiast telegramem i że mieszkania w Londynie wciąż są za drogie, żeby samotny mężczyzna u progu kariery mógł sobie na nie pozwolić. Wracają do opowieści o castingu, o "idealnym" Cumberbatchu i o tym, jak Freeman wspaniale się z nim komponował (dajmy im prawo do tej dumy - zasłużyli!).
Przepiękny, długi fragment wywiadu poświęcony jest przyjaźni między Holmesem i Watsonem i temu, że dla większości fanów to właśnie jest sens i istota całej tej historii. Gdyby twórcy różnych straszliwych produkcji przeczytali to, co Gatiss i Moffat mówią (i to, jak ciepło, ze zrozumieniem i bez zgrywania twardych macho potrafią opowiadać o przyjaźni między dwoma facetami, co w XXI naprawdę jest dla mężczyzn dużo trudniejsze niż mogłoby się wydawać), to do wielu katastrof nigdy by nie doszło. Sherlockiście zwłaszcza przypadło do gustu wyjaśnienie, czemu "wierzymy" w Watsona w wersji Bruce'a, chociaż tak niewiele ma wspólnego z Doyle'em - po prostu dlatego, że widzimy, że kocha Holmesa a Holmes kocha jego. I podobnie jak Sherlockista, Moffat i Gatiss najwyraźniej uważają pytanie o fizyczne relacje między panami za czwartorzędne wobec tego, jak niesamowita więź łączy detektywa i jego kronikarza.
Ze wzruszeniem przeczytał ShK wyrazy uwielbienia dla Bretta oraz dla Wildera za PLOSH, ale chociaż zgadza się z M&G, że niezwykle ważne jest w ekranizacjach Holmesa odpowiednie poczucie humoru, to nie do końca podziela skłonność do potępiania wszystkich wersji "zbyt poważnych" - zwłaszcza, gdy do tych wersji zaliczane są niektóre Bretty... ;)
Na koniec, za autorem wywiadu, Sherlockista ogłasza konkurs: o co chodzi w wypowiedzi na temat jakiegoś Donalda, który został na powrót wprowadzony do "Sherlocka"? Możliwe, że wiąże się to jakoś z tym humorem, ale jak? Nie dopuszczajmy do siebie podejrzenia, że chodzi o Kaczora ;)... Sherlockista prosi o pomoc zwłaszcza Czytelników, którzy - w przeciwieństwie do niego - nie gubią się na twitterze i śledzą, co tam się dzieje ;)


---
Tymczasem wychwalany wyżej Benedykt otrzymał skomplikowaną rolę w londyńskim teatrze: przyjdzie mu grać w scenicznej wersji "Frankensteina". Większość z nas przynajmniej raz w życiu pomyliła postać doktora Frankensteina (czyli człowieka, genialnego naukowaca) z jego dzieckiem, potworem, którego stworzył i który wcale się Frankenstein nie nazywał. Cumberbatch będzie pogłębiał zamieszanie, grając na zmianię to jednego i drugiego bohatera. Sherlockista nie może doczekać się zdjęć... Adaptację dzieła Mary Shelley wystawi reżyser Danny Boyle, a Cumberbatchowi jako, odpowiednio, dr Frankenstein i potwór, partnerować będzie Johnny Lee Miller.
Uwaga, alter ego naszego ulubionego nowego Sherlocka wygląda tak:

 (Jeśli gdzieś już widzieliście tego pana to prawdopodobnie w Trainspotting, jako Sick Boya)


Na koniec: zdecydowanie mniej przez Czytelników ceniony Downey może nie znaleźć czasu dla Alfonso Cuarona i jego Gravity. Z powodu jakichś niejasności związanych z obsadą roli żeńskiej (Angelina, ta od Brangeliny) doszło do opóźnienia, które może uniemożliwić Downeyowi pogodzenie wszystkich planów. Sherlockista mimo wszystko cieszy się, że Downey stawia raczej na Sherlocka 2 ;)