Od dłuższego już czasu nurtuje mnie i smuci pewna kwestia związana z tematyką bloga. Jak każdy młody absolwent filozofii, często muszę walczyć z refleksją, że zajmuję się rzeczami kompletnie szerokiemu ogółowi zbędnymi i, w skrócie, nikły ze mnie dla świata pożytek. Między innymi dlatego założyłam dawno temu pewnego prywatnego bloga, który z założenia był blogiem niezwykle pożytecznym, bo pokazywał, jak żyć oraz jak nie żyć i to z pomocą różnych filozoficznych obserwacji, a zwłaszcza przykładów (głównie na to, jak nie żyć i głównie z moich dokonań). Niestety, ta iskra sensu w mojej działalności zagasła nader szybko i zamiast ciągnąć dydaktyczną misję na "Przygodach...", przeniosłam się na Sherlockiana i tu nurzam się z rozkoszą w recenzjach, eseikach i ploteczkach z tak szeroko pojętego świata holmesologii, że obejmuje on również Doktora, Star Treka, Poirota i futbol. (Nie, nie było jeszcze nic o tym, co łączy Holmesa i futbol, ale muszę migiem coś takiego wymyślić, bo nie sądzę, żebym w czerwcu dała radę pisać o czymkolwiek, co się z futbolem nie łączy...)