Sherlockista z entuzjazmem i sentymentem odnotował doniesienie, że Anthony Horowitz, znany jako autor powieści o Aleksie Riderze, napisze apokryf o Sherlocku Holmesie. Co więcej, otrzymał upoważnienie Conan Doyle Estate (zainteresowanych komplikacjami wokół zarządzania prawami do Holmesa odsyła Sherlockista do notki na ten temat , wydaje się jednak, że ten Conan Doyle Estate to ten "właściwy", bo w artykule można znaleźć wzmianki o rozmowach z pozostałymi przy życiu krewnymi ACD) - a to samo w sobie jest ewenementem.
Entuzjazm ShK wziął się stąd, że Horowitz to dowcipny i błyskotliwy autor, który twierdzi w dodatku, że uwielbia opowiadania o Holmesie - zakochał się w nich, gdy miał 16 lat. Dobry znak, że dopiero wtedy, bo wbrew pozorom i wbrew polskim listom lektur, Sherlock to nie są książki dla dzieci z podstawówki ;)
Sentyment zaś stąd, że lat temu dwieście i trochę miał ShK przyjemność przetłumaczyć przesympatyczną powieść Horowitza dla młodzieży i tym samym zadebiutować w swojej pracy ;)
Sherlock Holmes - Kanon, apokryfy, adaptacje, ekranizacje, holmesologia, blog Sherlockisty, doniesienia z sherlockistycznego świata. Tu zawsze jest rok 1895.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawa autorskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawa autorskie. Pokaż wszystkie posty
środa, 19 stycznia 2011
piątek, 19 marca 2010
Kto ma prawo do Sherlocka?
Jest taka tajemnica dotycząca Kanonu, która wydaje się Sherlockiście bardziej nieprzenikniona niż to, co robił Holmes w czasie 3 lat The Great Hiatus oraz czemu Mary woła na Johna "James" razem wzięte.
Tajemnica ta wiąże się z prawami autorskimi. Już kiedy Sherlockista beztrosko dość określił Andreę Plunket chlubnym mianem dysponentki owymi prawami, miał świadomość, że dotyka jakiejś sprawy smutnej i trudnej, ale postanowił się wówczas w to nie wdawać. Najkrócej rzecz ujmując, opinia, jakoby pani Plunket, miała cokolwiek do powiedzenia w kwestii postaci sir Arthura Conan Doyle'a nie jest opinią powszechną. Głównym kontrkandydatem jest Jon Lellenberg, tytułujący się zarządcą majątku Dame Jean Conan Doyle, związany z potomkami Conan Doyle'a i sam zaangażowany w opracowywanie spuścizny ACD (redagował m. in. wybór listów ACD). Na dowód okładka poniżej:
Zazwyczaj w takich wypadkach o tym, co ma się stać opinią powszechną decyduje sąd. Tu jednak mamy do czynienia z ciekawą sytuacją, w której mimo licznych procesów - i wyroków - żadna ze stron nie wydaje się przekonana. Andrea Plunket bardzo stanowczo twierdzi, że Lellenberg jest oszustem i wylicza wszystkie uchybienia formalne, których - rzekomo? - się dopuścił. Lellenberg raczej stara się udawać, że ją lekceważy, handluje prawami jak gdyby nigdy nic, ale podkreśla, że gdyby ktoś zapłacił za owe prawa jednak Andrei Plunket, to on, Lellenberg, się wkurzy.
Sherlockista w ogóle pomija tu taką subtelność, że w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii Sherlock Holmes w ogóle nie jest już chroniony prawem autorskim, w związku z czym ani Plunket ani Lellenberg nic do gadania nie mają. Skoncentrujmy się na Zaoceanie.
W obliczu ciężkich pieniędzy do zgarnięcia w związku z wyglądanym przez Sherlockistę sequelem Warner Bros., sprawa jest jednak boleśnie aktualna i można tylko mieć nadzieję, że przepychanki nie opóźnią filmowania. Przedstawiciele WB, jak podkreślają autorzy równie asekurancko bezstronnych doniesień, starają się na razie nie zająć żadnej pozycji.
Dlatego zatem, kiedy Sherlockista trafił na styczniowy artykuł w Timesie poświęcony tej zawikładnej sprawie, odetchnął z ulgą, pewny, że teraz w końcu zrozumie, o co tu chodzi.
Artykuł - nareszcie! - dość jednoznacznie opowiada się po stronie Lellenberga, najcenniejsze jednak jest precyzyjne odtworzenie dziejów owego sporu.
Po śmierci Conan Doyle'a - rok 1930 - prawa do jego dzieł przejąła kolejno trójka dzieci, które miał z drugą żoną, Jean: Denis, Adrian (skądinąd autor bardzo sympatycznych apokryfów, takich jak ten) i wreszcie, od roku 1970, najmłodsza córka, po mamie nazwana również Jean, która w chwili śmierci ojca miała 17 lat. Wdowa po Denisie, Nina zdołała jednak wywalczyć prawo do praw dla siebie, ufundowała spółkę o nader stosownej nazwie Baskervilles Investments Ltd. - i popadła w długi. W 1976 roku prawa do dzieł Conan Doyle'a zostały sprzedane amerykańskiemu producentowi Sheldonowi Reynoldsowi, który w 1954 roku nakręcił uroczą skądinąd serię telewizyjnych Sherlocków z Ronaldem Howardem (Sherlockista ma nadzieję jeszcze o tej serii tu napisać - w kontekście może tylko napomknąć, że mimo wszelkich zalet owej serii trudno ją nazwać ściśle kanoniczną ;).
W 1980 roku w Wielkiej Brytanii Sherlock Holmes wszedł do "public domain", natomiast w 1981 Jean Conan Doyle udało się "odbić" prawa do Sherlocków. A przynajmniej tak twierdzi Times i Lellenberg. Dame Jean umarła w roku 1997, przekazując owe prawa Royal National Institute of Blind People, od którego odkupili je młodsi Doyle'owie.
Plunket twierdzi jednak, że to ona, a nie Reynolds, odkupiła prawa do Sherlocka Holmesa po bankructwie spółki Niny i tytułuje się zarządczynią majątku Conan Doyle'a. Na linkowanej już stronie wskazuje na szereg uchybień formalnych, których dopuścili się Dame Jean i Jon Lellenberg (problem polega na tym, że aby przejęcie praw było ważne należało jej przesłać w odpowiedni sposób "Notice of Termination", czego nie dopełniono - skądinąd Plunket poczyniła wszelkie kroki, by to uniemożliwić).
Plunket wskazuje, nie bez racji, że powiązania między Lellenbergiem a osobami, które wprawdzie nie są potomkami wielkiego ACD w linii prostej, ale noszą to samo nazwisko, sprawiają, że brzmi wiarygodniej.
Lellenberg dość beztrosko opowiada o planach do roku 2023 i Plunket traktuje z lekceważeniem i irytacją.
A Sherlockista może tylko powiedzieć, że skoro Plunket nie pozwala Downeyowi grać Holmesa-geja, to może niech te prawa lepiej ma ten Lellenberg ;)
Swoją drogą, Sherlockista może sobie tylko wyobrazić, jak wściekły jest Lellenberg, gdy czyta podobne doniesienia, które zupełnie nieświadomie i jednoznacznie wskazują Plunket jako właścicielkę praw autorskich...
Tajemnica ta wiąże się z prawami autorskimi. Już kiedy Sherlockista beztrosko dość określił Andreę Plunket chlubnym mianem dysponentki owymi prawami, miał świadomość, że dotyka jakiejś sprawy smutnej i trudnej, ale postanowił się wówczas w to nie wdawać. Najkrócej rzecz ujmując, opinia, jakoby pani Plunket, miała cokolwiek do powiedzenia w kwestii postaci sir Arthura Conan Doyle'a nie jest opinią powszechną. Głównym kontrkandydatem jest Jon Lellenberg, tytułujący się zarządcą majątku Dame Jean Conan Doyle, związany z potomkami Conan Doyle'a i sam zaangażowany w opracowywanie spuścizny ACD (redagował m. in. wybór listów ACD). Na dowód okładka poniżej:
Zazwyczaj w takich wypadkach o tym, co ma się stać opinią powszechną decyduje sąd. Tu jednak mamy do czynienia z ciekawą sytuacją, w której mimo licznych procesów - i wyroków - żadna ze stron nie wydaje się przekonana. Andrea Plunket bardzo stanowczo twierdzi, że Lellenberg jest oszustem i wylicza wszystkie uchybienia formalne, których - rzekomo? - się dopuścił. Lellenberg raczej stara się udawać, że ją lekceważy, handluje prawami jak gdyby nigdy nic, ale podkreśla, że gdyby ktoś zapłacił za owe prawa jednak Andrei Plunket, to on, Lellenberg, się wkurzy.
Sherlockista w ogóle pomija tu taką subtelność, że w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii Sherlock Holmes w ogóle nie jest już chroniony prawem autorskim, w związku z czym ani Plunket ani Lellenberg nic do gadania nie mają. Skoncentrujmy się na Zaoceanie.
W obliczu ciężkich pieniędzy do zgarnięcia w związku z wyglądanym przez Sherlockistę sequelem Warner Bros., sprawa jest jednak boleśnie aktualna i można tylko mieć nadzieję, że przepychanki nie opóźnią filmowania. Przedstawiciele WB, jak podkreślają autorzy równie asekurancko bezstronnych doniesień, starają się na razie nie zająć żadnej pozycji.
Dlatego zatem, kiedy Sherlockista trafił na styczniowy artykuł w Timesie poświęcony tej zawikładnej sprawie, odetchnął z ulgą, pewny, że teraz w końcu zrozumie, o co tu chodzi.
Artykuł - nareszcie! - dość jednoznacznie opowiada się po stronie Lellenberga, najcenniejsze jednak jest precyzyjne odtworzenie dziejów owego sporu.
Po śmierci Conan Doyle'a - rok 1930 - prawa do jego dzieł przejąła kolejno trójka dzieci, które miał z drugą żoną, Jean: Denis, Adrian (skądinąd autor bardzo sympatycznych apokryfów, takich jak ten) i wreszcie, od roku 1970, najmłodsza córka, po mamie nazwana również Jean, która w chwili śmierci ojca miała 17 lat. Wdowa po Denisie, Nina zdołała jednak wywalczyć prawo do praw dla siebie, ufundowała spółkę o nader stosownej nazwie Baskervilles Investments Ltd. - i popadła w długi. W 1976 roku prawa do dzieł Conan Doyle'a zostały sprzedane amerykańskiemu producentowi Sheldonowi Reynoldsowi, który w 1954 roku nakręcił uroczą skądinąd serię telewizyjnych Sherlocków z Ronaldem Howardem (Sherlockista ma nadzieję jeszcze o tej serii tu napisać - w kontekście może tylko napomknąć, że mimo wszelkich zalet owej serii trudno ją nazwać ściśle kanoniczną ;).
W 1980 roku w Wielkiej Brytanii Sherlock Holmes wszedł do "public domain", natomiast w 1981 Jean Conan Doyle udało się "odbić" prawa do Sherlocków. A przynajmniej tak twierdzi Times i Lellenberg. Dame Jean umarła w roku 1997, przekazując owe prawa Royal National Institute of Blind People, od którego odkupili je młodsi Doyle'owie.
Plunket twierdzi jednak, że to ona, a nie Reynolds, odkupiła prawa do Sherlocka Holmesa po bankructwie spółki Niny i tytułuje się zarządczynią majątku Conan Doyle'a. Na linkowanej już stronie wskazuje na szereg uchybień formalnych, których dopuścili się Dame Jean i Jon Lellenberg (problem polega na tym, że aby przejęcie praw było ważne należało jej przesłać w odpowiedni sposób "Notice of Termination", czego nie dopełniono - skądinąd Plunket poczyniła wszelkie kroki, by to uniemożliwić).
Plunket wskazuje, nie bez racji, że powiązania między Lellenbergiem a osobami, które wprawdzie nie są potomkami wielkiego ACD w linii prostej, ale noszą to samo nazwisko, sprawiają, że brzmi wiarygodniej.
Lellenberg dość beztrosko opowiada o planach do roku 2023 i Plunket traktuje z lekceważeniem i irytacją.
A Sherlockista może tylko powiedzieć, że skoro Plunket nie pozwala Downeyowi grać Holmesa-geja, to może niech te prawa lepiej ma ten Lellenberg ;)
Swoją drogą, Sherlockista może sobie tylko wyobrazić, jak wściekły jest Lellenberg, gdy czyta podobne doniesienia, które zupełnie nieświadomie i jednoznacznie wskazują Plunket jako właścicielkę praw autorskich...
poniedziałek, 8 marca 2010
Czy Sherlock H. był gejem? - każdy Sherlockista musi na to pytanie odpowiedzieć. Co najmniej 9 razy.
Sherlockista jakiś czas temu podlinkował jedno ze swoich ciekawszych znalezisk w zbiorze "Inne tropy", jednak nie miał wcześniej chwili, by je przedstawić i wyjaśnić, czemu właściwie uważa je za znalezisko ciekawe.
Autorzy tego bloga tropią wszelkie wzmianki/interpretacje/fanfiki/slashe, w których Holmes lub* Watson byli gejami.
Jako że Sherlockista w ogóle za slashami nie przepada (bowiem w wersji łagodnej są to przeważnie żałośnie słabe romansidła, a w wersji hard jeszcze żałośniej słabe porno), sam nie czytał tego więcej niż nakazywał reporterski obowiązek, przypomina sobie jednak co najmniej jedno takie dzieło, w którym akcja rozpoczęła się w punkcie oczywistym, czyli pewną słynną sceną z 3GAR, a nastęnie potoczyła się w sposób jeszcze bardziej oczywisty, jeśli zważyć, że we wspomnianej scenie Holmes rozcina Watsonowi spodnie.
Niezwykle wdzięcznym materiałem dla wspomnianych bloggerów jest omówiony tu film, bowiem nie tylko roi się w nim od różnego rodzaju sugestii i aluzji (Holmes i Watson kłócą się jak stare małżeństwo, a Downey spoziera na Law wzrokiem zazdrosnym i pożądliwym - nie sposób też uniknąć skojarzeń ze słynną rolą Law jako wielkiego kusiciela, który uwiódł Oscara Wilde'a), ale i sami twórcy filmu wypowiadają się na temat ewentualnego homoseksualizmu Holmesa z przymrużeniem oka. Nawet jeśli nie chcą jednoznacznej intepretacji ich bohatera jako geja, to nigdzie nie zamykają do takiej interpretacji drogi i to, jak się wydaje, raczej nie z powodu poprawności politycznej, a po prostu dlatego, że trochę tak istotnie została pomyślana ta postać, mimo stereotypowo hetero-męskiej skłonności do walk wręcz i romansu z Irene Adler. Niestety, sugestie Downeya nie spodobały się dysponentce prawami autorskimi do postaci Sherlocka Holmesa na terenie Stanów Zjednoczonych, Andrei Plunket, która zagroziła, że jeśli w sequelu wątek homoseksualizmu Holmesa zostanie wyeksponowany/pociągnięty, to ona za żadne pieniądze się na to nie zgodzi.
I z tej okazji Sherlockista zadał sobie pytanie, czy Plunket miała rację? ShK nie zamierza się tu wdawać w interpretacje jej zachowania (być może jest po prostu kretynką, która uznała przedstawienie Holmesa jako geja za uwłaczające a być może nie toleruje dopisywania do postaci czegoś, czego eksplicite nie ma w Kanonie, a gdy Ritchie kręcił pierwszy film po prostu jej się przysnęło) ani dyskutować tego, na ile twórcom adaptacji wolno ingerować w tekst etc. - zakłada tylko, że cokolwiek Plunket zrobiła, zrobiła to ponieważ wierzy mocno, że Holmes gejem nie był. Sherlockista zamierza zatem rozważyć publicznie kwestię, o którą pyta go ok. 80% rozmówców w czasie do 3 min. 20 sek. od dowiedzenia się, że Sherlockista jest Sherlockistą.**
Przeżyjmy to jeszcze raz - jedyna eksplicytna scena, w której napisane jest wielkimi literami, że Holmes kocha Watsona. Oddajmy głos owemu słynnemu 3GAR.
I felt a sudden hot sear as if a red-hot iron had been pressed to my thigh. There was a crash as Holmes's pistol came down on the man's head. I had a vision of him sprawling upon the floor with blood running down his face while Holmes rummaged him for weapons. Then my friend's wiry arms were round me, and he was leading me to a chair.
"You're not hurt, Watson? For God's sake, say that you are not hurt!"
It was worth a wound -- it was worth many wounds -- to know the depth of loyalty and love which lay behind that cold mask. The clear, hard eyes were dimmed for a moment, and the firm lips were shaking. For the one and only time I caught a glimpse of a great heart as well as of a great brain. All my years of humble but single-minded service culminated in that moment of revelation.
"It's nothing, Holmes. It's a mere scratch."
He had ripped up my trousers with his pocket-knife.
"You are right," he cried with an immense sigh of relief. "It is quite superficial." His face set like flint as he glared at our prisoner, who was sitting up with a dazed face. "By the Lord, it is as well for you. If you had killed Watson, you would not have got out of this room alive. Now, sir, what have you to say for yourself?"
"For the one and only time" nie jest prawdą - bardzo nasycona emocjami scena ma również miejsce w DEVI, co znamienne, obaj panowie znów leżą na sobie, ale tym razem to Watson wyciąga Holmesa z opałów, a właściwie oparów trucizny.
Drobne gesty i uwagi rozsiane są naturalnie po całym cyklu, na czele ze słynnym momentem w EMPT, kiedy to Watson - twardy żołnierz - mdleje z radości na widok powracającego Holmesa.
Że Watson Holmesa momentami ubóstwia - to dla każdego czytelnika jest jasne. Detektyw jest "najlepszym i najmądrzejszym człowiekiem", jakiego Watson zna (FINA), pokazuje mu nowe, ekscytujące życie, sprawia, że ranny, emerytowany lekarz znów czuje się potrzebny (what would I do without my Boswell?), fascynuje go pięknym umysłem i niecodziennymi nawykami, a zarazem sprawia, że i Watson, człowiek zgoła nieszablonowy, hazardzista, kobieciarz, artysta i wielbiciel zagadek czuje się bardziej wolny. Wspomniany już niegdyś w tym blogu Bert Coules z BBC, sam pisarz, tworząc radiowe adaptacje opowiadań genialnie wprost uwypukił w całym cyklu fakt, że Watson tworzy - przygody przeżywane z Holmesem są dla niego czymś więcej niż tylko inspiracją do uprawiania hobby.
Dla Holmesa przyjaźń - związek? - z Watsonem jest prawdopodobnie najważniejszą rzeczą w życiu. Watson, że się tak Sherlockista postmodernistycznie wyrazi, tworzy narrację o życiu Holmesa. Dzięki Watsonowi Holmes widzi swoje poczynania w nowym świetle, nie tylko banalnie zyskuje sławę, ale w pewnym sensie zyskuje samoświadomość. Tu znów ukłon w pas dla Coulesa za scenę, w której Holmes cytuje opowiadanie Watsona (SCAN) i przyznaje się, że regularnie dzieła doktora czytuje. Podobne motywy obecne są zresztą w każdej dobrej adaptacji Holmesa.
Watson to oczywiście niezawodny i zaopatrzony w wojskową broń towarzysz przygód, bez którego niejedna z ryzykownych wypraw mogłaby się zakończyć gorzej. Ale rola ta jest zupełnie nieistotna w porównaniu z faktem, że - nie licząc może Mycrofta - Watson jest jedyną osobą, wobec której Holmes żywi ciepłe uczucia. Wprawdzie zdarza mu się pisać o Watsonie z lekceważeniem, że był dla niego jak fajka czy inne akcesoria (CREE), ale przywołane wyżej fragmenty wyraźnie przeczą tej teorii. Watson też otwierał przed Holmesem nieznany mu egzotyczny świat - świat domu i rodziny, który daje ciepło i serdeczność, a nie wiąże się z mrocznymi uczuciami, przemocą i ukrytymi przed wzrokiem postronnych okrucieństwami. Niezależnie od tego jak wyglądało dzieciństwo detektywa, sama kariera Holmesa wystarcza, by zacząć na instytucję rodziny patrzeć co najmniej podejrzliwie (IDEN, BOSC, COPP). Watson, ze swoją tęsknotą za ciepłym kominkiem był pewnie w oczach Holmesa naiwnym kosmitą. Jednocześnie, ile razy by detektyw nie odmawiał ze zniecierpliwieniem kolejnego posiłku albo chwili odpoczynku, rodzinne i opiekuńcze odruchy Watsona najprawdopodobniej uratowały mu resztki zdrowia i życie. W serii Granady z powodu zadziwiającego zbiegnięcia się fabuły Sherlocków z historią życia odtwórcy głównej roli, szczególnie dobitnie pokazano, jak starzejący się, chorujący Holmes coraz bardziej potrzebuje opieki, a nawet lekarskiej pomocy Watsona. Jeśli Holmes istotnie chorował na ChAD (nt. tej hipotezy patrz jedna z poprzednich notek), to tylko Watson potrafił odróżnić znudzenie bezczynnością od depresji, na którą nawet najlepsza zagadka nie byłaby lekarstwem, ekscytację z powodu interesującej zagadki, od niezdrowego, wyczerpującego pobudzenia. Watson wie, kiedy odradzić Holmesowi branie następnej sprawy, kiedy przymusem niemal wysłać go na wakacje (DEVI), kiedy wyciągnąć na spacer (YELL). Watson kontroluje przyjmowane przez Holmesa dawki narkotyków (najlepsze dialogi na ten temat mają miejsce nie w Kanonie a w "The Private Life of Sherlock Holmes", niestety część znajduje się we fragmentach zachowanych tylko w scenariuszu...).
Watson powstrzymuje ten piękny, delikatny umysł przed niszczeniem samego siebie. I w zamian otrzymuje kawał Holmesowego serca.
I dlatego na pytanie czy Sherlock H. był gejem, odpowiada Sherlockista niezmiennie "ale co za różnica"...
Bo pytanie to mieści w sobie wprawdzie aż trzy różne kwestie, ale żadna z nich nijak tej powyżej przedstawionej, najistotniejszej o relacjach SH i JW prawdy nie tyka.
Pierwsza kwestia to zwyczajnie orientacja obu panów. Z Kanonu wiemy, że Watson miał co najmniej jedną żonę, ale to mogła być, oczywiście, przykrywka, więc tak naprawdę na pewno nie wiemy nic - roboczo można uznać jedynie, że na razie nic nas nie zmusza do trzymania się tezy, jakoby byli hetero.
Po drugie, można zatem przez to rozumieć trywialne pytanie o to, czy uprawiali seks. A cholera ich wie. W obliczu tak kosmicznego związku dwóch potężnych indywidualności jest to po prostu sprawa drugorzędna. Niektórzy ludzie trochę po hipisowsku przez seks wyrażają po prostu bliskość, nawet w związkach z przyjaciółmi. Dla innych seks i przyjaźń to dwa światy, którym z jakichś powodów przeciąć się nie wolno, bo przyjaźń stanie się "brudna". Naprawdę trudno by było określić, do którego rodzaju należeli Holmes i Watson, chociaż zważywszy na to, jak oryginalnie zachowywali się na co dzień (jak na surowe realia późnowiktoriańskiej Anglii), można wiele pikantnych rzeczy wnioskować na temat ich podejścia do seksu.
Po trzecie wreszcie, można zapytać, czy oprócz tego, że się kochali jak przyjaciele, byli w sobie zakochani? Czy oprócz ciepła i sympatii czuli czasem na swój widok jakieś szarpiące porywy namiętności, czy w finale SIGN, gdy Watson wyprowadza się do żony, Holmes pragnie oprócz żalu, smutku i przygnębienia wyrazić jeszcze potężniejsze uczucia, czy w scenie z 3GAR, gdyby Watson zginął, to Holmes zabiłby jego mordercę a na koniec sam pchnął się nożem w zdławioną bólem pierś?
Szczerze, to myśli Sherlockista, że raczej nie, ale... czy nie mamy po tym wszystkim już zupełnie dość poszlak, żeby zrobić dobry, holmesologiczny blog o gej-Sherlocku ;)?
---
*Sherlockista obiecał sobie, że w tym blogu filozoficznie wyżywać się nie będzie, ale wspomni tylko, że alternatywy używa zawsze w klasycznym sensie logicznym: możliwe, że zachodzi tylko jeden człon, ale możliwe też, że zachodzą oba człony na raz.
**Naprawdę wierni Czytelnicy być może pamiętają pierwszy wpis na ten temat na starym angielskim blogu ShK.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
