"Sympatyczny" to takie pozytywne słowo. Przyjemne. Wesolutkie. Nieinwazyjne. No, takie sympatyczne. A teraz, czy wyobrażacie sobie, żeby komplement taki strzelić Sherlockowi Holmesowi?
No właśnie.
ShK bardzo się starał dać "Grze cieni" szansę. Do pierwszej części Sherlocka Ritchiego ma wręcz sentyment: była dla niego wielkim zaskoczeniem na plus, obejrzał ją w bardzo dramatycznych okolicznościach życiowych, a na dodatek, chociaż planował założenie sherlockistycznego bloga od dawna, to dopiero ten nowy, kinowy, masowo popularny Sherlock przekonał go, że w ogóle ktokolwiek będzie go kiedyś czytał. I tak oto
entuzjastyczna wręcz recenzja z jedynki była pierwszym po powitaniu tekstem na Sherlockianach :)
Do końca miał ShK nadzieję, że dwójka, mimo zniechęcających trailerów i pogłosek, też go pozytywnie rozczaruje. No, niestety, nie tym razem.
Downey jest milutki, ma wielkie, sarnie oczy, bardzo jest nam przykro, kiedy go boli albo martwi się o Watsona, no a już zwłaszcza, gdy okazuje się, że taki wspaniały detektyw ma (bardzo liczne) słabostki i boi się wysokich koni. Ogromnie to jest wszystko
sympatyczne, ale z postaci, która w pierwszej części miała sporo kanonicznych rysów (szczegóły w zlinkowanej recenzji) zostało skrzyżowanie Chucka Norrisa z klaunem. Niby twórcy podjęli jeszcze jakieś próby nawiązań do tekstów, była nawet garstka cytatów (wiadomość dla Watsona, skrawki dosłownie w dialogach z Moriarty'm), ale nie widać już żadnej spójności w tej postaci. Sherlockista napisałby, że wydaje się okropnie papierowa (aktorstwo Downeya też pozostawiło tym razem sporo do życzenia), ale momentami zastanawiał się, czy ekipa w ogóle zadała sobie trud, by spisywać jakieś scenariusze. Niby dzieje się sporo dramatycznych rzeczy, które powinny Sherlocka obejść osobiście - ale, no właśnie: niby. Niby na początku widzimy Sherlocka w manii, ale po chwili mu przechodzi i jest tym samym luzakiem, co zawsze. Niby rozwiązuje najważniejszą sprawę w karierze, ale dopytuje się co chwila, czy Watson dobrze się bawi, jak gdyby w gruncie rzeczy chodziło jednak o to, by wygrać w pojedynku na fajność z Mary...
Najgorsze jest chyba to, że tego Sherlocka nikt nie szanuje. Nawet pani Hudson pozwala sobie na pyskowanie. Wprawdzie Holmes potrafi wspaniale przywalić, i to dedukując precyzyjnie zachowanie przeciwnika, ale poza tym jest raczej zabawny. Hoduje w domu dżunglę, chodzi wiecznie wyśmodruchany i niedogolony, bez przerwy mu się coś myli, przymila się do opryskliwego Watsona, tańcuje z Cyganami... Amerykańskie nastolatki na pewno są zachwycone. Sherlockista mniej.
Teoretycznie niżej znajdzie się sporo spoilerów, ale ponieważ większość z tego była w trailerach a trudno spoilować film, który, jak już zostało powiedziane, ma tylko śladowe ilości scenariusza i właściwie żadnych specjalnie zaskakujących elementów, chyba można czytać spokojnie.
Poprzednia część ujęła Sherlockistę od razu - świetną muzyką - i była jak zaproszenie do dobrej zabawy, któremu nie dało się odmówić. Ta, z wszystkimi wybuchami, Irenami, Cyganami, terrorystami, oprychami, ślubami i naparzankami - jest zupełnie nijaka. To żadne zaskoczenie. Filmy są jakieś prawie zawsze dzięki wyrazistym głównym bohaterom, trzymającemu w napięciu konfliktowi lub tajemnicy. Prawie nigdy - z powodu bogatego wyboru płaskich zupełnie postaci, których nie mamy ani kiedy poznać ani się nimi przejąć oraz licznych wybuchających drzew.
Abstrahując od zepsutego zupełnie w sequelu Sherlocka Holmesa, główna wada filmu jest taka: między wszystkimi tymi burdami i strzelaninami nie ma kiedy zbudować spójnej fabuły, wciągającej zagadki, którą Holmes musiałby rozwiązać (inaczej niż pięścią), wielkiego konfliktu, który budziłby narastające emocje bohaterów i nasze (widać ślady po chaotycznych próbach dodania bohaterom rzeczywistych motywacji, ale tu też twórcy przesadzili: może Sherlockowi chodzi trochę o Adler, na pewno o, to, żeby przyimponować Watsonowi, przy okazji go chroniąc, ale też tak w ogóle o to, żeby wygrać pojedynek, no i w sumie warto by było uchronić społeczeństwo przed gadem, a i jeszcze przy okazji pomóc tej fajnej Cygance... - u ACD mamy proste starcie największego z detektywów z Napoleonem Zbrodni i wszyscy przejmują się tym o wiele bardziej).
Sherlockista nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że kręcąc kolejne sceny, twórcy zamiast klecić historię o Holmesie, zadawali sobie pytania w rodzaju: "a co by tu zrobić, żeby było z jajem? może niech Watson pobije się przy kartach? ekstra, nie? A może potańczą? E! Ze sobą potańczą, takie pikantne się zrobi! O, a w pociągu niech Sherlock przebierze się za kobietę, na tym zawsze się śmieją, rany no, Holmes w szmineczce, ale odjazd, popkornem będą prychać na odległość! Tylko Mycroft taki sztywny... może niech się rozbierze!!! Goły Mycroft! Czujecie? Goły! Buahaha!"
A potem naprawdę trudno powiedzieć, czemu właściwie Watson gra w karty zamiast pomagać Sherlockowi i czemu, na litość boską, Mycroft epatuje biedną Mary swoimi wdziękami. Czyżby był aż takim oryginałem i do tego stopnia odwykł od życia towarzyskiego, że nie przyszło mu do głowy włożyć szlafrok? Czemu w takim razie w innych scenach jest czarującym dyplomatą i duszą towarzystwa? Nie zrozumcie Sherlockisty źle, Stephen Fry akurat stanął na wysokości zadania i tak jak wszyscy oczekiwali, cudownie pasuje do swojej roli. Tylko że jego rolą jest bycie kolejnym
comic relief, czyli zabawnym gościem dającym nam odpocząć od stresów, które rzekomo rodzi główna linia fabuły. Kto w tym filmie właściwie nie służy za
comic relief?
Na szczęście: Moriarty, czyli Jared Harris. Oraz jedna z najbardziej udanych i kanonicznych postaci w
Game of Shadows: supersnajper, pułkownik Moran (Paul Anderson). ShK musi przyznać, że czarne charaktery udały się w sequelu nadspodziewanie dobrze. Budzą autentyczną grozę i są bardzo blisko ACD. Spotkanie bohaterów - wprawdzie nie na Baker Street, ale uniwersytet jest do zaakceptowania - należy do lepszych fragmentów filmu, a ich finałowy pojedynek nad wodospadem to już wręcz kawał wspaniałego holmesowego kina. Serio serio. Pewnie także dlatego, że Ritchie pokornie skorzystał w tych akurat partiach z prozy ACD...
Świetnym oryginalnym pomysłem Ritchiego było też wysłanie Profesora do opery.
Don Giovanni zawsze fenomenalnie wygląda w kinie i w "Grze cieni" także nie zawodzi.
Niestety, nawet Moriarty'emu przyszło też wystąpić w sekwencji zupełnie groteskowej, z rzeźnickim hakiem (jak wiadomo, scenom tortur musi towarzyszyć dla kontrastu sielska muzyka klasyczna) oraz długim, nużącym pościgiem, w którym burzy się kilka budynków i strzela ze sporych armat. Do ludzi w lesie. I na koniec, pokazuje się subtelnie, że Watson jest jednak przywiązany do Holmesa: robi mu się smutno, gdy przyjaciel prawie umiera.
Sam Watson zresztą jest bardzo dobrze zagrany, ale w tej części mocno już przerysowany. W relacji bohaterów zdecydowanie za dużo jest efektów specjalnych w postaci bójek, kłótni, rywalizacji nawet (!), łez, uwodzenia i przytulania się nago, a za mało esencji: czyli partnerstwa.
O Sim nie ma ShK zbyt wiele do powiedzenia. Ktoś uznał, że Cyganka będzie elementem
cool - i jest, zwłaszcza w wydaniu utalentowanej Noomi Rapace. Co Simza robi poza tym dla rozwoju fabuły/akcji lub bohaterów, trudno powiedzieć. A, dobrze i sprytnie się bije.
Ktoś uznał też, że elementem
cool będzie, jeśli Watsonowa Mary (Kelly Reilly) także przyczyni się do powalenia Moriarty'ego, co jest bardzo
sympatycznym pomysłem z punktu widzenia ruchu na rzecz pokazywania w kinie kobiet jako ciekawych ludzi, a nie tylko laleczek w opałach. Niestety, jeśli obstawimy Holmesa nie tylko superinteligentną Adler, bitnym, sprytnym i momentami dominującym Watsonem, Cyganką-karateką, ale jeszcze na dodatek asertywną i oblataną w szpiegowskich technikach Mary, to przestaje go być widać. A pamiętajmy, że Downey sam z siebie jest niewysoki...
Podsumowując, ani zwykłym widzom ani sherlockistom nie grozi na tym filmie atak szału, rozpaczy lub śmiechu. W ogóle nic szczególnego się nie wydarzy. Zobaczycie takiego sobie hollywoodzkiego wycierucha z kilkoma błyskami czegoś lepszego. Sherlockista nie mógł się oprzeć wrażeniu, że pod tymi wszystkimi burdami, żarcikami i gonitwami siedzi o wiele lepszy film, który trzeba by było najpierw ociosać z amerykańskich pomysłów na to, co bawi widownię.
Gdyby twórcy byli zainteresowani, jak to się robi, zawsze mogą obejrzeć z nami Sherlocka BBC: dziś Brytole dostaną "Hounds of Baskerville".
Porównywania obu produkcji raczej Sherlockista nie przewiduje. Byłoby to zupełnie zbędne, a przy tym okrutne.
P.S. Dla śledzących Sherlockianowy spór o Irene (głównie w komentarzach): przeczytajcie
głos Ninedin (na stałe podlinkowana z lewej strony ;).