Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 grudnia 2012

ShKA - 14 grudnia. N jak NO.

Jest dzisiaj z nami gość specjalny, który specjalnie dla Czytelników Sherlockianów zechciał powiedzieć nam parę słów o jednym z najwybitniejszych dzieł holmesologicznej kinematografii.
Przygotujcie się na literkę

Zwiniętą stąd.

poniedziałek, 9 lipca 2012

O jedwabnej pończosze i o straszliwym boju jaźni Sherlockisty.

Wielu rzeczy spodziewałam się po powrocie po latach do "Sherlocka Holmesa i sprawy jedwabnej pończochy" - może, że się złośliwie pośmieję, może, że się wkurzę, a może, że z nudów lewą ręką będę grała w Tetrisa w małym oknie, ale na pewno nie tego, że ogarną mnie refleksje iście metafizyczne i najdą przeróżne barokowe skojarzenia.


środa, 28 marca 2012

O tym, że na Sherlocka trzeba wyglądać.

Wszyscy znamy to uczucie, które nas ogarnia, gdy widzimy właściwego człowieka na właściwym miejscu. Na Sherlockianach często opowiadałam o tych wspaniałych momentach, kiedy patrzyłam na twarz na ekranie i nagle wiedziałam, że nie ma tu w ogóle o czym dyskutować. To był właśnie "on"! Świadomość, że ktoś pasuje gdzieś idealnie i nic się nie da na to poradzić napawa mnie wręcz czymś, na co po polsku nie ma tak dobrego słowa jak angielskie "awe", oznaczające zarazem podziw i przerażenie. Różnie zaczynały się moje wielkie przygody, czasem jak grom z jasnego nieba, od pierwszego "Barcelona", czasem jak w komedii romantycznej: od "kto to w ogóle jest?!" do zdławionego "zdaje się, że to najlepszy Holmes, jakiego kiedykolwiek zobaczę w życiu", a czasem jeszcze od konstatacji "jaki fajny szalik".

niedziela, 8 stycznia 2012

"Game of Shadows" - sympatyczny sequel Sherlocka Ritchiego. Recenzja - sort of - Sherlocka - sort of.

"Sympatyczny" to takie pozytywne słowo. Przyjemne. Wesolutkie. Nieinwazyjne. No, takie sympatyczne. A teraz, czy wyobrażacie sobie, żeby komplement taki strzelić Sherlockowi Holmesowi?
No właśnie.
ShK bardzo się starał dać "Grze cieni" szansę. Do pierwszej części Sherlocka Ritchiego ma wręcz sentyment: była dla niego wielkim zaskoczeniem na plus, obejrzał ją w bardzo dramatycznych okolicznościach życiowych, a na dodatek, chociaż planował założenie sherlockistycznego bloga od dawna, to dopiero ten nowy, kinowy, masowo popularny Sherlock przekonał go, że w ogóle ktokolwiek będzie go kiedyś czytał. I tak oto entuzjastyczna wręcz recenzja z jedynki była pierwszym po powitaniu tekstem na Sherlockianach :)
Do końca miał ShK nadzieję, że dwójka, mimo zniechęcających trailerów i pogłosek, też go pozytywnie rozczaruje. No, niestety, nie tym razem.
Downey jest milutki, ma wielkie, sarnie oczy, bardzo jest nam przykro, kiedy go boli albo martwi się o Watsona, no a już zwłaszcza, gdy okazuje się, że taki wspaniały detektyw ma (bardzo liczne) słabostki i boi się wysokich koni. Ogromnie to jest wszystko sympatyczne, ale z postaci, która w pierwszej części miała sporo kanonicznych rysów (szczegóły w zlinkowanej recenzji) zostało skrzyżowanie Chucka Norrisa z klaunem. Niby twórcy podjęli jeszcze jakieś próby nawiązań do tekstów, była nawet garstka cytatów (wiadomość dla Watsona, skrawki dosłownie w dialogach z Moriarty'm), ale nie widać już żadnej spójności w tej postaci. Sherlockista napisałby, że wydaje się okropnie papierowa (aktorstwo Downeya też pozostawiło tym razem sporo do życzenia), ale momentami zastanawiał się, czy ekipa w ogóle zadała sobie trud, by spisywać jakieś scenariusze. Niby dzieje się sporo dramatycznych rzeczy, które powinny Sherlocka obejść osobiście - ale, no właśnie: niby. Niby na początku widzimy Sherlocka w manii, ale po chwili mu przechodzi i jest tym samym luzakiem, co zawsze. Niby rozwiązuje najważniejszą sprawę w karierze, ale dopytuje się co chwila, czy Watson dobrze się bawi, jak gdyby w gruncie rzeczy chodziło jednak o to, by wygrać w pojedynku na fajność z Mary...
Najgorsze jest chyba to, że tego Sherlocka nikt nie szanuje. Nawet pani Hudson pozwala sobie na pyskowanie. Wprawdzie Holmes potrafi wspaniale przywalić, i to dedukując precyzyjnie zachowanie przeciwnika, ale poza tym jest raczej zabawny. Hoduje w domu dżunglę, chodzi wiecznie wyśmodruchany i niedogolony, bez przerwy mu się coś myli,  przymila się do opryskliwego Watsona, tańcuje z Cyganami... Amerykańskie nastolatki na pewno są zachwycone. Sherlockista mniej.

Teoretycznie niżej znajdzie się sporo spoilerów, ale ponieważ większość z tego była w trailerach a trudno spoilować film, który, jak już zostało powiedziane, ma tylko śladowe ilości scenariusza i właściwie żadnych specjalnie zaskakujących elementów, chyba można czytać spokojnie.


Poprzednia część ujęła Sherlockistę od razu - świetną muzyką - i była jak zaproszenie do dobrej zabawy, któremu nie dało się odmówić. Ta, z wszystkimi wybuchami, Irenami, Cyganami, terrorystami, oprychami, ślubami i naparzankami - jest zupełnie nijaka. To żadne zaskoczenie. Filmy są jakieś prawie zawsze dzięki wyrazistym głównym bohaterom, trzymającemu w napięciu konfliktowi lub tajemnicy. Prawie nigdy - z powodu bogatego wyboru płaskich zupełnie postaci, których nie mamy ani kiedy poznać ani się nimi przejąć oraz licznych wybuchających drzew.
Abstrahując od zepsutego zupełnie w sequelu Sherlocka Holmesa, główna wada filmu jest taka: między wszystkimi tymi burdami i strzelaninami nie ma kiedy zbudować spójnej fabuły, wciągającej zagadki, którą Holmes musiałby rozwiązać (inaczej niż pięścią), wielkiego konfliktu, który budziłby narastające emocje bohaterów i nasze (widać ślady po chaotycznych próbach dodania bohaterom rzeczywistych motywacji, ale tu też twórcy przesadzili: może Sherlockowi chodzi trochę o Adler, na pewno o, to, żeby przyimponować Watsonowi, przy okazji go chroniąc, ale też tak w ogóle o to, żeby wygrać pojedynek, no i w sumie warto by było uchronić społeczeństwo przed gadem, a i jeszcze przy okazji pomóc tej fajnej Cygance... - u ACD mamy proste starcie największego z detektywów z Napoleonem Zbrodni i wszyscy przejmują się tym o wiele bardziej).
Sherlockista nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że kręcąc kolejne sceny, twórcy zamiast klecić historię o Holmesie, zadawali sobie pytania w rodzaju: "a co by tu zrobić, żeby było z jajem? może niech Watson pobije się przy kartach? ekstra, nie? A może potańczą? E! Ze sobą potańczą, takie pikantne się zrobi! O, a w pociągu niech Sherlock przebierze się za kobietę, na tym zawsze się śmieją, rany no, Holmes w szmineczce, ale odjazd, popkornem będą prychać na odległość! Tylko Mycroft taki sztywny... może niech się rozbierze!!! Goły Mycroft! Czujecie? Goły! Buahaha!"
A potem naprawdę trudno powiedzieć, czemu właściwie Watson gra w karty zamiast pomagać Sherlockowi i czemu, na litość boską, Mycroft epatuje biedną Mary swoimi wdziękami. Czyżby był aż takim oryginałem i do tego stopnia odwykł od życia towarzyskiego, że nie przyszło mu do głowy włożyć szlafrok? Czemu w takim razie w innych scenach jest czarującym dyplomatą i duszą towarzystwa? Nie zrozumcie Sherlockisty źle, Stephen Fry akurat stanął na wysokości zadania i tak jak wszyscy oczekiwali, cudownie pasuje do swojej roli. Tylko że jego rolą jest bycie kolejnym comic relief, czyli zabawnym gościem dającym nam odpocząć od stresów, które rzekomo rodzi główna linia fabuły. Kto w tym filmie właściwie nie służy za comic relief?
Na szczęście: Moriarty, czyli Jared Harris. Oraz jedna z najbardziej udanych i kanonicznych postaci w Game of Shadows: supersnajper, pułkownik Moran (Paul Anderson). ShK musi przyznać, że czarne charaktery udały się w sequelu nadspodziewanie dobrze. Budzą autentyczną grozę i są bardzo blisko ACD. Spotkanie bohaterów - wprawdzie nie na Baker Street, ale uniwersytet jest do zaakceptowania - należy do lepszych fragmentów filmu, a ich finałowy pojedynek nad wodospadem to już wręcz kawał wspaniałego holmesowego kina. Serio serio. Pewnie także dlatego, że Ritchie pokornie skorzystał w tych akurat partiach z prozy ACD...
Świetnym oryginalnym pomysłem Ritchiego było też wysłanie Profesora do opery. Don Giovanni zawsze fenomenalnie wygląda w kinie i w "Grze cieni" także nie zawodzi.

Niestety, nawet Moriarty'emu przyszło też wystąpić w sekwencji zupełnie groteskowej, z rzeźnickim hakiem (jak wiadomo, scenom tortur musi towarzyszyć dla kontrastu sielska muzyka klasyczna) oraz długim, nużącym pościgiem, w którym burzy się kilka budynków i strzela ze sporych armat. Do ludzi w lesie. I na koniec, pokazuje się subtelnie, że Watson jest jednak przywiązany do Holmesa: robi mu się smutno, gdy przyjaciel prawie umiera.
Sam Watson zresztą jest bardzo dobrze zagrany, ale w tej części mocno już przerysowany. W relacji bohaterów zdecydowanie za dużo jest efektów specjalnych w postaci bójek, kłótni, rywalizacji nawet (!), łez, uwodzenia i przytulania się nago, a za mało esencji: czyli partnerstwa.
O Sim nie ma ShK zbyt wiele do powiedzenia. Ktoś uznał, że  Cyganka będzie elementem cool - i jest, zwłaszcza w wydaniu utalentowanej Noomi Rapace. Co Simza robi poza tym dla rozwoju fabuły/akcji lub bohaterów, trudno powiedzieć. A, dobrze i sprytnie się bije.
Ktoś uznał też, że elementem cool będzie, jeśli Watsonowa Mary (Kelly Reilly) także przyczyni się do powalenia Moriarty'ego, co jest bardzo sympatycznym pomysłem z punktu widzenia ruchu na rzecz pokazywania w kinie kobiet jako ciekawych ludzi, a nie tylko laleczek w opałach. Niestety, jeśli obstawimy Holmesa nie tylko superinteligentną Adler, bitnym, sprytnym i momentami dominującym Watsonem, Cyganką-karateką, ale jeszcze na dodatek asertywną i oblataną w szpiegowskich technikach Mary, to przestaje go być widać. A pamiętajmy, że Downey sam z siebie jest niewysoki...
Podsumowując, ani zwykłym widzom ani sherlockistom nie grozi na tym filmie atak szału, rozpaczy lub śmiechu. W ogóle nic szczególnego się nie wydarzy. Zobaczycie takiego sobie hollywoodzkiego wycierucha z kilkoma błyskami czegoś lepszego. Sherlockista nie mógł się oprzeć wrażeniu, że pod tymi wszystkimi burdami, żarcikami i gonitwami siedzi o wiele lepszy film, który trzeba by było najpierw ociosać z amerykańskich pomysłów na to, co bawi widownię.
Gdyby twórcy byli zainteresowani, jak to się robi, zawsze mogą obejrzeć z nami Sherlocka BBC: dziś Brytole dostaną "Hounds of Baskerville".
Porównywania obu produkcji raczej Sherlockista nie przewiduje. Byłoby to zupełnie zbędne, a przy tym okrutne.

P.S. Dla śledzących Sherlockianowy spór o Irene (głównie w komentarzach): przeczytajcie głos Ninedin (na stałe podlinkowana z lewej strony ;).

piątek, 2 grudnia 2011

[minipostuś] Premiera Sherlock Holmes: A Game of Shadows

Sherlockista właściwie czuje się zawstydzony. Był pewien, że skoro od jakiegoś czasu kina działały mniej więcej normalnie i z obawy o piracenie w siecie wypuszczały filmy wszędzie mniej więcej w tym samym terminie, to premiera drugiego Ritchiego, "Sherlock Holmes: A Game of Shadows" odbędzie się u nas w okolicach 15 grudnia. Dlatego też specjalnie się tematem nie interesował.
A tymczasem dziś przypadkiem wyczytał, że u nas planowana jest dopiero na 6 stycznia! Owszem, Sherlockista uważa, że trzy tygodnie i przenosiny na-po-świętach  to gruba przesada. Wprawdzie są to oficjalne urodziny Sherlocka Holmesa (w sprawie uzasadnienia tej daty patrz tu), a w Polsce mamy przymusowe święto, (przez które potem nie da się zrobić majówki), ale wciąż zupełnie to ShK nie pociesza. Nie wie, czy to ciekawość, czy przyjemne oczekiwanie, czy po prostu chce już mieć ten stres za sobą, ale nastawił się na połowę grudnia i trochę jest zły.



...

wtorek, 29 marca 2011

[minipostuś] O tym, dlaczego Sherlockista nie donosi nic o drugim Sherlocku Ritchiego...

... nie, nie dlatego, żeby nie wkurzać niektórych wiernych Czytelników ;) Nie łudźcie się, ręka by mu nie zadrżała. Dlatego, że kiedy otrzymuje szereg niusów treści "Stephen Fry opowiada o drugim Sherlocku!" "Wywiad ze Stephenem Fryem - rewelacje na temat postaci Mycrofta!" oraz "Downey i Law zdradzają sekrety sequelu filmu Ritchiego", to nastawia się na nieco mniej przewidywalne i bardziej ekscytujące informacje niż:
- SF zawsze lubił Holmesa i cieszy się z roli
- Mycroft to taki starszy, zdolniejszy, ale i bardziej leniwy Sherlock
- super się go gra
- w ogóle na planie jest czad
- akcja dwójki jest poważniejsza
- ale nie będzie w 3D
- Holmes i Watson już się tak ze sobą nie drażnią, bo mają Moriarty'ego na głowie
- no, trochę się drażnią, bo ślub Watsona tuż-tuż
- w ogóle cały film będzie o tropieniu Moriarty'ego
- po całej Europie, nie wyłączając Szwajcarii (tak tak, są wodospady)
- zupełnie jak w FINA!!1! [nudge nudge, wink wink]
- stawka jest po prostu większa niż życie w tej dwójce i strasznie się to Downeyowi i Lawowi podoba
- w ogóle zobaczycie, jaka to fajna stawka, jaki fajny film, jaki fajny plan i jakie fajne role i jak się fajnie grało u takiego fajnego reżysera i z takimi fajnymi kumplami...


... W związku z tym, jak potem ShK wchodzi pracowicie w te wszystkie czaderskimi tytułami opatrzone linki i znajduje to, co wyżej, to mu potem zajmuje aż tydzień, żeby się tym podzielić z Czytelnikami Sherlockianów...
Na otarcie łez (czy to wywołanych żenującym poziomem marketingu fundowanego nam z okazji amerykańskich superprodukcji, brakiem nowych informacji na temat filmu Ritchiego, a może naddatkiem jakichkolwiek wzmianek o dziele, przez które człowiek przypomina sobie, jaki stres go czeka w grudniu ;) zapowiada Sherlockista nowy mały cykl, poświęcony artykułom z "The Grand Game", którą tak bardzo chwalił się tu. Pierwsza część w ciągu kilku dni, wędrować będzie ShK przez tę piękną książkę niespiesznie :)

środa, 23 lutego 2011

O NIEEEEEEE! [nowe zdjęcia Sherlock 2]

Sherlockista już kilkakrotnie sygnalizował ten fakt, ale w komentarzu do tego straszliwego zdjęcia:

pozwoli sobie na bardziej otwarty jęk: "jak ja nienawidzę Mary Morstan, jak ACD mógł ożenić Watsona, i to dwukrotnie, no jak mógł? (*&#^$%%@#!!!)"
Sherlockista wyzna, że cały Kanon w jego oczach jest opowieścią o wielkiej miłości  między Holmesem i Watsonem (uwaga: niekoniecznie, choć być może także romantycznej - zainteresowani tematem mogą poczytać szczegółowe rozważania tu). Baby Watsona są pożądaną, ciekawą nawet komplikacją fabularno-emocjonalną, ale tylko dopóki nie zostają jego żonami. Jest to jedyna sprawa, w której Sherlockista nie zgadza się ze swoim BBC-guru, Bertem Coulesem, który w genialnych radiowych adaptacjach Sherlocka ożenił Watsona, jak trzeba, kanonicznie i dwukrotnie i jeszcze znakomicie uzasadnił to psychologicznie i przepięknie literacko pokazał wszelkie wynikłe z owych małżeństw napięcia między H i W.
Nie, nie pociesza Sherlockisty fakt, że Mary Morstan-Watson wiecznie siedziała u jakichś ciotek,po czym młodo zeszła na gruźlicę...
Drugie zdjęcie jest bardziej pocieszające, ponieważ stanowi jak na razie jedyny znak, że bohaterowie przynajmniej w jednej scenie filmu nie będą umorusani i wyśmodruchani...

środa, 16 lutego 2011

[minipost] Sherlock Holmes: A Game of Shadows

...to oficjalny tytuł sequelu filmu Ritchiego. Z którego wyśmiewa się w tej chwili pół internetu, łącznie z Baker Street Blogiem... Czytelników niewładających angielskim może Sherlockista pocieszyć, że po przełożeniu - "Sherlock Holmes: gra cieni" - wciąż nic nie znaczy i wciąż nikt go nie rozumie...
ShK musi wyznać, że o ile od samego początku Ritchiego wspierał, sherlockistycznym piernikiem opornym na XXI wiek oraz jego wymagania być nie chciał, akcji u ACD samego się doszukiwał i Downeya za nieskrywaną oryginalność cenił, o tyle, o tyle...
no kryzys wiary ma.
Że z Sherlocka zostanie w tym sequelu tyle co z tej katedry...:



P.S. Sherlockista doczytał się w oficjalnych komunikatach WB, że akcja filmu będzie miała miejsce w roku 1891, czyli rok po wydarzeniach przedstawionych w "Sherlock Holmes" - i, jak wszyscy Czytelnicy pewnie pamiętają, wtedy, gdy w Kanonie rozpoczyna się Wielki Hiatus... No zobaczymy, zobaczymy, co oni wymyślili...

poniedziałek, 27 grudnia 2010

The Second Morning After Christmas :)

Może bardziej nawet - second afternoon... ;)
W każdym razie, nie wypada nie przeczytać gwiazdkowej opowieści samego ACD - The Adventure of the Blue Carbuncle - która jest prawdziwym klejnotem pośród całego Kanonu. Takim samym klejnotem w starej serii Granady jest ekranizacja z Brettem, stylizowanymi angielskimi kolędami, nieprzytomnym Sherlockiem obudzonym przez Pattersona, świątecznym dobrym uczynkiem i zaaferowanym prezentami Watsonem.



Sherlockista przypomina też, że tym razem udało mu się wyjątkowo wyprzedzić Baker Street Blog i to o kilka długości, bowiem już w kwietniu złożył wszystkim Czytelnikom życzenia wraz z blue-carbuncle'owym wierszykiem (autorstwa autora BS-bloga, Scotta Monty'ego), które każde holmesologiczne dziecko zna na pamięć.
Na koniec zachęca do pochwalenia się w komentarzach, jak interwencja Mikołaja (oraz innych Osób tradycją regionalną uświęconych) pod choinką pomogła nam poszerzyć sherlockistyczne horyzonty. ShK wyciągnął spod niej z wielkim wzruszeniem pozycję, o której wiedział od dawna, ale jakoś mu się z rąk wymykała... :)

...to już ma po świętach dwie zaległe recenzje!

niedziela, 12 grudnia 2010

Ekspres sherlockistyczny, odc. 3

Grudzień to miesiąc worków, więc i doniesienia w workach przychodzą :)
Dziś zaległe niusy na temat najróżniejszych mediów - jakoś tak w duchu tradycyjnych kalendarzy adwentowych postanowił dziś Sherlockista wkleić dużo obrazków. Zła wiadomość to ta, że większość będzie równie paskudna jak poniższy:

Recenzję z drugiego tomu wiktoriańskich komiksów nt. Sherlocka i Draculi (chyba z jakimś zombi w tle) (teskt: Ian Edgington, grafika: Davide Fabbri, Tom Mandrake) Sherlockista przejrzał... ale po zerknięciu na okładkę jakoś nie był w stanie się zdobyć na bardziej szczegółowe przedstawienie problemu.

Jeszcze brzydsze są screeny z nowej gry wydanej przez Frogwares: Sherlock Holmes and the Hound of the Baskervilles... powiedzmy, że poprzestaniemy na tym:

... i może na okładce gry, tak, by dać Czytelnikom posmak Psa:
Jest to gra typu HOG (HO jak Hidden Object) i polega, oprócz tego, że na wyszukiwaniu ukrytych przedmiotów, to jeszcze na zbawianiu dusz zamordowanych (czyżby przez tego słodkiego Burka?) Baskerville'ów. Sherlockista wyczytał w recenzjach dwie rzeczy, które mu się spodobało. Po pierwsze, są dwa tryby grania, łatwy i trudny, co daje ShK nadzieję, że jeśli kiedyś sobie tę grę ściągnie  Frogware'owa wersja HOUN wpadnie mu w ręce, to da radę ją przejść w mniej niż miesiąc (tyle się męczył ze swoim pierwszym Holmesowym Frogware'em). Po drugie, można zdobywać punkty specjalne (bodaj 11), za które dostaje się nagrodę w postaci historii Psa w oryginalnej wersji Conan Doyle'a i temu mówi Sherlockista wielkie tak.

Doniesienia filmowe dziś z kategorii humorystycznych. Zawsze, gdy Sherlockista nie ma czasu na dłuższe notki, jedynym lekiem na związaną z tym faktem frustrację jest dla niego przeglądanie przychodzących plotek. Lek polega na tym, że widać wtedy całą dynamikę plotkarskiego świata. Jednego dnia ktoś zmyśla, że Sherlock wrócił do Irene, następnego sypią się do Sherlockisty szczegółowe opracowania tematu (Sherlock i Irene na imprezie u Mycrofta! - sekretne życie sekretnego władcy Anglii, Irene w zielonym, czyżby zżerała ją zazdrość o rozchwytywanego detektywa?), trzeciego ktoś nieśmiało twierdzi, że to chyba bzdura (To była wynajęta aktorka! - wyznaje osoba związana z doktorem Watsonem), czwartego historyjka tryumfalnie powraca w nowej odsłonie (Dlaczego Mycroft chce zataić romans Sherlocka i Irene?!). Przez ostatnie kilka dni ściągały do ShK bulwersujące pogłoski, jakoby Holmes oberwał od wiernego Watsona i to batem. Ponoć Jude Law strzelił z bicza w niefortunnym momencie i tylko przypadkiem trafił Downeya w oko, ale National Enquirer zrobił z tego niezwykle dramatyczną historię, pełną jęków bólu, interwencji medycznych, wielogodzinnych przerw w zdjęciach oraz niemal załamania nerwowego Jude'a. Z drugiej strony, spokesperson Downeya twierdzi, że to wszystko stek bzdur. Sherlockista, oczywiście, radzi nie dowierzać takim zaprzeczeniom, które zawsze skrywają kompromitujące sekrety gwiazd. W rzeczywistości pewnie nie Law Downeya tylko Downey Jude'a, nie batem tylko hotdogiem i nie strzelił w oko na planie a uświnił garnitur w przerwie. A my o niczym się nie dowiemy :( :( !!!!?!!!.





Na koniec Sherlockista przedstawia bez dłuższego komentarza pierwsze jak dotąd sherlockianum, którego nie chciałby nigdy dostać pod choinkę...
Oto solniczka i pieprzniczka w kształcie Holmesa i Hitlera Watsona. Jak głosi sarkastyczny komentarz na tym blogu, Muzeum Holmesa twierdzi, że jest to przedmiot będący obiektem pożądania kolekcjonerów... ...

sobota, 27 listopada 2010

[minipost] Gilles Lellouche w obsadzie Sherlocka 2

Ponoć francuskie gazety ekscytują się udziałem tego aktora:


w zdjęciach do Sherlocka Ritchiego (cz. 2). Zdjęcia mają być kręcone w okolicach Notre Dame (pamiętamy, że obiecywali nam Paryż, co oczywiście kojarzy się natychmiast z FINA w wersji Granady). Nie są to chyba jednak jakieś szczególnie ważne sceny, skoro według innych plotek, w zdjęciach tych nie wezmą udziału ani Law ani Downey... ;)

środa, 24 listopada 2010

Przypadkiem znaleziony skarb :) pierwszy film z Sherlockiem Holmesem :) !!!


Tak dla porównania ;) ze współczesnymi produkcjami zamieszcza Sherlockista skarb zupełnym cudownym trafem wygrzebany z Wikimedia Commons (! - najciemniej pod latarnią...). Sherlock Holmes Baffled - pierwszy znany film przedstawiający Sherlocka Holmesa (chociaż niebędący ekranizacją). Film Arthura Marvina został zarejestrowany w 1903 roku, a powstał najprawdopodobniej tuż po roku 1900 i był przeznaczony do projekcji na mutoskopach (patrz niżej). Bez opisu trudno się zorientować, że naprawdę przedstawia Sherlocka Holmesa (dzięki temu można go uznać za pierwszy film detektywistyczny w historii kina!), w dodatku Sherlocka Holmesa chyba-z-cygarem, który usiłuje, bezskutecznie, rozwiązać zagadkę prześladującego go złodzieja sreber. Ilekroć Sherlock "nakrywa" złodzieja, tylekroć ten znika, co zapewne było dość łatwe do przedstawienia przy pomocy mutoskopowej techniki :)





Dlaczego? Bowiem mutoskop, opatentowany w 1894 roku, było to właściwie zautomatyzowane (ale ręcznie napędzane :) urządzenie do oglądania szybko przerzucanych kart ze zdjęciami.


Widz wrzucał monety, po czym zaglądał do wziernika, jednocześnie kręcąc korbką. W ten sposób uruchamiał mechanizm maszyny:



...i oglądał sobie Sherlocka :)

sobota, 23 października 2010

Bardzo zaległe linki - nowy Holmes wielko- i małoekranowy

A właściwie, to Watson. Pierwszy link prowadzi bowiem do starego już (tydzień to wieczność w czasach, gdy co pół godziny dowiadujemy się czegoś nowego o życiu naszych znajomych) wywiadu z Martinem Freemanem (powiedzmy, takiego artykuło-wywiadu).
Nasz niedoszły Hobbit wyjaśnia, między innymi, dlaczego nie poświęcił kariery w BBC (która to kariera po długim okresie stagnacji, kiedy to występował w Office nareszcie osiągnęła zupełnie niespodziewany wzlot) dla Hollywoodu - Freeman, mówiąc w skrócie, za bardzo czuje się Anglikiem, żeby marnować czas na czerwone dywany Ameryki ;) I bardzo dobrze. Sherlockista trzyma kciuki, żeby jednak jakoś się z ekipą Hobbita w sprawie terminów dogadał (co nie powinno być trudne z uwagi na chaos panujący wokół tego drugiego filmu). Ponadto, jak twierdzi Olly Grant, autor(ka?) linkowanego tekstu z Daily Telegraph, Freeman jest na najlepszej drodze do zostania przynajmniej gwiazdą brytyjskiej telewizji. Nie dość, że ogląda go średnio 7 milionów widzów, ale jeszcze niektórzy z nich twierdzą, że "ukradł show" Cumberbatchowi. Faktycznie, nie da się ukryć, że to jeden z najbardziej charyzmatycznych Watsonów.

Sherlockista doda tylko przy okazji, że amerykańska publiczność chyba jest podobnego zdania, bo sterta recenzji po emisji serialu za Wielką Wodą (którą to stertę ShK tylko pobieżnie przeglądał z braku czasu) utrzymana jest w entuzjastycznych tonach.

A do tego wszystkiego nareszcie rusza kręcenie nowego Sherlocka Ritchiego, którego nie wszyscy wprawdzie wypatrują z takimi jak ShK nadziejami, ale niemniej jednak, powiedzmy sobie wprost, każdy nowy Sherlock w kinach (lepszy od, say, filmów z Roxburghiem, zwanych na forach czule "the Roxburgh horror", i tej koszmarnej produkcji o rozpruwaczu z Donaldem Houstonem w roli Watsona...) to radość, a nawet te najstraszliwsze i, tak, owszem, nawet pierwszy Matthew Frewer mają swoje momenty (Sherlockista chciał tu rzucić dla przykładu jakimś dobrym momentem z pierwszego filmu z Frewerem i Hartem ale zacukał się na tak długo, że odłożył tę przyjemność na czas pisania recenzji z tego cyklu...).
I zawsze, kiedy ruszają zdjęcia do filmu, zjawiają się fotografie, które wytwórnie puszczają w obieg celem podgrzania atmosfery  w tajemniczych okolicznościach i dzięki bohaterstwu niewidzialnych szpiegów włóczących się po planach filmowych wyciekają do takich serwisów jak ten czy ten. Skąd z kolei kradną je różni Sherlockiści. Enjoy :) !



ShK chętnie zinterpretowałby jakoś te zdjęcia, ale nie licząc wyjątkowo ładnego szalika Jude-Law-Watsona jakoś niewiele zwraca uwagę w tej scence z Holmesem i Watsonem w powoziku... ;)

niedziela, 3 października 2010

Trzymajmy kciuki za Sherlocki!

Specsaver Crime Thriller Awards (które zostaną rozdane 8 października) są w tym roku wyjątkowo zsherlockizowane. Zarówno "Sherlock Holmes" Ritchiego jak i "Sherlock" BBC mogą się obłowić.

W kategorii Film Dagger nominowany jest właśnie kontrowersyjny (nawet wśród Czytelników ;) ) Sherlock Holmes (obok District 9, Incepcji i The Girl with the Dragon Tattoo - jak niektórzy Czytelnicy pamiętają, to ten film z Noomi Rapace)

W kategorii TV Dagger nominowany jest nasz cudny serial (Obok 3 serii Ashes to Ashes, Luthera i 2 serii Wallandera).

Ponadto, świetny Sherlock z "Sherlocka" Benedict Cumberbatch konkuruje z Idrisem Elbą, Kennethem Branaghem i Philipem Glenisterem o nagrodę dla najlepszego aktora pierwszoplanowego, a Rupert Graves (dużej klasy DI Lestrade) ma szansę na nagrodę dla aktora drugoplanowego.

Trzymajmy kciuki, bo każda nagroda to większa popularność, większa reklama, więcej kasy dla producentów i większe szanse na to, że jeszcze szybciej i jeszcze więcej dostaniemy fajnych Sherlocków do oglądania.

czwartek, 9 września 2010

O dzielnym Martinie Freemanie czyli nowym BBC-Watsonie

Sherlockista przez ostatnie dwa tygodnie wpadał coraz głębiej w desperację, bo po gorącym lecie z premierą cudownego serialu BBC nastała posucha taka, że wśród wiadomości dla Holmes-fanów uwagę zwracała nawet kłótnia Ritchiego z Madonną o przyjęcie urodzinowe dla ich synka Rocco.

Trudno też powiedzieć, żeby źródłem sherlockistycznej ekscytacji mógł stać się twitter - co prawda wszystkie BBC-postaci tweetują ostro, wymyślając coraz bardziej niestworzone historie o Paryżach, prezentach i (obecnie) porwaniu Mycrofta przez Moriarty'ego, ale tweety treści "o związał mnie, ale już się rozwiązałem" i to jeszcze w obliczu faktu, że wszystkie postaci muszą dożyć przyszłego roku, kiedy ich losy zostaną nakręcone ;) nie budzą może aż takich emocji. Promykiem słońca był tylko tweet Marka Gatissa, który dumnie obwieścił napisanie scenariusza i chociaż nie uściślił, o jaki scenariusz chodzi (obaj panowie są też zaangażowani w "Doctor Who"), to same jego wolne moce przerobowe mogą budzić nadzieję.

Dziś też pisze bardziej ot tak choćby, żeby udać przed samym sobą, że coś się wydarzyło niż dlatego, że poranna prasówka zwaliła go z krzesła. Konkretnie rzecz biorąc, chciał już napisać wczoraj, że nasz wspaniały Martin Freeman bohatersko odrzucił propozycję życia (rolę Bilbo Bagginsa w powstającym "Hobbicie") z uwagi na pracę nad nową serią Sherlocków. Jednak film "Hobbit" to jedna z najbardziej zadziwiających produkcji ostatnich lat, może trochę nawet przeklęta. Po olśniewającym sukcesie Władcy Pierścieni wydawałoby się, że kwestią paru miesięcy jest dokręcenie Hobbita (który z resztą w opinii Sherlockisty jest lepszą, krótszą, bardziej zwartą, lżejszą i dającą zdecydowanie więcej radości powieścią niż smętna trylogia*, nie wspominając już o tym, że stanowi łatwiejszy materiał na scenariusz - chyba). Jednak coś ewidentnie idzie nie tak. Guillermo del Toro się wycofał, Jackson reżyserem Hobbita jakby jest i jakby nie jest i nikt nic nie wie. W tym czeskim filmie w dodatku miał też wystąpić w roli głównej aktor, który jest już zajęty i nie ma czasu. Na szczęście (bo Freeman jest świetny, a poza tym przyjemnie jest oglądać inne filmy z sherlockistowską obsadą, od razu się żywi więcej sympatii do bohaterów) ta ostatnia informacja okazała się nieścisłą plotką rozpowszechnianą tylko przez "The Sun".
Ekipa Hobbita i Freeman mają jeszcze szansę się dogadać w sprawie terminów.
Zamiast komentarza, dwa tysiące słów ;) :

 (fotomontaż pożyczony z tej strony)
...i może jeszcze tysiąc:


---
*Sherlockista liczy się z tym, że wśród Czytelników może zdarzyć się jeden z tych fanów Tolkiena, który na ten widok dostanie palpitacji serca, a co najmniej oka lub nosa. Przez jakiś czas przechodząc przez ciemne bramy będzie się oglądał ;)

czwartek, 20 maja 2010

Sherlock intymnie - PLOSH

Tytułowy PLOSH to dla wielu Sherlockistów akronim niemal kanoniczny, jak FINA czy NAVA, a ShK zachęca do pogmerania w podlinkowanych wątkach, albowiem pochodzą one ze zdecydowanie najlepszego holmesologicznego forum i sama ich ilość wskazuje na to, jak ważną rolę odgrywa PLOSH wśród niezliczonych ekranizacji i apokryfów. Nic więc dziwnego, że The Private Life of Sherlock Holmes Billy'ego Wildera wielokrotnie już sam wpychał się do różnych notek Sherlockisty (zwłaszcza gdy dało się pod jakimś pretekstem napomknąć o Robercie Stephensie).
PLOSH to film-cud, film-szczęściarz i film-pechowiec zarazem. Film, który nie ma prawa się nikomu podobać, a jednak podoba się większości ortodoksów, tym samym, którzy nie trawią Downeya, uważają, że Brett był zbyt osobisty, Rathbone miał złego Watsona, Plummer był za stary, Wilmer zbyt wyniosły, Merrison zbyt piskliwy, Gielgud za drętwy a Cushing nijaki i chudy.

PLOSH to film o romansie Holmesa (!), Watson (nienajwspanialszy Colin Blakely) zachowuje się cokolwiek histerycznie (!), całość okrasza targająca za serce muzyka (obrosły już legendą koncert skrzypcowy Miklosa Rozsy) (!), która ponoć zainspirowała Wildera do napisania scenariusza, pełnego uprowadzonych karłów (!), martwych kanarków, potworów z Loch Ness, podstarzałych baletnic (!!), pięknych niemieckich szpiegiń (?) i sentymentalnych bredni.  Jednym słowem: wielki skandal. A jednak... na sam początek, zanim zdążycie się drodzy Czytelnicy zniechęcić i zaprzestać dalszej lektury, Sherlockista spróbuje Was zniewolić tą właśnie słynną muzyką z pomocą Jaschy Heifetza. (Dlaczego jeszcze film Wildera jest wielki, o tym za chwilę.)



Koncert ten miał w zamierzeniu wyrażać zawiłości duszy Sherlocka Holmesa i cel ten osiągnięty został z wielkim sukcesem, a Robert Stephens zagrał Sherlocka równie wspaniale jak Heifetz melodie Rozsy. Jest chłodny i kruchy, flegmatyczny i energiczny, zgorzkniały i romantyczny, pewny siebie i płochliwy, gdy wkracza na tereny, na których nie jest ekspertem (uwaga ta nie dotyczy, co ciekawe, romansów). Stephens, podobnie jak Brett, wygrywając Holmesowe melancholie i manie, grał trochę samego siebie. Nie miał szczęścia.  Gdy otrzymał rolę w filmie Billy'ego Wildera* - rolę, którą, co wierni Czytelnicy tego bloga pewnie pamiętają, miał grać sam Peter O'Toole, czuł się tak, jakby złapał przyjazne bóstwo za nogi. Bóstwo tymczasem okazało się Freddiem z Ulicy Wiązów. Metody Wildera, jak wspominał potem sam Stephens, były trudne do zniesienia i bardziej niż instruowanie aktorów przypominały torturowanie jeńców. Trzecia (z czterech) żona nieżyjącego już Stephensa, Dame Maggie Smith zdradziła w wywiadzie, że doprowadzony do ostateczności aktor usiłował nawet popełnić samobójstwo. Co gorsza, kariera Stephensa mimo tych wszystkich mąk nie nabrała oczekiwanego rozpędu, niedługo później aktor rozpił się i stoczył, a sam film czekał nielepszy los.

Prawie każdy fandom ma swoją legendę o Zaginionym Dziele - wielbiciele Schulza poszukują jego "Mesjasza", prawdziwi fani "Gwiezdnych Wojen" wciąż czekają na "prawdziwe" zakończenie (bo Epizod VI z miśkami rzekomo się nie liczy*), a holmesiści marzą o tym, by ktoś odnalazł powycinane sceny z The Private Life of Sherlock Holmes. Naturalnie każdy film chudnie w montażu i często wychodzi mu to na dobre, jednak PLOSH potraktowany został wyjątkowo okrutnie. Początkowo trwał bodaj trzy i pół godziny i zawierał cztery głóne wątki oraz flashbacki i flashforwardy (uniwersytecka kariera Holmesa i potomkowie Watsona). Zostały z niego dwie przeplecione historie, a i te są pocięte. Nawet scenariusz dostępny w sieci nie jest kompletny - ale można w nim przynajmniej znaleźć jedną cudowną scenę, w której Watson usiłuje się wyprowadzić oraz finał z Lestrade'em, który próbuje namówić Holmesa do podjęcia pewnej sprawy. Krążą pogłoski, jakoby jeszcze jedną scenę i trochę zdjęć z planu wraz ze ścieżką dźwiękową dodano do wydania DVD - Sherlockista nie miał jeszcze funduszy, by to zweryfikować.

To, jak bardzo bolejemy nad utratą zaginionych scen świadczy tylko o tym, jakie dobre jest to, co się ostało. Jak kłuje cierpki i absurdalny humor. Jak rozczula potęga podskórnych emocji, które w tak wzruszający sposób wychodzą z ukrycia w finale. Mimo szarżującego Blakely'ego, zachwyca w tym filmie dynamika relacji Holmesa z Watsonem, który jest - jak i w każdej dobrej ekranizacji być powinien - oparciem, lekarzem, przyjacielem, dostawcą kokainy ;), ale i pisarzem, artystą, człowiekiem z własnym życiem i własnymi wadami. Momentami wykończony ekscesami Holmesa, momentami wściekły, momentami pakujący manatki, choć zawsze niezawodny, wystarczająco inteligentny, żeby być pomocny i wystarczająco wrażliwy, żeby wyczuwać, jak to robić.
A sam Holmes... Wilder, jako holmesolog, chociaż poszalał przy tworzeniu intryg i wątków romansowych, umiał z bolesną celnością wydobyć wszystko, co w tej postaci ważne. Holmes Wildera jest zmanierowanym geniuszem i narkomanem, słabym, nieodpornym na załamania, zamkniętym w sobie ekstrawagantem, który tonie we własnej frustracji, bo ani przestępcy ani kobiety nie dorastają do jego potrzeb i wymagań. Dla Holmesa nie ma w społeczeństwie wiktoriańskim dobrego miejsca. To (uwaga, spojler!) człowiek, którego otacza taka aura absurdu, że starzejąca się rosyjska gwiazda baletu może go wybrać na ojca swoich dzieci, dyrektor cyrku bez żenady poprosi go o odnalezienie sześciu zbiegłych karłów, a Watson będzie na zmianę niańczył jak nieodpowidzialne dziecko i usiłował zamordować. Holmes Wildera jest bez wątpienia wspaniałym detektywem - ale zbyt dobrym, by zająć uwagę badaniem popiołów z fajek czy kradzieżami kanarków a zbyt słabym, by przeniknąć intrygi własnego brata (w roli szarej eminencji Wielkiej Brytanii, Mycrofta, znakomity Christopher Lee). Ma w sobie jakieś tragiczne piętno, które sprawia, że, trawestując słynny slogan Mefistofelesa, dobra pragnąc wiecznie zło czyni - ale to na niego samego spadają wszystkie zła tego owoce. Wszystko mu się udaje, wie wszystko, wszystko potrafi wydedukować i przewidzieć, a wtedy, gdy umiejętności te przydałyby się mu najbardziej, zawodzi, ponosząc sromotną klęskę. A pokazany jest ten Holmes, jak w tytule - intymnie, z nieskończoną czułością i ciepłem, którego Wilderowi zabrakło dla żywych ludzi na planie. Widać Sherlock bardziej potrzebował odrobiny delikatności.
Niewiele jest równie smutnych toposów, jak geniusz, który się myli - a te Holmesiana, które potrafiły Sherlocka pokazać w chwili jego upadku należą do najlepszych. Tak jak PLOSH.

Na koniec wreszcie, chociaż Sherlockista nie poleca oglądania tego poranionego filmu w wersji rozczłonkowanej jeszcze przez youtube'a, lepsze to niż nic :)





---
* Dla Czytelników ceniących źródła ;) - można to wyczytać m. in. tu.
* Disclaimer offtopic: Sherlockista stanowczo NIE należy do osób, które mają jakikolwiek problem z miśkami z szóstki ;)

sobota, 24 kwietnia 2010

Sherlock obrazkowy

Sherlockista na pewną piękną Gwiazdkę zażyczył sobie od rodziny całej amazońskiej listy różnych skarbów. Od momentu zażyczenia do momentu spodchoinkowania upłynęło tyle czasu, że Sherlockista już nie pamiętał, co tam dokladnie na listę wrzucił i zdziwił się niepomiernie, gdy spośród bezcennych różnych lordów Wimseyów* oraz cztereech wersji HOUN wychynęły mu nagle dwie kreskówki. Aa... no tak... prawdziwy freak musi obejrzeć WSZYSTKO, pomyślał Sherlockista i odłożył je do wykorzystania "później" czyli na święty-nigdy.
Ostatnio wszelako, gdy usiłował zrobić sobie chociaż przybliżoną listę ważnych Sherlocków, które w życiu jak dotąd przegapił (głównie z powodu niedostępności w Polsce i kosztów oraz długości oczekiwania na przesyłki z owego Amazona), z pewnym zaskoczeniem odnotował, że ominęły go między innymi Sherlocki z Peterem O'Toole'em. Pogrzebał głębiej i z jeszcze większym zdziwiniem odkrył, że O'Toole wystąpił w nich tylko jako głos, a i tak wszyscy o nim piszą. Może zresztą zgodził się przyjąć tę rolę, bo, jak donosi ten nieco złośliwy serwis, zażądał zbyt wielkiej gaży za zagranie Sherlocka dla Billy'ego Wildera, dzięki czemu świat poznał geniusz nieco mniej kosztownego Roberta Stephensa. Wprawdzie O'Toole, ur. najprawdopodobniej w roku 1932, w roku 1970 był w stosownym wieku, a w dodatku miał (pewnie też wciaż ma ;) ) 1,88 wzrostu, ale zupełnie Sherlockisty uroda jego nie przekonuje.
Porównajmy zresztą:

 Po lewej jedyne dostępne w Sieci zdjęcie Stephensa z filmu Wildera - po prawej, O'Toole w roku 1969/1970, z filmu Country Dance.
W każdym razie, w roku 1983 jego wygląd był już nieistotny, za to owiany pewną legendą głos do dziś sprawia, że dorośli zupełnie Sherlockiści oglądają kreskówki.
Kreskówki, że tak wyzna ShK z sentymentem, zmajstrowane zostały w tym samym roku co on, bo w 1983. Są cztery, czyli naturalnie: STUD, HOUN (tu zatytułowany "The Baskerville Curse"), SIGN i VALL, z czego ShK posiada dwie pierwsze, a obejrzał, na razie, tylko STUD. Wrażenia Sherlockisty są mieszane. O'Toole rzeczywiście ma piękny głos, ale nawet brzmi trochę za staro i może zbyt "godnie", podczas gdy STUD to sam początek Kanonu. Widać w tym filmie ogromne wpływy Rathbone'a i Bruce'a (trudno, żeby było inaczej w epoce, gdy Sherlocki z Brettem były dopiero w planach, a żadne seriale i filmy "pomiędzy", czyli np. Wilmer czy Cushing, nie zyskały porównywalnej sławy). Kreskówkowy Holmes jest nawet odrobinę do Rathbon'ea podobny. Niech nas też nie zwiedzie głos Earle'a Crossa - Watson, dziadzio z brzuszkiem, który już na początku filmu spektakularnie wdeptuje w błoto, to naturalnie Nigel Bruce. Niestety, cała postać Watsona jest w związku z tym kompletnie niekanoniczna i właśnie dziadziowata.
Film ratuje scenariusz Johna Kinga (w którym nie ma nadmiernie długiej sekwencji z Jeffersonem Hope'em, a są za to wszystkie ważne sceny i momentami całkiem dowcipne dialogi), a zwłaszcza klimatyczna muzyka Johna Stuarta. Sherlockiście spodobało się kilka kanonicznych drobiazgów, takich jak VR wystrzelane przez Holmesa na ścianie, ładne, inteligentne eksponowanie "clues", które wychwytuje Holmes, a także podkreślanie ekstrawagancji detektywa. Może do tych ekstrawagancji głos O'Toole'a pasował nieco mniej, ale znakomicie brzmiało jego zdecydowanie i apodyktyczność, zwłaszcza w rozmowach z policyjnymi detektywami. Zawsze też miło obejrzeć, co nietypowe w STUD, prawdziwych Baker Street Irregulars, z Wigginsem na czele.
Szczególnie jednak utkwiły Sherlockiście początkowe sceny, gdzie dzięki znakomitej muzyce i dobrej animacji udało się stworzyć pradziwą atmosferę grozy. Scena morderstwa w ponurym, londyńskim opuszczonym domu robi zupełnie zadziwiające w kreskówce wrażenie.
Czytelnik sam zresztą może sobie wyrobić opinię, bo jakieś łaskawe duchy wrzuciły Sherlocka z O'Toole'em w częściach na youtube'a :)




A na koniec - bo większość Czytelników pewnie i tak już kliknęła "Part 2" i porzuciła bloga - powie tylko ShK, że chociaż nie może powiedziec, by kreskówka go porwała, ale dla odpoczynku od bardziej wciągających Sherlocków z aktorami serdecznie poleca.

___
*Sherlockista jest tak gigantycznym fanem tego bohatera Dorothy L. Sayers, że chociaż mania jego nijak ma się do holmesologicznej, to jednak rozważa chociaż notkę z sentymentu ;) Pretekst: Wimsey czasem cytuje Holmesa, a DLS była założycielką The Sherlock Holmes Society of London :)

sobota, 6 marca 2010

Asylum... Z cyklu: que?

Może to dowód ignorancji i nieznajomości świata poza rokiem 1895... ale Sherlockista był dość zdziwiony, że istnieje studio, które produkuje niskobudżetowe wersje kinowych przebojów (Amerykanie nazywają to mockbusters). Nie, nie parodie, tylko takie filmy "prim". Instytucja ta nazywa się, bardzo stosownie, Asylum.
Chętni i odważni zechcą zapewne zbadać sprawę przeróbki "Sherlocka Holmesa"... trailer poniżej...

Z cyklu: Sherlockista poleca

Dla wielbicieli cudownego filmu  "Without a Clue" (polskie tłumaczenie "Bez śladu" lub "Po kłębku do nitki") - reż. Thom Eberhardt, rok 1988, w roli Sherlocka Holmesa, zapijaczonego, tchórzliwego aktorzyny, wystąpił sam Michael Caine...
...a pamiętacie cudownego wprost niedoszłego "Doktora Zbrodni" Watsona, czyli Bena Kingsleya, który nie dość, że musiał walczyć z bandytami wszelkiej maści oraz samym profesorem Moriarty'm, to w dodatku musiał bezustannie radzić sobie z wybrykami wynajętego przez siebie Sherlocka?
Tu znajdziecie długi wywiad z sir Benem, który grał wszystko i wszystkich, od Gandhiego (Oscar), przez Icchaka Sterna po Ottona Franka, z epizodami w rodzaju komedia o Holmesie i Watsonie po drodze....

Z tej okazji Sherlockista najgoręcej zachęca do obejrzenia samego filmu - guilty pleasure wszystkich, ale to absolutnie wszystkich znanych mu Holmesistów :) Jest to absolutnie urocza, bezpretensjonalna komedia, Kingsley jako wiecznie zniecierpliwiony Watson, więzień swojej własnej literackiej kreacji, powala i śmieszy, Caine jako nieudacznik Holmes rozczula i wzrusza. Dialogi na temat liczenia okien kamienicy przy Baker Street oraz dyktowanie Holmesowi dedukcji - bezcenne.

***
A tu coś dla, hm... desperatów? znudzonych? Um, wielbicieli kreskówek z dzieciństwa? W każdym razie tekst o Sherlocku Holmesie i, ukhm, Scooby Doo...

piątek, 5 marca 2010

Dwa niusy: książka i... no właśnie... co z tym filmem?

Sherlockista z pewnym bólem musi podzielić się z Czytelnikami informacją, że Laurie King wyprodukowała nową książkę o Sherlocku Holmesie i Mary Russell, książka nosi tytuł "God of the Hive", czyli w roboczym przekładzie "Bóg ula" (takiego pszczelego).
Wygląda to tak:

Sherlockista wyzna, że o ile kibicuje wszelkim autorom pastiszów, apokryfów, komedii, horrorów, filmów, radiowych inscenizacji i książek o Holmesie i doktorze Freudzie, o tyle Laurie King, mimo, że zapraszają ją na swoje spotkania nawet Baker Street Irregulars, kibicować nie potrafi.
Cykl King, który zaczął się od "The Beekeeper's Apprentice" poświęcony jest działalności Holmesa na emeryturze, już po tym, jak wyniósł się do Sussex, by tam zostać pszczelarzem. Problem naturalnie nie w tym, że Holmes jest na emeryturze, i nie w tym, że zagadki są takie sobie średnie, a w tym, że zamiast Watsona, towarzyszy mu żona (!). Żona jest młodsza od niego o prawie dwa pokolenia, niesympatyczna, kreowana na stereotypowo "męski" umysł, w kwestii umiłowania do logiki, porządku i metody oraz pogardy dla uczuć pobożniejsza od papieża (Holmesa) i... no... Sherlockista może zamilknie. Jeżeli ktoś naprawdę ma ochotę, może śledzić fikcyjnego bloga Mary Russell Holmes.
 Nie jest tak, że żadnego tomu nie da się nawet przez chwilę czytać bez przyjemności (bo zawszeć to historia o Sherlocku Holmesie). Ale ogólna koncepcja jest jednak odpychająca, a autorce zdarza się przyznawać w wywiadach, że Holmesa traktuje głównie zarobkowo. I to widać.  Ma natomiast sympatyczną stronę internetową, na której zdarzają się nawet zagadki do rozwiązywania.

***

Druga wiadomość dnia jest taka, że Sherlockista usłyszał plotki jakoby Guy Ritchie miał kręcić film pod tytułem Excalibur (ponoć skrzyżowanie króla Artura i "Gwiezdnych Wojen"). Sherlockista kocha StarWarsy nad życie, ale wolałby, żeby Ritchie zajął się w pierwszym rzędzie ekranizacją sequela Sherlocka Holmesa... Na szczęście zarówno autor podlinkowanego doniesienia, jak i autor tego są zgodni, że Excalibur się opóźni właśnie z uwagi na zaangażowanie Ritchiego w projekt SH 2. Trzymajmy kciuki, by tak było!