Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doctor Who. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doctor Who. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 września 2016

Notka w której nie ma żadnej recenzji, za to jest tabelka, Doktor, House, a także to, o co chodzi w całym tym Sherlocku Holmesie.


U Henryka Manna znalazłam kiedyś definicję tak cudowną, że przytaczam ją o wiele zbyt często. To dramaturg. - mówi ktoś o aspirującym młodym artyście.  - Przecież jeszcze nic nie napisał! - Nie, ale gdyby napisał, to byłby to dramat. No więc Sherlockista, moi drodzy, niewątpliwie jest blogerem, bo gdyby coś pisał, to pewnie Sherlockiana - ale nie jest już, na przykład, recenzentem. Pisuję Wam jeszcze krótkie podsumowania, lakoniczne polecanki albo życzliwe ostrzeżenia na facebookowej stronie Sherlockianów, ale jak mawiają bohaterowie "Zabójczej broni 3", długie recenzje? I'm too old for this shit. Naturalnie nie mam tu na myśli, że coś jest nie tak z formą recenzji albo że w ogóle nie warto ich moim zdaniem pisywać, bo znam mnóstwo takich, które warto, i ludzi, którzy robią to znakomicie - it's not you, it's me, recenzjo, zasługujesz na kogoś lepszego, hej! mam pomysł: zostańmy przyjaciółmi.

Z drugiej strony jednak, czasem, gdy przedzieram się przez tę wielką lawinę sherlockistycznej twórczości, o której wspominałam ostatnio na stronie, jakoś żałuję, że nie piszę tych recenzji, jakoś co i rusz chciałabym Wam o tym i owym powiedzieć. I, upychając myśli w krótkim statusie, który wydalam na pożarcie zasięgom facebooka, pomyślałam wczoraj, że bycie blogerem, nazwijmy to, "w sensie Mannowskim", ma jedną, ogromną zaletę: presja jest naprawdę zerowa. Jesli macie ochotę na jedną z tych notek, w których nie ma żadnej porządnej recenzji, a to jest pięć różnych książek, tabelka innych w zapasie oraz Doktor, House i sens holmesologicznego życia, to zapraszam.



sobota, 10 marca 2012

Czwarty w niebieskim pudle. I sto osiemdziesiąty czwarty (strzelam) w czapce z dwoma przodami. I o tym, że dedukcja to ściema.

Jednym z bardzo licznych powodów do wdzięczności, jakie dał mi Sherlock BBC jest wprowadzenie terminu "czapka z dwoma przodami", który znakomicie zastępuje nie wszystkim jednak cokolwiek mówiącego "deerstalkera". Wiecie już zatem, który to sto osiemdziesiąty czwarty. A liczebniki od 1 do 11 pisane wielką literą nieomylnie zwiastują, oczywiście, Doktora.

niedziela, 26 lutego 2012

O tym, dlaczego raczej nie należy oglądać Doktora Who. Część pierwsza.

Oczywiście Doktor musiał prędzej czy później zainfekować główną Sherlockianów, tak samo jak prędzej czy później musiał z hukiem pękającej czasoprzestrzeni wtargnąć w moje życie.

czwartek, 5 stycznia 2012

Na szybko! Moffat, kobiety, Pies, Duży Format, Game of Shadows i Alonzo!

Sherlocksita serdecznie zachęca, żeby kupić dziś Wyborczą, w której znajdziemy
 - długą recenzję sequela Ritchiego, Game of Shadows (o dziwo, bardzo entuzjastyczną!)
(i w Dużym Formacie)
 - długi artykuł o Downeyu
 - przeglądowy artykuł o Holmesie w kinie z bardzo ładnymi i ciekawie dobranymi zdjęciami (ShK wzruszył się faktem, że Nicholas Rowe z Młodego Sherlocka i Piramidy także znalazł tam swoje miejsce :)
To raz.
Sam Sherlockista zrecenzuje Game of Shadows prawdopodobonie w sobotę, bo z przyczyn technicznych (boi się iść na to sam, a wsparcie moralne uzyska dopiero za 24 h) obejrzy go dopiero jutro. Stay tuned!
To dwa.
Moffat sam musiał się zmierzyć z częścią oskarżeń, które i Wy wobec niego wysunęliście - kto nie widział, niech koniecznie zajrzy do bardzo ciekawej dyskusji pod recenzją "Scandal in Belgravia". Czytelnicy zarzucają twórcom m. in., że:

uwaga SPOILERY!

Irene przegrywa, chociaż według Kanonu nie powinna, co gorsza: (jak wszystkie silne kobiety Moffata) przegrywa, bo ulega uczuciu, zadaje się z tą szumowiną, Jimem, jest mniej pozytywną postacią i zachowuje się chyba jednak zbyt, bo ja wiem, wulgarnie? (z tym ostatnim zarzutem ShK się akurat zgadza, przed pozostałymi raczej Moffa broni).

koniec SPOILERÓW!

Okazuje się, że i sam Moffat musiał zmierzyć się z podobną krytyką w tej sprawie. Na konferencji przy okazji pokazu kolejnego odcinka, "Psa..." (czy raczej: "Psów..."!), dziennikarze zarzucili mu, że jest seksistą i mizoginistą (!) i że jeśli w roku 2012 bohaterka jest w gorszej sytuacji niż w roku 1891 to znaczy, że coś jest nie tak (co do tego zarzutu, to Sherlockista nie zgadza się akurat tak zdecydowanie, że nawet nie uważa tego za spoiler: to po prostu jawny fałsz!).
Moff zareagował furią na oskarżenia pod własnym adresem i bronił również Sherlocka, chociaż nienajmądrzej. Powiedział, między innymi, że w Kanonie Holmes nie może znieść, gdy kobiety są krzywdzone i budzi to w nim oburzenie. To prawda, ale ShK osobiście bardzo nie lubi, gdy jacyś współcześni samozwańczy rycerze nieproszeni rzucają się, by go bronić (jako tej słabej niewinnej białogłowy w opresji)* i uważa to właśnie raczej za seksizm i objaw miłości do własnego, męskiego ego niż za cokolwiek innego. Ta więc akurat cecha spokojnie mogłaby w uwspółcześnionej ekranizacji ulecieć w kosmos.

uwaga, malutki SPOILER


Nie oznacza to, że ShK ma cokolwiek przeciwko scenom  z panią Hudson, w której reakcja Holmesa jest ze wszech miar uzasadniona: brutale z Ameryki dopuścili się ataku na osobę ewidentnie starszą i słabszą, a przy tym Sherlockowi bliską.

koniec malutkiego SPOILERA

Więcej (spoilerowatych) szczegółów tu. Na tej samej konferencji po raz kolejny ciekawymi wypowiedziami popisał się Benedict, który trafnie zauważył, że chociaż Holmes dysponuje pewnymi supermocami, to jednak nie jest to nic takiego, co wymaga zostania bohaterem komiksu i noszenia majtek po zewnętrznej stronie spodni. Zazdrości swojemu bohaterowi umiejętności i to właśnie dlatego, że są one - co najmniej w pewnym stopniu - osiągalne dla każdego, kto zechce włożyć w trening odpowiednio wiele pracy. Cumberbatch powinien zacząć uważać. Kto zbyt mocno wchodzi w rolę Sherlocka, ten na ogół przypłaca to rozstrojem nerwowym (patrz: Stephens, patrz: Brett...)... Z drugiej strony, to właśnie tacy aktorzy ofiarowują nam te najgenialniejsze momenty holmesizmu ;)
To było długie trzy.
A na koniec, no co? Oczywiście trailer do "Hounds of Baskerville", które BBC emituje już w niedzielę!
Sherlockista przypomina tylko, że ten odcinek pisał Gatiss, że będzie to horror i że z pierwszych przecieków wynika, że różni się on mocno od SCAN, choć na pewno nie poziomem :)

A teraz do wszystkich whovistów przed monitorami: I rrraaaz, dwaaaa, trzyyyy...
Allons-y Alonso!!!**



---
*Pod żadnym pozorem nie należy mylić takich sytuacji z normalną pomocą od bliskich i znajomych płci męskiej (czy dowolnej).
** Inside joke: Henry'ego gra Russell Tovey, aktor, który wystąpił niegdyś w świątecznym Doktorze Who jako Midshipman Alonso Frame właśnie. Wówczas Doktor był jeszcze w swoim niezapomnianym i przez wielu ukochanym Dziesiątym wcieleniu i grał go najcudowniejszy pod słońcem David Tennant. Ten Dziesiąty Doktor lubił bardzo francuski zwrot "Allons-y!" (wym. w przybliżeniu "aląz-i", a znaczący tyle, co "chodźmy!" czy "ruszajmy!") i wyznał kiedyś, że marzy o tym, by chociaż raz w życiu wykrzyknąć "Allons-y, Alonso!". Wyobraźmy sobie radość - Doktora i milionów telewidzów - gdy przyszło Dziesiątemu zawołać tak do Midshipmana Frame'a :)

środa, 4 stycznia 2012

"Scandal in Belgravia". BBC Sherlock, season 2, episode 1. Po polsku: odlot!

[Można czytać spokojnie, nie ma żadnych nowych spojlerów.]

Pierwszy sezon Sherlocka z XXI wieku, Sherlocka uwspółcześnionego, przeniesionego w inną epokę, z wyrazistą obsadą i bardzo śmiałymi rozwiązaniami fabularnymi, powinien był wywołać kontrowersje i ambiwalentne uczucia. Tymczasem, ku radosnemu zdziwieniu Sherlockisty, otoczył go bez mała kult, i to zarówno ze strony hardkorowego Holmesowego fandomu, jak i zwykłych wielbicieli seriali detektywistycznych, którzy na myśl o Kanonie dyskretnie tłumią ziew.
Musi ShK wyznać, że choć oficjalnie w blogu tryskał entuzjazmem, w skrytości serca na myśl o kontynuacji odczuwał dreszcze obawy. Czy chłopcy dadzą radę? Czy udźwigną? Czy nie zepsują? - a stawka jest niebagatelna, bo podobnego rozkwitu nie zaznał wspomniany sherlockistyczny fandom od czasów Jeremy'ego Bretta i mamy szansę zostać świadkami narodzin kolejnej wielkiej legendy i wielkiego cyklu. Każda wtopa mogłaby przynieść niepowetowane straty - zdechnięcie oglądalności, brak zamówienia na kolejny sezon i szansy na poprawę, a w konsekwencji również wygaszenie mody na Holmesa. I kolejne dwadzieścia lat bryndzy, Richardów Roxburghów (brrrr) i innych Mattów Frewerów (auć). Pierwszego stycznia targał zatem Sherlockistą, obok noworocznego kaca, także stres.
Moffat, Gatiss, Cumberbatch, Freeman i reszta Ekipy ukoili  nerwy ShK około trzeciej minuty projekcji. Przez kolejne 87 nie myślał już Sherlockista o niczym niezwiązanym z akcją, a jeśli dawał wyraz refleksjom o charakterze ocennym, to miały one postać głównie nie do końca artykułowanych, za to ekspresywnych okrzyków "ale czad!".
Jeśli zaś wahał się co do treści recenzji, to głównie w kwestii kolejności zachwytów. Po namyśle jednak...
po pierwsze chciałby powiedzieć, że Cumberbatch jest wspaniały. Dostała mu się rola trudniejsza niż w poprzedniej serii, wiele emocji do wygrania, wiele złożonych relacji, w których wspaniale potrafił się odnaleźć - nie tylko z Irene Adler, ale również z Johnem i Mycroftem, a nawet z biedną Molly Hooper. I dał popis.
Po drugie, sprawę ułatwili mu oczywiście scenarzyści. Sherlockista do tej pory myślał, że tylko Bert Coules (także z BBC) bezbłędnie wyczuwa, jak pisać Holmesa, jakie słowa wkładać mu w usta i jakie zachowania, kiedy pozwalać mu ujawnić odrobinę emocji, a kiedy podkreślić, jak mocno odbiega od społecznej normy. Moffat z Gatissem radzą sobie może nawet jeszcze lepiej. Oni po prostu robią wszystko dobrze. Właściwie. Jak powiedziałby Mozart z "Amadeusza" Formana: jest dokładnie tyle nut, ile trzeba. Tyle współczesnego luzu i tyle bezpośrednich cytatów, by Holmes brzmiał zarazem kanonicznie i naturalnie. Tyle dedukcji (świetnie i zabawnie pokazywanych na ekranie) i tyle towarzyskich wpadek, ile zaliczał ich Sherlock ACD. Tyle akcji (łącznie z absolutnie cudowną sceną defenestracji!) i tyle snucia się po domu (oraz pałacu Buckingham) w prześcieradle; tyle skrzypiec... a właśnie...
Po trzecie, ach, te skrzypce...
Czy Czytelnicy pamiętają może jedną z najczulszych notek w historii Sherlockianów, tę o PLOSH (Private Life of Sherlock Holmes)? To był ten oburzający film o Holmesie, miłości i smutnych skrzypcach, którego żaden szanujący się sherlockista by nie zniósł, gdyby zarazem go nie kochał, i którego niech nikt nigdy nie waży się naśladować. Oczywiście nikt oprócz ekipy BBC. Sherlockista nie wie naturalnie, na ile nawiązania do PLOSH były zamierzone, a na ile nasunęły się same na skutek podobieństw fabularnych, ale, o rany no, są naprawdę okropnie wzruszające. Także same w sobie. Nie znaczy to na szczęście, że jest to jednak wbrew obietnicom romansidło.
Po czwarte bowiem, Irene Adler jest dokładnie tą osobą, którą by była, gdyby nasza droga śpiewaczka i awanturnica z wieku XIX urodziła się sto lat później. Lara Pulver spisała się świetnie, ale jeszcze lepiej spisał się Moffat.
Wielbiciele "Sherlocka" mogli tego jeszcze nie zauważyć, ale fani drugiego słynnego dziecka Moffata, nowych serii Doktora Who, już wiedzą, że autor ten ma słabość do silnych postaci kobiecych. W fandomie whovistów jednym z ważnych punktów sporów jest to, czy Moffat nie przesadził, wprowadzając do fabuły postać żony Doktora, która jest tak barwna, tak wszystkowiedząca i tak we wszystkim oblatana (dosłownie! ona wie lepiej jak kierować samą TARDIS!), że przyćmiewa głównego bohatera. Można było się obawiać, że także Adler okaże się trochę przerysowana. Ale i ten niepokój okazał się nieuzasadniony. Irene jest wspaniałą, naprawdę godną przeciwniczką, jednak ilekroć wydaje nam się już, że Sherlock dał się podejść jak dziecko, tylekroć scenariusz funduje nam nowy zwrot akcji. Wszystkim, którzy wciąż nie mogą przełknąć superwoman Adler, Sherlockista uprzejmie przypomina, że w opowiadaniu to ONA wygrała :)
Po piąte, nie chciałby Sherlockista Was zanudzić achami i ochami na temat aktorów, ale nie da się pominąć Johna, a zwłaszcza Mycrofta. Hobbit po prostu trzyma formę, Mycroft jednak rozwinął się bardzo i wykorzystuje w pełni dłuższy czas ekranowy. Jego minę na widok Sherlocka w prześcieradle nazwałby Sherlockista 'bezcenną', ale jakie zachwyty pozostałyby mu wtedy na opisanie bardziej dramatycznych momentów w wykonaniu Gatissa?
Po szóste i ostatnie, twórcy nie bali się niczego. Nie bali się nakręcić Sherlocka z papierosem (za co jest im ShK osobiście wdzięczny, niewiele rzeczy budzi w nim tyle odrazy, co współczesny faszystowski prozdrowotny terror), nie bali się pokazać gołej kobiety przed 21 (za to, naturalnie, zgarniają baty od pruderyjnych recenzentów, ale tego rodzaju pruderia budzi w ShK bodaj jeszcze większą odrazę), i nie bali się wreszcie spisać na nowo aż kilku Kanonicznych przebojów. Dosłownie! Zajrzyjcie na blog Watsona, a znajdziecie zapiski z paru spraw, których "zajawki" pokazują nam na początku odcinka. "Speckled Blonde" i "Geek Interpreter" (to nie są literówki) to błyski Moffatowo-Gatissowego geniuszu. Za (uwaga! kto nie oglądał jeszcze filmu niech tam pod żadnym pozorem nie wchodzi, bo zepsuje sobie moment najczystszej holmesologicznej radości :)) wycinki prasowe pod tytułem "Hat-man and Robin" wybacza ShK całej ekipie wszystkie wpadki na dziewięć odcinków w przód.
A oby było ich jeszcze więcej.
Jeśli coś może Sherlockista zarzucić temu SCAN, to dotyczy to dialogów z Adler. Może trochę za bardzo wyeksponowane są prowokacje i aluzje seksualne? Momentami niby to śmiałe wypowiedzi Irene brzmią raczej komicznie niż ekscytująco. Poza tym, można by odrobinkę przerobić montaż. Z początku gubimy kilka miesięcy życia Sherlocka i nie jest do końca jasne czemu ani w jaki sposób, pod koniec troszkę zaczynamy tracić ciągłość w śledzeniu głównej intrygi. Ale to naprawdę czepialstwo, które ma raczej uwiarygodnić Sherlockistę w roli odpowiedzialnego recenzenta i zatuszować fakt, że w istocie jest po prostu pijanym z rozkoszy fanem ;)
Na szczęście, nie jest ShK w swojej radości odosobniony - zarówno Telegraph, jak i Den of Geek opublikowały recenzje, które aż wzruszają stężeniem zachwytu.
Bo i tak naprawdę, to porządnie wkurzają w nowym Sherlocku tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce legalnie dostępny jest tylko za ciężkie pieniądze.
A po drugie, jak ja mam po Czymś Takim iść i z życzliwą obiektywnością oglądać w czwartek jakiegoś Ritchiego???
P.S. Uwaga - w komentarzach już są spojlery!

niedziela, 25 grudnia 2011

Opowieść wigilijna z Doktorem, Sherlockiem, Szafą, Moffem, a za to, o dziwo, bez błękitnych diamentów - chociaż tak do końca też się nie dało...

W tym roku wyjątkowo nie trzeba odwoływać się do nieśmiertelnego Holmesowego gwiazdkowego przeboju, czyli BLUE (co nie oznacza, że Sherlockista serdecznie nie zachęca do odświeżenia sobie Granadowej wersji z charakterystycznymi stylizacjami kolęd i niezapomnianą sekwencją na początku - nieprzytomny Jeremy kontra pani Hudson i Peterson to coś, co po prostu trzeba zobaczyć w Święta).
Nie trzeba nawet odgrzewać wspaniałego wiersza Scotta Monty'ego - Twas two days after Christmas, który jest bardzo wdzięczną rymowanką na temat BLUE właśnie (wierni czytelnicy Sherlockianów może pamiętają, że pojawił się, niekonwencjonalnie, z okazji zeszłorocznej Wielkiej Nocy :) )
Najlepszą sherlockistyczną opowieść wigilijną napisał dla nas w tym roku nieoceniony Mistrz Moffat, scenarzysta cuda z BBC, na które tak czekamy, a także ostatnich serii Doktora Who - a z Whovistami Sherlockiana utrzymują niezwykle serdeczne stosunki, choćby dlatego, że wielu i wiele z nas należy do obu tych potężnych fandomów.
W wywiadzie dla Radio Times zdradził, że tegoroczny Christmas Special, czyli dodatkowy, świąteczny i dłuższy odcinek Doktora, inspirowany tym razem Narnią, został ocalony nie przez kogo innego, jak przez BBC-Sherlocka.
Otóż zdarzyło się Moffatowi, że w czasie pisania scenariusza do owego Speciala, doznał zastoju twórczego. Wyobraźcie sobie: terminy gonią, trzeba wysmażyć bożonarodzeniowego, białego Who, pełnego światełek, cynamonów i choinek, a tu brytyjskie lato w pełni, a Moff umiera na katar. Atmosfery nie ma żadnej. Weny zero. Wizja Doktora w kominie uleciała z grypą. Skąd wziąć świąteczną zimę i pierniczki?
Sherlock Holmes nie byłby wysoko na liście osób, do których zwrócilibyście się po pomoc, prawda? Już pewnie lepiej byłoby pójść w banał i przeczytać znowu (skądinąd bardzo szczerze przez Sherlockistę kochaną) Opowieść Wigilijną Dickensa: tam aspołeczny bohater, który święta kwituje lodowatym "humbug" przynajmniej na końcu się zmienia...
Jakim cudem to Sherlock właśnie, i to jeszcze w chłodnej, współczesnej i chirurgicznie pozbawionej sentymentów wersji Cumberbatcha ocalił w tym roku świąteczną wenę Moffa?
To proste. Sherlockista widzi to tak wyraźnie, jak gdyby tam był. Wyobraźcie sobie: stajecie na Baker Street. Albo, jeszcze lepiej: na ulicy, która tylko Baker Street udaje. Ale przecież wystarczy tylko zawiesić w Londynie jedną tabliczkę, żeby nasza wyobraźnia zaczęła pracować. Świat Conan Doyle'a jest tak żywy w naszych umysłach, tak fantastycznie i szczegółowo wyrysowany słowami, że życie to udzieliłoby się nawet rekwizytom z ciastoliny.
Stajecie na Baker Street zrobionym z ulicy i z wyobraźni, u Waszego boku Mycroft, Mark Gatiss. Jeszcze przed chwilą było gorąco, ale nagle zaczynacie trząść się z zimna. Zaczął padać śnieg. Właściwie: białe oszustwo, ale oszustwo, w które chcecie uwierzyć. Śnieg na Baker Street, pod domem Sherlocka. Nic dziwnego, przecież jest Boże Narodzenie. Nie może być świąteczniej niż tu. Nikt nie wygląda bardziej gwiazdkowo niż ten niesamowity, nowy Holmes, w śniegu, z marsową, wybitnie niemikołajową miną.
Moff twierdzi, że to zadziałała "magia telewizji". Sherlockista wie swoje. Tu nie ma żadnej magii. To jest wszystko prawda!

(zdjęcia pochodzą oczywiście z BLUE z Brettem i Burke'iem, a tę wersję z podpisami znalazł ShK na tumblerze o niezwykle wręcz wdzięcznym tytule fuckyeahgranadaholmes.tumblr.com :))

Wszystkim Czytelnikom Sherlockianów życzy ShK udanego spotkania z najprawdziwszym Holmesem już niedługo. I drugiego: ze świątecznym Doktorem (kto jeszcze nie jest Whovistą, ten wciąż może podjąć naprawdę fajne postanowienie noworoczne -  jest znacznie łatwiejsze i przyjemniejsze w realizacji niż jedzenie marchewek, brzuszki czy inne okropieństwa ;).

piątek, 7 października 2011

Dziś mały pościk zupełnie obrazkowy...

...a to trochę dlatego, że w ostatnich dniach żył Sherlockista głównie finałem Doktora. Świetnym i radosnym (to dla ShK trochę pleonazm) finałem, dodajmy. Na fali Whovistycznego entuzjazmu musi się zatem Sherlockista podzielić w pierwszym rzędzie łakomym kąskiem dla licznie wśród Czytelników reprezentowanych przedstawicieli obu fandomów:

(ten wspaniały komiks nazywa się Darlock Holmes :D)

Z kolei dla Breciarzy ma Sherlockista coś, co samo w sobie może nie jest powalające, ale powala za to sam fakt, że powstało. Są ludzie, którzy potrafią zdobyc się na to, by narysować film animowany pod fonię wziętą z Granady... Sherlockista zachęca, żeby wsłuchać się w to, jak wspaniale Jeremy potrafił grać samym głosem - i wzruszyć się zaangażowaniem autorów poniższego filmiku:





...a na koniec jeszcze nowy, nowy piękny plakat przyszłego Sherlocka. Sherlockista wyzna Wam szczerze, że nie wie, jak wytrzyma, czekając do tego przeklętego 2012 jednocześnie na kolejną serię Doktora i Sherlocka i to wszystko o jednym Christmas Special... Trzymajmy się razem...

piątek, 23 września 2011

Sherlock BBC przenosi się do Polski a w Ameryce robią nowego i inne historie...

... Sherlockista właśnie wrócił z ostatniej już długiej podróży tych wakacji i tym razem ma za swoje. Przegapił całkiem sporo mniejszych i większych wydarzeń naszego holmesologicznego świata, w tym jedno takie, że ma ogromne wyrzuty sumienia (rocznica śmierci Jeremy'ego Bretta - 12 września) i jedno takie, że może wolałby dowiedzieć się o tym jeszcze później (CBS... ale to będzie za chwilę).
Rocznicę wspaniale uczciła za to pewna włoska zamożna fanka wielkiego i zarazem kochanego Jeremy'ego, fundując stypendium jego imienia, dla studentów londyńskiej szkoły aktorskiej (Central School of Speech and Drama), w której kwalifikacje zdobywał sam Brett (ur. Huggins). O Brettcie, najulubieńszym swoim i najdroższym Sherlocku pisuje ShK dużo i czule, więc może się ostatecznie czuć usprawiedliwiony.

Zdąży też jeszcze przypomnieć wszystkim sto razy - i podręczyć Czytelników, by oni też wszystkim bliskim swoim Sherlockiem zainteresowanym przypominali - że od 2 października polskie BBC Entertainment będzie nam pokazywało genialnego BBC-Sherlocka Moffata i Gatissa. Rozgłaszajcie tę wieść, zachęcajcie znajomych, niech wszyscy się przekonają, jak wspaniale odnajduje się symbol ery dorożek i gazowych latarni w Londynie, w którym nikogo już nie stać na palenie fajki. Propagujcie Sherlocka BBC tym bardziej, że nadchodzą tak zwane ciekawe czasy - i Sherlockista mówi to dokładnie takim samym tonem, jakiego użyłby w tej sytuacji Pratchettowski Rincewind...

Ciekawe czasy zamierza zafundować nam amerykańska telewizja CBS, która postanowiła przyrządzić nowego Sherlocka Holmesa w wersji uwspółcześnionej. Czyli zrobić Moffata po swojemu. Będą to pichcić Sarah Timberman i Carl Beverly (jeśli ktoś z Czytelników zna np. "A Gifted Man", to ShK serdecznie prosi o komentarz w sprawie talentów twórców). Właściwie niewiele jeszcze na ten temat wiadomo, tyle tylko, że prawa kupione i scenariusz zamówiony (u Roba Doherty'ego), ale Sherlockista nie jest przekonany do tego pomysłu. Wszyscy komentatorzy podkreślają, że nie ma szczególnego sensu robić kolejnego uwspółcześnionego Sherlocka, bo i tak nie będzie lepszy niż Moffat (Moffat, nawiasem mówiąc, zgarnął kolejne nagrody, tym razem na TV Choice Awards; żeby było śmieszniej, wygrał zarówno kategorię "New Drama" - Sherlockiem, jak i "Family Drama" - Drem Who). Naturalnie trzeba zrozumieć, że Amerykanie mają po prostu taką potrzebę, żeby wszystkie fajne rzeczy z Europy przerabiać na "po swojemu" (patrz: casus "Millenium"), ale Sherlockista przypomina sobie dokładnie jeden taki przypadek, gdy zrobili to lepiej. Ktokolwiek widział "Queer as Folk" w wersji brytyjskiej i w wersji amerykańskiej, ten może potwierdzić. Ktokolwiek je widział, wie też, że w punkcie startowym Amerykanie po prostu przepisali żywcem znaczne partie scenariusza i potem dopiero historia rozkwitła im pod palcami (także dzięki absolutnie fantastycznie dobranym aktorom). Podsumowując: nie wiadomo, czy wyjdzie z tego coś dobrego. Wprawdzie amerykański odłam fandomu Sherlocka jest najpotężniejszy na świecie, ale... nie wiemy, na ile CBS postanowi w ogóle liczyć się z tym faktem.

Na koniec tego pełnego niepokoju wpisu jeszcze jedna smutna informacja, którą Sherlockista zamierzał podzielić się już dawno. Nasz ulubieniec Benedykt Cumberbatch w programie Jonathana Rossa stwierdził, że chociaż jego stary kumpel David Tennant namawiał go do ubiegania się o rolę Doktora, to jednak on sam zupełnie nie ma takiego zamiaru. Sherlockista bardzo uważnie poszukiwał wśród różnych doniesień na ten temat jakiegokolwiek cytatu, który mógłby Benia usprawiedliwić, ale niestety wszystkie mówią to samo: popularność wśród młodzieży, fandom piszczących nastolatków, którzy marzą o kupowaniu pudełek na kanapki z wizerunkiem każdego nowego Doktora to coś, czym nasz Sherlock gardzi. Może to taki arystokratyczny rys, który łączy Cumberbatcha z Holmesem, ale Sherlockista naprawdę potrzebowałby bardziej przekonujących argumentów, by zrozumieć, dlaczego ktoś nie chce zagrać jednej z najbardziej legendarnych ról w historii telewizji. W dodatku, gdy ten ktoś nie musiałby się nawet obawiać, że zostanie zaszufladkowany - bo Benedykt po kolejnej serii i tak już zawsze bardziej szufladkowany będzie jako ikona wszechczasów, Holmes.

A Sherlockista, tak osobiście, to i tak najchętniej strzeliłby sobie lunchbox z uśmiechniętym, młodym, preSherlockowym Jeremym:
(zdjęcie ukradł z bardzo wspaniałej strony JeremyBrett.info - która zaprowadziła go także do niezwykle sentymentalnego, ale dla wielbicieli niezastąpionego kanału youtubowego)

sobota, 3 września 2011

Wrzesień na Sherlockianach

...nastał, a Sherlockista wyzna, że chociaż obijał się w sierpniu skandalicznie, to wyrzutów sumienia większych nie ma, bo, po prostu, nic się specjalnego nie działo i można było z czystym sumieniem korzystać ze słońca oraz, jak by powiedział przytłoczony kondycją młodzieży polskiej prof. Hartman, piwa, muzy i plaży. Kto żyje życiem Akademii mógł rozkoszować się wraz z Sherlockistą błogą świadomością, że to sam środek wakacji, a kto jeszcze w szkole lub już w pracy, ten tym bardziej czuł presję, by mijający bezpowrotnie miesiąc wykorzystywać gdzieś z dala od komputera.
Sherlockista zapewnia jednak, że po prostu stęsknił się za Sherlockianami jako takimi, za Waszymi komentarzami i za tym cudownym poczuciem, że rok 1895 jest żywy jeszcze wieczniej niż towarzysz Lenin, w związku z czym we wrześniu będzie coś pisał, choćby w materiałach miał kilka ploteczek z planu i informacje w rodzaju "ach jej, lament w Ameryce, przesuwają premierę Tinker Tailor Soldier Spy, w której gra Cumberbatch".
Jakie ogórki tymczasem zakwitły nam w tych ostatnich tygodniach sezonu?
Po pierwsze, ShK uzbierał dwie dobre informacje na temat Sherlocka 2 Ritchiego (Game of Shadows - dla polskich guglatorów, "Gra cieni").
Pierwsza z tych informacji to taka, że Downey był niepocieszony, bo, uwaga, w przeciwieństwie do tego, jak przebiegały prace nad pierwszym filmem, tym razem sceny akcji kręcono na samym końcu. Można stąd wywnioskować taki - pocieszający! - wniosek, że w nowym Sherlocku będą jakieś sceny, które nie są scenami akcji i które nakręcono na początku. Na potwierdzenie tych jutrzenkę nadziei niosących z sobą słów wypłynęło na serwisy filmowe zdjęcie Moriarty'ego-Harrisa oraz Holmesa-Downeya, którzy oddają się rozrywce w powszechnej wyobraźni jak najdalszej od wszelkiej akcji, czyli grze w szachy.
Oto i ono:


 Co prawda jest to najprawdopodobniej ujęcie "zza kulis", na którym Moriarty i jakaś tajemnicza siwa postać z boku chyba podczytują jeszcze scenariusz, ale można optymistycznie założyć, że szachownica nie została tam przywleczona tylko przez znudzonych oczekiwaniem na swoje wejście kaskaderów.
Informacja, którą Sherlockista najchętniej by zignorował, ale jakaś sadystyczna potrzeba zrzucenia cierpienia na innych mu nie pozwala, jest taka, że Amerykanie szykują się już na ekscytujący pojedynek. Trzeba tu zaznaczyć, że dla nich z jakichś bardzo smutnych przyczyn każda premiera kinowa to pojedynek, bo zazwyczaj w ten sam weekend wychodzi więcej niż jeden "duży" film. Sherlock i "Game of Shadows" na przykład zmierzy się w bitwie o widza z sequelem "Alvina i wiewiórek" i Sherlockista... z całym szacunkiem dla wiewiórek... wolałby nie poznać nigdy wyników tej rywalizacji...
źródło: imdb
Sam Ritchie ponoć wierzy w swojego drugiego Sherlocka, więc i my wierzmy.

Aby zadośćuczynić Czytelnikom za długą przerwę, od razu dorzuci też Sherlockista garść wiadomości na temat drugiego Sherlocka, którego wyglądamy chyba jeszcze bardziej, i który nadejdzie od strony BBC.

Na pierwszą odsłonę BBC-Sherlocka spłynęła kolejna ważna nagroda, tym razem na festiwalu w Edynburgu.

O Cumberbatchu wiemy już, że wkrótce ujawni talenty szpiegowskie w Tinker Tailor Soldier Spy i na plakacie wyszedł tak:



Można też w tym miejscu dodać, że bardzo dzielnie sprawił się w plebiscycie BBC America na ulubieńców płci męskiej. Odpadł dopiero w półfinałach, gdy przyszło mu się zmierzyć z późniejszym triumfatorem imprezy, Alanem Rickmanem. (Sherlockista wyzna z pewnym zażenowaniem, że osobiście kibicował jeszcze bodaj bardziej drugiej "nodze" półfinałów, gdzie jego najukochańszy Doktor (Who) David Tennant poległ w boju z wielkim Colinem Firthem).

O Gatissie, a zwłaszcza o Stevenie Moffatcie dowiedział się natomiast Sherlockista w ten leniwy sierpień, że są jeszcze bardziej utalentowani niż kiedykolwiek mu się wydawało. Niniejszym zachęca i gorąco namawia wszystkich Sherlockistów, żeby dali się wkręcić w nowego Doktora Who (reaktywowanego w roku 2005). Pełnię władzy pisarskiej przejął Moffat dopiero wraz z nadejściem Doktora 11, czyli od piątego sezonu, w roku 2010 - i zupełnie niesamowite jest to, o ileż bardziej dorosłe, skomplikowane i wciągające są teraz scenariusze. Sherlockista nie jest nawet pewien, czy go za bardzo aby nie męczy ten nowy, zupełnie nie rozhisteryzowany Doktor i jego wielowątkowa historia budowana spójnie od dwóch już sezonów i czy nie tęskni jednak nade wszystko za dziecięcą rozkoszą, jaką dawał Tennant uganiając się z krzykiem za wielkimi, zielonymi potworami. Wystarczy jednak zobaczyć kilka epizodów Moffata, żeby widzieć jasno, że scenariusze trzech pierwszych Sherlocków nieprzypadkowo były tak dobre, inteligentne, trzymające w napięciu i pełne zagadek. Ten facet (ci faceci) mają naprawdę ogromny talent do budowania intryg i jasnego opowiadania zawiłych opowieści, który to talent w dodatku rozwija się z każdym nowym filmem. O ile tylko Moffat kompletnie się nie wypali (a w wywiadach trochę jednak narzeka na zmęczenie - pisanie na raz dwóch najważniejszych seriali Wielkiej Brytanii to nie przelewki), to sądząc po nowym Doktorze, druga seria Sherlocków powinna być naprawdę wciągająca.
Ma Sherlockista jeszcze jeden ładny niusik o autorach BBC-Sherlocka, ale ponieważ domaga się dłuższego komentarza, a w tej notce by utonął, to zaprezentuje go jutro :) Nie ma już wiele zaległego Doktora do oglądania, więc można mu wierzyć, że wróci.

wtorek, 26 lipca 2011

O tym, że nie należy przegapiać tego, czego nie ma, poza tym nie ma: zdjęć z planu BBC, powodów do obaw o Freemana oraz ratunku dla Sherlockisty

Jednym z ukochanych i najbardziej znanych, a przy okazji, o dziwo, serio kanonicznych (w odróżnieniu od "Elementary...") dialogów z udziałem Holmesa jest niewątpliwie ten z SILV. Holmes podkreśla, że ważnym tropem jest dziwne zachowanie psa w noc zbrodni, a kiedy słyszy zdziwioną uwagę inspektora, że "przecież pies nic nie zrobił", odpowiada legendarnym "and that was the curious incident". Fraza "Curious Incident of the Dog in the Nighttime" doczekała się nawet własnej książki, której została tytułem.

Właśnie tę frazę wzięła też na warsztat autorka pierwszej części obiecującego cyklu "lekcje Sherlocka Holmesa" ze strony bigthink.com  w swoim artykule poświęconym wskazówkom, które możemy z Holmesa wyciągnąć, by zacząć w końcu aktywnie obserwować świat wokół nas, a nie tylko "widzieć", czyli bezrefleksyjnie przyjmować serwowaną nam papkę.
Bardzo zgrabnie pokazuje, jak zasada zwracania uwagi na to, czego nie ma, może nam pomóc wyślizgnąć się z macek marketingowców, którzy sztucznie dobierają nam informacje i ograniczają wybór a także to, że często niezrobienie niczego - jak pies, który nie ostrzegł właścicieli przed włamaniem - też w istocie jest decyzją i działaniem. Pies mógł zaszczekać, ale nie zaszczekał, bo znał włamywacza.
Wśród filozofów nauki nie ma zgody co do tego, czy należy uznawać tak zwane przyczyny negatywne, czyli niezajście pewnych okoliczności za zdarzenia w ogólności a przyczyny w szczególności (na przykład, czy przyczyną pożaru może być fakt, że w pobliżu nie było Sherlocka Holmesa z wiadrem wody? a czy przyczyną wypadku na przejeździe nie był fakt, że w pobliżu nie było dróżnika?). W wyjaśnianiu zjawisk i w indukcyjno-dedukcyjnej metodzie Holmesa to, co się nie zdarzyło niejednokrotnie odgrywa równie ważną rolę. A w życiu Sherlockisty to, że uroczy pan sprzedający mu internet nie powiedział, że bez ostrzeżenia internetu może nie być, za to ShK dowie się, że z powodu braku działań zerwał swoją umowę i otrzyma za to straszliwą karę - na której temat również żadnych informacji też nigdzie na wierzchu nie widać odegrało ostatnio rolę dość bolesną. Po pierwsze, ma utrudniony dostęp do Sherlockianów i materiałów. Po drugie, kto jak kto, ale ShK, który SILV, także z uwagi na piękną ekranizację z Brettem, wręcz uwielbia, mógł o tym wymownym nieszczekaniu psa pamiętać...
___
Dalej będzie już krótko, bo niczego nie ma, jak u Kononowicza :)
Zdjęć z planu Reichenbach Falls nie ma, bo są zupełnie nieciekawe - Cumberbatch jest ładnie ubrany w fioletową koszulę i granatowy szalik, Lestrade ma urocze okularki, które pożycza też uśmiechniętemu Hobbitowi Watsonowi, ponadto widać dobrze już nam znany plan na Baker Street... - to wszystko razem nie jest warte zachodu z pożyczaniem/bezczelnym łupieniem cudzych fotografii. Mnóstwo takowych można obejrzeć na przykład tu, jeśli ktoś jest bardzo ciekawy ;), a podrasowane i skoncentrowane na Sherlocku znaleźć można na bardzo sprytnej fan-stronie Cumberbatcha.
Nie ma też powodów do obaw o Freemana - a konkretnie obaw wysłowionych przez Fandorina w komentarzu pod ostatnim postem  (że zrzucą Cumberbatcha z wodospadu, bo nie będą mieli jak kręcić kolejnych sezonów z powodu Hobbita) :) Nie tylko pozwalają Freemanowi grać na dwa fronty, ale jeszcze wykorzystują ten fakt, żeby Jakcson (szef Hobbita) mógł sobie zrobić przerwę i skoczyć do San Diego (gdzie odbył się Comic Con i gdzie jest fantastyczne zoo, w którym można obserwować na żywo słonie przez kamerkę - ShK nie mógł sobie odmówić). Jeśli ubiją Sherlocka, to nie z powodu jakichś maluchów z owłosionymi stopami.
Na koniec - żeby nie było, że nie ma w poście nawet wszystkiego tego, czego miało nie być zgodnie z tytułem - nie ma nadziei dla Sherlockisty bo wiedziony uwielbieniem dla Moffata i Gatissa postanowił wreszcie obczaić to, z czego panowie ci byli znani w Wielkiej Brytanii wiele lat przedtem, zanim zrobili nam nowego, fantastycznego Sherlocka. O tak, Sherlockista wsiąkł w Doktora Who... I tak, jest dokładnie tak uroczy i wspaniały, jak można by tego po Moffacie i Gatissie oczekiwać. Problem w tym, że jest to serial, który wychowuje Brytyjczyków od lat kilkudziesięciu, odcinków ma około 800 i Sherlockista musi dokonać dość poważnego przeorganizowania swojego życia, by to wszystko teraz ogarnąć. Takiej TARDIS po prostu, potrzebuje... (zwróćmy uwagę, że TARDIS, chociaż na skutek awarii aparatury maskującej "utknęła" w postaci granatowej budki policyjnej z lat sześćdziesiątych, nigdy nie bywa przez ludzką rasę zauważana - a gdy Doktor wyrzeka na nasze gapiostwo brzmi zupełnie jak Holmes margający na Watsona, który widzi, ale nie obserwuje...).
Można w każdym razie oczekiwać, że na Sherlockianach wzmianki o Doktorze traktowane będą od tego dnia nieco poważniej niż dotąd.