Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kalendarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kalendarz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 grudnia 2011

Opowieść wigilijna z Doktorem, Sherlockiem, Szafą, Moffem, a za to, o dziwo, bez błękitnych diamentów - chociaż tak do końca też się nie dało...

W tym roku wyjątkowo nie trzeba odwoływać się do nieśmiertelnego Holmesowego gwiazdkowego przeboju, czyli BLUE (co nie oznacza, że Sherlockista serdecznie nie zachęca do odświeżenia sobie Granadowej wersji z charakterystycznymi stylizacjami kolęd i niezapomnianą sekwencją na początku - nieprzytomny Jeremy kontra pani Hudson i Peterson to coś, co po prostu trzeba zobaczyć w Święta).
Nie trzeba nawet odgrzewać wspaniałego wiersza Scotta Monty'ego - Twas two days after Christmas, który jest bardzo wdzięczną rymowanką na temat BLUE właśnie (wierni czytelnicy Sherlockianów może pamiętają, że pojawił się, niekonwencjonalnie, z okazji zeszłorocznej Wielkiej Nocy :) )
Najlepszą sherlockistyczną opowieść wigilijną napisał dla nas w tym roku nieoceniony Mistrz Moffat, scenarzysta cuda z BBC, na które tak czekamy, a także ostatnich serii Doktora Who - a z Whovistami Sherlockiana utrzymują niezwykle serdeczne stosunki, choćby dlatego, że wielu i wiele z nas należy do obu tych potężnych fandomów.
W wywiadzie dla Radio Times zdradził, że tegoroczny Christmas Special, czyli dodatkowy, świąteczny i dłuższy odcinek Doktora, inspirowany tym razem Narnią, został ocalony nie przez kogo innego, jak przez BBC-Sherlocka.
Otóż zdarzyło się Moffatowi, że w czasie pisania scenariusza do owego Speciala, doznał zastoju twórczego. Wyobraźcie sobie: terminy gonią, trzeba wysmażyć bożonarodzeniowego, białego Who, pełnego światełek, cynamonów i choinek, a tu brytyjskie lato w pełni, a Moff umiera na katar. Atmosfery nie ma żadnej. Weny zero. Wizja Doktora w kominie uleciała z grypą. Skąd wziąć świąteczną zimę i pierniczki?
Sherlock Holmes nie byłby wysoko na liście osób, do których zwrócilibyście się po pomoc, prawda? Już pewnie lepiej byłoby pójść w banał i przeczytać znowu (skądinąd bardzo szczerze przez Sherlockistę kochaną) Opowieść Wigilijną Dickensa: tam aspołeczny bohater, który święta kwituje lodowatym "humbug" przynajmniej na końcu się zmienia...
Jakim cudem to Sherlock właśnie, i to jeszcze w chłodnej, współczesnej i chirurgicznie pozbawionej sentymentów wersji Cumberbatcha ocalił w tym roku świąteczną wenę Moffa?
To proste. Sherlockista widzi to tak wyraźnie, jak gdyby tam był. Wyobraźcie sobie: stajecie na Baker Street. Albo, jeszcze lepiej: na ulicy, która tylko Baker Street udaje. Ale przecież wystarczy tylko zawiesić w Londynie jedną tabliczkę, żeby nasza wyobraźnia zaczęła pracować. Świat Conan Doyle'a jest tak żywy w naszych umysłach, tak fantastycznie i szczegółowo wyrysowany słowami, że życie to udzieliłoby się nawet rekwizytom z ciastoliny.
Stajecie na Baker Street zrobionym z ulicy i z wyobraźni, u Waszego boku Mycroft, Mark Gatiss. Jeszcze przed chwilą było gorąco, ale nagle zaczynacie trząść się z zimna. Zaczął padać śnieg. Właściwie: białe oszustwo, ale oszustwo, w które chcecie uwierzyć. Śnieg na Baker Street, pod domem Sherlocka. Nic dziwnego, przecież jest Boże Narodzenie. Nie może być świąteczniej niż tu. Nikt nie wygląda bardziej gwiazdkowo niż ten niesamowity, nowy Holmes, w śniegu, z marsową, wybitnie niemikołajową miną.
Moff twierdzi, że to zadziałała "magia telewizji". Sherlockista wie swoje. Tu nie ma żadnej magii. To jest wszystko prawda!

(zdjęcia pochodzą oczywiście z BLUE z Brettem i Burke'iem, a tę wersję z podpisami znalazł ShK na tumblerze o niezwykle wręcz wdzięcznym tytule fuckyeahgranadaholmes.tumblr.com :))

Wszystkim Czytelnikom Sherlockianów życzy ShK udanego spotkania z najprawdziwszym Holmesem już niedługo. I drugiego: ze świątecznym Doktorem (kto jeszcze nie jest Whovistą, ten wciąż może podjąć naprawdę fajne postanowienie noworoczne -  jest znacznie łatwiejsze i przyjemniejsze w realizacji niż jedzenie marchewek, brzuszki czy inne okropieństwa ;).

piątek, 23 września 2011

Sherlock BBC przenosi się do Polski a w Ameryce robią nowego i inne historie...

... Sherlockista właśnie wrócił z ostatniej już długiej podróży tych wakacji i tym razem ma za swoje. Przegapił całkiem sporo mniejszych i większych wydarzeń naszego holmesologicznego świata, w tym jedno takie, że ma ogromne wyrzuty sumienia (rocznica śmierci Jeremy'ego Bretta - 12 września) i jedno takie, że może wolałby dowiedzieć się o tym jeszcze później (CBS... ale to będzie za chwilę).
Rocznicę wspaniale uczciła za to pewna włoska zamożna fanka wielkiego i zarazem kochanego Jeremy'ego, fundując stypendium jego imienia, dla studentów londyńskiej szkoły aktorskiej (Central School of Speech and Drama), w której kwalifikacje zdobywał sam Brett (ur. Huggins). O Brettcie, najulubieńszym swoim i najdroższym Sherlocku pisuje ShK dużo i czule, więc może się ostatecznie czuć usprawiedliwiony.

Zdąży też jeszcze przypomnieć wszystkim sto razy - i podręczyć Czytelników, by oni też wszystkim bliskim swoim Sherlockiem zainteresowanym przypominali - że od 2 października polskie BBC Entertainment będzie nam pokazywało genialnego BBC-Sherlocka Moffata i Gatissa. Rozgłaszajcie tę wieść, zachęcajcie znajomych, niech wszyscy się przekonają, jak wspaniale odnajduje się symbol ery dorożek i gazowych latarni w Londynie, w którym nikogo już nie stać na palenie fajki. Propagujcie Sherlocka BBC tym bardziej, że nadchodzą tak zwane ciekawe czasy - i Sherlockista mówi to dokładnie takim samym tonem, jakiego użyłby w tej sytuacji Pratchettowski Rincewind...

Ciekawe czasy zamierza zafundować nam amerykańska telewizja CBS, która postanowiła przyrządzić nowego Sherlocka Holmesa w wersji uwspółcześnionej. Czyli zrobić Moffata po swojemu. Będą to pichcić Sarah Timberman i Carl Beverly (jeśli ktoś z Czytelników zna np. "A Gifted Man", to ShK serdecznie prosi o komentarz w sprawie talentów twórców). Właściwie niewiele jeszcze na ten temat wiadomo, tyle tylko, że prawa kupione i scenariusz zamówiony (u Roba Doherty'ego), ale Sherlockista nie jest przekonany do tego pomysłu. Wszyscy komentatorzy podkreślają, że nie ma szczególnego sensu robić kolejnego uwspółcześnionego Sherlocka, bo i tak nie będzie lepszy niż Moffat (Moffat, nawiasem mówiąc, zgarnął kolejne nagrody, tym razem na TV Choice Awards; żeby było śmieszniej, wygrał zarówno kategorię "New Drama" - Sherlockiem, jak i "Family Drama" - Drem Who). Naturalnie trzeba zrozumieć, że Amerykanie mają po prostu taką potrzebę, żeby wszystkie fajne rzeczy z Europy przerabiać na "po swojemu" (patrz: casus "Millenium"), ale Sherlockista przypomina sobie dokładnie jeden taki przypadek, gdy zrobili to lepiej. Ktokolwiek widział "Queer as Folk" w wersji brytyjskiej i w wersji amerykańskiej, ten może potwierdzić. Ktokolwiek je widział, wie też, że w punkcie startowym Amerykanie po prostu przepisali żywcem znaczne partie scenariusza i potem dopiero historia rozkwitła im pod palcami (także dzięki absolutnie fantastycznie dobranym aktorom). Podsumowując: nie wiadomo, czy wyjdzie z tego coś dobrego. Wprawdzie amerykański odłam fandomu Sherlocka jest najpotężniejszy na świecie, ale... nie wiemy, na ile CBS postanowi w ogóle liczyć się z tym faktem.

Na koniec tego pełnego niepokoju wpisu jeszcze jedna smutna informacja, którą Sherlockista zamierzał podzielić się już dawno. Nasz ulubieniec Benedykt Cumberbatch w programie Jonathana Rossa stwierdził, że chociaż jego stary kumpel David Tennant namawiał go do ubiegania się o rolę Doktora, to jednak on sam zupełnie nie ma takiego zamiaru. Sherlockista bardzo uważnie poszukiwał wśród różnych doniesień na ten temat jakiegokolwiek cytatu, który mógłby Benia usprawiedliwić, ale niestety wszystkie mówią to samo: popularność wśród młodzieży, fandom piszczących nastolatków, którzy marzą o kupowaniu pudełek na kanapki z wizerunkiem każdego nowego Doktora to coś, czym nasz Sherlock gardzi. Może to taki arystokratyczny rys, który łączy Cumberbatcha z Holmesem, ale Sherlockista naprawdę potrzebowałby bardziej przekonujących argumentów, by zrozumieć, dlaczego ktoś nie chce zagrać jednej z najbardziej legendarnych ról w historii telewizji. W dodatku, gdy ten ktoś nie musiałby się nawet obawiać, że zostanie zaszufladkowany - bo Benedykt po kolejnej serii i tak już zawsze bardziej szufladkowany będzie jako ikona wszechczasów, Holmes.

A Sherlockista, tak osobiście, to i tak najchętniej strzeliłby sobie lunchbox z uśmiechniętym, młodym, preSherlockowym Jeremym:
(zdjęcie ukradł z bardzo wspaniałej strony JeremyBrett.info - która zaprowadziła go także do niezwykle sentymentalnego, ale dla wielbicieli niezastąpionego kanału youtubowego)

poniedziałek, 23 maja 2011

Dwie radosne informacje dla odmiany :)

Wczoraj, 22 maja, miała miejsce pierwsza wspaniała rocznica tego, jak Sherlockista przegapił ostatnie urodziny samego ACD. Dla uczczenia tego wydarzenia, ShK przegapił je po raz kolejny. Nasz największy dobroczyńca, bez którego być może nigdy nie poznalibyśmy Sherlocka Holmesa (i to niezależnie od tego, czy wierzymy, że faktycznie był autorem Kanonu czy też tylko agentem literackim Watsona), przyszedł na świat 152 lata i jeden dzień temu (22 maja 1859 roku) w Edynburgu.
Specjalnie dla ACD (o którym więcej ShK na razie nie pisze, bo napisze wkrótce przy okazji dawno obiecanej recenzji pewnej książki o nim) wiktoriańskie cytrynowe ciasteczko, które ukradł Sherlockista z fantastycznej strony Victoriana.com :

(na wspomnianej stronie można znaleźć przepis, pochodzący z książki kucharskiej z 1860 r.)

---

A druga radosna informacja to podwójny triumf "Sherlocka" BBC na rozdaniu nagród BAFTA. Od razu widać, że Czytelnicy - zgodnie z zapowiedziami - naprawdę kibicowali :)
Martin Freeman, nasz wspaniały Watson, wygrał nagrodę za drugoplanową rolę męską - tu można wysłuchać jego przemowy, w której ku zachwytowi widowni wyznaje, że niczego innego się nie spodziewał ;) a także późniejszego wywiadu (uwaga, na koniec Freeman skarży się, że nie ma jak świętować, bo następnego dnia - czyli dziś! - kręci w Walii kolejnego Sherlocka :) ).
Sporo ciepłych słów poświęcił Freeman Cumberbatchowi, który niestety nagrody nie dostał, a także producentom, uhonorowanym całkiem zasłużoną BAFTĄ za całość. Króciutki wywiad z Gatissem, Moffatem i paniami Vertue można zobaczyć tu.
Gratulacje i chcemy więcej!

środa, 4 maja 2011

Tej 120 rocznicy nie przegapimy! - Wodospad Reichenbach!

Od dłuższego już czasu w notkach Sherlockisty dominuje klimat FINA. Najpierw było o baritsu/bartitsu, potem o zamiarach twórców drugiej serii Sherlocka BBC, wreszcie ostatnio o przegapionej wspaniałej rocznicy spotkania Holmesa z Moriartym.
Dziś nadszedł czas na uczczenie rocznicy drugiego spotkania obu panów, które miało miejsce czwartego maja 1891 roku i zakończyło się tragicznym upadkiem. Moriarty skończył wówczas na dnie wodospadu, Holmes, wbrew nadziejom samego autora, ACD, jakoś się jednak wykaraskał i trzy lata później, po tajemniczym okresie zwanym "Wielkim Hiatusem" powrócił w EMPT. Czytelnicy The Strand Magazine zżerani byli tęsknotą o wiele dłużej niż Watson, bo sprawy Holmesa z roku 1894 zostały opisane dopiero w roku 1903 (na pocieszenie dostali HOUN, jednak HOUN nie oznaczało jeszcze powrotu ukochanego przez wszystkich detektywa).
Z okazji majowej rocznicy niektóre sherlockistyczne organizacje urządzają pielgrzymki do Meiringen, by stanąć w miejscu, które było świadkiem kulminacjnego momentu w karierze Holmesa. ShK rozmawiał kiedyś z osobą, która była tam osobiście (choć nie w charakterze pielgrzyma) i... ku swemu zdziwieniu dowiedział się, że wodospad ten wcale nie zapiera tchu w piersiach ani nie budzi zgoła metafizycznej grozy. Tymczasem legenda (dobrze udokumentowana) głosi, że ACD  właśnie na widok Reichenbach nabrał pewności, że chce Holmesa zabić. Wodospad wydał się Doyle'owi godnym miejscem, by tam pozbyć się detektywa, którego sława okazała się zbyt wielka jak na wytrzymałość nerwową autora.
Zdjęcia rzeczywiście nie do końca wydają się korespondować z patetycznym opisem Watsona...




It is, indeed, a fearful place. The torrent, swollen by the melting snow, plunges into a tremendous abyss, from which the spray rolls up like the smoke from a burning house. The shaft into which the river hurls itself is an immense chasm, lined by glistening coal-black rock, and narrowing into a creaming, boiling pit of incalculable depth, which brims over and shoots the stream onward over its jagged lip.












A już z tłumem turystów w tle wodospad traci jakikolwiek urok...




Na tłum turystów musimy jednak przymknąć oko. W końcu w przewodnikach turystycznych wodospad Reichenbach polecany jest jako cel wycieczek wyłącznie z uwagi na nieśmiertelną historię o nieśmiertelnym Sherlocku Holmesie i jego mrocznej Nemezis, Moriartym.
A po 2011 roku turystów będzie tam pewnie jeszcze więcej, bo najprawdopodobniej czekają nas aż dwie filmowe adaptacje FINA: wspomniana już wersja BBC i drugi Sherlock Ritchiego, którego twórcy wielokrotnie już nawiązywali do Szwajcarii i wodospadów. Zwłaszcza ci drudzy z pewnością zadbają, by na wielkim ekranie skromne Reichenbach wyglądało jak Niagara ;)

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

O tym, jaką 120 rocznicę przegapił wczoraj Sherlockista... I wielka pochwała Moriarty'ego!

... i to jeszcze wymądrzając się na temat braku związku między Holmesem a okresem wielkanocnym...
24 kwietnia 1891 roku miała miejsce jedna z najważniejszych scen w historii Wielkiej Brytanii (mówiąc ostrożnie), a Kanonu to już na pewno. Profesor James Moriarty, Napoleon zbrodni, osobiście odwiedził na Baker Street Sherlocka Holmesa, świeżo po jego powrocie z Francji.
Sherlockista już kiedyś wyjaśniał, dlaczego nie chce oglądać tej sceny nigdy w innym wykonaniu niż nieodżałowanego, wielkiego Jeremy'ego Bretta i równie wspaniałego w swojej roli Erica Portera. Zwłaszcza, że scenarzyści Granady uraczyli nas niemal całkowicie kanonicznym dialogiem:




Sherlockista musi wyznać, że Brettowe wydyszane "YOU have paid me several compliments, MISTER Moriarty (...)" to jeden z jego ukochanych momentów we wszystkich adaptacjach wszystkich Sherlocków w ogóle. Oczywiście, w czasie lektury wyobrażał to sobie kompletnie inaczej. Oczywiście za pierwszym razem, gdy to usłyszał, stwierdził, że zupełnie nie ma to z kanonicznym dialogiem nic wspólnego. I oczywiście od wielu już lat nie chce absolutnie nawet dowiedzieć się o tym, że ktoś inny śmie przymierzyć się do wygłoszenia tej kwestii.
I może także dlatego niepokoi się, co tam planują scenarzyści BBC dla Benedicta Cumberbatcha, sadząc się na własną, XXI-wieczną wersję FINA.
Sherlockista nie odmówi sobie na koniec krótkiego komentarza holmesologicznego. FINA budzi szereg wątpliwości, które dotyczą wszystkich niemal działań zarówno Holmesa, jak i Moriarty'ego. Najbardziej oczywistą kwestią jest chociażby fakt, że Holmes, który niby stara się nie narazić Watsona na niebezpieczeństwo i nie chce u niego nocować, wychodzi z jego domu chyłkiem. A w ten sposób przecież mógłby tylko przekonać wszelkie mroczne widma, które miałyby go śledzić, że właśnie u Watsona został.
W tym komentarzu ShK chciał jednak tylko krótko odnieść się do samej rozmowy Holmesa i Moriarty'ego. Kwestią obszernie dyskutowaną jest to, dlaczego właściwie Moriarty, który wyczytuje Sherlockowi z kalendarza, ileż to już razy poczuł się jego działalnością zagrożony, do tej pory nie zabił Holmesa albo też nie zaplanował przynajmniej solidnie takiej zbrodni. W ekranizacji Granady jest tu zresztą jeszcze większa niespójność: Holmes-Brett szczęśliwie przeżył tego dnia trzy zamachy na swoje życie. Gdy Moriarty-Napoleon Zbrodni przychodzi potem, by mu grozić, brzmi to trochę niepoważnie, skoro spartaczył sprawę już tyle razy. Tymczasem sama wizyta stanowi dla Moriarty'ego ryzyko. Profesor daje Sherlockowi szansę nie tylko na to, by detektyw przyjrzał się jego czaszce, ale także dokładnie zapamiętał rysy twarzy i znaki szczególne. Poza tym, sam naraża się na atak. Nie jest już młodzikiem, przychodzi bez obstawy, z kieszeni wyciąga tylko wspomniany kalendarz, a przecież do Holmesa w każdej chwili może też wpaść Watson i jego "trusted army revolver".
Życzliwa interpretacja prozy ACD jest taka, że Moriarty, chociaż na co dzień był bezwzględnym mordercą (przypomnijmy sobie VALL), to dał się uwieść geniuszowi Holmesa. Nie chciał zabić detektywa, bo zbyt wielką rozkosz znajdował w samym pojedynku z nim. W porządku. To jednak nie rozwiązuje wszystkich naszych kłopotów. Wciąż pozostaje zatem pytanie, czemu tak przenikliwy człowiek, który w dodatku sam do tej pory ryzykował wolność, a nawet i życie dla dalszego prowadzenia fascynującej walki z Holmesem, postanowił zagrozić przeciwnikowi śmiercią. Nawet, jeśli Moriarty wierzył, że Holmes poważnie potraktuje jego pogróżki (a wierzył i to nie bez racji), to przecież nie mógł wierzyć w skuteczność tych pogróżek. Nawet, gdyby Sherlock nie był jednostką niezwykle szlachetną i skłonną do poświęcenia życia "dla dobra społeczeństwa" (a nie jest pewne, czy był, czy tylko lubił tak o sobie myśleć), to i tak, podobnie jak Moriarty, nie mógłby odmówić sobie przyjemności dalszych zmagań z godnym siebie rywalem. Z tego punktu widzenia, zachowanie Moriarty'ego jest więc całkowicie irracjonalne. W wielu ekranizacjach (zwłaszcza zaś w serii z Rathbone'em i Bruce'em), Moriarty szantażuje Holmesa, porywając Watsona, bo trafnie odgaduje, że Sherlock prędzej poświęci życie własne niż ukochanego przyjaciela. W Kanonie wypowiedzi naszego Napoleona nie są wprawdzie zupełnie jednoznaczne, ale trudno podejrzewać, by Moriarty w zakamuflowany sposób dawał Holmesowi do zrozumienia, że zamierza wysadzić jakąś stację kolejki podziemnej lub coś w tym rodzaju.
Sherlockiście przychodzi do głowy tylko jedno rozwiązanie: Moriarty przyszedł, bo szczerze chciał oszczędzić Sherlockowi życie. Nie po to, by dalej zmagać się z nim osobiście - wiedział, że to kosztowałoby go zbyt wiele. Po to, by zmagali się z Holmesem inni, a na łamach Strandu nie przestały się ukazywać kolejne barwne, romantyczne, sensacyjne i zarazem wielkie opowieści doktora Watsona.
I za to należy się Moriarty'emu wieczna chwała!

czwartek, 6 stycznia 2011

Kolejne życzenia :)

6 stycznia, Trzech Króli i dwunasty dzień po Bożym Narodzeniu to święto, które obchodzi każdy sherlockista, bez względu na wyznanie lub jego brak. Nie wszyscy dowierzają, że Christopher Morley, słynny założyciel Baker Street Irregulars, miał naprawdę dobry powód, by uznać, że to właśnie tego dnia przyszedł na świat Sherlock Holmes (syn Sigera i Violet). Kanon - alas! - milczy na ten temat. W dodatku, dziwnym zbiegiem okoliczności, 6 stycznia wydane zostało pierwsze The Saturday Review 1934 roku, a do tego pisma Morley akurat pisywał. Co więcej, krążą pogłoski o jakichś astrologicznych przepowiedniach, jakoby to właśnie tego dnia Holmes przyszedł na świat, a z pewnością tego dnia urodził się jeden z braci Morleya.
ShK musi jednak wyznać, że jest zachwycony i przekonany uzasadnieniem, jakie Morley ostatecznie podał - a także jakie głosił ponoć William Baring-Gould (autor pierwszego Annotated Sherlock Holmes, czyli krytycznego opracowania całego Kanonu, z którego korzystały wszystkie pokolenia Sherlockistów przed nami - my bowiem sięgamy już po Klingera).
Sherlock Holmes często cytował Shakespeare'a, jednak tylko jedną sztukę przywołał dwukrotnie - Twelth Night, znaną u nas jako... "Wieczór Trzech Króli" :) Prawdopodobnie Holmes miał po prostu sentyment do tej komedii bo właśnie w wieczór 6 stycznia sam obchodził urodziny.
Dwukrotnie też wybiera ten sam cytat - "Journeys end in lovers' meeting (s)" (II, s. 3) - którym w EMPT wita się szyderczo z pułkownikiem Moranem, a w REDC, już chyba nieco bardziej żartobliwie, z inspektorem Gregsonem. 
I do tego właściwie sprowadza się nasz jedyny uchwytny argument za obraną przez Morleya datą urodzin Holmesa... Jest jeszcze tylko drobny, choć oczywiście znamienny fakcik, który potwierdza teorię o wieczorze Trzech Króli. Otóż, gdy spotykamy bohaterów o poranku w VALL - a był to 7 stycznia, o czym informuje nas bezpośrednio Watson (są tylko pewne niejasności co do roku) - dręczy ich zadziwiający brak apetytu. Czemuż to śniadanie pani Hudson pozostało nietknięte? Zapewne z powodu niedomagania spowodowanego szaleństwami minionego wieczoru, kiedy to świętowali kolejne urodziny Holmesa.

Sherlockista serdecznie zachęca wszystkich do równie godnego uczczenia owej rocznicy* :)



*Dlaczego akurat 157? To na szczęście prostsze i pewniejsze, w LAST, czyli u progu pierwszej wojny światowej, powiedziane jest, że Holmes ma 60 lat, co oznacza, że przyszedł na świat w roku 1854 (można oczywiście interpretować zdanie z LAST luźniej, a w dodatku sam Conan Doyle urodził się dopiero w roku 1859, ale tradycja uświęciła już datę 6.10.1854 i nie widać dość dobrych powodów, by się jej nie trzymać :).