Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vincent Starrett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vincent Starrett. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 września 2016

Notka w której nie ma żadnej recenzji, za to jest tabelka, Doktor, House, a także to, o co chodzi w całym tym Sherlocku Holmesie.


U Henryka Manna znalazłam kiedyś definicję tak cudowną, że przytaczam ją o wiele zbyt często. To dramaturg. - mówi ktoś o aspirującym młodym artyście.  - Przecież jeszcze nic nie napisał! - Nie, ale gdyby napisał, to byłby to dramat. No więc Sherlockista, moi drodzy, niewątpliwie jest blogerem, bo gdyby coś pisał, to pewnie Sherlockiana - ale nie jest już, na przykład, recenzentem. Pisuję Wam jeszcze krótkie podsumowania, lakoniczne polecanki albo życzliwe ostrzeżenia na facebookowej stronie Sherlockianów, ale jak mawiają bohaterowie "Zabójczej broni 3", długie recenzje? I'm too old for this shit. Naturalnie nie mam tu na myśli, że coś jest nie tak z formą recenzji albo że w ogóle nie warto ich moim zdaniem pisywać, bo znam mnóstwo takich, które warto, i ludzi, którzy robią to znakomicie - it's not you, it's me, recenzjo, zasługujesz na kogoś lepszego, hej! mam pomysł: zostańmy przyjaciółmi.

Z drugiej strony jednak, czasem, gdy przedzieram się przez tę wielką lawinę sherlockistycznej twórczości, o której wspominałam ostatnio na stronie, jakoś żałuję, że nie piszę tych recenzji, jakoś co i rusz chciałabym Wam o tym i owym powiedzieć. I, upychając myśli w krótkim statusie, który wydalam na pożarcie zasięgom facebooka, pomyślałam wczoraj, że bycie blogerem, nazwijmy to, "w sensie Mannowskim", ma jedną, ogromną zaletę: presja jest naprawdę zerowa. Jesli macie ochotę na jedną z tych notek, w których nie ma żadnej porządnej recenzji, a to jest pięć różnych książek, tabelka innych w zapasie oraz Doktor, House i sens holmesologicznego życia, to zapraszam.



niedziela, 27 maja 2012

O lajfstajlu, o pracy i o tym, czego wszyscy czasem pragniemy


Od dłuższego już czasu nurtuje mnie i smuci pewna kwestia związana z tematyką bloga. Jak każdy młody absolwent filozofii, często muszę walczyć z refleksją, że zajmuję się rzeczami kompletnie szerokiemu ogółowi zbędnymi i, w skrócie, nikły ze mnie dla świata pożytek. Między innymi dlatego założyłam dawno temu pewnego prywatnego bloga, który z założenia był blogiem niezwykle pożytecznym, bo pokazywał, jak żyć oraz jak nie żyć i to z pomocą różnych filozoficznych obserwacji, a zwłaszcza przykładów (głównie na to, jak nie żyć i głównie z moich dokonań). Niestety, ta iskra sensu w mojej działalności zagasła nader szybko i zamiast ciągnąć dydaktyczną misję na "Przygodach...", przeniosłam się na Sherlockiana i tu nurzam się z rozkoszą w recenzjach, eseikach i ploteczkach z tak szeroko pojętego świata holmesologii, że obejmuje on również Doktora, Star Treka, Poirota i futbol. (Nie, nie było jeszcze nic o tym, co łączy Holmesa i futbol, ale muszę migiem coś takiego wymyślić, bo nie sądzę, żebym w czerwcu dała radę pisać o czymkolwiek, co się z futbolem nie łączy...)

środa, 16 lutego 2011

Sherlockistyczne spóźnione walentynki...

...przyszła! Przyszła! Naprawdę przyszła, pod wieczór, niespodziewanie, kiedy zaczynał już Sherlockista tracić nadzieję. Piękna nad wszelkie pojęcie i cudowniejsza niż w najśmielszych marzeniach. Okryta tylko cieniutką żółtą kopertą ze stemplem BSI i Urzędu Celnego w Warszawie, ale wewnątrz twarda, solidna, ciężka i wspaniała.

Właśnie ona, tu z frustracją jako obiekt marzeń jedynie Sherlockisty opisana.
Prawie 450 stron najpiękniejszych, najstarszych, legendą owianych pereł Sherlockizmu, najlepsze eseje najwspanialszych ludzi na świecie z lat 1902-1959... Wszystkie obiecywane przez BSI nazwiska i jeszcze tyleż więcej... Esej Założycielski Knoxa, Dorothy L. Sayers razy kilka, Franklin D. Roosevelt, Christopher Morley, Anthony Boucher, Vincent Starrett, Rex Stout, Jay Finley Christ, sam William S. Baring-Gould (no, fragment ;) )... Nieprzebrane bogactwo i niesłychane wzruszenie.
Ale pewnie nie miałby Sherlockista autentycznych łez przejęcia w oczach, gdyby nie otworzył od razu łapczywie okładki i nie zobaczył, że na pierwszej stronie ma prawdziwy autograf Lesliego Klingera (...no dobra, Laurie King też, w zaistniałej sytuacji chyba trzeba będzie zacząć jej wybaczać Mary Russell)...
(ShK serdecznie przeprasza za jakość tego zdjęcia, ale jak się dysponuje wyłącznie przedpotopową komórką bez flesza i kabelka do komputera to... to Czytelnicy nawet nie wiedzą, na ile wysiłków trzeba się wtedy zdobyć, żeby zaszpanować autografem na blogu ;) )
W tej sytuacji może tylko Sherlockista powiedzieć, że BSI rzeczywiście działa, że jak piszą na stronie, że mają jeszcze trochę egzemplarzy z autografem to należy wierzyć, że mają a nie potem tracić oddech z wrażenia i...
...i idzie czytać :)

niedziela, 4 kwietnia 2010

Więcej holmesologicznej poezji na święta!



Tym razem świąteczny dlatego, że być może najsłynniejszy - nie licząc limeryków Asimova* - holmesologiczny wiersz. W przeciwieństwie do wspomnianych limeryków, wspaniały. (To nie jest jedyna strona, gdzie wymieniony jest w kategorii "Favourite Sherlockian Poetry" :))


Sherlockista już kiedyś zacytował go w całości na innym blogu, pisząc o Basilu Rathbone'ie, ale już od dawna obiecywał sobie, że i tu, a może zwłaszcza tu, poświęci mu notkę. Dlaczego zwłaszcza tu - to proste.
Czytelnik-holmesolog zapewne nie zwrócił nawet uwagi na frazę "Tu zawsze jest rok 1895" w podtytule Sherlockianów, i to nie tylko dlatego, że nikt nigdy na górnolotne podtytuły nie patrzy, ale może bardziej dlatego, że jest on tak aż do bólu banalny :) W kręgu holmesologów fraza ta stała się tak popularna, że praktycznie nie podaje się źródeł cytatu. Sherlockista sam polecał kilkakrotnie wspaniały podcast, który również ma ją w podtytule, a dowiedział się o jego źródle wyłącznie dlatego, że inny Sherlockista postanowił wytłumaczyć się z jej wykorzystania w swojej powitalnej notce. Najbardziej jednak fraza ta kojarzy się z legendarnymi już radiowymi programami z Basilem Rathbone'em i Nigelem Bruce'em, którzy jako Holmes i Watson odgrywali niezwykle fantazyjne i niewiele z ACD mające wspólnego historie autorstwa radiowych scenarzystów - tu bezcenny link, pod którym kryje się strona, gdzie przecudowne te audycje można pobrać za darmo. Programy te nadawane były w latach 1939-1946 (tytuły można sprawdzić na tej stronie), a zatem w latach, gdy wojenna zawierucha skłaniała do tęsknoty za pozornie spokojnym wiekiem gazowych latarni. Doyle, który sam idealizował minione lata (Sherlocki, pisane przez niego nieml do końca lat dwudziestych XX wieku w dużej mierze same były powrotem do przeszłości, nieodległej wprawdzie, ale idealizowanej), nadawał się znakomicie do tego, by w jego towarzystwie uciec choć na chwilę od czarnych chmur gromadzących się nad światem. 
Jednak znacznie bardziej ta tęksnota za nieśmiertelnymi Holmesem i Watsonem z epoki porządku, wiktoriańskiej moralności i hansom cabs, a nawet, niech będzie, żółtej mgły nad Londynem, dała o sobie znać w tym właśnie angielskim wierszu Vincenta Starretta z 1942 roku, który Sherlockista dziś Czytelnikom przedstawia. ShK ze wstydem wyzna, że nie zdołał ustalić, co było pierwsze - czy fraza z wiersza czy fraza z otwarcia programu. Nie wynika to też jasno z prześmiesznej "recenzji" wiersza Starretta, której autor, Brad Keefauver, ewidentnie wyraża żal z powodu faktu, że jej użycie w zakończeniu niejako unieśmiertelnia Nigela Bruce'a w roli Watsona ;)...


Sam Vincent Starrett, pisarz, poeta, dziennikarz The Chicago Tribune, to postać Sherlockistycznie niezmiernie zasłużona. W 1986 roku (setna rocznica jego urodzin, zmarł w roku 1974), Sherlockiści z całego świata zebrali się, by uczcić postawienie pomnika na jego grobie na cmentarzu Graceland (na tym nieco makabrycznym portalu można obejrzeć jego nagrobek a nawet złożyć, ukhm, wirtualne kwiaty ;) ). Starrett jest sławny jako autor The Private Life of Sherlock Holmes, pierwszej znanej fikcyjnej biografii SH, wydanej już w roku 1933 (ACD zmarł w roku 1930, a ostatnie opowiadania ukazały się w roku 1927). Jak donosi najpewniejsze możliwe źródło, bo BSJ, 6 stycznia 1934 roku Starrett wydał uroczystą kolację z okazji urodzin Holmesa, a następnie napisał na ten temat felieton. To właśnie ta impreza dała początek Baker Street Irregulars, niezwykle szacownej organizacji (o której Sherlockista już wielokrotnie wspominał). Do dziś zresztą co roku odbywa się podobna uroczysta kolacja, która rozrosła się już do rozmiarów weekendu ;).


A po tym wstępie - prawdziwa perła na Święta od Sherlockisty - 221B w wykonaniu samego Starretta (filmik z autentycznym głosem Wielkiego Sherlockisty powstał z okazji rocznicowego nowego wydania jego wspomnianej legendarnej biografii SH). Pod filmem - sam tekst :) Wesołych Holmesologicznych Świąt! 








221B
Here dwell together still two men of note
Who never lived and so can never die:
How very near they seem, yet how remote
That age before the world went all awry.
But still the game’s afoot for those with ears
Attuned to catch the distant view-halloo:
England is England yet, for all our fears–
Only those things the heart believes are true.
A yellow fog swirls past the window-pane
As night descends upon this fabled street:
A lonely hansom splashes through the rain,
The ghostly gas lamps fail at twenty feet.
Here, though the world explode, these two survive,
And it is always eighteen ninety-five.

---
*Isaac Asimov napisał niegdyś cykl limeryków streszczających wszystkie opowiadania Kanonu - Sherlockista odszukał zaledwie kilka w sieci, przekopiowane przez wiernych forumowiczów holmesian.net w tym wątku i niezbyt pochlebną recenzję całości.
A tu przykłady Asimovowskiej twórczości limerycznej ;) :


The Five Orange Pips
Now to Holmes there come tales of wild deeds,
Eerie warnings on which terror feeds.
Young John Openshaw flips
On receiving five pips --
(But to Yanks they will always be "seeds".)




The Adventure of The Cardboard Box
Two fresh ears are received in the mail.
At the sight, all who view it turn pale.
A poor practical joke?
Or some dead hacked-up bloke?
It's the latter, says Holmes, without fail.
 



The Adventure of Charles Augustus Milverton
C.A.M. is the worst man uncaged;
Decent men who meet him are enraged.
He has blackmailing letters
All involving his betters.
But what's this? Sherlock Holmes is 
engaged?



The Final Problem
Moriarty! Good God, how it galls
That he lasts through the closest of calls.
And when Holmes meets that prime
Vile Napoleon of crime,
Both men die (?) at the Reichenbach Falls.




The Adventure of the Empty House
Holmes' sad death was an ending dramatic,
Watson mourns in a manner emphatic,
But just wait! Can it be?
Who's that bookman I see?
Watson faints -- and he then is ecstatic.