Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mity. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mity. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 października 2011

Zepsuty detektyw, Skándal v Čechách i "omne trinum dość kasy dat"

Czyli szybka notka informacyjno-gawędziarska o wszystkim po trochu.
"Zepsuty detektyw" to tytuł recenzji Sherlocka BBC autorstwa Piotra Zaremby z tygodnika o bijącym boleśnie po oczach tytule "Uważam rze". (Kto chce, może zerknąć na zajawkę tu.) Spokojnie, nie nastąpi teraz ani tyrada na temat katastrofy smoleńskiej ani też tyrada na temat nieznośnych spiskowych teorii - ShK na Sherlockianach od przepychanek bieżących trzymać się będzie, o ile się da, z daleka. Recenzja jest wprawdzie pisana trochę w duchu zgorzkniałego konserwatysty (ach ta dzisiejsza młodzież...), ale Sherlockiście nie spodobała się głównie dlatego, że Zaremba propaguje w niej pewien mit. Jak niektórzy Czytelnicy pamiętają - obalanie sherlockistycznych mitów należy tymczasem do celów statutowych niniejszego bloga.
Autor przyznaje wprawdzie, że powieści ACD trochę "zlewają mu się w głowie", ale nie przeszkadza mu to stawiać stanowczych tez na temat niewierności adaptacji BBC. Niewierność ta polega zaś rzekomo na tym, że Sherlock został przedstawiony jako osoba chłodna, nieludzka i niesympatyczna, chociaż Zaremba zapamiętał go jako szlachetnego i dobrego. Ględzenie o tym, że jest to (w domyśle: gorzka) "prawda o naszych czasach" można spokojnie zignorować, łącznie z zakamuflowanym lamentem nad tym, jak to kiedyś pisarze-dżentelmeni nigdy nie ośmielali się ukazywać publiczności brzydkch wnętrz swoich bohaterów. Warto natomiast podkreślić jedno: jeśli Moffat i Gatiss pokazują Holmesa jako "zepsute genialne dziecko" i "obrzydliwego socjopatę", który traktuje ludzi "bez empatii", to nie dlatego, że musieli dostosować postać Sherlocka do smutnych realiów Londynu wieku XXI. Holmes właśnie tak opisywany jest przez - wpatrzonego w niego przecież! - Watsona. Jest taki niewątpliwie i w STUD i w SIGN, pierwszych opowieściach, w których go poznajemy. To, że potem jego wizerunek momentami łagodnieje, że Watson mniej skarży się na to, że Holmes jest "maszyną", że zachowuje się "nieludzko", że pozostaje nieczuły na wdzięki, uroki i nieszczęścia swoich klientek i tym podobne - te fragmenty musiały zresztą Zarembie zupełnie umknąć - to między innymi skutek tego, że postać Holmesa trochę się rozwija, dojrzewa, zyskuje ludzki wymiar dzięki przyjaźni z Watsonem. Nie w każdej adaptacji przemiana ta jest tak przejmująca jak w serii Granady z nieodżałowanym Jeremym Brettem, ale nawet w pierwszym filmie nowego cyklu BBC mamy pewne sygnały, że Sherlock ma w sobie różne ludzkie cechy, które Watson potrafi w nim obudzić. Jeśli Zarembie Holmes Cumberbatcha wydaje się jednoznacznie "antypatyczny", to tylko dlatego, że patrzy na niego jak na bohatera dla młodzieży. Sherlock wymaga uwagi i czułości. I nigdy, a już na pewno nie w Kanonie, nie jest "sympatyczny".
---
Druga informacja jest zarazem wesoła i smutna. Wesoła dlatego, że wszyscy kochamy czytać po czesku i Sherlockista z dużą przyjemnością poleca zajrzeć na stronę: http://www.sherlockholmes.cz , gdzie w ankiecie "Znate cely kanon?" prowadzi odpowieź "ano" :) A poza tym dużo ciekawych rzeczy jest po angielsku. Smutność - i skandal - leży po prostu w fakcie, że Czesi, choćby chcieli, nie mają okazji pośmiać się z sherlockizmu po polsku. Sherlockista wciąż liczy na to, że po najnowszych popularnych produkcjach uda mu się zebrać grupkę entuzjastów na tyle dużą, by było sens w końcu założyć przyzwoity scion i tym wpisem nieśmiało po raz pierwszy zapowiada taki zamiar. Chyba, że się poddamy i wiedzeni sentymentem do tytułu SCAN, będziemy po prostu zapisywać się do najbliższego ośrodka...

---
A trzecia informacja to ta, którą już jakiś czas temu Czytelniczka Sherlockianów wkleiła na naszą fan-stronę. Podobnie jak przy pierwszej części, jeszcze przed wypuszczeniem Ritchie-Sherlocka na ekrany kin, od razu zamówiono scenariusz sequela. Oznacza to, że jeśli drugi Downey zarobi dość kasy, dostaniemy jeszcze trzecią część trylogii. Ponieważ Sherlockista nie jest jednoznacznie źle nastawiony do tej produkcji, nie przyjął też tej informacji jednoznacznie źle. W każdym razie, scenariusz ma napisać Drew Pearce, który chyba jest wiodącym specjalistą od filmów z Downeyem - dostał również zlecenie na Iron Mana 3. Oby tylko mu się te produkcje nie pokręciły, bo już przy "jedynkach" można było mieć wątpliwości...

sobota, 15 października 2011

Tym razem brzydkie obrazki, bo z Game of Shadows, ale za to kilka bardzo ciekawych lekcji z Sherlocka.

Brzydkie obrazki będą na koniec, bo jeszcze podwyższą Czytelnikom tętno i nici ze skupienia na lekcjach. A zaczniemy od przywoływanej tu już kiedyś na marginesie serii "Lessons from Sherlock Holmes" Marii Konnikovej, publikowanych nie byle gdzie bo w samym "Scientific American" na zaproszenie redakcji. Sherlockista już kiedyś serię tę polecał, ale od tamtego czasu lekcji zrobiło się sporo, więc zasługują na więcej uwagi.
Autorka lekcji, oprócz tego, że ewidentnie lubi i ceni Sherlocka, jest specjalistką od teorii decyzji - i dlatego pewnie jej teksty koncentrują się wokół idei, że dzięki umiejętnemu wykorzystaniu rad Holmesa możemy na co dzień unikać wielu błędów. Wiele opisywanych przez nią technik jest skuteczne przy rozwiązywaniu wszelkiego rodzaju problemów, wiele też ma ogólny charakter - jak na przykład zalecenie, by zawsze gromadzić wiedzę z różnych obszarów, nawet tych, co do których nie mamy pewności, że może się przydać. To, mówiąc po prostu, ułatwia nam potem osiągania błyskotliwych wglądów w rozwiązanie problemów z innych dziedzin. Im więcej różnych rzeczy wiemy, tym lepiej i sprawniej kojarzymy i tym bardziej wyrabiamy w sobie intuicje co do możliwych dróg rozwikłania zagadki (dla zainteresowanych szczegółami: lekcja dostępna tu). Sherlockistę szczególnie ucieszyło to, że Konnikova wyszła poza bardzo słynne fragmenty STUD, w których Watson podsumowuje umiejętności Holmesa i jak Czytelnicy pamiętają, nasz detektyw okazuje się specjalistą o dość wąskich horyzontach, a w dodatku sam Sherlock zaleca wszystkim, by wyrzucali z umysłu niepotrzebne graty w rodzaju wiedzy o Układzie Słonecznym. Sięgnęła po VALL i spór Holmesa z inspektorem MacDonaldem o to, że czasem warto nawet czytać różne pozornie niezwiązane ze sprawą rzeczy - bo nigdy nie wiadomo, co się może przydać. Jednocześnie, nie zaniedbuje nauki Holmesa o tym, że umysłu nie wolno zaśmiecać - nauki szczególnie wręcz istotnej, kiedy wszyscy poddajemy się bezustannemu bombardowaniu sieciowym spamem i chłamem (o czyszczeniu umysłowego strychu: tu).
Chociaż niektóre wywody są dość banalne (jak na przykład ten  o zagrożeniach płynących z nadmiernej pewności siebie i jak można się przed nimi ustrzec, czy ten, będący pochwałą wyobraźni), wszystkie cechują dwie zalety: niestereotypowe i wnikliwe wykorzystanie opowieści o Holmesie oraz przytaczane w nich empiryczne badania na poparcie tez autorki.
Pewne uwagi są wręcz bezcenne i to szczególnie dlatego, że obalają część rzadko bardzo wywlekanych na światło dzienne i analizowanych mitów na temat Holmesowego myślenia. Większość z nas kojarzy pewnie metodę Holmesa z obsesyjnym niemal skupieniem na faktach - I cannot make bricks without clay - It is a capital mistake to theorize before one has data etc. - i unikaniem przedwczesnego teoretyzowania. Konnikova nie narusza takiej wizji Sherlockowego rozumowania, ale podkreśla bardzo istotny element: fakty podlegają selekcji. Aby zobaczyć, które z nich są istotne, a które błahe - bez tego nie da się rozwiązać żadnej zagadki! - należy najpierw zyskać odpowiednią perspektywę. Jednym z najlepszych sposobów na to jest zaś nie uporczywe międlenie danych, a odmiana, koncert skrzypcowy w towarzystwie Watsona, zajęcie uwagi innym drobnym problemem. O Holmesie i perspektywie można poczytać tu.
Sherlockista wyróżniłby też grupę tekstów poświęconych problemowi pochopnie przyjmowanych założeń, czy też nieświadomych nastawień, przez które nawet wówczas, gdy wydaje nam się, że podejmujemy przemyślane decyzje, w istocie kierujemy się nie do końca uświadamianymi przesądami i przewidywaniami.
Tu dopiero pojawiają się niezwykle rozsądnie zinterpretowane uwagi Holmesa ze STUD o tym, by nie przywiązywać się pochopnie do hipotez, zanim nie pozna się faktów. Sherlock może nie uświadamiał sobie w pełni tego, co podkreślają często filozofowie nauki (i nie tylko nauki), że bez hipotezy, czy choćby wstępnej teorii nie ma w ogóle żadnych "faktów" - po prostu nie potrafimy interpretować zdarzeń - ale z pewnością nie był tak naiwny, jak czasem mogłoby to wynikać z niezbyt dogłębnie przestudiowanych cytatów. Na temat nie podejmowania decyzji zanim rozpocznie się właściwa analiza sytuacji więcej znajdą Czytelnicy tu. W tym kontekście łatwo uznać tekst o tym, by zawierzyć faktom, a nie naszym wersjom faktów, za dowód niekonsekwencji autorki (lub/i Holmesa). Pozornie wydawałoby się, że Konnikova nawołuje - i to podpierając się argumentacją Sherlocka - że powinniśmy "czyścić fakty z naszych interpretacji". Nic bardziej błędnego. Żadnych "nagich faktów" nigdy nie zobaczymy. Szklanka po winie na stole zawsze będzie dla nas elementem jakiegoś  łańcucha dociekań, sama w sobie jest tylko niezwykle wręcz skomplikowanym zbiorem atomów - a pojęcie atomu także nie jest wolne od potężnego teoretycznego bagażu. Należy jednak dążyć do tego, by w maksymalnym stopniu uświadamiać sobie, jakie teorie, a związku z tym jakie założenia przyjęliśmy. Czy aby nie postrzegamy jej automatycznie jako śladu po zbrodniarzu i nawet zapomnieliśmy zadać sobie pytanie, czemu nie miałaby należeć do ofiary? Tak zinterpretowana porada Holmesa/Konnikovej jest, zdaniem Sherlockisty, niezwykle wręcz cenna.
Najnowsza lekcja, z 11 października wpisuje się w ten ostatni nurt. Poświęcona została nieświadomym kategoryzacjom i kłopotom, w jakie wpadamy wówczas, gdy niedostatecznie kontrolujemy efekty owych kategoryzacji. Mówiąc prościej: mamy mnóstwo stereotypowych pojęć, przekonań i oczekiwań, które nie w pełni świadomie wykorzystujemy w postrzeganiu świata. Konnikova przytacza badania, których uczestnicy - mówiąc w wielkim skrócie i uproszczeniu - zupełnie bezwiednie uznawali, że kobieta, którą widzieli w nerwach, po prostu jest nerwowa. Nie brali pod uwagę tego, że akurat rozmawiała na bardzo ekscytujący temat i że w innych okolicznościach mogłaby być oazą spokoju. Wniosek z tej lekcji jest bardzo prosty: nie oceniajmy książki po okładce, weźmy pod uwagę możliwe okoliczności łagodzące...


... i dopiero po tym przygotowaniu zaatakuje Sherlockista swoich drogich Czytelników tym :) :

Czy Czytelnicy widzieli kiedyś coś bardziej wyfotoszopowanego? I kogoś, kto bardziej udawałby wiktoriańskich rewolwerowców?
Pytanie retoryczne... do zobaczenia jutro, będzie wspaniała wiadomość o naprawdę świetnym przedsięwzięciu ;)

sobota, 14 maja 2011

ekspres sherlockistyczny, wyd. wieczorne opóźnione - z pomocą Baker Street Bloga

Sherlockista pod pewnymi względami wlecze się z tyłu za Baker Street Blogiem, ale pod innymi wysunął się na czoło peletonu ;) Nie może się bowiem powstrzymać od udostępnienia Czytelnikom (w ślad za BSB) pierwszego odcinka nowej serii nowego współautora BSB, Stevena Doyle'a, znanego nam z wspominanej na Sherlockianach książki "Sherlock Holmes for Dummies". Seria ma tytuł Sherlockian Mythbusters, a pomysł został ściągnięty, rzecz jasna, z serii "Mity", która pojawiła się na Sherlockianach ;) No dobrze, może również ze znanych programów telewizji Discovery... troszkę...
Pierwszy odcinek poświęcony został tajemnicy THOR. W kanonicznym opowiadaniu (i cudownej adaptacji Granady z Jeremym Brettem, której fragmenty można podziwiać w poniższym filmie), zbrodnia - uwaga spoiler, kto nie wie i nie chce widzieć, niech zjedzie teraz nie czytając poniżej filmu i samego filmu też nie ogląda...





... - zbrodnia tedy ;) polegała na upozorowaniu samobójstwa na morderstwo. Kobieta chciała za wszelką cenę pozbyć się broni już po śmierci i, jak stwierdził Holmes, użyła do tego celu kamienia, sznurka oraz mostu. Holmes zademonstrował nawet, że faktycznie było to możliwe (wiązało się to z utopieniem rewolweru biednego Watsona...). Czy jednak błyskotliwa rekonstrukcja nie była tylko fantazją? Steven Doyle powtórzył eksperyment - komu nie chce się oglądać całego filmu, może zerknąć na sam koniec posta ;)




---
Druga wiadomość - smutna, o śmierci Jeremy'ego Paula - także znana jest Sherlockiście dzięki BSB. Jak pisał już ShK na fan-stronie Sherlockianów, to jemu właśnie zawdzięczamy wiele epizodów Sherlocków Granady z Jeremym Brettem (niżej szczegóły), a także sztukę legendę: The Secret of Sherlock Holmes, którą Brett i Hardwicke z wielkim sukcesem grali w Wyndham Theatre (w reżyserii Petera Garlanda) w latach 1988/1989. Niestety - niestety! - zachowało się tylko nagranie dźwiękowe, dzięki któremu można sobie wyobrazić nie tylko bezbłędne ekscentryczne wykonanie Jeremy'ego (do spółki z ciepłym, opiekuńczym, ale zawsze też pełnym ironii i poczucia humoru sir Edwardem), ale też znakomity tekst. Co prawda rozwiązanie fabularne jest dość kontrowersyjne, ale niezliczone kanoniczne nawiązania i dialogi, a także to, co zawsze jest strzałem w dziesiątkę, kiedy adaptujemy Holmesa, czyli skoncentrowanie się na relacjach między Przyjaciółmi, podbijają serce każdego Sherlockisty około trzeciej minuty... Zresztą posłuchajmy:



Jeremy Paul zmarł 3 maja na raka. Tak się składa, że to on napisał jedne z najwspanialszych adaptacji Granady - The Speckled Band (1984), The Naval Treaty (1984), najlepsze z najlepszych, perła wśród pereł, czyli The Musgrave Ritual (1986), za które zebrał garść nagród, a także przywoływane i analizowane wyżej THOR, poza tym: WIST, RED, The Three Gables i kontrowersyjne filmy pełnometrażowe: The Last Vampyre (1993) i jeden z najbardziej szarpiących serce Brettów, ten, w którym Holmes wygrywa, ale ponosi klęskę i na zawsze żegna się z własną wielkością: The Master Blackmailer (1992).
Z podlinkowanej wyżej strony Czytelnicy mogą dowiedzieć się więcej o różnych jego aktywnościach, a Sherlockista poleca po prostu przesłuchanie Secret... Smutne, ale i poruszające ćwiczenie wyobraźni, a zarazem jeden z tych skarbów, który został nam po Paulu i Brettcie.

---
A na koniec posta obiecany spojler filmiku Stevena Doyle'a: TAK! Ani Holmes ani ACD nie zmyślali, faktycznie dałoby się zrobić taką sztuczkę z pistoletem :)

środa, 6 kwietnia 2011

Holmes i baritsu... [Sherlockistyczne mity]

W oczekiwaniu na... na... na jakiekolwiek ciekawe wiadomości o czymkolwiek (od założenia tego bloga Sherlockiście nie zdarzył się tak ogórkowy sezon, a gorąca pod każdym względem wiosna nie sprzyja długim recenzjom), mały sherlockistyczny micik. A właściwie to trzy różne miciki, z których każdy jest nieprawdziwy, ale wszystkie jakoś tam w Kanonie osadzone.

Po pierwsze zatem, mówi się, że "baritsu", o którym wspomina Holmes w EMPT nie istnieje. Przypomnijmy, że ta właśnie sztuka walki pozwoliła ponoć Sherlockowi pokonać Moriarty'ego i utrzymać równowagę na krawędzi wodospadu Reichenbach. W rzeczywistości, jest to najprawdopodobniej literówka ACD, i to literówka, którą powtórzył za gazetowym artykułem. W późnowiktoriańskiej Anglii rodziła się bowiem moda na sztukę walki zwaną bartitsu, o której będzie jeszcze za chwilę.

Skoro wiemy już, że Holmes uprawiał jakąś sztukę walki, to możemy rozprawić się z mitem drugim: że był to detektyw typowo kanapowy (consulting detective), który zagadki rozwiązuje paląc fajkę przy kominku i którego może zagrać nawet 150-letni Christopher Lee.



(kto nie wie, ten niech się dowie, że dwadzieścia parę lat po roli Mycrofta w PLOSH już wówczas dość wiekowy Christopher Lee dostał rolę Sherlocka w sympatycznej skądinąd telewizyjnej serii długometrażowych filmów u boku całkiem przyzwoitego ale równie podstarzałego Patricka Macnee, prawdopodobnie dlatego, że bez Christophera Lee nie ma żadnych przebojów kina, ani Drakuli ani Gwiezdnych Wojen ani Tolkiena ani Holmesa ;) )

Z tym mitem z kolei rozprawili się już dość skutecznie Ritchie i Downey Jr., pokazując... jak by to powiedzieć... pokazując TO:


Często zdarza się, że zbyt brutalne kwestionowanie pewnych mitów prowadzi do popadania w skrajności, które także z prawdą nie mają wiele wspólnego i goła klata Downeya to klasyczny wręcz przypadek takiej sytuacji. Wprawdzie Sherlockista ucieszył się bardzo, że nareszcie wydobywa się z Kanonu mniej znane wątki (Holmes naprawdę umiał boksować), jednak po filmie Ritchiego zaczęto na nie kłaść nieproporcjonalny nacisk, tworząc kolejny, ostatni już mit: Holmesa jako wiktoriańskiego Chucka Norrisa.
Przede wszystkim, w Kanonie nie ma aż tylu wzmianek o tych Holmesowych walkach, żeby przypuszczać, że miał do nich szczególne upodobanie i tak wybitny talent, jak bohater Ritchiego, powalający przeciwników z pomocą błyskotliwych dedukcji. Dżentelmen w każdej epoce i w każdym kraju powinien potrafić się obronić, zwłaszcza jeśli w dodatku na co dzień zajmuje się tropieniem przestępców. Wiemy, że Sherlock uprawia boks, ale wątpliwe jest, czy regularnie, bo nigdy nie dowiadujemy się nic na temat walk, które mógłby ewentualnie staczać. Brak podstaw, by sądzić, że uczęszczał do wiktoriańskich fight-clubów. Wiemy poza tym tylko tyle, że świetnie się bawił w czasie bójki w gospodzie w SOLI (ach ta cudowna scena z Jeremym Brettem i opatrującym go potem Davidem Burkiem... :). I wiemy wreszcie, że poznał owo tajemnicze baritsu/bartitsu. Bartitsu, czyli jiujitsu w wersji dla wiktoriańskich dżentelmenów (ale także dobra samoobrona dla pań), wymyślone przez Edwarda Bartona-Wrighta, który w 1899 roku założył w Londynie ośrodek treningowy dla panów zainteresowanych mieszaniną różnych technik walki wręcz (a także przy użyciu laski) oraz ćwiczeń. Szkoła działała zaledwie trzy lata, po czym została w niejasnych okolicznościach zamknięta, a Barton-Wright zniknął w odmętach historii.
Wypłynął, o ironio, właśnie dzięki Ritchiemu i Downeyowi. To ich popularny, nowoczesny i ostro reklamowany Sherlock zainspirował aktywistów do szerszego promowania zapomnianej postaci. Linkowany na Sherlockianach Will Thomas jest zresztą jednym z bardziej znanych popularyzatorów bartitsu, a słynna wzmianka z EMPT zainspirowała powstanie filmu dokumentalnego, którego trailer Sherlockista załącza:






Trzeba przyznać, że jest coś wzruszającego w potędze prozy ACD. Jedno zdanie i to jeszcze z błędem sprawia, że po ponad stu latach ludzie gromadzą się w klubach i na forach, by dyskutować o sztuce walki wiktoriańskich i edwardiańskich dżentelmenów.
Zainteresowanych filmem odsyła Sherlockista tu, gdzie można również znaleźć link do wywiadu z twórcą filmu, Tonym Wolfe'em i dowiedzieć się więcej o samym bartitsu, Bartonie-Wrighcie oraz o przepięknej wyprawie badawczej śladami Sherlocka do wodospadu Reichenbach, gdzie miał miejsce najsłynniejszy pojedynek w historii tej sztuki walki...

wtorek, 22 lutego 2011

William Gillette i nowy (no, roczny) komiks o SH [inauguracja cyklu: MITY]

Komiksy są wprawdzie drugie od końca na sherlockistycznej liście zainteresowań ShK, ale recenzja, którą ostatnio wyszperał zainteresowała go całkiem porządnie - głównie dlatego, że padło w niej magiczne nazwisko William Gillette.
Gillette, pierwszy naprawdę sławny odtwórca roli Holmesa, autor pierwszego naprawdę znanego apokryfu (czyli sztuki o Sherlocku, o której będzie jeszcze niżej) to rozwiązanie trzech zagadek, które nurtują każdego początkującego Sherlockistę:
- dlaczego Holmes pali fajkę typu calabash, skoro w kanonie jest mowa o prostych (glinianej i wiśniowej)?
- dlaczego Holmes chodzi po mieście w tej kretyńskiej czapeczce, skoro u Pageta jest tak przedstawiony wyłącznie w czasie wyprawy na wieś?
- dlaczego najsłynniejszy cytat z Holmesa - It's elementary, my dear Watson! - NIGDY nie pada w tekście ACD (w tej formie)???
Wszystko to wprowadził do pop-kanonu sherlockizmu (nie mylić z Kanonem właściwym) właśnie ten pan:

(fotografię pożyczył ShK od autorki tej starej strony)

Fajkę ponoć dlatego, że taką fajkę łatwiej utrzymać w zębach bez pomocy rąk - a to przydaje się aktorowi. Czapeczkę deerstalker - trudno powiedzieć. Cytat - podobono Gillette sam używał go także w jeszcze odrobinę innej formie, a w wersji "popkanonicznej" pojawił się dopiero w filmie. Nie da się jednak ukryć, że taka protekcjonalna fraza musiała źle wpłynąć na interpretację postaci Watsona i do dziś rzuca cień na popkulturowy obraz tej postaci.
Pretensji do Gillette'a mieć nie można, bo kiedy uzyskał od ACD zgodę na napisanie sztuki na kanwie istniejącego podówczas Kanonu, był trzecim kandydatem w kolejności (dwóch nieszczęsnych kretynów zrezygnowało wcześniej ze współpracy z Doyle'em, bo chciało wprowadzać zbyt głęboko idące zmiany w postaci Holmesa...), a ACD tymczasem właśnie umierał ze szczęścia z powodu zamordowania prześladującego go bohatera (ShK czyta właśnie wspomnianą onegdaj książkę Moore'a, w której scena ta przedstawiona jest szczególnie barwnie), budował sobie nowy dom w Undershaw i, jak głoszą anegdoty, pozwolił Gillette'owi absolutnie na wszystko, łącznie z tym, żeby aktor Holmesa poślubił (o ile tylko nie będzie to oznaczało wprowadzania wątków romantycznych ;). Nie, ACD nie był nadmiernie przywiązany do detektywa, który uczynił go sławniejszym od większości tuzów literatury światowej...
Sztuka, zatytułowana początkowo The Strange Case of Miss Faulkner, zawierała mieszankę różnych motywów z opowiadań ACD (naturalnie tylko tych sprzed Wielkiego Hiatusu), zwłaszcza zaś SCAN i FINA - co oznaczało, że na scenie pojawiał się Moriarty.
Tę właśnie sztukę postanowili zaadaptować twórcy nowego komiksu, Bret Herholz i Rori Shapiro, tworząc

Sherlock Holmes - The Painful Predicament of Alice Faulkner. Komiks jest czarno-biały i minimalistyczny - autorzy linkowanej niżej recenzji uskarżają się, że, jak każdej adaptacji sztuki teatralnej, brakuje mu trochę dynamiki, a zwłaszcza scen plenerowych. W teatrze w końcu ludzie przeważnie siedzą we wnętrzach i rozmawiają. To wydaje się jednak bardzo pasować do Sherlocka H, (i może być niezłym odpoczynkiem od aż nazbyt plenerowych i dynamicznych poczynań Ritchiego ;) ). Sherlockista poczuł się zaciekawiony (i jakoś tak dziwnie wzruszony) na widok poniższego obrazka, który jest tak zadziwiająco kanoniczny w klimacie, chociaż odległy o eony od Pageta czy Frederika Dorra Steele'a:





Prawda, że z daleka i bez powiększania tekstu można poznać, kto to i który dialog z FINA przedstawiają te grafiki (ukradzione przez ShK z tej strony, gdzie można również przeczytać obszerną recenzję komiksu) ?
Jest coś takiego w czole Moriarty'ego, że nie da się go pomylić z niczyim innym czołem...



Zainteresowanych kupnem odsyła ShK nie bezpośrednio do Amazona, którego szczerze nie znosi, ale do blogu jednego z autorów, o zupełnie ujmującym tytule The Further Adventures of Bret M. Herholz i równie ujmującym nagłówku, gdzie mieści się bardzo sherlockistyczny autoportret (tam już będzie link do Amazona ;).
A na zakończenie wspomni tylko, że ten właśnie wpis inauguruje nową, niezwykle ważną serię notek Sherlockisty czyli "mity". Pop-sherlockistyczne mity w rodzaju "Holmes zawsze chodził w deerstalkerze" albo "Watson był przygłupim dziadziem" będą na Sherlockianach sukcesywnie zwalczane, bo to od początku uważał Sherlockista za jedną ze swoich najważniejszych misji :)